piątek, 18 listopada 2016

Chciałam pięknej książki, i mam!

Już dawno mówiłam o tym jak bardzo potrzebuje książki PIĘKNEJ.
Jak nużą mnie już te wszystkie pisane wulgarnie, urywanymi zdaniami, opisujące jakieś wydumane stany psychodeliczne, jakieś niby polskie szambo. Szare obrazki, szary język, szare myśli i poszarpana polszczyzna, bo dzisiaj jest moda na brzydotę, trzeba ją opisywać brzydkim językiem. Pytałam wówczas, czy dzisiaj nikt już nie umie opisać świata pięknym językiem?
Chcę pięknej książki!
Wyśmiano mnie.
Krytycy i pisarze wydumali sobie, że pisząc tak, chciałam zwrócić uwagę na siebie, więc zgodnie z polską tradycją niedoczytania, niezrozumienia i stworzenia sobie własnej wersji mojej wypowiedzi (co po angielsku nazywa się Straw Man argument), obśmiano moje pytanie i mnie.
Niektórzy bez klasy, inni w białawych rękawiczkach. Bez zrozumienia.
Trudno. To walka przegrana, jeśli nie ma chęci wysłuchania interlokutora.
Dzisiaj najspokojniej mogę powiedzieć, że mam tę książkę, o której mogę powiedzieć śmiało, że jest Piękna. Pięknie wydana i pięknie napisana i nie jest harlequinem, ba, nawet nie jest romansem, jest albumem, swoistą opowieścią, refleksją?
To „Biel” Marcina Kydryńskiego.

Autor jest erudytą nie jest to więc pierwsza jego książka pięknie napisana. Pierwej opisał Lizbonę: „Lizbona. Muzyka moich ulic.”
Nigdy nikt tak miasta nie opisał.
Autor wychowany starannie i oczytany od dziecka ma łatwość posługiwania się językiem polskim. Żongluje językiem z prestidigitatorską łatwością, choć lepiej napisać: z lutniczą precyzją Będąc wielbicielem, znawcą muzyki ma jeszcze ten dar, że słyszy dźwięki w pełnej ich skali, jest świadom czym jest harmonia, a fałsz sprawia mu ból. Jako fotograf, wrażliwy i wnikliwy obserwator, ma też wyczulony wzrok i zmysły pozwalające ogarniać to czego inni najczęściej nie widzą. Szerokie horyzonty, wielka wiedza, erudycja i umiejętność przelania tego na papier, nadania ciekawej formy, oczarowanie czytelnika  – to dzisiaj ginący gatunek pisarza.
Śmieszą mnie fochy czytelniczek/czytelników, piszących z wyższością, że język pana Marcina jest dla nich zbyt barokowy, zawiły. Serio?!
Mój tatko powiedziałby „Nie narzekaj na lustro, gdy gęba krzywa”, a mama powiedziałby spokojnie – nie rozumiesz? Masz encyklopedię, zajrzyj!
Przyznawanie się do tego, że operowanie zdaniami złożonymi, stosowanie przenośni, parafraz, epitetów, metafor, porównań, oznacza przyznanie się do kiepskiego poziomu, do nieoczytania. Nie jest winą autora, że ma wykształcenie i posługuje się pełnym zasobem słów, rzuca cytatami, zna nazwiska ludzi mających coś do powiedzenia w sprawie, którą on opisuje.Często - zna ich osobiście. To zaleta i należy to wypunktować a nie jęczeć że "język za trudny".   
W „Bieli”, jak i w poprzedniej swojej książce, w audycjach radiowych  Marcin Kydryński używa języka malarskiego, poetyckiego, fakt – bywa że wyniosłego, ozdobnego ale nie zawsze – gdy trzeba, prostego, mocnego i bardzo trafnego.

„Biel” powstała jako rezultat wieloletniej fascynacji autora Afryką.
Piękny i bogaty język, świetne fotografie mamią, wydaje się, że dostaniemy do pomacania, do posmakowania Afrykę taką jaka jest na pocztówkach biur podróży. Gorącą, żółto-biało-brązową, z ugrem i zielenią, z ciemnymi postaciami wiotkich kobiet i zwinnych mężczyzn, zapachem buszu po deszczu…
Nic bardziej mylnego.
To swoisty paradoks, że wysublimowane piękno natury nie jest w centrum zainteresowania autora, ono mu zaledwie towarzyszy, tworzy tło. Raczej niedotykane, pomijane albo tylko dyskretnie zaznaczane. Dostajemy Afrykę „na surowo”, bez ugarnirowania jej tanim widoczkiem piasku z palmą, czy buszu z zebrą. To Afryka taka jaka jest naprawdę – przerażająca swoją innością, brutalnością. Nieprzystająca do naszych pojęć o stosunkach międzyludzkich, humanitaryzmie, współpracy i współistnieniu. Afryka niezrozumiała, krwawa albo tylko brudna, bezmyślna, leniwa, brzydka, zaśmiecona, i smutna raczej, niż bajkowa. Zalana łzami i krwią.

Czytając tę książkę musiałam się zmierzyć z moim pojęciem o tym, jaki jest ten „czarny”, a w zasadzie gorący, suchy ląd, uładzić się sama ze sobą, bo szczególnie dzisiaj wobec wielkiej migracji muszę sama sobie odpowiedzieć na wiele trudnych pytań. Okazuje się, że temat empatii jest trudniejszy niż sądziłam.
Mam szczególną przyjemność mieć tę książkę – album (zdjęcia!) i audiobooka, którego jestem… akuszerką, bo uprosiłam zarówno pana Marcina (miał opory), jak i wydawnictwo, żeby autor swoim sjestowym głosem, z charakterystycznym, ojcowym „r” przeczytał mi tę książkę na głos.
I słuchanie go, to dopiero jest wielka frajda.
DZIĘKUJĘ za możliwość poznania tego kontynentu, na który się nie wybieram, a który chciałam poznać, zobaczyć, poczuć choć w maleńkiej części dzięki komuś, komu ufam.



