niedziela, 13 kwietnia 2014

Kto tu rządzi, czyli muzyka w knajpach.

Spotkanie ze znajomymi. Dajmy na to - po latach, bo dzisiaj zazwyczaj spotykamy się z rzadka, więc tak już w tym naszym większym gronie bywa, że czujemy się jak „po latach”. Spotykamy się we wziętej knajpie. Znana, dobrze karmi, mainstreamowa, „wiecie, uwielbiamy tu przychodzić” zachęca organizator.
Nawet u takiej mizantropki jak ja (nie lubię wypadów „na miasto”, „na kawusię”, etc, unikam spędów i spotkanek na plotki) pojawił się miły dreszcz. Z niektórymi to ja się nie widziałam… kilka dobrych lat! No, ciekawe co u nich?
No, nareszcie! Co prawda w knajpiszczu jeszcze jakaś inna impreza i sporo osób niezorganizowanych, prywatnych, na zwykłej kolacji z pogaduchami, ale nic to! Nasza grupa zeszła się sprawnie i zasiadła do stołów.
Luźna uwaga, dość ciekawa: mimo powszechnego poruszania się taksówkami towarzystwo kompletnie olewa wódeczkę pijąc tylko czerwone albo białe wino (niezłe). Signum temporis, chyba coś się zmienia.
Niestety zostaje włączona muzyka, która o dziwo (ja to jednak dzika jestem) nie gra w tle. Mocno akcentuje swoją obecność i żeby pogadać musimy podnosić głos – widzę jak wszyscy pochylają się z lekka do siebie i mówią bardzo głośno.
Knajpa słynie z muzyki na żywo i faktycznie pojawia się kapela i rżnie nagłaśniając swój występ dodatkowymi decybelami, które mogłyby obsłużyć sporą salę w miejskim domu kultury. Ktoś siedzący vis a vis mnie próbuje kontynuować zaczętą niedawno myśl ale ja kompletnie nic nie słyszę a z ruchu warg jakoś kiepsko… A chciałoby się pogadać, bo zaczęliśmy fajny temat!
OK. Dajmy wybrzmieć kapeli.
Żaden to jednak szał, więc jednak próbujemy coś, jakoś pogadać ale rezygnujemy, siedząc tyłem i bokiem do kapeli (taki układ stołów, to przecież knajpa a nie sala koncertowa) gapimy się bezradnie po sobie, kontemplujemy już kontemplowane sto razy zdjęcie na ścianie, światło na filarze i śliczną pannę, która przechodzi środkiem, paprotkę i widok za oknem. 
Gdyby nie ten okropny hałas byłaby to idealna ilustracja do powiedzenia „nastała niezręczna cisza”. Niektórzy dzielnie mimo wszystko próbują rozmowy, więc jest wrażenie harmidru, bo drą się jak na stadionie. Przyszli wszak POGADAĆ!

Nareszcie skończyła się może i fajna ale przeszkadzająca tu ewidentnie część artystyczna, odetchnęliśmy i szybko wracamy do wątków, tematów ale nie, nie dane nam będzie! Wróciła muzyka „z puszki”. Wszyscy w knajpie wrzeszczą do siebie, żeby się porozumieć, natężenie hałasu koszmarne i tak naprawdę „…co u ciebie? Jak tam Zosia? Tata jeszcze żyje? Co ty powiesz, wyjechał?” – nie ma sensu. Jak odpowiedzieć?
Gardła zdarte, mimo, że to nie wódka daje animuszu, myśli się rwą, przedzieramy się przez okropny hałas nie mogąc poprowadzić sensownej pogaduchy. Zadziwia mnie to, że nikt nie reaguje a przecież podchodząc do siebie, przysiadając się i próbując pogadać męczymy się i głośno tłumaczymy z tego, że nie dosłyszeliśmy ostatnich słów. 
Wołamy kelnera i prosimy o ściszenie, nachyla się i prosi o powtórzenie, „że CO?!” bo niedosłyszał. „MUZYKA ciszej? Nie, nie da się!”  - kelner wzrusza ramionami i pokazuje gestem rozkładanych rąk, że nic się nie da zrobić.
To nieprawda i to mnie wkurza ostatecznie. Zbieram się do wyjścia.

