sobota, 21 września 2013

Kocham Cię życie.

Nareszcie jest z nami. Dał się namówić i Siwy przywiózł go.
I jestem z nimi.
Tatko Siwego ma 90 lat. Odejście (nigdy nie mówi śmierć) żony załamała Go ale nie zabiła, On nadal żyje bo ma fantastycznie opiekujące się nim wnuki i córkę w swojej miejscowości. Siwy daleko, więc ze starszym widywali się sporadycznie. Nie było sprzyjających okoliczności, nieważne.
Teraz nareszcie są ze sobą niespiesznie, serdecznie, blisko.
Chodzą na spacery, robią razem zakupy, wspominają gadają, gadają…
Ja jestem potrzebna jako kucharka i „otoczka cieplna” i staram się być za kulisami. To jest ich bycie razem – moje występy niepotrzebne.
Z radością pitraszę, i gdzieś się tam pałętam, a oni wreszcie z pełną świadomością i zapasem czasu – rozmawiają.
Wczoraj na przykład, Siwy z Tatą rysowali i spisywali najdokładniej jak się da, drzewo genealogiczne. Jakie to ciekawe!
Tata opowiadał dużo – jaki ma jasny stan umysłu! Jakie wyraźne wspomnienia, jaka pamięć do dat, i do tego też poczucie humoru!
Opowiada o rodzinie – licznej i poplątanej. Słucham. Z lekka zazdrością, że ja jedynaczka, że w moim domu tylko dwójka dzieci, a ich – sześcioro, niżej ośmioro i jak to było w domu, kto komu pomagał, jak się rozkładały obowiązki, jaka była zabawa, koleje losu… Jakbym czytała i oglądała obrazki w sepii.
Tatko jest bardzo zdyscyplinowany – wnuczka młoda pani doktor nauczyła Go, że ciało i umysł, zwłaszcza stare, trzeba ćwiczyć, dlatego tatko spaceruje kilka razy dziennie, a tu podoba Mu się rześkość powietrza, cisza łąk i spokój lasów.
Umysł ćwiczy nawet sam – rozwiązuje z zapałem krzyżówki. Wzruszają mnie koślawe litery stawiane drżąca ręką. Czasem rzuca pytanie:
- Małgosiu, dziecko, Kubasińska to jak miała na imię?
- Mira, tato.
„Dziecko” – pięknie to brzmi. Ja, pięćdziesięcioletnia plus kobieta – babka, a tu „dziecko”. Nie mam już rodziców z żadnej strony a tu mój przyszywany teść mówi do mnie „dziecko”. Rzadko, bo jest też galantem i unika „dzieckowania” dorosłej kobiecie, ale zdarzyło się a mnie – radość! Galant w zachowaniu, uprzejmość ma we krwi. Codziennie zakłada krawat. Nawet do ciepłych koszul o domowym charakterze. Żadnych rozlazłych dresów!
- … a marka słodyczy, mam wszystkie litery oprócz pierwszej …azer.
- Fazer – odpowiadam wcale nie tak mądra, tylko szybko sprawdzająca w Necie.
Choć i Net tatkowi nie obcy, chętnie na skype rozmawia z wnukiem mieszkającym daleko. Układa wirtualne pasjanse…
Dla nas trzyma się życia. Dla nas, bo za żoną tęskni bardzo. „Zostawiła mnie tu nie wiem czemu” – mówi z wyrzutem.
I nie wiem – wierzy, czy nie wierzy, że się spotkają?
Wiara w takie spotkanie daje siłę. Wiem, Tato.


wtorek, 10 września 2013

Znajomy, nieznajomy? Kolega, niekolega ?