Kilka wybranych cytatów:

Jeżeli ktoś nazwie ją albumem fotograficznym, sprawi mi
przyjemność. Gdy uzna, że to książka o Afryce, nie będę się
spierał. Na nieprzyjemny zarzut, że jest w istocie autobiografią,
nie będę umiał odpowiedzieć, zażenowany, przyłapany na
gorącym uczynku. Sam myślę o Bieli jak o notatkach na marginesach
książek, które zawsze mam ze sobą w podróży, bo lubię
rozmawiać ze znacznie mądrzejszymi od siebie. Książki są dla
mnie najważniejsze.
A nie ludzie? – ktoś spyta. Książki to są ludzie, przecież.
Wydestylowani do samej istoty rzeczy.
*
Bosaso to niedostępne klify i górskie jaskinie. Schronienie
dla ekstremistów, przechowalnia samobójców. James
Fergusson w swojej książce World’s Most Dangerous Place pisze,
że młodym nomadom zwerbowanym za garść jedzenia do
radykalnych bojówek pokazuje się tańce pulchnych dziewcząt
z filmów bollywoodzkich, mówiąc, że są to nagrania przesłane
z nieba przez poprzednich męczenników sprawy. Osobny
temat: erotyczna frustracja, seksualne niespełnienie nastoletnich
rekrutów z pustyni – jako motywacja do świętej wojny.
Możliwość jej uniknięcia, gdyby wcześniej ktoś ich przytulił
do nagiej piersi.
*
Tymczasem muzyka północy, ta z sudańskich taksówek,
z autobusów w skalistych pejzażach Erytrei, z etiopskich kiosków
z gazetami miała inne zadanie: ogłuszyć. Uniemożliwić
refleksję. Wypełnić pustkę tysiąca mil piasku i pustkę w naszych
stumanionych zmęczeniem głowach. Wyłączała mózg.
Podkreślała wspólnotę. Nawet gdyby podróżujący tym samym
autobusem przez trzy dni po 14 godzin na wstępie nie czuli
się sobie bliscy, ta muzyka miała ich scalić, pojednać w ów
napastliwy, nieznający sprzeciwu sposób. Niczym w świecie
Orwella.
Drażniła powtarzaną w nieskończoność frazą, głos miał
w sobie tę gwałtowność, która wyklucza ukojenie, miał ton
tłuczonego szkła. Słuchałem mimowolnie i czułem, jakby grajek
wtykał mi do uszu długi kolec akacji. Ta muzyka zdawała
mi się nienawistna bardziej niż smród zjełczałego masła na
włosach kobiet, niż odór zwierząt przewożonych w skwarze
pod siedzeniami. Fetor ich odchodów. Nie zostawiała miejsca
na to, co odrębne. Była jak stado fałszywie grającej na dudach
szarańczy. Niszczyła wszystko na swojej drodze.
*
W którym momencie wszystko poszło nie tak? Być może
od samego początku, w 1819 roku, to był zły pomysł Kongresu
Stanów Zjednoczonych, by uwolnionych niewolników odesłać
z powrotem do Afryki. Choć hasło brzmiało godnie i przeznaczono
na tę podróż 100 tysięcy ówczesnych dolarów, głównie
chodziło o to, by młodzi, silni, bystrzy i od niedawna wolni
ludzie nie zasiali w konserwatywnym białym społeczeństwie
zamętu. Statek „Elizabeth” wywiózł ich więc na zesłanie bez
prawa powrotu, ale opatrzono tę ekspedycję etykietą prawości.
Może to był zły znak, że zanim w ogóle znaleziono miejsce
na osadę, co czwarty z uwolnionych zmarł na malarię?
Może miała się w przyszłości zemścić decyzja, by ziemię dla
nowo przybyłych wymusić od miejscowego władcy za bezcen,
przystawiając mu pistolet do czoła?
Co stało się potem, stało się naprawdę. Nie było eksperymentem
psychologii społecznej. Philip Zimbardo zastanawiał się
nad tym szczególnie ostrym zakrętem ludzkiej duszy dopiero
sto pięćdziesiąt lat później, gdy studentów Uniwersytetu
Stanforda podzielił na dwie grupy i umieścił w więzieniu
w rolach strażników i więźniów. Eksperyment przerwano po
sześciu dniach, gdy okazało się, że studenci obdarzeni przywilejem
władzy nie zawahali się przed upodleniem, torturą,
zniszczeniem grupy zdefiniowanej jako słabsza.
Na idyllicznych plażach Afryki Zachodniej niedawni
niewolnicy, z Biblią w ręku, nie pojawili się, by szukać śladów
przeszłości i odnaleźć stęsknione rodziny. Znając jedynie
zasady funkcjonowania wielkich plantacji Południa, zastosowali
je wobec rdzennej afrykańskiej ludności. Zmusili do
pracy, nałożyli podatki, pozbawili praw i ziemi. Zbudowali na
wybrzeżu osiedla na wzór miast Ameryki. Wystrugali werandy,
kolumnady. Ubrani w krynoliny, fraki i czarne cylindry
podążali w dewastującym upale do licznych kościołów, a swój
kraj, pod amerykańską flagą, ochrzcili Christopolis. Biblię
czytali jednak nieuważnie. Nie im pierwszym i nie ostatnim
umknęły przykazania miłości.
*
Ryszard Kapuściński notował w
Lapidarium: „Jestem
przekonany o całkowitej odmienności kultur. Gdy dzisiaj pracownik
na rzecz pomocy rozwojowej udaje się do wioski afrykańskiej,
to robi to zwykle dlatego, że sam tego chce, a nie
dlatego, że tamtejsi ludzie są jakoś specjalnie tym zainteresowani.
Być może ich kultura jest kulturą minimalizmu, wolą
nic nie robić. Jest w tym jakaś przemoc, gdy zmusza się ich,