Dziwię się. Wszyscy (to widać) się męczą, każdy wykrzykuje – „powtórz! SŁUCHAM?! Gdzie? Co?” ale mało kto idzie do szefostwa i prosi o wyciszenie. Muzyka daje za ostro, nie ma tu dyskoteki, ma być tłem. Ludzie ją przekrzykują, to nie jest rozmowa.
Kto tu jest dla kogo?! Muzyka dla nas, czy my dla niej?
Muzyka w knajpach bywała oczywiście od zawsze, ale bez wzmacniaczy i było OK. Ktoś grał na fortepianie, pianinie, skrzypcach w tle. Dzisiaj to my jesteśmy tłem, dla ostrej muzyki „z puszki”. A nawet gdy jest to występ „do kotleta” – powinniśmy mieć możliwość pogadania. To wszak nie sala koncertowa! To śpiew „do kotleta” – właśnie, coś jak surówka dla ucha, powinna być słyszalna ale nie nachalna.
Byłam okropnie zmęczona tym wydzieraniem się powtarzaniem słów i krzyczeniem ludziom do ucha urywków zdań, żeby w ogóle dotarło.
To jest ŻADEN poziom rozmowy, to nie spotkanie towarzyskie, to męka! I tylko nikt z obsługi knajpy tego nie rozumie, a ludzie nie wiedzieć czemu, równie co ja umęczeni, nie poszli gromadą z transparentem CISZEJ!!! Dziwnie zrezygnowani, podlegli?

 
Umawiamy się na prywatne spotkania gdzie będziemy mogli porozmawiać jak normalni ludzie. I niestety w TYM gronie to się może nie udać, ba, z pewnością się nie uda. A taka była świetna okazja!
Ktoś to wyjaśnił tak, że współczesna młodzież nie umie rozmawiać, więc „niezręczną ciszę” zagłusza się muzyką. Nawet jeśli to prawda (nie sądzę), to ja do cholery, jestem ciut starszą młodzieżą i jeszcze pamiętam jak się rozmawia!
I niestety wiem, co mi napiszecie – To nie chodź do takich knajp!
To znak naszych czasów – ustępowanie. Ale czemu? Nie można po prostu ściszyć?!


PS. Napisałam do Pana Menadżera. Ciekawa jestem czy coś w ogóle się stanie?
Tak, odpisano mi nieprawdę: "20.00- 22.30 muzyka na żywo nie za głośno w tle w formie koncertu.
22.30 - 2.30 Dj przy czym rytmy głośne i taneczne po 23.00"
Nie znoszę takiego wyłgiwania się, ale coż lokal skreślam. Śródmieście, greckie żarcie i szybka obsługa, nie sprawią, że będę to miejsce polecać. W piątki i soboty NIE DA SIĘ tu rozmawiać.  

poniedziałek, 24 marca 2014

Mistrz Sapek et consortes

Czytam Go uszami. Nowa, świetna forma – audiobook.
W nagraniu uczestniczy ok. dwustu aktorów, narrację Mistrza Sapka (wybaczy mi tę poufałość!) czyta Mistrz Krzysztof Gosztyła. Za nim – dźwięki i inni aktorzy nie mniej świetni. Czasem nadto wczuwający się w rolę? Tak ciut, ciut – Pomurnik w kłótniach z matką nadto ekspresyjny ale to nie wadzi. Nie! Właściwie to się czepiam, żeby nie było zbyt słodko, żeby choć ziarnko soli. 
Wiele upojnych godzin słuchania w napięciu, z ciekawością dalszego ciągu. Stare, dobre słuchowisko!

Andrzej Sapkowski napisał Trylogię husycką -  Narrenturm, Boży wojownicy i Lux perpetua, a wcześniej zyskał sławę Wiedźminem. O ile Wiedźmin to kapitalne fantasy o tyle Trylogia jest głęboko osadzona w historii prawdziwej.
Można sprawdzić: imiona, dzieje, czas i nazwy – wszystko jest uzasadnione i wzięte z historii, a czasem legend, wszystko ma „ręce i nogi”. Bo choć Trylogia husycka to oczywiście opowieść fiction, z elementami fantasy, to jednak większość nazwisk, nazw, rzeczy, które opisuje – to czysta, historyczna prawda! Plus oczywiście kreacja, doprawiona ze smakiem magią. Wspaniała mieszanka!
To dzieje młodzieńca Reynevana - Rainmana z Bielawy i jego przyjaciół. On: to lekarz, medyk, zielarz i czarownik. Jest też oczywiście miłość i nieustające niemal napięcie, bitwy, tajemnice, zagadki, sploty okoliczności, knowania i ucieczki.
Myślę sobie – porównując Trylogię Sapka, z Tolkienem i Eco (Imię róży) i może ciutkę Rowling, że możemy być dumni. Nasz Mistrz stworzył dzieło wspaniałe. Nadto nam bliskie bo dzieje Reinmara toczą się na Śląsku i w Czechach, odrobinę w Polsce, w miejscach znanych nam i bliskich.