…no i tak sobie rozmawiamy, i ja mówię, że „mój kolega z sieci…”, a ona na to:
– Jaki kolega? Przecież się nie znacie!
– No, osobiście to nie, bo on mieszka w Seattle (Mszanie, Pusan, Cieszynie, Sydney, Milanówku – dowolne wstawić), ale się znamy!
– E, tam! No, coś ty! Takie znanie! pfff...
No, właśnie. Czy to jest znanie czy nie znanie, jeśli poznaliśmy się w sieci, i gadamy sobie od roku, dwóch dziesięciu, szczerze ględząc o wszystkim? Ja znam już jej/jego poglądy, rodzinę, lektury, zapatrywania etc jak własne, wymieniamy uwagi i rozmawiamy częściej i szczerzej, obszerniej niż z kolegami z „reala”, dla których mamy mało czasu w ciągu dnia (dojazd, kawa, nawet obiad, i odjazd, bo życie wzywa). Dla znajomych z sieci mamy czas specjalnie wyłuskany i niewymagający makijażu, a nawet założenia butów, odpalenia samochodu czy kupienia biletu na tramwaj czy pociąg.
Siedzę sobie wieczorem w domu, wykąpana i z maseczką na włosach, w szlafroku i klikam do znajomej w Moskwie, znajomego w Krakowie, czy córki w Sydney, synowej w Legionowie albo koleżanki po piórze z Mrągowa, znajomego poety z Lidzbarka. Czasu mam ile chcę, jest wieczór, pralka robi pranie, a mi się zebrało na opisanie mu/jej dzisiejszych przemyśleń z kolejki w sklepie (urzędzie, z jazdy samochodem – cokolwiek tam…) I sobie klikamy – leniwie, nieśpiesznie, szczerze. „Wklikujemy” dokumenty, zdjęcia, linki do piosenek, filmów, slideshow...
Taka korespondencja jest bogatsza, głębsza, a taka znajomość przez to też nabiera wielowymiarowości, wielu poziomów - od ploteczek, po duszne zwierzenia. I, czy ktoś taki, jest znajomym czy nieznajomym? Czy mogę nazwać go/ją koleżanką? Kolegą? Czy nie, bo nie ściskałam mu/jej ręki, nie objęłam nigdy, nie siedziałam blisko.
Czy to bezpośrednie spotkanie, uścisk ręki daje nam prawo nazwania kogoś znajomym? Kolega, to ktoś bliższy, to rozumiem, ale czy konieczna jest cielesność? Bezpośredniość? Poznanie mimiki, gestykulacji, bodylunguage? Czy dzisiaj „wirtual” może być tym jedynym łączem i sprawcą znajomości, koleżeństwa, przyjaźni i miłości? Wszak Ewelina Hańska i Honore, kochali się listownie, („real” tylko popsuł tę relację). Wszak Heloiza i Abelard poznali się w „realu”, a właśnie „wirtual” podtrzymał ich (nazwę to delikatnie) znajomość (przyjaźń, miłość?) zdecydowanie bardziej.
Czy tkwić w dawnych formach – znajomy, kolega to ktoś, kogo znam z „reala”?
Czy iść naprzód, i z lekka jednak przedefiniować pojęcie znajomy, kolega, i zgoda na wirtualne poznanie? W czym gorsze jest rozmawianie przez skyp’a od rozmawiania przy stoliku kawiarnianym? Czy koniecznie muszę uścisnąć, przytulić, siedzieć obok? W czym wielostronicowy mail ,który po kliknięciu w mig jawi się komuś za oceanem, albo w odległym mieście i odpowiedź na niego, jest gorsza od nocnej Polaków rozmowy?
No…? 


niedziela, 1 września 2013

O pożegnaniach.