by uwierzyli w wartości obcej kultury. (…) Najlepsze byłoby
zaakceptować to. Nie trzeba zmieniać wszystkiego”.
*
Na marginesie: jest dzisiaj w dobrym, politycznie poprawnym
tonie napisać: „W Afryce spotkałem na swojej drodze
ludzi, którzy niczym się od nas nie różnią”. Brzmi dla niektórych
szlachetnie, ale to nie mój pogląd. Nie tylko dlatego,
że z łatwością dowiodę, iż w Afryce lepiej od nas biegają,
tańczą i rzeźbią w drewnie. Że statystyczny przechodzień na
ulicy w Dakarze przypomina antycznego dyskobola, a w moim
mieście często worek ziemniaków. System wartości muezina
z Omdurmanu jest tak odmienny od przemyśleń maklera giełdowego
z Wall Street, że równie dobrze mogliby należeć do
dwóch odmiennych gatunków zwierząt na odległych od siebie
planetach. Mnie równie daleko do każdego z nich, choć staram
się zrozumieć obu. Z różnym skutkiem.
Co też znaczy: w Afryce? Somalijski pasterz wydaje mi
się tak oddalony od zanzibarskiego rybaka, jak wielbłąd od
rekina. Kairski taksówkarz tak inny od myśliwego Mursi, jak
pyton od lamparta. Wierzę, że te sformułowania nie wartościują.
Lub robią to a rebours, bo właśnie odrębność jest dla mnie
Wartością.
*
Za jazdę z mężczyzną na tym samym motocyklu dziewczynę
uśmierca się kamienowaniem. Za kradzież obcina się ręce. Radykałowie
z organizacji Boko Haram (w wolnym tłumaczeniu:
„precz z zachodnią cywilizacją”) prześcignęli w okrucieństwie
i liczbie ofiar nawet Państwo Islamskie. Sahid, a wraz z nim
każdy chyba mieszkaniec Sierra Leone, konfliktów religijnych
i plemiennych nie pojmuje.
Tu rebelianci obcinali dorosłym ręce, żeby nie mogli głosować
w wolnych wyborach. Ale dzieciom cięli maczetą dłonie
i stopy także, by zaszokowany świat przysłał pomoc humanitarną,
z której oni mogliby szerokim gestem skorzystać. Ostatecznie
szło o pieniądze. Silna motywacja.
Sierra Leone pozostaje wciąż jednym
z najbiedniejszych państw na świecie, mimo pomocy humanitarnej
najwyższej w historii, jeśli przeliczyć ilość dolarów
przyznanych na jednego mieszkańca. Gdzie te pieniądze,
ktoś spyta?
Linda Polman w książce Karawana kryzysu, jednej z najbardziej
wstrząsających moich lektur w ostatnich latach, próbuje
podjąć ten temat. Jedno jest pewne. Te pieniądze nie trafiły do
slumsów Freetown.
*
W wiosce John Obey poznałem chłopca Ibrahima Jalloha.
Jest sierotą wojennym. Nie mówi o Taylorze. Milczy o ruf.
Łowi ryby. Wieczorami wraca pożyczoną pirogą, wydrążoną
z pnia bawełnianego drzewa. Nie posiada niczego. Co za
wolność. Mieć tylko majtki. Jeść owoce z drzewa i łowić ryby,
pić deszczówkę i sok z mango. Pływaliśmy o zachodzie słońca
w ciepłych wodach Atlantyku, zmierzch barwił je na szmaragdowo.
Pamiętam, jak Ibrahim wspiął się na czarną skałę
i odurzony czystym szczęściem istnienia zawołał:
– I co o tym myślisz? Kochasz Sierra Leone? Czy to nie
najpiękniejsze miejsce na ziemi?
Potrzebował mnie do potwierdzenia w sobie tej miłości.
*
Powieść W pustyni i w puszczy, jakkolwiek napisana w roku urodzin
Czesława Miłosza, była wciąż jeszcze doświadczeniem pokoleniowym
dla nas, roczników lat sześćdziesiątych. Przynajmniej
dla trzech generacji stworzyła pas startowy dla marzeń,
zrodziła tęsknotę za tym, co odległe i odmienne. Za brzmieniem,
kolorem i żarem Południa.
Wiek po jej wydaniu coraz częściej słychać głosy, by „tę
żałosną ramotę” usunąć z lektur szkolnych, by ją napiętnować,
a najchętniej zapomnieć. Może więcej pożytku przyniosłoby jej
uważne czytanie. Wniknięcie w kontekst historyczny, rozmowy
o istocie kolonializmu, analiza głębokiej przemiany, jaka
dokonała się w ostatnim stuleciu w kwestii etyki i moralności,
dyskusja o „poprawności politycznej” i jej protekcjonalizmie.
Czy nie ciekawa może być w szkolnej klasie rozmowa
o tym, dlaczego Sienkiewicz, pisząc tę książkę w czasach, gdy
Polska była podzielona między trzech zaborców, nie ujmuje
się za sudańskimi powstańcami, lecz fanatycznie staje po stronie
brytyjskiego najeźdźcy? Czy lektura powieści nie może być
wstępem do rozmowy o idei rasizmu?
Ale też o pojęciu rycerskości. Wśród gwaru głosów atakujących
Sienkiewicza pojawiły się i takie, że utrwala zły stereotyp
dominującego chłopca nad ubezwłasnowolnioną dziewczynką.
To dziwaczny trop, wydaje mi się, że moje pokolenie
wolałoby nazwać bohatera „opiekuńczym” i cechę tę pochwalić.
Zwłaszcza że Staś wkraczał powoli w dorosłość, a Nel była
zaledwie ośmiolatką.
Staś na pytanie o to, co nastąpi w Afryce po ich wyjeździe,
otrzymuje od swego wybawiciela krzepiącą odpowiedź:
„Anglia”. Czy to nie znakomity punkt wyjścia do lekcji historii,
by opowiedzieć, co istotnie zdarzyło się potem?