Nigdy nie lubiłam historii, ale to jak mnie Mistrz Sapkowski w nią wprowadza, uwodzi, każde słuchać, myśleć, czuć – to jest mistrzostwo literackiej magii.
Aktorsko – rzecz zrobiona świetnie. Czasem też myślę sobie całkiem na marginesie – jak bardzo jest to opowieść antyreligijna, bo wszystka krew, która tam się przelewa, to właściwie krew wrogów mających jednego Boga i ona leje się i leje potokami... Jedni chcą żyć skromniej, do czego nawołują, więc są nazwani heretykami (husyci), a inni wolą żyć z Bogiem, ale w rozpuście i bogactwie. Prosty lud stale w strachu, biskupi katoliccy leją sobie sadła za boki i grzeszą na potęgę pychą i zabawą z dziewkami, rycerze pod bronią non stop tracą życie w kolejnych bitwach o rację najmojszą, kobiety i niepokorni skwierczą na stosach poddawani najwymyślniejszym torturom,. Gdzie miłość i miłosierdzie? Nima!
Zadziwia mnie to, że pisanie Mistrza Andrzeja nie jest nagradzane. Dziwna cisza nad nim... 
Zazdrość starszych kolegów zasiadających w kapitułach? 
Nonszalancja młodszych piszących (nagradzanych, a jakże!) o wiele mniej poradnie, ciężko i ….nudnie? Krytyków tak zajmujących się pyskówkami, poniewieraniem pisarzy (pisarek zwłaszcza kąsanych z lubością) albo wiecznym utyskiwaniem na stan czytelnictwa, że na doskonałe rzemiosło - świetny styl, wartką akcję i walory poznawcze prozy Sapkowskiego, i nową/starą jakość – słuchowisko zrobione doskonale czasu ani serca nie mają?
Szkoda… 
Dla mnie Andrzej Sapkowski językowo znakomity stoi na równi z Lemem, tematycznie z Eco, fantazjuje jak Tolkien i przy tym wszystkim NIKOGO nie naśladuje tworząc własny kanon literacki – Prozę Sapkowskiego. Dziękuję wydawcom (SuperNOVA) - redaktorom nagrania, aktrom dzwiękowcom i montażystom, za tę frajdę w słuchaniu! Reżyserowi Januszowi Kukule - pokłon, Krzysztofowi Gosztyle i Lesławowi Żurkowi, a też wszystkim pozostałym - oklaski na stojaka!  

Ogromnie się cieszę, że się przełamałam i weszłam w świat Reynevana a za nim w historię. Na naukę nigdy nie jest za późno.
Polecam zatem Sapka na uszy!

piątek, 14 marca 2014

FejsBÓG, czyli pora odejść.

