piątek, 26 kwietnia 2013

Wyprowadzkę zacząc czas, czyli żegnaj Mazowsze!


Dobrze jest wszędzie tam, gdzie nas nie ma.
Jako dzieci marzymy o miejscach, o których opowiadają koledzy. Zawsze zazdrościłam kolegom, że jeździli na obozy harcerskie. Au! Ale to musiało być fascynujące, myślałam, kopać rowki odwadniające wkoło namiotu, wykopać latrynę, obierać ziemniaki na obiad z druhną przyboczną…
Potem spędziłam kilka dni na takim obozie, padało jak diabli i wszystko – od wilgotnego śpiwora, byle jakie śniadanie jedzone w deszczu, potoki wody wewnątrz namiotu i tę nieszczęsną latrynę – było okropne. Gdzieś TAM było lepiej! Z całą pewnością!
Dzisiaj jest podobnie.
Zamyślamy się – gdzie by było wspaniale? Bo tu gdzie jesteśmy aktualnie – źle. Sąsiedzi nie tacy, albo wody gruntowe zbyt wysoko, powietrze zanieczyszczone, sklepy daleko, mrówki, szczury, albo zbyt ruchliwe ulice, telewizja dołująca i zawsze coś…
Może, jak to dzisiaj jest w zwyczaju, zmienić lokum?
O! TAM zapewne będzie o wiele lepiej!
Pozmieniałam tych miejsc życia i bycia trochę. Na początku jest fajnie, bo jest INACZEJ. Potem powolutku zaczynają się drobne uciążliwości i znów pojawia się myślenie – TAM byłoby lepiej! Jadę.
Całkiem fajnie było mi w Kościelisku, koło Pisza, i w Korei Pd. O, tu całkiem, całkiem, gdyby nie Korea Północna i płynące stamtąd dziwne niepokoje, pogróżki i fakt, że Koreańczycy z Południa właściwie mają to w nosie, (a tyle ja – nie), Korea byłaby wspaniałym lądem na stałe. Coraz bardziej mnie denerwowały te kuksańce z Północy więc na jakiś czas wróciłam.
Dzisiaj, teraz, bardzo dokuczyła mi przedłużająca się zima i mimo że jestem już jakiś czas na południu, blisko Krakowa, nie zachwyca mnie ta długa pora zimowa, spóxniona wiosna, a zwłaszcza dojazdy do Polskich miast długie i mało komfortowe. Krajobraz z pagórkami, który chyba (po Korei opanowałam) polubiłam bardzo. Kraków, rodzina i ta specyficzna atmosfera udziela mi się. Południe jest OK! 
A może znów poczuję się po góralsku pomieszkując blisko Zakopanego u przyjaciół? Poprzednio gdy tu byłam, chciałam prawie zapuścić warkocz i uszyć sobie paragóralskie szmatki, żeby mocniej wkleić się w tutejsze klimaty. Już zaakceptowałam to, że tu się chodzi do góry i z góry. W Korei podobnie się chodzi – pod górkę albo z górki. W Korei odwiedziłam już sklep z narodowym (pięknym) strojem koreańskim, żeby wedle gustu uszyć sobie piękny hanbok. Na szczęście okazał się drogi – zrezygnowałam. Zresztą tylko ciemnowłose i skośnookie Koreanki wyglądają w nim pięknie. Nie wiem, gdzie mnie jeszcze rzuci, mam zaproszenie na Słowację, żeby tam nabrać pomysłu na pisanie, od problemów i kłopotów, odetchnąć całkiem innym powietrzem, kulturą. U Gali i jej męża powinno mi być świetnie! Gala jest czarownicą, terapeutką, ekolożką, łagodzi nerwy. Może i lata na łopacie? I blisko stąd do Pragi, do Beaty i reszty. To też część mojej rodziny. Praga ciągnie… Budapeszt mniej. Znacznie mniej. Z książek Szczygła wynika, że Czechy to nader wesoły kraj – ateistycznie rozsądny.
A jak się uspokoi w Korei? Koniecznie! Tęsknię. Za tyloma rzeczami, smakami, nawet klimatem, i głośnym od cykad wilgotno – gorącym latem.
Czemu o tym piszę?
Bo zauważyłam, że nie mam w sobie tej kwoczej cechy – siedzenia w jednym miejscu, w gnieździe połączonym nićmi z rodzicielską schedą. Żyć można wszędzie, dzisiaj granice nie mają znaczenia. Góry, niziny, morza… Zaczął mieć znaczenie klimat – i ten prawdziwy i ten z przenośni. A najlepiej żeby nie było TV, ale był ogród. 
Tak, koniecznie.  