(dziękuję wydawnictwu Edipresse za możliwość zamieszczenia cytatów)

wtorek, 15 listopada 2016

Jasna… sprawa.

Jasna Góra, Licheń, Świątynia Opatrzności Bożej i wielki Jezus ze Świebodzina… nasze najwspanialsze, NAJ- największe!

Zawsze mnie to zadziwiało, że Bogu potrzebne są te stosy kamieni, złoto i błyskotki, miliony wlane w beton!
A przecież i on (Bóg) i jego Syn ponoć promowali zawsze ubóstwo i DZIELENIE SIĘ. Jezus podobno pochylał się nad najuboższymi, zranionymi, okaleczonymi, zapomnianymi i tymi, którzy zbłądzili.
Tak myślę, że gdyby faktycznie chodziło o kult tych właśnie bóstw, to zamiast dziesiątków tysięcy kościołów, które ostatnimi laty zbudowano (pominę milczeniem urodę architektoniczną), potrzebniejsze byłyby przytułki, szpitale dla najuboższych i wspaniałe, ciepłe domy dziecka z atmosferą jak w domu (a nie jak u siostry Bernadetty), domy opieki nad ludźmi starymi jak np hospicjum księdza Kaczkowskiego, noclegownie czy jadłodajnie. Opieka, troska. TO byłby prawdziwy kult Boga i Jezusa - służenie tym, którym się nie udało.
Szpital pod wezwaniem Opatrzności Bożej dla  bezdomnych i najbiedniejszych – to byłoby wspaniałe dzieło na chwałę Boga! W Polsce jest 10500 świątyń, a szpitali publicznych zaledwie 560 (dane z 2015). 
A tymczasem stawia się coraz większe pomniki pychy kościelnej.
PYCHY, bo muszą z założenia być wielkie i bogate. Ba! Większe niż posąg w Rio de Janeiro, większe niż watykańska bazylika. Czyli chodzi o pokazanie wielkości a nie o to, co w Biblii – że ważny jest Człowiek i jego problemy, że najważniejsi są ci na samym dnie, słabi i bezbronni.
Ćwierć miliarda wydano na Świątynię Opatrzności Bożej, w tym z państwowej kasy 60 mln a jeszcze 30 mln potrzeba! Pytam – na co? Na beton i ozdoby? Na największego Jezusa z żelbetu poszło 6 mln! To przecież gesty, których żyjący Jezus by nie przyjął! Skląłby i nakrzyczał, że królestwo jego nie jest z tego świata a pycha jest grzechem.
Ale Go nie ma.
Nie tupnie, nie krzyknie.
Wierni, którzy leją kasę na ten beton i ozdoby a zamykają oczy na ubóstwo i nieporadność, spychając obowiązek wspierania bliźnich wyłącznie na państwo i rząd, działają wbrew naukom swego Pana – jak na niego mówią. Słuchają tych, którzy przy pomocy wiernych budują pomniki pychy mające, jak w średniowieczu, dać wiernym poczucie maleńkości wobec kościoła – ogromne i przytłaczające budowle miały wszak wyrabiać w wiernych poczucie uniżenia, małości wobec bóstwa i jego ziemskich „przedstawicieli”.
Czy i dzisiaj tak jest? Tyle lat oświecenia, nauki i stale wierni muszą czuć się maleńcy i uniżeni? Wolą dać księdzu na beton i ozdoby niż na szpital czy choćby przytułek pod wezwaniem jakiegoś świętego, żeby taka instytucja służyła LUDZIOM, a nie hierarchom, którzy i tak mają się świetnie – stać ich na zdrowe jedzenie, doskonałe leczenie, wypasione bryki. I jeszcze śmią wmawiać wiernym, że wszystko to mówią i robią w imieniu Boga i dla Boga? Czyli to Bóg woli inwestować w beton i ozdoby, w samochody i w złotem haftowane ornaty niż w… ludzi?


Daj narodzie, jeszcze 30 milionów na ołtarz…

poniedziałek, 31 października 2016

Zdziwienie i smutna konstatacja.



Ludzie PiS - zarówno z rządu jaki wielbiciele z wyższym (!?) wykształceniem wychowali się przecież wśród nas, w tej samej Polsce, na tej samej kulturze, mieli kiedyś te same priorytety i cele, mentorów i lektury.
Kiedyś autorytetami naszymi wspólnymi był prof Geremek, Tadeusz Mazowiecki, Jacek Kuroń i wielu tych których rząd dzisiaj sponiewierał.
Co się zatem stało takiego, że dzisiaj, gdy ogromna większość luminarzy kultury, mistrzów i mentorów jest po "jasnej stronie mocy" (czyli za demokracją, państwem prawa, za Wspólną Europą) z nami - zaniepokojonymi potwornym niszczeniem demokracji, sobiepaństwem, paskudzeniem gdzie tylko się da, wykształceni i niby kiedyś myślący, walczący o wolną Polskę ludzie stają po stronie PiS? Tym samym legitymizują wszelkie podłości, zakłamania, TKM, chorobę nienawiści Nadprezydęta, kompletne odfrunięcie Macierenki, wykopywanie ofiar żeby UDWODNIĆ za wszelką cenę iż trotyl BYŁ itp.
Czemu?!
Jakim cudem ludzie mający wiedzę i pamięć o PRL są aż tak ślepi że nie widzą paraleli, równości tego co reprezentował sobą Moczar z Gomułką i tego, co robią Pan Zero, Pan Płaszczak, Macierenko et consortes w swej głębokiej służalczej uniżoności wobec Nadprezesa i Episkopatu?!
To też jest powód dla smutnego faktu - ja już nie umiem być wyrozumiała dla tych "znajomych" którzy chwalą i niosą ideologię PiS. Nie mam z nimi żadnego punktu stycznego, nie rozumiem, jak można być aż tak ślepym? Oddanym?
Kiedyś mogłam rozdzielać to, że ktoś wyznaje inne ideały ale dzisiaj gdy to jest ideologia wymierzona już jawnie przeciwko mnie, Tobie, Nam, bo to mnie, nas niepisowców ma na celowniku Minister AM formując bojówki nacjonalistów, to ja jestem gorszym sortem bo mi zależy na niezależności i sprawnym działaniu Trybunału, na wolności słowa i wolnej kulturze, na tym, żeby Nadprokurator nie miał PRAWNYCH możliwości robienia prywatnej wendetty na lekarzach za śmierć ojca, a Minister AM prywatnej wendetty dla zachcianki Brata który nie potrafi pogodzić się z faktami i snuje najdziksze, chore fantazje na temat katastrofy i karmi nimi nas wszystkich od lat, żąda kategorycznego znalezienia trotylu an szczątkach zmarłych już przecież badanych pod tym kątem.
Nie umiem już udawać, że ktoś z moich "znajomych", wyborca PiS jest mi bliski. Umarła moja wyrozumiałość, przekroczone są granice. Nie umiem kogoś takiego szanować bo to już nie ten czas gdy szanowaliśmy nasze inne poglądy.
Przyszła chwila gdy INNE POGLĄDY, tak mocno zaakcentowane, zwerbalizowane i pokazane, jawnie przeciw NAM oznaczają kategoryczny wybór - przyzwoitość albo nieprzyzwoitość.
C'est la vie.