Złamałam zasadę współistnienia społecznego (czy jakoś tak to brzmi) na fejsie, bo stanęłam w obronie dobrych manier. 
Panna radosna, za równie radosnymi chłopcami, kpiła sobie z ofiar tragedii, bo - jak przyznała otwarcie - lubi sobie pokpić! Za świetlany przykład stawiając jakiegoś kwejka i demoty (tam się kpi ze wszystkiego) jako szczyty dobrego smaku i rozgrzeszenia jej zapędów kpiarskich. Wolna wola, ale też trzeba znać proporcją mocium panie. Komentowaliśmy wszak artykuł o katastrofie. 
Nie ja jedna wyraziłam swoje oburzenie, czyjeś określenie „niewrażliwy leming” zostało bez echa, natomiast moje „głupiutka dziewczynka” okazało się dla owej radosnej idiotki nie lada obelgą. Musiało tę biedną, głupiutką dziewczynkę zaboleć, bo poszła na skargę do pani Przedszkolanki czyli zgłosiła naruszenie zasad.
Co zrobiła pani Przedszkolanka zwana fejsbukiem? Ano nie wchodząc w meritum przysłała mi formułkę naganną (z automatu), uznając „głupiutką dziewczynkę” za jakąś potworną obelgę i zabroniła wychodzić na podwórko na 12 godzin! Co mnie akurat mało zabolało – tego dnia byłam cały czas poza domem, biurkiem, laptopem, zresztą w nosie mam takie metody i kary.
I nie pisałabym o tej osobliwej naganie od Przedszkolanki, gdyby nie inne absurdy Fejsboga. 
W komentarzach i postach wewnętrznych i gdy logujemy się z konta Fb na innych portalach, każdy może wylewać wiadra pomyj na… premiera, na prezydenta, na inne osoby mniej lub bardziej znane występujące w postach i artykułach. Są lżone bez żadnej cenzury wyrazami z najgorszego rynsztoka, językiem kiboli! I co? I… NIC! Stary Niedźwiedź mocno śpi…
Nie tylko na fejsie zresztą. Na stronie GW redaktorzy w swoich artykułach mogą używać inwektyw, pisać chuj, pizda, kurwa - do woli. W komentarzach internautów te wyrazy są ... wykropkowane. 
JEŚLI ktoś to wrzuci do kosza albo zgłosi – bywa, że redaktory usuwają, ale jak widać mechanicznie, bez zastanowienia, i przez to wzmacniane są cwane, bezduszne i chamskie dzieci, które mają czas i ochotę naskarżyć Przedszkolance, że ja – starozakonna prycham na to, iż kpią z nieszczęścia 200 osób i ich rodzin.

BRAWO głupia cenzuro! 
To mniej więcej tak, jakby nagradzać stadionowego kibola za rozróbę, bo przecież patriotą jest! I oczywiście można mi odpisać: to spadaj kobito z tego podwórka o nazwie Fb, co ty tu jeszcze robisz? 
Ale trochę mi żal podwórka z 350 koleżankami i kumplami (bo ich nigdzie jednak na wspólne pole nie przeniosę) tylko dlatego, że jakaś smarkula nie kuma że jest głupiutką dziewczynką, a broniąca jej Przedszkolanka ślepa i głucha jak Stary Niedźwiedź, nie kuma od czego jest.

sobota, 8 marca 2014

Yin i Yang czyli jestem połową ludzkości!

Połowa to coś, co jest niepełne, jak w piosence Przybory Inwokacja:
„Bez ciebie  jestem niepełny jak czegoś ćwierć albo pół”.
Połowa, to pięćdziesiąt procent od stu, pół szklanki, jeden kapeć, jeden kolczyk, jedna papużka nierozłączka.
Lubię być kobietą i jestem – ze wszystkimi cechami przypisanymi mojej płci. I mam ... prawo jazdy na ciągnik, wiem, co to fleksa, lakier mikroporowy, drony i prostata, chudy beton. Dzisiaj już ciągnikiem nie jeżdżę, fleksą się nie posługuję, o dronach czytam, o prostatę dbam, a chudy beton nie jest mi już potrzebny.
Mam obok siebie moje drugie pół i dzięki Niemu czuję się „jeszcze bardziej kobietą”. Tak, wiem, singielki i wojujące feministki zaraz mnie naprostują, że nie potrzebujemy faceta, żeby się czuć kobietami ale ja i tak wiem swoje.