niedziela, 21 kwietnia 2013

O złotych myślach po raz kolejny



To ja znów o Złotych Myślach, które jak grzyby po deszczu.
O ile zabawne są… zabawne, o tyle filozoficzne zgoła bywają głupie. I pies z nimi tańcował gdyby nie to, że ludzie (zazwyczaj są to kobiety) wieszają je na „wallu” bezkrytycznie, a inne (też kobiety) lajkuja i podpisują: „true!” (Polki też piszą po angielsku TRUE, bo to jakoś lepiej brzmi), „Tak, też tak myślę!”, albo „Sama prawda!” (bez chwili namysłu, refleksji) itp. Z wieloma już takimi filozofiami weszłam w spory, bo wystarczy trochę pomyśleć i już filozofia filozofią nie jest, jest za to pole do podważenia myśli, tezy i to zazwyczaj jednym prostym pociągnięciem – wiedzą i logiką.
Zazwyczaj owe filozoficzne myśli nie są uniwersalne. Niewiele znam uniwersalnych o, choćby ta.:. „Lepiej jest być zdrowym i bogatym niż chorym i biednym”. Choć i tu jacyś licealiści zapewne podzieliliby zapałkę na włoski. Dla wprawy – niechaj to robią! Zdecydowanie wolę myśli Stanisława Jerzego Leca, od słynnego z pseudofilozoficznych banałków pana Paulo Coelho. Piętnastolatki są uduchowione panem PC, z czasem może odkryją że to wtórniki. Czytuję też publikowane chętnie w sieci „żółte kartki” słynnej podróżniczki. Co bardziej oczytani zarzucają jej wtórność. I ja też prawie z każdą z jej światłych rad weszłabym w polemikę. Czyli nie są to filozofie, a raczej przetworzone porady już istniejących myślicieli, psychologów i filozofów ujęte zgrabnie w karteczki z kalendarza ozdobione rysunkami jak ze sztambucha piętnastolatki. Podoba się? No to super.
Wczoraj znalazłam taki oto wpis na FB (z pamięci):
Jak trudno być współczesną kobietą!
Musisz myśleć jak mężczyzna (?!)
Wyglądać jak dama
I harować jak wół…
Co to jest?
Dlaczego mam myśleć jak facet? Nie rozumiem. Nie różnimy się myślowo poza sferą erotyczną, emocjonalną, jestem kobietą, mam myśleć mądrze, jak mądra kobieta, a nie jak facet! Ten tekst „myśleć jak facet” – jest przejawem odwiecznego kompleksu. Wystarczy już!
Wyglądać jak dama? Wiele dam wygląda fatalnie bo ubierają się zachowawczo i demode, dama jest wykładnikiem dobrego zachowania a nie wyglądu. Może wyglądać doskonale jak modelka?
Harować jak wół?! No jednak chyba o to szło feministkom, żebyśmy miały własne pieniądze, żebyśmy pracowały itp Czyli (z napisu sądząc) lepiej było wcześniej, gdy to ON harował na nasze utrzymanie. A my siedziałyśmy w domach? Kobiety, konsekwencji choć ciut. proszę!