Z racji wieku uczestniczyłam w wielu, dlatego zabieram głos. I proszę nie traktować tego tekstu jako agitki. Ot refleksja!
Przychodzi taka chwila, w której dowiadujemy się, że ktoś bliski zmarł i trzeba go odprowadzić na ostateczny spoczynek.
Mój pierwszy pogrzeb opisałam w Fikołkach na trzepaku:
„Samego pogrzebu nie pamiętam. Stypę - tak! Urządził ją Feliks Feliksowicz (jak żartobliwie nazywaliśmy syna dziadka, młodszego brata taty). Ówcześnie był już żonaty z piękną i wesołą Krysią. Mieszkali gdzieś na Pradze, w bloku dość nowym, w małym mieszkanku. Pamiętam wielki stół, przy którym siedzieliśmy bardzo ciasno usadzeni. Felek Młodszy zrobił pyszne jedzenie.
Po zimnych zakąskach na stół wjechały pieczone kurczęta, powodując moją chwilową radość. Chwilową, bo po pokrojeniu były... różowo-krwiste w środku. Niedopieczone! Byłam rozczarowana nie tylko kurczętami, ale też atmosferą przy stole.
Jako dziecko myślałam, że stypa będzie polegała na żałosnym opła­kiwaniu zmarłego, że Helasek (czyli babcia) będzie zawodziła i opłakiwała głośno śmierć dziadka, a nabożne chwile wspólnej rozpaczy uduchowią odejście zmarłego, czyli mojego wielkiego, kochanego dziadka z nosem jak wielka trąba, za którą tarmosiłam Go, siedząc Mu na kolanach. Gdzie tam! Babcia zdjęła kapelutek z welonem, goście na dzień dobry wypili po lufce i po drugiej na rozgrzewkę, zaczęto się głośno przedstawiać, kto jest kto, i „proszę, może jajeczko”. Babci obeschły łzy i poprosiła o śledzika, więc ja, rezygnując z zawodzenia, poprosiłam o tatara i nagle przy stole zrobiło się jak przy normalnym obiedzie.”
Kilka lat później zmarła babcia Hela, ale tego nie zapamiętałam. Pewnie była i msza i pogrzeb, ale coś takiego się stało, że nie mam tego w pamięci.
Minęło wiele lat. Zaczęły się inne pożegnania.
Najpierw Jola, 27 lat! Czerniak. Pozostawiła córeczkę i oszalałą z bólu Mamę – moją ciocie Alinę, i wujka Zenka. Kaplica protestancka na Młynarskiej. Pastor wchodzi – ciocia ledwo przytomna z rozpaczy. On zaczyna i skupia uwagę – pięknie mówi o Joli , jej życiu, cierpieniu i zaśnięciu, które ukróciło jej męki. Ciocia uspokaja się, zaczyna słuchać, łzy obsychają nam wszystkim. Zbiorowa terapia? Zrozumieliśmy wiele, pastor nas przeprowadził mądrze przez tę śmierć młodziutkiej Joli. Było pięknie.
Pogrzeb taty. Wojskowy cywilny – na Powązkach. Wszystko takie wojskowe, ogarnięte, stuk, stuk wkraczają żołnierze tupiąc butami – rozbijając ciszę. Stają obok trumny na której leży wojskowa czapka ojca. Po przyjaciołach ojca – starych i siwych chłopakach, zaciągają wartę młodzi żołnierze z jednostki w Brzegu, której honorowym członkiem był tatko. Potem wszystko z wojskowymi honorami, harcerze, poduchy z odznaczeniami i wymarsz, nie noga za nogą, z pojękiwaniem, ale dziarsko – po żołniersku! Salwa nad grobem! Harcerze nie wytrzymują, biegną szukać w trawie łusek. Tata byłby wzruszony. Piękny to był pogrzeb! Godny, męski.
Później niestety seria pogrzebów katolickich. Lata wczesne ’90 i kolejne pogrzeby stryja, stryjenki, zatem już w dwutysięcznych latach mojego szwagra i szwagierki, i … ten sam niesmak. Z mszy szwagierki, nieledwie 50 letniej świetnej naszej Maryli, wychodzę w połowie z córką, oburzona (podobnie jak z poprzednich). Kurcze! To jest pochówek konkretnej osoby, a nie polityczny wiec! Agitka, msza, w której mowa o… (??) tych okropnych komuchach, rządzie, premierze, o tym kogo wybieramy i czego mamy się wstydzić (?!) i potem modły za Jezusa, papieża, biskupów i kardynałów, a w trumnie leży ktoś, kogo ksiądz w ogóle jakby pomija! Jakby ta osoba na katafalku była tu przypadkiem! Na końcu jakieś „módlmy się za…..” i wychodzimy najpierw oczywiście dając na tacę.