Gertruda Stein błysnęła dowcipem mówiąc że kobiecie mężczyzna potrzebny jak rybie rower. Ale ja nie jestem Gertrudą, jestem heteroseksualna, choć kiedyś, za młodu całowałam się z Kaśką i było fajnie, zabawnie, ale tylko… zabawnie. Z chłopakami było ekscytująco! Zdecydowanie lubiłam i lubię całowanie, a sama siebie całować nie dam rady, więc po coś tam te chłopaki były!
Mój chłopak, mój Yang jest mi potrzebny z kilku zasadniczych powodów (oprócz całowania) i bardziej od roweru, choć rower też mam.
Jest „ogarnięty”. Mama Go nauczyła mnóstwa ważnych rzeczy i dzisiaj umie sam sobie przyszyć guziki, pozmywa, umyje okna, skopie grządkę. Nadto zbuduje statek, szopę, zespawa, zlutuje, wywierci, zainstaluje, sprawdzi poziom oleju i zawiesi budki lęgowe. Inteligentny jest! I czyta, ma wiedzę, więc i Gertruda lubiłaby z Nim pogaduszki. Jest świetnym rozmówcą! 
Miewamy rożne poglądy, punkty widzenia, więc fajnie jest mieć w domu kogoś, z kim można pogadać i nawet twórczo się pokłócić. Twórczo, znaczy bez wydzierania się, gdy mamy całkiem (bywa!) różne zdania, z podpisaniem protokołu rozbieżności, zamiast obrażania się i cichych dni.
On, to decydowanie mój pierwszy czytelnik wszystkiego. Biedak! Znosi to dzielnie. Za to karmię Go jak mogę najwykwintniej, bo jest wdzięcznym odbiorcą moich kulinariów! Lubimy razem jadać. Samotne posiłki są smutne. Nawet psychologowie to zbadali, opisali. Wolimy, jako ludzie, jadać razem. O, właśnie! Wspominał coś o zwyczajnych, duszonych żeberkach! Tak rzadko się o coś upomina, przymawia, że zaraz jak skończę tekst – pojadę do masarni.
Lubimy się i przyjaźnimy. To też ważne, bo oczywiście dobrze jest siebie lubić, ale już przyjaźnić się z samym sobą nie można. On jest moim przyjacielem zdecydowanie.
Lubi mnie i ładnie podkreśla moją kobiecość, a to niełatwe, bo już nie jestem zwiewną, długowłosą i długonogą gazelą, młodą i gładką. Zmarszczki mam, skronie mi siwieją, piersi obwisły a brzuch nie jest już jak deska do prasowania... i wszystko już nie takie, jak u panien eksponowanych na okładkach, rozkładówkach. A jednak mnie lubi!
Ma funkcję – „przytul”. Świetnie jest zapaść się w Jego mocne ramiona, zwłaszcza gdy człowiek zmęczony albo wkurzony, załamany, smutny. To jest absolutnie terapeutyczne! Naturalnie i ja mam tę funkcję!
I najważniejsze - stara, analogowa miłość.
Kochać siebie, to jasne i fajne, ale to nie daje tyle frajdy, zawirowań, „motyli”, wzruszeń (czasem cierpień) oczekiwań, uśmiechu, ciekawości i jeszcze innych tam (bo o miłości jeszcze wszystkiego nie napisano) co kochanie kogoś. Lubię kochać i być kochaną i już.
O! Lubię fizyczną stronę miłości – czułość, erotyzm, i barabaszki w łóżku. Najwymyślniejszy wibrator nie ma funkcji całowania na sto różnych sposobów i wspomnianego przytulania, miziania, głaskania i drapania po plecach. Mam komu szepnąć „Kocham cię” gdy gładzę Go po siwej głowie, bo stale kocham – to i mówię, czemu nie? 
To jest zupełnie inna miłość niż ta, którą się obdarza dzieci, wnuki, psy, koty i Johna Bonjovi’ego, za urodę a Jaromira Nohavicę i Piotra Czajkowskiego za muzykę.
TAK! Zdecydowanie jestem kobietą! A już z Nim, to na maxa! 