Naraziłam się też, bo z lekka zakpiłam z obrazka chwalącego psią wierność. Pies leży koło grobu. Smutne to, znamy takie psie zachowania.
Czy jednak tekst „Uczmy się od zwierząt wierności i lojalności” – jest filozofią? Pozornie tak. Człowiek udomowił psa ponad 10 000 lat temu. I jest to jedyne zwierze oddane człowiekowi wiernopoddańczo. Zbyt, jak dla mnie. Panisko może psa zamęczać i katować, a pies tak czy siak będzie z katem. Kot podrapie, koń wierzgnie, pies da się zakatować. Czy to dobry wzór wierności? Lojalności?
Chyba że mówimy tylko o NASZYM stosunku do zwierząt – ale obrazek z grobem i psem, jakoś do mnie nie przemawia. To rzadkość żeby właściciele traktowali swoje konie, krowy psy i koty z oddaniem. Opieka do końca życia i miłość dla naszej trzody charakteryzuje nielicznych z nas. Życie bywa brutalniejsze, stara kura, krowa, świnia idzie pod nóż. Pies i kot zazwyczaj dożywają. Albo i nie.
Ponad to jestem panią od biologii i kiedy popatrzymy na zwierzęta od strony wierności w przyjaźni czy stadle, to ho, ho, ho! Żaden wzór. Słonie może, bo nie jest to do końca prawdą że do grobowej deski, niektóre łabędzie, bociany i niektóre pingwiny – tak, ale nie jest to normą, a wyjątkiem. U niektórych ryb samce przyrastają do samicy na całe życie… ale czy to wierność? Zwierzęta zazwyczaj nie są sobie wierne, łączą się w pary tylko na czas kopulacji. Potem samice żyją stadnie i wychowują młode, samce idą na łowy i szukają nowych przygód. Wierność?! To dla gatunków śmierć! Kopuluje się z silnym samcem, silną samicą. Miłość romantyczna nie istnieje, a więc i romantycznie pojęta wierność, czy lojalność – też nie.
Osobniki kulawe, chore, odmienne, zazwyczaj są ze stada eliminowane. Zagryzane, wyganiane. Matka karmiąca swoje młode (ssaki) nie dopuszcza do siebie innego np. osieroconego oseska. Nie i już, takie osierocone cielę zdycha…
Nie mówiąc już o rozkosznej rozwiązłości małpek Bonobo, które nie mogą dla nas być oficjalnie ;-) wzorem do naśladowania. Tam każdy z każdym baba z babą i chłop z chłopem i na krzyż! I o każdej porze i nie dla prokreacji, a dla zwykłej erotycznej frajdy! Co za fantazja! Zero ograniczeń! Make Love not war!
Tak czy inaczej, byłabym ostrożna z porównaniami, a zwłaszcza uogólnieniami i tworzeniem filozoficznych porównań między zwierzakami i ludźmi.
Reasumując – Złote Myśli, to domena kobiet, wieszając je na swoich profilach wierzą, że to PRAWDA, kwintesencja mądrości i filozofia życia. Sporo cierpiętniczo naznaczonych, uduchowionych podpisów i lajków. A ja mam materiał do pisania.