poniedziałek, 29 sierpnia 2016

Rano.



 - I co teraz będzie?
- Nie wiesz? Jak za komuny. Większość zaciśnie zęby, będziemy sobie jakoś radzić. Większość sobie poradzi tak, jak radziliśmy sobie w komunie.
- Znaczy... co masz na myśli?
- No, nauczymy się na nowo korzystać z kartek, stać w kolejkach po smartfona, po szynkę. Wi-Fi będzie racjonowane.
- No, coś ty?
- No. Dolny prawy róg Karty Reglamentacyjnej: "Dostęp do Internetu w godzinach, czas…". A potem może wcale? Zamienią to na cukier i wódkę.
- Młodych to wkurzy.
- Tak, młodzi dopiero wtedy dostaną wśieklicy. To jakby im tlen zabrać. Ale małe miasteczka i wieś poradzi sobie bez netu.
- To większość?
- Mniejszość. Na wsi też mieszkają młodzi uzależnieni od netu. Przecież sama to wiesz.
- A mniejszość niezadowolonej większości? Ci świadomi, pamiętający, rozczarowani potężnie? Mamy się godzić nałamanie prawa? Na wywalanie finansów państwa, bezprawie na… sam wiesz.
- Mniejszość z tej większości będzie prowadziła aktywne życie podziemne, inni na emigracji wewnętrznej będą cierpieli i żyli wspomnieniami. Nie będzie buntu. Bunt jest niedemokratyczny.
- Przecież nas jest większość!
- Jesteś pewna? A jeśli nawet, to większość „niewierząca”. W nic, chyba tylko w tego twojego fejsa. To większość marudząca, ale nie na tyle, żeby się zebrać w kupę, zresztą mówiłem ci, to niedemokratyczne.
- Kurcze, a demokratycznie wybrany przez MNIEJSZOŚĆ totalitaryzm, dyktatura jest w porządku? Nikt mi nie umie na to pytanie odpowiedzieć!
- Jasne, że w porządku. Według doktryny oczywiście. Suweren chce, suweren ma!
- A opozycja piszczy w Szuflandii.
- Umówmy się, że opozycja owszem protestuje ale jest też zajęta swoimi sprawami.
- Szlag. No właśnie te malutkie, partykularniutkie interesiki. „Nasze jest najsze niż wajsze…”
- No, sama widzisz.
- A po wczorajszym? Słyszałeś, że policja oficjalnie już stoi po stronie narodowców: w Gdańsku wygonili KODowców z placu pod Bazyliką Mariacką zaatakowanych przez bandę narodowo-socjalistycznych kiboli? Policja była po stronie nazioli. Faszyzm i nacjonalizm teraz są chronione! „Tommorow belongs to me” – pamiętasz?
- „Kabaret”? Pamiętam i co z tego? Nikt poza nami, starymi, nie pamięta. Młodzi nie mają pojęcia o tym, jakim zagrożeniem jest narodowy socjalizm i faszyzm. Chcesz komentarza?
- Nie. Znam brzydkie słowa.
- Zobacz, tak naprawdę nikogo to nie obchodzi, bo - jak to ty mówisz…
- Ja cytuję koleżankę!
- Cytujesz: "Jeszcze nie nabrali wody w dupę". Póki jest spokój, benzyna, nadpodaż samochodów, które można kupić za ratę 500+, szyneczka i mule w Biedrze, nowy smartfon i Wi-Fi - strachu nie ma. Zaręczam Ci NIKT nie huknie. Palcem nie kiwnie. Jak za komuny, tylko wtedy była bieda, a dzisiaj jej nie ma. Naród będzie burczał, mruczał, pisał na fejsie i maszerował. Opozycja będzie się kłóciła między sobą. Bo nikt nie ma pomysłu na to, co w zamian. Nie ma gabinetu cieni, nie ma elit, mądrych ludzi i liderów. Rozmawialiśmy o tym. Nie stanie się NIC. Idą smutne lata. Suweren już ma swoją godność za nasze pieniądze i jest zadowolony. My mniej, ale my już nikogo nie obchodzimy.
- Przecież to MY zarabiamy, płacimy podatki, napełnialiśmy budżet.

- I co z tego? Jadę do sklepu, chcesz coś?


poniedziałek, 18 lipca 2016

Rozczarowania...


Tak sobie z rana pomyślałam, i powiedziałam Mu:

- Wiesz, ona mnie strasznie rozczarowała. Miałam ją za silną, sensowną i mądrą, a okazała się tylko tupeciarą.
- Serio? Mnie nigdy nie zachwyciła - i zamilkł.
Zamyśliłam się.
To moja wina, nie jej.
Jeśli ktoś nas rozczarowuje, to nie jest jego/jej wina.
To nasza projekcja jest niespójna z osobą.
Nie obwinia się innych za to, że MY jesteśmy rozczarowani, bo widzieliśmy w kimś to co chcieliśmy, a nie to, co jest "naprawdę".
Zresztą i tu jest haczyk - widzimy cechy które chcemy zobaczyć i czasem musimy naginać nasze pragnienia, żeby czuć spokój. Naginać się nie da w nieskończoność. Nawet leszczyny.
Drobne odstępstwa kumulują się i pewnego dnia: "Ta-dam!" spada zasłona, pęka witka i czujemy rozczarowanie.
To my sami SIĘ rozczarowaliśmy.
Oni byli i są jacy ...są i jacy BYLI.
To nasze oczekiwania wyrosły ponad miarę.
To działa też w odwrotną stronę.