środa, 5 marca 2014

Ruskie…

Dzisiaj słucham Rachmaninowa II Koncert fortepianowy. Zachwyca… 
Tydzień temu słuchałam I Koncertu Czajkowskiego, którego muzyka jest dla mnie fenomenem. Niby na równi z Mozartem i Szopenem, Bachem, Vivaldim, Beethovenem, Bruchem, Mendelsonem, Boccherinim, a jednak coś ją wyróżnia. Uczuciowość? Czy ja wiem? Jest poruszająca.
Miesiąc temu miałam fazę na kilka piosenek Wysockiego. 
Wołodia, rozkrzyczany, czuły, wołający z chrapliwym głosem i trudno przetłumaczalnymi tekstami. Nikt tak jak On sam nie interpretuje jego songów. 
Nawet sobie obejrzałam kawałek Hamleta z Taganki.
Na półce stoi Anna Karenina Lwa Tołstoja, Idiota Dostojewskiego, a na półce obok Spaleni słońcem Nikity Michałkowa, film piękny i bardzo bolesny.
W pokoju obok Siwy nastawił LUBE. Słucham ballady o koniu, aż się serce rwie, i Jasnego sokoła, Koledzy z podwórka i Siostrzyczka… Ale się tego słucha! Choć wiadomo, że to zespół ponoć bardzo lubiany przez Putina nie kładzie to na nim cienia. Lubić wolno każdemu, a piosenki śpiewane przez Raztorgujewa są śpiewne, piękne, choć można się doszukać w nich cienia nacjonalizmu. Można, ale czy trzeba? To, że tak bardzo kochają Matuszkę Rosję to już nacjonalizm czy jeszcze patriotyzm?  
Sam Nikołaj Raztorgujew pochodzi z Luberca (miasteczko, w którym rodziła się mafia), że był tzw. britwostriżenym, (ogolonym na łyso, znak rozpoznawczy „niegrzecznych” chłopaków), ale dzisiaj po latach to wzięty solista, zespół śpiewający rosyjskość. A Chór Aleksandrowa, a rosyjski balet, sztuka? 
Nie można oceniać zwykłych ludzi, a też artystów i ich twórczości przez pryzmat polityków, przywódców. Mozart był Austriakiem jak i … Hitler, a Fellini, Sophia Loren, Domenico Modugno, Mastroianni urodzili się we Włoszech jak Duce – Mussolini… Kubańczycy – wesoły roztańczony naród trwa w totalitarnej niewoli pod rządami Raula Castro. Tam jest tylu zdolnych ludzi, najbardziej znani choćby z Buena Vista Social Club. Compay’a Segundo, Ruben Gonzales, Omara Portuondo, czy Ibrahim Ferrer. A Kubańczycy spotkani przypadkowo na ulicy? Podobno z mety można się z nimi zaprzyjaźnić!
Nie podoba mi się wojna palestyńsko izraelska, ale lubię żydowskie szmoncesy, filmy Lucasa i Spielberga, kołysanki śpiewane przez Lenę Piękniewską czy Skrzypka na dachu, i muzykę klezmerską.
 A czy mówiłam jak bardzo lubię dumki ukraińskie? Śpiewałam je jako dziewczynka pod okiem naszej pani od śpiewu w zespole muzycznym, i uśmiechałam się gdy Tatko nucił je będąc tutaj, z nami. Piękne są. Podobnie jak białoruskie i rosyjskie.
Dlatego rozgraniczam i będę rozgraniczać naród, ludzi, jednostki i to, czego nie lubię – totalitarne władze, butnych polityków pyszałków, dla których nie mam szacunku za grosz, których działania potępiam.
Upominam o więcej szacunku  w komunikacji, nie plączmy. Ruskie - to pierogi, n naród - to Rosjanie. Nie ma kitajców - są Chińczycy, nie ma żółtków - są Japończycy, albo ogólniej – Azjaci. Po co warczeć „nie cierpię Rusków” skoro zachwyca nas rosyjska sztuka, muzyka, przyroda,  może sport?
Co oni winni, że mają nad sobą cara Putina?  

   
http://www.youtube.com/watch?v=A8gHETKuRKg 

(portret L. Tostoja - I.Repin)



poniedziałek, 3 marca 2014

Besserwisser czyli bożidaruchna.

 Dzisiaj Jacek Kuroń miałby osiemdziesiąt lat!
Widzę Jego twarz na zdjęciu na jednym z portali i czytam wspomnienie o Nim.
„Obawiał się skutków takiej wzajemnej stygmatyzacji, gdy ci, którym się powiodło, widzą wśród biednych i bezrobotnych jedynie nieudaczników i pasożytów, zaś ci, którzy czują się zagrożeni przemianami, uważają władze i beneficjentów nowego systemu za aferzystów i złodziei”. Jakie to aktualne i bolesne. Taki pozytywista! Taki społecznik, wrażliwiec! Myślę, że kogoś takiego brak nam w przestrzeni społecznej, żeby umiał pociągnąć za sobą młodych, bo ci w średnim wieku i starzy mają już odruch „apocomito”. Rozmawiał z pasją i miał wielką charyzmę. 
Bardzo mi Go brak.