Na koniec mój ukochany ST. J. Lec:
Gdyby zwierzę zabiło z premedytacją, byłby to ludzki odruch.






wtorek, 16 kwietnia 2013

Światowa premiera czyli jak mały Kaziu…


Tupet amatorów mnie poraża.
Ale od początku. Zostałam zaproszona na premierę sztuki (musicalu?) Szopen musi umrzeć do warszawskiego kina Palladium przerobionego na teatr.
Zaznaczę że to przerabianie polega na tym, że stare kino, walące się i nie posiadające np. porządnej klimatyzacji, przerabia się na teatr malując na olejno to i owo, a jak owo się nie da zamalować to zbija się tynk i udaje że to taki jest …styl. No, OK. Czepiam się, ale klimatyzacji brak.
Ad rem. Wita nas czerwony dywan i szampan – miło. Są paparazzi i owszem, wyławiają z tłumu celebrytów i stawiają ich na „ściance”, czyli na tle czegoś i "obcykowują". Światowo! Lekki dysonans, obok zakąski do szampana w postaci migdała w otoczce kokosowej, są kostki żółtego sera. Reklama polskich serów. Zmilczę czy to aby eleganckie, tak dyszeć na siebie owymi serami.
Wreszcie siadamy.
Akt I (najfajniejszy, jak się okazało)
Wychodzi… para prowadzących i zapowiada światową premierę, i mówią z zachwytem o dwóch panach, właściwie amatorach, którzy dokonali tego wiekopomnego dzieła jakim będzie owo przedstawienie, ale najpierw cesarzowi co cesarskie – czyli wazelina dla tych, którzy rzucili kasą. Kiedyś to było nie do pomyślenia, mecenat był cichy i karmił się satysfakcją. Dzisiaj mecenat musi być obsmarowany masłem i miodem, bywa że na ekranie jest równie ważny jak dzieło, (dziełko). Zatem para prowadzących wywołuje na scenę poszczególnych darczyńców i wręcza im jakieś statuetki, a my mamy klaskać.
Pierwszy akt trwa i trwa, ziewamy, ale przecież zaraz się odbędzie Światowa Premiera!
Koniec pierwszego aktu to jeszcze reklamówki sponsorów puszczone oczywiście za głośno i zbyt nachalnie. Jak w kinie. Znosimy to dzielnie.
Nareszcie akt I - prawdziwy.
???
To co się zaczęło dziać na scenie stopniowo powodowało nie tylko u mnie narastające zdumienie? Jakaś wymyślona fabułka typu cobybyłogdyby. Forma, jak z kiepskiego filmu sf z lat 70. I za tym poziom amatorstwa i dennych dowcipów rodem z najtańszych knajp. „Ruch sceniczny” corps de ballet to też totalna amatorszczyzna bo o wiele lepsze i ciekawsze układy serwowali nam amatorzy z You can dance.
Aktorzy mają mikroporty, a realizatorzy dźwięku śpią. Aktorka mówi cicho i niewyraźnie (nie douczona w PWST?) zaraz potem wrzeszczy i wtedy wywala nam bębenki. Potem, niestety zaczyna śpiewać, a dźwiękowcy mają nas za totalnie głuchych więc łomot z głośników jest przykry. Nareszcie przestaje…
Większość scen właściwie niezrozumiałych, żal aktorów którzy się wysilają ale chyba (ci starsi) sami są zawstydzenie tym w czym biorą udział. Cóż rachunki są do popłacenia, więc trzeba skoro nie jest się wziętym celebrytą. Przykre. 
Znana aktorka nie ratuje tego czegoś. Zmilczę.
Nagle teatr wypełnia się zapachem smażonych ziemniaków i mięsa, bo chyba przyjechał catering – w hallu stały gustowne naczynia sugerujące raucik, czyli wyżerkę po spektaklu.
