wtorek, 12 marca 2013

Obrona szczawiu



Oj, oj, oj! Nasza cecha narodowa to oburzanie się, szczególnie na tych, którzy szczerze, ale i bez finezji mówią prawdę. Stefan Niesiołowski skomentował uliczno-medialną atrakcję pewnej fundacji, która wyliczyła, że w Polsce jest 800000 głodujących dzieci. Normalnie powaliłoby to mnie na kolana, ale liczba ewidentnie z palca wyssana wydała mi się przesadzona i nie tylko mi.
Okazał się, że fundacja zadzwoniła do… 600 nauczycieli o po rozmowie, „tak im wyszło”. Szerzej o tym procederze – w necie.
„Małe, niewinne procenty przemnożone przez setki tysięcy osób w badanej populacji mają prawo rodzić błędy liczone w tej samej, wielotysięcznej skali. To nie statystyki kłamią. Liczbami manipulują ludzie, dla tych samych celów, dla których manipulują słowem. I równie często. Prof. dr hab. Mirosław Szreder”.
Co chciał powiedzieć Stefan Niesiołowski wspominając nieszczęsny szczaw?
Wiem, bo sądzę to samo.
Mieszkałam i mieszkam na wsi, i widzę jak to wygląda. Jabłka pod drzewami leżą, aż zgniją, podobnie śliwki, rabarbar, szczaw, czyli wszystko, co rośnie sobie w koło i jest za darmo, tylko zerwać. Jedyne co zbiera wieś, to jesienią z nudów i przyzwyczajenia grzyby, choć czasem dla mieszkańców osad popegeerowskich, to źródło utrzymania w lecie i jesienią – grzyby, zioła i ślimaki. Zbieractwo w XXI wiek
Niemniej we wsiach, u małych i większych gospodarzy w zagrodach, głodu nie ma, chyba, że ludzie są niezaradni skrajnie, lub przepijają co się da. W miastach faktycznie jest trochę gorzej.
Mieszkałam w bardzo biednej rodzinie całe wakacyjne lata. Szczaw, ziemniaki jajka i grzyby, ryby złowione w rzece, pierogi z zebranymi jagodami, chleb z cebulą, pomidorem albo z cukrem – to było nasze jedzenie. Dwa miesiące zupełnie bez wędlin i mięsa, i jakoś nam zdrowo było, a jak zachciało się kiełbasy, gospodyni robiła nam „postną kiełbasę” czyli chleb ze smalcem i z roztartym czosnkiem. Uwielbialiśmy to! Kubek mleka i wracamy do zabawy albo sianokosów. Na obiad micha ziemniaków ze zsiadłym mlekiem, kilka skwarek i cześć. Wracałam do Warszawy zdrowa, jędrna i opalona. Świniaka biło się tam na święta i konserwowało w różny sposób. Wystarczało tego dla ich rodziny do wiosny, a w zagrodzie były jeszcze kury i gęsi.
Dzisiaj kur nie hoduje, bo brudzą, gęsi też. W Biedronce przecież są bardzo tanie, i już odarte z pierza. Konfitur ani dżemów choćby ze spadów i uzbieranych jagód nie smaży się – są w Biedronce tanie (zżelowana słodka woda z barwnikami), w ogródkach rosną tuje i jałowce, zamiast porzeczek i malin. Są w Biedronce albo na targu! W ogródkach stoją gipsowe krasnale.
Szczawiu ani szpinaku, kapusty, sałaty, własnej marchewki, ogórków to ja po zagrodach, w ogródkach w ogóle nie widzę! Biedrona jest! I targowiska. Tylko kasy trzeba, więc rolnik płaci KRUS (grosze na kwartał jako ubezpieczenie społeczne, czyli miasto pokrywa de facto leczenie wsi) i zasiłki są, i renty....
W wielu domach (rację ma Julia Pitera) nie ma zwyczaju dawać śniadania dzieciom, tylko się daje 2-5 zł. „Kup sobie coś” i dzieciak kupuje batona, colę albo chipsy.W domach pijanych jest na wódę i zagrychę, tam cierpią dzieci – fakt. Zawsze cierpiały, bo ludziska piją nie od wczoraj. Od niedawna kobiety w takiej ilości.
Wiele dzieciaków nie je rano, bo nie lubi. Nie przechodzi im przez gardło. Idą na głodniaka. Nikt nie robi kanapek. Po, co? Coś się kupi gdzieś. W domu powinna czekać mama z obiadem, ale (sama widziałam to w wielu domach), od kiedy są zupki Youm – Youm – dzieci dostają Gorący Kubek, czyli wodę z solą, glutaminianem sodu i makaronem, a mama ogląda Modę na Sukces. Rozmawiałam o tym z miejscową lekarka w Dźwierzutach. Stąd niedożywienie, zaparcia i awitaminoza u młodzieży, bo na pytanie „Jadasz owoce? Warzywa?” Słyszy: „Nie lubiem”. „A co lubisz?” „Cole, chipsy i zupę z kubka. Czasem pizzę mama kupi i odgrzeje, albo sobie kupię zapiekankę”.
Prawdziwa bieda jest – oczywiście, ale nie w tak spektakularnych liczbach! 
Byłoby więcej sytych dzieci, gdyby ich matkom chciało się choć szczawiówkę upichcić, placek ze śliwkami jakikolwiek zakręcić, kluski z jagodami, ale batoniki tańsze i zupki chińskie… I robić nie trzeba.
W każdej szkole Komitet Rodzicielski mógłby wydawać codziennie porcję zupy, właściwie bez kosztów gdyby każdy dał, a to ziemniaków, a to marchwi, selerów, jabłek, kapusty. Kilka groszy na jakieś makarony, żeberka, kurczaki, kiełbasinę by się znalazło i talerz zupy za przysłowiową złotówkę każdy dzieciak by dostał, ale na przeszkodzie stoi Sanepid i US, więc nikt nie ryzykuje losu Waldemara Gronowskiego (splajtował, bo rozdawał jako piekarz niesprzedany, suchy chleb). A tego ani Pitera ani Niesiołowski najostrzejszym językiem nie przeskoczy.