My też rozczarowujemy. C'est la vie.

sobota, 2 lipca 2016

Terror empatii, czyli nie szargać świętości.


Igrzyska są dla ludu, a przynajmniej były do niedawna, bo dzisiaj to sposób na robienie mega kasy, ale ja nie o tym.
DLA LUDU, dla ludzi, dla nas, dla każdego, kto chce i lubi oglądać piłkę kopaną urządza się Igrzyska piłkarskie. O innych jakoś mniej słychać.
Jak napisał pewien komentator, dzisiejsza piłka nożna, jako mega interes zabija inne dziedziny sportu. Kto się aż tak ekscytuje wioślarstwem, pływaniem, bieganiem szybkim etc?
OK, wróćmy do meritum, czyli terroru empatii.
Mecz piłkarski to jest widowisko jak każde inne i jako takie jest oceniane przez każdego - od trenera Nawałki, przez dziennikarzy, panią piosenkarkę, pannę Krysię z turnusu trzeciego, pana Zdzicha z warsztatu samochodowego na rogu i kibica, każdego kibica.
Mamy PRAWO o tym mówić, komentować i rozmawiać.
Tak myślałam do wczoraj.
Czytałam w necie tak entuzjastyczne wpisy po powrocie naszych do kraju, że aż sprawdziłam czy myśmy na pewno przegrali?
Wsparcie i aplauz to jedno, a FAKTY to drugie.
Tak mi się nasunęło, że faktycznie my Polacy czcimy bez opamiętania rozmaite klęski. Kiepsko czcimy zwycięstwa prawdziwe, bo na przykład 15 lipca nie czcimy w ogóle...
Wracając do zdziwienia z dnia wczorajszego.
Komentarze rozentuzjazmowane (świetnie, że jesteśmy zaangażowani w coś poza polityką) a zwłaszcza wpisy różnych pań na FB skojarzyły mi się z mamami, które oklaskują swoje dzieci w przedszkolu i choć synkowie nie przyłożyli się zanadto do przedstawienia (od 30 minuty zwolnili, grali za dużo i bez zrywu na swojej połowie, po remisie już w ogóle jakby nie wierzyli, że dadzą radę) mamy euforycznie ich wspierają i tłumaczą, że choć przegrali to i tak …bohaterowie, vivaaaaaaat!!!
No fajnie, choć kiedy aktor na scenie zagra niedbale, w filmie mówi tak, że nie da się zrozumieć, co mówi, gdy poeta schrzani wiersz, pisarz napisze kiepską powieść, lekarz nie wyleczy albo schrzani operację, występy pani artystki nie zachwyciły – walimy wprost, że jest do d… i szlus.
Gorzej gdy zaszargamy narodową świętość – piłkarzy.
Maryla Rodowicz znana z swojego uwielbienia wręcz do futbolu podziela moje zdanie, znaczy mamy to samo wrażenie, że mecz, owszem, był… średni. Panowie nie wykorzystali co najmniej trzech doskonałych okazji, grali od 30 minuty asekurancko, głównie na swojej połowie boiska i z rzadka tylko atakowali bramkę przeciwnika. Natomiast jest FAKTEM, że Rui Patrizio obronił karnego w wykonaniu Błaszczykowskiego i nic na to nie poradzimy!
To sport zero jedynkowy – nasi przegrali.
Na głosy tych „co nie z nami w euforii” – posypały się gromy. Dowiedziałam się z ust Znanego Dziennikarza rozjuszonego brakiem empatii i zachwytów, że NIE MAM PRAWA OCENIAĆ, bo nie mam… dostatecznego wykształcenia w tym kierunku.
???
Helou?
A miliony kibiców i osób komentujących w necie mają?!
Co ciekawe pan Dziennikarz pojechał po mnie, ale nie odważył się napisać podobnych rzeczy u facetów oceniających mecz podobnie jak ja, czyli bez entuzjazmu. Babie można dowalić?
Reasumując – mamy stan terroru empatii – wolno pisać o chłopakach WYŁĄCZNIE pochwały i mimo przegranej skakać do góry, ale wara już od subiektywnych ocen. Można zjechać Marylę Rodowicz za to czy tamto, każdego innego występującego publicznie, ale nie wolno skrytykować polskiej reprezentacji!
To przykra konstatacja, że w Polsce, w której tak nam zależy na wolności słowa i niezależności mediów nie szanuje się odmiennego zdania, choćby tylko nieco odmiennego. I zaraz rusza atak na osobę, która napisała, że wg niej mecz był średni. Nie wspaniały, ale i nie denny. ŚREDNI.
NIGDZIE nie pisałam, ani ja ani wspomniana Maryla Rodowicz czy inni mający podobne zdanie, że panowie zagrali fatalnie, że do bani, etc. a mimo to obrońcy piłkarzy wytykają nam… hejt.
To już jest głębokie niehalo, bo hejt jest bezinteresowną NIENAWIŚCIĄ, a w naszych słowach jej nie ma!
Jest nadal wielka sympatia do Krychowiaka, Kapustki, Lewandowskiego, Błaszczykowskiego. Lubimy „naszych chłopaków”. Doceniam sukcesy trenerskie Adama Nawałki, ale to nie zmienia faktu, że mecz przegraliśmy. Ta sympatia nie spada ani na jotę, gdy stwierdzamy, że mecz był średni. Terroryści empatii rzucają się na takich, jak ja i nas szarpią. Czy panom i paniom –zwłaszcza dziennikarzom – napastującym nas, ludzi o odmiennym zdaniu, coś się nie pokręciło? Konstytucja (jak na razie) zapewnia mi wolność wypowiedzi i nie macie prawa wyklinać mnie, że nie krzyczę w uniesieniu, iż było „cudownie, wspaniale i że „nic się nie stało”.
KAŻDY ma prawo wypowiedzieć się, ma prawo do własnej opinii.