Ziemniaki i tytułowy, wskrzeszony i kaszlący Szopen nijak mi nie współgrają z tym co niestety muszę oglądać. Zlepek scenek powodujących coraz większe znudzenie, zdumienie, żal się tu w ogóle przyszło.
Kilka razy powstrzymuje mojego Siwego, który jest zbyt dobrze wychowany żeby zagwizdać na palcach i krzyknąć „Kurtyna! Król jest nagi!”, ale widzę, że ma na to wielką chęć. Mój inny znajomy chowa twarz w dłoniach i łapie się za głowę. Z trudem dociągamy do przerwy… Chcemy wyjść.
Przyjaciele kolegi chcą zobaczyć jak zatonie ta dziurawa łódka. Bo to nie Titanic, raczej jakiś dziurawy kajak składak  Ciekawi ich co się stanie, jaki będzie ten the end. Nas – nie, wychodzimy, szkoda czasu. W szatni spotykamy jeszcze kilka wychodzących osób, w tym moją znajomą po Wiedzy o Teatrze, osobę która nie opuszcza żadnej sztuki w Warszawie. Jest jak my, zniesmaczona i zła, że straciła czas na takie byle co, w otoczce: „światowa premiera”. Wychodzimy znudzeni i zaskoczeni nazwiskami które są w to wplątane.
Żałosne i dziwne że aktorzy w ogóle dali się w to wrobić, ale jak mówi Siwy na głos: „pecunia non olet”, trzeba zapłacić czynsz, wodę, gaz…
Zapewne producenci i reżyser, wzorem twórców filmu Kac Wawa, będą żarliwie udowadniać, jak bardzo jesteśmy w błędzie, jak bardzo nie kumamy przekazu i idei tego przedstawionka które może wybaczyłabym niewyrobionej młodzieży z jakiejś szkółki, szukającej innej niż klasyka, formy wyrazu. To taki właśnie poziom dziecinnego nabzdyczenia „ja wam pokażę coś extra!” i pokazuje – sflaczałą formę, nadęta w pomyśle, w realizacji, a na scenie rozmazaną, kiepską, nędzną, z zerowym przekazem. Moja mama mówiła: „góra urodziła mysz”.
Właśnie po to są szkoły, studia, nauka, a potem czas czeladniczenia i poznawania Sztuki, czas pokory w wykonywaniu, odtwarzaniu czegoś, co ktoś już wymyślił i dopiero potem wielkie umysły, wielcy wizjonerzy są w stanie nas uwieść nową formą – jak Hanuszkiewicz, Treliński i Kudlićka, czy inni znający rzemiosło na tyle żeby nas nie zabić nowatorstwem, a jednak uwieść. Nie każde nowatorstwo uwodzi. Pominę fakt, że nowatorstwa tu za grosz. Gdy forma przerośnie treść, a poziom niebezpiecznie zanurkuje w rynsztok i prostactwo, publiczność tego nie kupi… To właśnie zobaczyliśmy.
Zamiast puenty:
Facet miał stajnię psów wyścigowych. W domu mopsa, małego na krzywych nogach z nadwagą. Mops skamlał i skamlał „Wystaw mnie! Ty nawet nie wiesz jaki ja mam potencjał! Ja trenuję, daj mi szansę!”. Wreszcie facet nie wytrzymał tego skamlenia i puścił mopsa.
Na mecie już dawno po wyścigu, po godzinie tarabani się spocony mops, dysząc i śliniąc się.
Facet:
- I, co?! I co to ma być, cholera jasna?! Dałeś dupy na całej linii!!
Mops urażony i głęboko zdumiony tłumaczy się:
- STARY! Kompletnie nie wiem jak to się stało! Przecież ja byłem świetny!… 
Podobno sztuka jedzie do Londynu. Ciekawa jestem opinii Anglików. Widocznie jestem niewyrobiona, ale jak widziałam nie ja jedna, a monsieur Chopin powinien jednak zstąpić z niebios i krzyknąć na tych którzy robią sobie publicity Jego nazwiskiem: 
- Odwalcie się ode mnie! 
I zaskarżyć do sądu o naruszenie praw do wizerunku. 