Z bolesnym zdumienie czytam komentarze smarkaterii, ludzi, którzy Go nie znali, nie wiedzą kim był, komentują tekst wspomnienia i już wiedzą, że to był… idiota. Uzasadnienia płytkie, żenujące poziomem, niskie. Jak kiedyś, gdy znany celebryta zapraszany dzisiaj do różnych programów jako komentator „od wszystkiego”, szczycił się tym, że pokazał goły tyłek premierowi a Wisławę Szymborską wyzwał od miernot, bo kompletnie jej nie kumał. Dzisiaj przeryłam Internet i… śladu już nie ma po tych jego rewelacjach. Wydoroślał? Jakoś późno, a może to po prostu przyszedł wstyd? Może to plucie na Wisławę jest mu dzisiaj … nie na rękę?
I tak mnie to boli za każdym razem, kiedy czytam takie obraźliwe teksty o ludziach, którzy w przeciwieństwie do komentujących coś w życiu zrobili pięknego, mądrego, trudnego. Są apostołami (używając języka wiary), oświatowcami, promotorami swych idei, często rodem z Pozytywizmu, twórcami przez wielkie T. Mistrzami w swojej dziedzinie. Pisałam już szanuję Mistrzów, lubię gdy są, gdy mogę się do nich odwołać.
Wielu żyjących pedagogów, filozofów, działaczy społecznych, którym chce się głosić niemodne idee wspierania się, współdziałania dla dobra społeczności, walki z wykluczaniem. Humaniści pochylający się nad człowiekiem czule, pracujący u podstaw, szerzący idee pracy organicznej. Stare, niemodne, dochodów nie daje…
Hejterami są zazwyczaj głupie dzieci, nauczone przez rodziców, że są pępkami świata, bożidaruchnami, którym wszystko wolno, besserwisserami opiniującymi wszystko i wszystkich sądami ostatecznymi, ostrymi jak żyletka. Bez zastanowienia, bez szacunku, bezmyślnie, aby tylko coś mocno nachlapać.
Nie szanują, bo nie umieją szanować. Nie rozumieją, bo nikt im nie wytłumaczył, co to znaczy być oświatowcem, działać dla ludzi, pochylać się nad tymi, którzy nikogo nie obchodzą. Dzisiaj oceniają Kuronia (nie wiedząc, kim był i co robił) jutro tak samo ostro i drastycznie ocenią kogo innego nie dlatego, że mają wiedzę i własne refleksje poparte doświadczeniem, ale dlatego, że mają ostry język i możliwość! Jak ów odważny, co zdjął spodnie publicznie. Że zdjął - trudno, ale dzisiaj bywa ekspertem, wygłasza opinie publicznie. Taka gmina… Smutne pokolenie gburów, które pomyliło wolność z anarchią.
Brak mi Jacka Kuronia, Marka Kotańskiego, Marii Łopatkowej, Gustawa Holoubka (nawet nie jako aktora lecz jako człowieka wielkiej kultury) i innych jeszcze, którzy są dla mnie Mistrzami, osobami, które wytyczały jakieś mądre kierunki działań. Dla których bardzo liczył się drugi człowiek jako osoba godna szacunku, szczególnie gdy słaby, wyrzucony za margines bo biedny, chory, nieśmiały, niezaradny.
Nie podoba mi się ta lekkość, z jaką smarkateria opluwa ludzi godnych szacunku tylko dlatego, że ma narzędzie: „KOMENTUJ”.  