No, nie… Nie podoba mi się. Nie.
Pogrzeb mojej mamy – ateistki. Dom pogrzebowy. Mistrz ceremonii mówi o mamie niezbyt długi, ale ładny tekst o tym, kim była. Potem ja, jako córka mówię o Niej, kim była dla mnie i dla moich dzieci. Na ekranie slide show (elektronika!) zdjęć mojej Mamy – od wczesnego dzieciństwa, po sędziwą staruszkę. Piękny! Takie resume…
Przy grobie głos zabierają Jej uczennice. Serce rośnie! Takie zasiała ziarno! Jej uczennice, stare i siwe mówią o Niej pięknie, wzruszająco!
Wczoraj pogrzeb mojej teściowej - Mamy.
Na katolickim Bródnie, cmentarzu, który nie przewiduje świeckości. Trudno – poradzimy sobie. Mama, absolutna ateistka od powojnia, zdeklarowana tak bardzo, że jeszcze miesiąc temu zastrzegała, żeby jej w kościele nie trzymać za nic w świeci! Żeby żadnej celebry, obcych mistrzów ceremonii, żeby wyłącznie rodzinnie! Synu – pamiętaj!
I tak było.
Piękny dzień, ciepło i słonecznie.
Jak już się uzbieraliśmy wszyscy wokół trumny, zabrał głos Jej syn, najczulszy opiekun ostatnich lat. Pięknie opowiedział, dlaczego taka forma pożegnania, kim była Mama dla niego, jakieś dwie, trzy anegdoty, świetliste wspomnienia i na koniec mu się głos podłamał. Zatem stanął wnuczek (33) i w lekkiej formie powiedział, że właściwie cieszy się, iż właśnie tak słonecznie i intymnie, we własnym gronie żegnamy babcię, a nie konwencjonalnie napompowani czarną rozpaczą w jakimś bezdusznym pomieszczeniu, bo jednak lekka i serdeczna oprawa złożona wyłącznie z nas – rodziny i przyjaciół bardzo do niej pasuje. Zatem pociągnął wątek osobisty i ciepło powiedział, kim dla niego była babcia, dlaczego tak bardzo ją kochał i co zapamiętał szczególnie. (znów jakieś miłe anegdoty). Potem poszłam ja i przemówiłam w swoim i drugiej (już nieżyjącej niestety synowej), jak wspominam Mamę jako teściową (a właściwie świekrę), czemu tak łatwo było mówić do niej "Mamo", że jak widać, biorąc lekki rozwód z mężem, nie przyszło mi do głowy rozwodzić się z Nią, i o tym że jednak wielkim jej szczęściem było to że wszyscy bardzo Ją kochaliśmy, choć czasem może brakowało jej bliższego kontaktu z nami (ostatnie lata była prawie ślepa i głucha). Bo kochaliśmy ją prawdziwie i serdecznie i Ona tu czuła. Potem wystąpił Wiesiek S. jakby w imieniu mieszkańców domu w którym mieszkała od wojny - ich Małej Ojczyzny. O swojej mamie – dozorczyni i długoletniej przyjaźni obu pań, o tym jaką była wspaniałą i dobrą sąsiadką, i jak widziano ich – moich teściów jako wspaniałą i dobrą rodzinę.
Z nami żegnała ją opiekunka ostatnich jej kilku lat – Grażynka, osoba niby obca a jednak i ona kochała babcię mocno, bo mówiła do niej – Mamo.
- Pani Grażynko, a czemu tak?
- Bo nawet moja mama nie była tak dobra dla mnie, jak pani Janka.
Porozmawialiśmy i już. Potem została pochowana.
Wszyscy byliśmy w dobrym i pogodnym nastroju, bo pożegnaliśmy ją w miłości i spokoju, rodzinnie i godnie, prawdziwie serdecznie. Zmarła mając 91 lat – zmęczona życiem i dysfunkcja organizmu, ale kochana jak mało kto.
I ten cywilny pogrzeb spełnił swoją rolę – pożegnania pięknej i dobrej osoby w sposób szczególnie tkliwy i serdeczny.
Chciałabym żeby mój syn i córka też mnie tak pożegnali. Koniecznie!
Obiecali że pochowają mnie w asyście piosenki Jaromira Nogawicy (to też wola mojego syna, żeby i Jego pochować z tą pieśnią): http://www.youtube.com/watch?v=M4aZeAC_moo