czwartek, 11 kwietnia 2013

Na straganie



Na straganie w dzień targowy…
I dalej mi już wiersz Brzechwy nie pasuje. Bo nie będę opisywała warzyw do zupy. Raczej skupiłabym się na targu warzywnym, który dzisiaj już nie jest tym samym targiem co 30 lat temu i dawniej.
Modest Amaro i Magda Gessler w rozmowie mówią, że warzyw, owoców i mięsa, wędlin szukają w Polsce daleko i głęboko. Modest jeszcze wierzy w czar i prawdę targów, w istniejące tam produkty eko, Magda już nie. Ona wie więcej, widocznie częściej bywa. To już nie to…
Kiedyś w miasteczkach organizowano targ raz, dwa razy w tygodniu. Na wielki plac zjeżdżały furmanki i handlowano tym, co kto miał, uprawiał, hodował, zrobił, bo i rzemiosło wiejskie kwitło. Kupowało się kosze wiklinowe, dzieże, maśnice czyli kierzonki do klepania masła, gliniane naczynia, drewniane łyżki, beczki, skórzaną uprząż, baty, żelazne elementy wyposażenia gospodarstwa rolnego – podkowy, hacele, haki, łańcuchy, wiadra, pługi, brony.
Drób, świnie krowy i konie sprzedawano jako żywiec, płody rolne – co, kto uprawiał, worki ziemniaków, warzywa i owoce i inne, a oprócz tego też drobiazg – jajka, śmietanę, sery.
Dla dzieci gliniane kogutki, okaryny, fujarki i inne zabawki wystrugane ręcznie. Dawne to czasy.
Wiadomo było, że to z własnych pól, ogrodów, sadów i stajenek, obór i kurników, a hodowcy znali się wzajem i wiadomo było co u kogo jest najlepsze.
Dzisiaj też są targi, ale hodowcy to rzadkość.
Zazwyczaj to tylko handlarze, którzy kupują warzywa i owoce w pobliskiej hurtowni. I jajka, i reszta nabiału to też wyroby z większych zakładów przetwórczych, bo pani Wiesi nie wolno jest sprzedawać jajek, śmietany i twarogu, jeśli nie ma atestu sanepidu. Sprzedają gospodynie, ale cicho i z boku. Nielegalnie.
Próżno szukać na pobliskim targu warzyw i owoców uprawianych przez rolników z okolicy. Ziemniaki młode są z Cypru, a inne to nieśmiertelna Irga – jakby jedyny ziemniak uprawiany w Polsce. A wg Instytutu Ziemniaka (jeszcze kilkanaście lat temu - pytałam) znanych jest ponad 250 odmian handlowych! Zaginęły gdzieś pyszne, białe Polany, żółte aromatyczne Wolfram.
I cała reszta warzyw i owoców to kupowane (np. w woj. Mazowieckim w Broniszach zazwyczaj) warzywa uprawiane wielkotowarowo, czyli żadne tam eko…
Mięso jak jest, to też z hurtowni, bo prywatnie pan Kazik, nie może sprzedawać nawet zbadanego mięsa na targu, ani wyrobów. Bywają takie brązowe, wędzone wędliny, nawet czasem nie ostrzyknięte fosforanami, ale też nielegalnie. Są za to szyneczki i kiełbasy ociekające słoną woda i różowe jak chińskie zabawki. Niesmaczne. Reszta to tani szmelc z Chin, zamiast drewnianych koników, malowanych motyli na kółkach i świszczących kogutków na wodę.
A i chemia z hurtowni o złotówkę tańsza nisz w markecie.
Mój Siwy kiedy pierwszy raz zaliczył ten targ powiedział
– to taka Biedrona na wolnym powietrzu…
I tylko handlarze gołębi są z innej bajki… Tamtej, z przeszłości.
Na targu w Szczytnie też już hodowców jak na lekarstwo. Jabłka, marchew i ziemniaki (Irga – oczywiście) są z hurtowni, z hodowli wielkopowierzchniowych, pomidory z Hiszpanii, truskawki i daktyle z Egiptu, cukinia i bakłażany zimą z Włoch, a jajka z Dębówka – wielkiej hodowli.
I tylko przy bramie jeszcze stają ludzie z jajkami od własnych kur, mają na deseczce kilka własnych pomidorów czy ogórków i pęczek natki…
Na moim targu i tego nie ma. W mojej wsi mało kto ma kury, prawie nikt ogrodu warzywnego a jeśli nawet, to babcia go uprawia dla zabicia czasu i z przyzwyczajenia, bo młode mają Biedronkę… Ani sadów, ani stawów z rybami.
Przed domem zamiast pomidorów na tyczce i sałaty – trawnik i trzy iglaki. Kto by się tam męczył z ogródkiem, jak w Biedronie jest taniej, albo na targu!
Eko przegrywa z ekonomią. Taki lajf.