sobota, 22 lutego 2014

Restauracja

Wiele lat temu, kiedy byłam mała, restauracje były nam, dzieciom, właściwie nieznane. Za to znane były obiady u babci czy cioci, czyli tzw. gościowanie.
Były gdzieś w dalekim świecie, na przykład w Śródmieściu albo na Starówce restauracje, z których zalatywało jedzeniem a wieczorami i muzyką, bo był i dancing, ale to było równie odległe, wyjątkowe, jak wesołe miasteczko czy cyrk, który przyjeżdżał do miasta raz na rok.
Pamiętam jak mojemu tacie się ciut polepszyło i zaczął raz w miesiącu zapraszać mnie i mamę do restauracji. A tam, proszę ja was, frytki!!! Za moich dziecinnych lat frytek się w domach nie smażyło, kto marnowałby flaszkę oleju na fanaberie? Nie było bud z frytkami i hotdogami, ani mrożonek. TAK! Nie wymyślono jeszcze mrożonek, więc nie było w sklepach frytek karbowanych, ani cieniuśkich typu toothpick, amerykańskich ze skórką – ŻADNYCH!
Wracając do restauracji – tam te cuda bywały! I jeszcze bywały tam dania takie, jakich ani babcia, ani ciocia nie wymyśliły. U babci czy cioci to był faszerowany kurczak albo sznycle, pieczony schab, albo - co najgorsze - bitki w sosie z kaszą. Dorośli się objadali, chwalili kaszę, że taka sypka (blee), albo że kopytka mięciuchne, czy buraczki (ojeja, jak można było lubić buraczki?!) znakomite!
Mama i ja będąc w restauracji z tatą miałyśmy każda swoją frajdę. Mama, bo nie musiała gotować i zmywać, a ja że były frytki i kelner, który się nachylał i pytał, co bym chciała, bo był tam i rumsztyk w karcie, i rostbef po angielsku, i chateaubriand z polędwicy, i stek wieprzowy z cebulką, i szaszłyk, i sztufada w sosie myśliwskim. Jej!
Ciotka Zośka, u której jadało się czasem na spotkaniach rodzinnych pyszności, opowiadała mi jak ją odwiedził kuzyn Felek z synkiem. Rafałek miał z 9 lat i pałaszował ciociny obiad z apetytem, a potem, żeby ciocię wychwalić pod niebiosa, powiedział jej z wielką miłością w oku:
– Ciociu! U ciebie jest pysznie jak… w restauracji! 
Ha! Dzisiaj restauracje i knajpy chcąc zdobyć klienta piszą, że: „U nas jak u mamy!” (zamiennie – babci).

Właśnie zastanawiałam się, kiedy odkryliśmy restaurację jako zamiennik, jako alternatywę do niedzielnego (czy każdego innego) obiadu? Późno.
Dzisiaj to już się stało normalne – pójść do restauracji. Czy to bar mleczny, knajpka, czy restauracja – jednak stać nas raz na jakiś czas, a już zwłaszcza w podróży! Już Polak nie taszczy ze sobą na wczasy maszynki spirytusowej i tony puszek gulaszu angielskiego i rosołu w proszku. Na świecie karmienie ludzi jest bardzo powszechne i zależy od zasobności kieszeni czy zjemy w przydrożnym grillu, rodzinnej karczmie, czy na salonach ze śnieżną bielą obrusów, kelnerami we frakach, gdzie zupę podaje się w filiżance wielkości połówki mandarynki, a nad drugim daniem zapłaczemy żałośnie, widząc malusią kupkę wymyślnie ułożonego jedzenia w gustownych bryzgach sosu, na talerzu o powierzchni hektara kwadratowego. Tu płacimy za nazwisko szefa, za gotowanie w ciekłym azocie albo w próżni – jeśli chcemy, oczywiście!
Bo jeśli nie, to ufamy małym, rodzinnych restauracyjkom, w których ludzi zawsze pełno – to oznaka, że dobrze tam karmią.
Ze zdziwieniem dowiedziałam się, że nawet biedne Tajki zdecydowały się na karmienie rodziny w knajpie obok miejsca zamieszkania, bo gdy policzyły prąd, produkty, wodę, środki czystości okazało się, że ekonomiczniej jest zjeść to samo, co ugotowałaby gospodyni obok, w barze, często u sąsiadki, bo barów tam mnóstwo. 
U nas wciąż to jeszcze rodzaj luksusu – zjeść w knajpie, „na mieście” to jednak ho, ho!
Owszem bywa, że uroczy pan domu zabiera rodzinę na hamburgera z frytkami, albo na pizzę do sieciówki przy okazji zakupów w megastorze, ale pominę to milczeniem, żeby owego fast foodu nie okrasić jakim niezdrowym przymiotnikiem. Wspólna, rodzinna wyprawa na obiad do restauracji stale jeszcze nie mieści się nam w standardach. A że po podliczeniu składników spożywczych, wody, gazu, a też czasu na gotowanie i zmywanie, wyszłoby taniej, to już nas jakby nie interesuje. I tylko tak myślę, że w domach często tata zjada obiad przed telewizorem, mama przy kuchni rozmawiając przez telefon z siostrą albo mamusią, a dzieci w pokojach przed komputerami. W restauracji musieliby siedzieć przy stole, nie trzymać na nim łokci, nie hałasować, nie kłócić się i… rozmawiać.
A to może okazać się trudne!