11 komentarzy:

  1. Mam takie same obserwacje, a jeszcze bardziej się nasilają, gdy ubijam mojemu siedmiolatkowi pure z ziemniaków i gotowanej pietruchy, a on wzdycha i powiada: mamo, to jest lepsze nawet od kotleta (ziemniaki 1,5 zł/kg, pietruszka 2,50zł/kg, trochę masła, mleka i gałki muszkatołowej - ale bez masła i gałki można się obejść). Może to mój brak wyobraźni, ale nie mogę pojąć, że dziecko notorycznie nie jada obiadu w domu tylko i wyłącznie dlatego, że nie ma NIC do jedzenia. I to nie jest owo NIC wynikające z patologi (bo to rozumiem), ale z niezaradności rodziców. Z jednego jajka, wody i mąki można usmażyć górę naleśników. Nawet mleko niepotrzebne. Nie piszę tego dlatego, że jestem taka oszczędna i zaradna (jest niestety dokładnie na odwrót), ale myślę, że dałabym radę, nawet za nędzne grosze zadbać, żeby moje dziecko jadło w domu ciepły posiłek. Nawet, gdyby musiało codziennie wsuwać marchwiankę.
    Zaraz z pewnością posypią się gromy i dowiem się, że nie znam życia i mam szczęście, że nie doświadczyłam prawdziwej biedy. No mam, ale także mam szczęście, że umiem ugotować zupę szczawiową :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Cóż, trudno się z Panią nie zgodzić... ale...
    Gdzie my mieszkańcy miast mamy hodować te kury? Na balkonach? A porzeczki? Na parapetach? To raz.
    Dwa. Nie wszyscy są bezrobotni, mają wolne zawody, mają czas.
    Jest masa ludzi pracujących od świtu do zmierzchu, i ja się im nie dziwię, a dobrze rozumiem, że zamiast gotowania zupek po północy wolą się po ludzku wyspać.
    Nawet najzdrowsze zupy jedząc daleko się nie ujedzie bez snu.
    Łatwo jest generalizować, niestety.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wychowałam się w mieście, pracujący od świtu do nocy rodzice i zawsze coś obiadowego któreś z nich ugotowało a od 12 roku życia gotowałam i ja! Kartoflanke, makaron z serem, naleśniki. Dzisiaj łatwiej dać dziecku na chipsy albo pizze. Można.

      Usuń
  3. Świeta prawda, Pani Małgorzato! Ja, gotując w domu czuję si jak diznozaur, bo wokół mnie już prawie nikt tego nie robi. Przetwory? Pierogi Budyń? kisiel? pajda chleba z demem? teraz to już prawie relikty. Jak dla mnie lenistwo i głupota postępująca.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak jest, kisiel i pajda chleba z dżemem to najbardziej pożywne dania, nie mówiąc już o zupie szczawiowej. Proszę Państwa, nieważne, co Niesiołowski chciał powiedzieć, ważne, co powiedział. Nikomu, a zwłaszcza osobie na takim stanowisku, nie wolno mieć takich głupawych odzywek. Wstyd jak koń.