Czy nie?

poniedziałek, 23 maja 2016

Wyście sobie, a my sobie. Każdy sobie rzepkę skrobie

(cytaty w tekście z Wesela St. Wyspiańskiego)

Ja o podziałach.
Wszystko jest w „Weselu”.
Nie byliśmy i nie jesteśmy spójnym narodem choćbyśmy nie wiem jak zaklinali rzeczywistość i pisali dumnie i wersalikami, że jesteśmy jednością. Nie jesteśmy.
Polacy zawsze byli mocno rozbici, różnice zawsze widoczne.
Wesele:
Radczyni:
Cóż ta, gosposiu, na roli?
Czyście sobie już posiali?
Klimina:
Tym ta casem sie nie siwo.

I dzisiaj podobnie.
Co robią Warszawiacy po marszu KOD? Idą do knajpek na piwo, niektórzy na obiad do food truck’a inni do miejskich, wygodnych domów – też prawda.
Gospodyni wiejska, z którą rozmawiam, w ogóle nie rozumie po co ten marsz. Czemu taki szum wokół tego, no … trybunału. Nie, nie wie co to jest i po co. Tłumaczę. Wzrusza ramionami „A co ja z tego mam?” I nigdy nie zrozumie. Miastowi mogą se mieć fanaberie i jeździć na jakieś food truck’i (gospodyni nie wie co to jest, gdy tłumaczę mówi, że ona też smacznie grilla robi i taniej). Ona mieszka 70 km od stolicy zaledwie. Ma ogromne problemy – brak pracy, zdrowie, komunia chłopców. Skąd na to brać?
Mąż pracuje niedaleko, u chama i prostaka na tartaku.
Tam nie ma nawet pomieszczenia, w którym mogliby sobie herbaty nastawić. Nie mają WC.
- Jak to? Nie mają WC?!
- No. Szczają i srają gdzieś za zakładem, w krzakach.
Nadto cham – właściciel, traktuje ich gorzej od bydła. Bydło ma socjal i własny żłób.
Nie, mąż nie odejdzie! Zarabia 1650 zeta i milczy, bo próbowali ale krzykaczy facet pozwalniał. Wielu w okolicy przyjdzie, żeby milcząco harować za 1650 zł. Czyli za 366 euro.
Napisałam im pismo do NIK-u, powiedziałam jak zadziałać, żeby nie wyszło, że to od nich. Bali się. On się wystraszył i zakazał jej wysyłania tego pisma. Jest jak jest.
Ona pracy nie może znaleźć. Jeśli nawet by poszła na sprzedawczynię w sklepie 14 km od miejsca zamieszkania to jak dojedzie (dwa autobusy dziennie) i kto zostanie z chłopcami (6 i 8) Żłobek? Przedszkole? Pomarzyć. A starszego kto rano wyprawi? Kto nakarmi po szkole? Teściowa nie chce.
Komunia święta ją czeka.
Koszty wielkie - ubranka, buty, przyjęcie dla rodziny (w domu, bo bieda).
- Jeszcze musimy zapłacić kościołowi po 700 zł.
- ZA CO?! – nie dowierzam
Milczy chwilę a potem mówi:
- Za "koszty oprawy". Po 700 od rodziny. Ubranie kościoła, wideofilmowanie, światło ksiądz będzie palił i sama posługa.
- Posługa? A ksiądz was nie zwolnił boście biedne, przecież to sakrament! Powinien być bezpłatny. Na światło zbiera sobie z tacy!
Smutny śmiech pełen politowania.
- To się nie zgódźcie! Nie przystąpcie.
- Ja bym może się i nie zgodziła, ale wie pani, WIEŚ by nam żyć nie dała, wyklęli by nas i dzieci naznaczyli, byłoby gorzej jak w piekle.
Jej się też PiS nie podoba, ale pięćset weźmie, bo to dla niej jak manna z nieba. Miastowych nie rozumie, znaczy rozumie z urodzenia mają lepiej, ale nie wierzy, że i ona kiedyś się czegoś fajnego dorobi. JAK?
Chciałby mieszkać w bloku, mieć czysto i zarabiać tyle, żeby móc czasem zjeść „w lokalu”, do kina iść… Tymczasem musi nakarmić dzieci, drób i bydło – dwa byczki hodowane na sprzedaż – to na ten kościół i komunię będzie.

CZEPIEC
Pon się boją we wsi ruchu
Pon nos obśmiwajom w duchu. –
A jak my, to my się rwiemy
ino do jakiej bijacki.
Z takich, jak my, był Głowacki
A, jak myślę, ze panowie
duza by juz mogli mieć
ino oni nie chcom chcieć!

Tak naprawdę statystyczny mieszczuszek, pracownik korpo wykształcony i żonglujący pojęciami z dziedziny informatyki, mediów, nowoczesnych technologii nie ma dzisiaj zielonego pojęcia o życiu i problemach polskiej wsi. Polaków takich niby samych, jak on.
Nadal aktualny jest Wyspiański.
Nadal miastowi, kształceni na dobrych uczelniach i pracujący, żeby mieć na mieszkanie, samochód i wczasy nie dogadają się z bohaterami filmu „Czekając na sobotę” (jest na youtubie). ZERO możliwości. Bohaterowie owego strasznego dokumentu nie głosują. W OGÓLE. Jak i kiedyś każda władza ich pomija. Jak wówczas, gdy siłą włączała ziemie ich ojców do Spółdzielni Rolniczych i powiedziała, że teraz wszystko jest wspólne. Skoro tak mówiła, to sobie brali co potrzeba, nawet gdy brygadzista trochę groził, że nie wolno. Ale i on podbierał.
A i potem, gdy się władzy odwidziało i rozwiązała PGRy i spółdzielnie zostawiając ludzi samych sobie. Mówiąc że „muszą wziąć sprawy w swoje ręce”.
Kilka filmów oglądałam o tym wzięciu… Najgłośniejszy to „Arizona” Ewy Borzęckiej, ale pamiętam też taki o dzieciach z byłego PGR dziczejących w odległym od wszelkiej cywilizacji w popegeerowskim osiedlu. I chłopczyka, który lubi iść „na szosę” popatrzeć na tiry, które jeżdżą skądś i dokądś. Na pewno do lepszego świata…