 fot. artyzm.com

fot. wikimedia.com

piątek, 5 kwietnia 2013

Groźny Okił



Uważam, że jedną z groźniejszych postaci zagrażającym pokoleniu naszych dzieci i wnuków jest reżyser Okił Khamidow, twórca paradokumentalnych seriali o ludzkich problemach. Kilka z nich to Dlaczego ja, Trudne sprawy, Pamiętnik z wakacji, Zdrady.
Dlaczego uważam, że groźny, choć produkuje zwyczajny szlam? Przecież można nie oglądać! – zagrzmi niejeden/niejedna z nas. To prawda, ale to łatwe dla wybrańców, którzy umieją jednym kliknięciem pokazać tym produkcjom tzw. bana. Niestety wiele osób ogląda telewizyjna sieczkę tak, jakby żuło gumę, a jak to są takie scenki jak z sąsiedztwa, to kusi – zwłaszcza młodych, którzy przybyli do domu z nudnych szkół, szurnęli plecak, zjedli zupę albo kanapkę i zasiadają do ołtarzyka, czyli TV.
Zna wszystkich będących na bezrobociu, którym już wszystko jedno co oglądają... Niby nic – Okił (przecież niedziałający w próżni, a na zapotrzebowanie społeczne) raczy oglądających scenkami z życia. I niby nie jest to grzech, gdyby nie fakt, że w tych że zawiera najbardziej denne , brzydkie, nieładne a często totalnie chamskie dialogi.
W tych programach nikt ze sobą normalnie nie rozmawia. Kobiety i mężczyźni przekrzykują się, podnoszą głos do wrzasku, i walą odzywkami z dna den. Małżonkowie do siebie: odwal się, spadaj, wychrzaniaj mi stąd, itp. Także dzieci wrzeszczą do rodziców jak do bydła. Otwieram szeroko oczy ze zdumienia, że też matki i ojcowie sobie pozwalają! Nie, to Okił im pozwala, bo temu panu się wydaje (i poniekąd słusznie), że bardzo wielu Polaków tak rozmawia, pozwalają też tak do siebie jako rodziców wrzeszczeć dzieciom. Czy jest to jednak powód do powielania tego wzorca?! Tak, oczywiście, bo Okił Khamidow jak napisałam, nie działa w próżni – on tańczy tak, jak mu dyrekcje różnych stacji nakazują. Dla nich Bogiem jest słupek – jak twierdzą z zapałem to większa część naszych klientów TEGO CHCE!
Chciałabym dostać do rąk jakieś rzetelne dane – jak są wybierani przedstawiciele do badań owego Słupka. Czy to są w przewadze mieszkańcy więzień? Poprawczaków, dzielnic nazywanych Trójkątami Bermudzkimi bezrobocia, marginesu i przestępczości? Bo jeśli nawet czasem Kowalski burknie do Kowalskiej mniej grzecznie, to nie jest powód żeby jakiś telewizyjny twórca podawał to na obiad naszym dzieciom i młodzieży jako niby powszechny stan rzeczy i kultury w Polsce.
Przypominam sobie (na szczęście pamięć mnie nie zawodzi) czasy tej czarnej komuny, gdy w jedynym programie telewizyjnym był czas na talk show, świetne festiwale, znakomite kino światowe – ileż się naoglądałam filmów włoskich, francuskich, czeskich, polskich (jugosłowiańskich i enerdowskich też) Fakt – nie było kina amerykańskiego, ale i dzisiaj jedyne co oglądamy wieczorami z kinematografii amerykańskiej to zazwyczaj kryminały w których gwałt trupy, krew i zwyrodnienie – to podstawowe lepiszcze.
Pamiętam, że to była prawdziwie aspirująca telewizja z Eureką, Sondą, Rozmowami Nocą z Haliną Miroszową i Aleksandrem Małachowskim, Kabaretem Starszych Panów i później Kabarecikiem Olgi Lipieńskiej i Wojnę Domową. Za wysoko? No to Kowalski musiał stanąć na paluszkach! To się nazywa aspiracja.
Dzisiaj telewizje ulegają najniższym instynktom, pokazują takie dno i chłam, że nie dziwota, iż dziennikarze piszą o totalnym durnieniu narodu. Żadnych aspiracji – Słupek otwiera spragniony dziób i dostaje! Potem przeżuwa dawkę ohydy, niskich tematów, żenady i cudzej intymności, i uważa, że on też musi drzeć się po chamsku, zniżać do poziomu szamba, bo przecież to pokazuje telewizja!
Ktoś mnie zgasił z młodych:
– Zwariowałaś? To normalnie! Dają, czego widz chce, walczą o widza!
– O, to jak widz zażąda gwałtu na żywo, czy pobicia kogoś na żywo, realnie, to ma dostać?
– Niestety do tego dążymy…

Okił rządzi. Zaczął od Kiepskich, teraz kręci i daje nam Zdradę – serial który nakręca ludzi, namawia do śledzenia, przeszukiwania telefonów, kieszeni  laptopa, podważania tego, w co wierzyliśmy, co sobie mówimy, sączy zwątpienie i podejrzenia. 
Co będzie dalej? 
Nie mam puenty.