      Usuń
  4. Pani Małgorzato! Dziękuję za prawdę o której Pani pisze. Nie wyobrażam sobie, aby moje dzieci nie jadły obiadu, czy nie miały kanapek do szkoły. Wiem,że pracując też można pogodzić te wszystkie sprawy.Tylko trzeba sobie zadać pytanie :co jest dla nas priorytetem - Dzieci? Czy nasze "niechcenie"?

    OdpowiedzUsuń
  5. Moje dzieciństwo przypada na przełom lat 50 i 60tych.Jeśli ktoś pamięta tamte czasy to chleb z plackiem ziemniaczanym udającym schabowego był częstym widokiem.
    My z rodzeństwem zajadaliśmy same delicje.Pajda chleba polana wodą i posypana cukrem,a nawet czasem posmarowana śmietaną.
    Mieszkałam w samym centrum Warszawy.Nie było babci na wsi,ani ogródka pracowniczego.Pracujący rodzice odprowadzali nas do przedszkola,a potem szkoły -jako pierwszych koło 6 a odbierali prawie ostatnich .Zawsze był obiad w domu.Czerwony postny barszcz z ziemniakami pokraszonymi zesmażoną cebulą -też bywało.Nigdy nie byłam głodna.Jeśli nie miałam kanapki to tylko przez zapomnienie.
    Mama bardzo się złościła na nasze zapominalstwo.A te nieszczęsne mirabelki.Zjadłam ich całą tonę z nasypu Dworca Ochota.

    OdpowiedzUsuń
  6. Co do sondaży to ręce opadają. Strach dzisiaj wierzyć komuś na słowa "potwierdzone naukowo" czy "jak wynikło z sondaży". Z tego co opisujesz wielkimi krokami przychodzi do nas moda z zachodu na szybkie jedzenie. I choć totalnie tego nie rozumie to trzeba przyznać, że dzisiaj nawet pozornie zdrowe jedzenie jest naszpikowane chemikaliami.

    OdpowiedzUsuń
  7. od 25 lat mam działkę w okolicy Dźwierzut i obserwuję zmiany jakie tam zachodzą.
    Zgadzam się z panią całkowicie
    Moi tzw.miejscowi sąsiedzi pyszne, wielkie papierówki wywożą taczkami do lasu a w miejscowym sklepie kupują farbowane, gazowane napoje..
    korzystam z tych jabłek robiąc przetwory np.na szarlotkę
    podśmiewają się trochę ze mnie "że też się pani chce"

    OdpowiedzUsuń
  8. jestem stosunkowo młoda, mieszkam w mieście, mam działkę, sadzę warzywa i ciągle słyszę "jak ci się tak chce!". przychodzi jesień a ja tonę w robieniu różnorakich przetworów i znów słyszę "jak ci się tak chce!, skąd ja mam tyle czasu!"
    A mi się chce!chociaż po przerobieniu 20kg pomidorów padam na twarz, to już planuje co dalej zrobię.
    a najgorsze że jadąc gdzieś na wieś już nie można kupić wiejskich jajek lub mleka prosto od krowy, bo nikt nic nie chowa, bo się nie opłaca.

    OdpowiedzUsuń
  9. Sluszne oberwacje, ale i smutne!

    Dzieci nie uczy sie jesc zdrowo i brak informacji na temat co jest wartowsciowe. Tylko ten pltastic fantastic!

    Ze zwyklego lenistwa i wygody.
    Sama jestem dzieckiem poznego Komunizmu i ciepialam braki w mojej diecie wegetarianskiej.

    Moja koleznaka z Polski zywila sie nalesnikami i kanapkami z serem bo rodziece sprezdali dzialke bo nie mieli czasu robic na nieje.

    A polska kuchnia do dzis staje mi oscia w gardle. Zupy na ksociach i gotowane po 2 godziny, po ktorych warzywa przypominaja szare wiory!

    I ten brak tolerancji w polsce. Wciskanie na sile jedzenia, nalepiej kijem i nie sluchanie co sie mowi, ze JA MIESA NIE JEM.

    Czesto to bylo komentowane,ze mam jakis fanaberie. Jakby mi to bylo zabronione?
    Odwiedzajac ostanio Polske i Krakow przeszlam zywieniowe katusze w barach i restauracjach tylko jendo dostepne. Kotlet i pierogi.

    Daleko nam jeszcze do Europejskiej toletancji.

    Anglia nie lepesza tez tylko wszytko "process food", ale duzo publikacji i wielki boom na vegan i plant food diet!

    Oby tak dalej.
    A moze w Polsce nastapi powrot do natury i nowe pokolenie bedzie mialo mile wspomnienia z wakacji przy zbieraniu jagod, poziomek i grzybow jesiania.

    A pomarzyc dobra rzecz.....

    OdpowiedzUsuń