Znajomy brutalnie: „TO pokolenie musi wymrzeć. To dzicz! Niczego nie umieją, nie rozumieją i nie dają się edukować”.
Ich łatwo złapać na 500 zł i nauczyć powtarzać, że ktoś im coś kradnie, że jacyś wykształceni ludzie zabierają im sprzed nosa to, co im się należy i tylko nikt nie powie, że to kłamstwo. Że trzeba się uczyć, starać, myśleć już w inny sposób niż… się weźmie z PGRu, bo wszystko wspólne to i moje. Ktoś rzucił i oni w to wierzą, że każdy który „ma” to nakradł. No bo jak ma mieć? Oni też umieją harować i nic nie mają, to jak można mieć z samej pracy i aż tyle? Co dziwniejsze tę śpiewkę powtarzają też dość inteligentni i wykształceni ludzie…

Miastowym się chce pomaszerować i pokrzyczeć, ale więcej niewiele. „Pacyfistą jestem”.
Za to prości chłopcy, którym narodowcy nakręcili w głowie, kibole i zwykła znudzona młódź miast i wsi aż się rwie, żeby pobić policjantów albo kogokolwiek. Bo im się chce chcieć. Pierwsi do awantur i ustawek. Wszak patriotami są! Tatuaż z falangą mają.

- Chińczyki trzymają się mocno?

Widać w telewizji kraje, które eksplodują rozwojem. Czemu gdzie indziej to możliwe a u nas nie? Powraca to pytanie podczas podróży i czytania, obserwowania skoku cywilizacyjnego takich krajów jak Chiny czy Korea, Wietnam czy Kambodża. Bohaterka reportażu Martyny Wojciechowskiej, Wietnamka z niewielkiej osady na łodziach wie, że tylko praca i wiedza da jej lepsze życie. Jej i rodzinie. Młoda powoli rozwija swoją małą hodowlę ryb na sprzedaż. Uczy się jak hodować i haruje z rodziną. Na razie nie ma willi z basenem, ale ma na jedzenie i nowe jeansy z cyrkoniami, oprócz innych 16 par (!). I konto w banku.
Wypracowała sobie to.
Podobnie wdowa koreańska, która po śmierci męża, nie mając pracy a w koło masę warsztatów samochodowych założyła jadłodajnię „pod chmurką” z jedną jedyną potrawą – kurczakiem w rosole. Po dwóch latach miała już jaki taki lokal i zaplecze kuchenne. Nadal podaje to samo, ale poprawę życia odczuwa. Buduje przydrożną restaurację. Dała radę, choć w Korei nikt nie dostaje z budżetu pieniędzy „na dzieci”.

Inaczej żyją mieszczanie w Korei, Chinach czy w Polsce, a inaczej mieszkańcy wsi na głębokiej prowincji. Jak bardzo byśmy nie zaklinali rzeczywistości – podział na tych ze wsi i z miasteczek, i tych „wielkomiejskich” jest faktem. Wyczuwalnym także w Polsce. (A dzisiaj jeszcze doszedł nowy podział – MY miastowi i… słoiki. Nie cierpię tego pogardliwego „słoiki” wredne to).
Polskie miasta maszerują w słusznym gniewie, w obronie demokracji, informatycy pracują nad nowym logo, dwubarwnym motylkiem nawiązującym do efektu motyla, i tylko jak wielu z nas wie co to jest? (Kto wie, o czym mówią równania Lorenza, co to jest teoria chaosu?) Czy moja sąsiadka wie, co to jest demokracja i co ma jej dać? Czy ona tej wiedzy potrzebuje czy bardziej 500 złotych?
Rząd się nie zajmuje takimi szczegółami jak teoria chaosu i piękne logo na marsz, a nawet jest z dala. Wmówił wielu ludziom, że byli okradani i robieni w bambuko – bo łatwo jest zwalić wszystko na jakiegoś złodzieja. A i ludziom uwierzyć łatwo i wołać: „złodzieje”! Żeby zakrzyczeć mrowienie sumienia, że się samemu nie umie zapracować na lepsze życie, albo samemu kradnie.
Czapka z piór
„Pani jak to je, że one (miastowe) mają i na mieszkanie w bloku i na samochód i na wczasy zagraniczne, a ja haruje w gospodarstwie i nic ni mam?! Muszom kraść!”
I nikt takiemu /takiej nie wyjaśni, że WYKSZTAŁCENIE, wiedza, innowacyjność, wydajność, technologie i inteligencja naprawdę popłacają!
Że on swoim konikiem z pługiem niewiele zarobi, a ten który spiął kilka pługów razem i zamiast konia wstawił maszynę, zaorze znacznie więcej i szybciej. A jak najmie ludzi i dokupi pola… W wielu, nawet młodych głowach ktoś taki, to jednak krwiopijca i złodziej!
Kułak! Złodziej.

Rząd wyciągnął rękę z pięcioma stówami do tych, którzy od lat dziwują się tym, którzy mają czas na marsze, wczasy w Chorwacji, mają na drogi rower z koszyczkiem, kupują „ekologiczne” mydełko za 15 PLN z kwiatkiem w środku, buty za 2000 złotych i nijak nie rozumieją, jak można takiego rządu – co daje – nie lubić?

A demokracja, wolność, marsze? Chocholi taniec?

Miałeś chamie, Złoty Róg…