piątek, 19 września 2014

Kali żyć i mieć się dobrze!

Nie, wbrew pozorom nie chcę pisać o rasizmie.
Dzisiaj ze zdumieniem przyznaję, że ten typ moralności nadal żyje i ma się dobrze i wcale nie dotyczy osób biednych, prostych i niewykształconych, choć gdyby to zanalizować, to jednak okaże się, że zazwyczaj są to osoby uważające się za tak biedne, że muszą kraść, prości zamienię na prostaccy - a bywają naprawdę nieźle wykształceni - bo czasem jest matura a i studia mają zaliczone. Cóż, skoro nie wykształcili w sobie moralności prawego człowieka.
Mam na myśli panie i panny, które są użytkowniczkami portali, stron internetowych zajmujących się między innymi kradzieżą książek na wzór kradzieży muzyki i filmów. Owe, a właściwie ów portal, założony niby z przemiłych i szlachetnych pobudek – żeby ludzie mogli się wymieniać książkami, serwują również usługę kradzieży, czyli pobierania sobie plików książkowych w formie PDF, skanów czy koślawych tłumaczeń (to cały dział tej działalności), które jako takie, nie wystawione do sprzedaży, nie przeznaczone do handlu, zostały wykradzione z wydawnictw czy od tłumaczy albo w inny sposób stworzone i puszczone w obieg.
Tym zajmują się złodzieje pierwotni.
A wtórni? To już pobieranie sobie owych plików na swoje nośniki, komputery, tablety, za pieniądze albo za darmo, z tym że opłata zasila kasę złodziejskiego portalu. To czynność nazywana pieszczotliwie piratowaniem, a tak po naszemu – KRADZIEŻ. Często poprzedzona włamaniem - czyn wredny i moralnie naganny.


Jakie było moje zdziwienie, gdy weszłam poprowadzona przez czytelniczkę i koleżankę pisarkę na taki (jeden z wielu) profil na portalu społecznościowym i na własne oczy zobaczyłam skalę procederu i kolosalny cynizm użytkowniczek.
Zaczęłam z paniami rozmawiać, koleżanka jedna i druga też, ale to walenie głową w mur, bo użytkowniczki (90% to kobiety o moralności cepa) nie są w stanie zrozumieć, przyjąć do świadomości (czyżby jej naprawdę nie miały?!) że robią źle, że kradną. Są oszustkami kupując towar od złodzieja, puszczając go w dalszy obrót.
Słowa „czyjaś własność intelektualna” – budzi w nich śmiech i kpinę.
Na słowa „ panie, wy kradniecie!” reagują ostrzej, ale tłumacząc się ukazują ową moralność, tak bezlitośnie obnażoną przez Sienkiewicza, gdy Kali tłumaczy, kiedy jest dobrze ukraść krowę, a kiedy to jest do bani.
Otóż liderki i proste użytkowniczki tłumaczą mi z uporem kafara, że skoro te pdf-y już ktoś raz wykradł, a one je sobie pobierają, to NIE JEST JUŻ KRADZIEŻ. ….?!
Bo, jak twierdzą te panie – „kradzież złodziejowi nie jest kradzieżą”. Sprytne, co? A znacie może termin - paserstwo?
I tylko pytanie, kto je tego nauczył? Katechetka na religii nie dość obszernie wyjaśniała czym jest kradzież? Mamusia, tatuś, dziadkowie nie nauczyli? Nauczyciele w szkole nawalili?
Wszyscy po trochu. 
Każdy, kto nie zważa na to, że komuś coś kradnie, kto nie reaguje, kto bierze udział w procederze (bo wszyscy przecież to robią) – zezwala tym paniom spod herbu Kalego na spychanie nas – pisarek, (aktorów, piosenkarzy, etc.) w kąt z sykiem: „zamknij się, przeszkadzasz”!
Gdy tłumaczymy, że to jednak jest kradzież i to jakby podwójna, bo raz – ktoś wykradł pdf i rzucił na portal GRYZOŃ.pl, dwa – panie ściągające sobie na tym portalu pliki puszczają je dalej. I uważają, że one są czyściutkie! KTOŚ za nie zrobił brudną robotę, a teraz one są fair! Niepojęte prostactwo.
Polskie prawo ma nas w nosie, na zasadzie ojtamojtam! Nic się nie stało, pisarze, nic się nie stało! Serwer GRYZOŃ.pl jest w kosmosie i nic z tym nie zrobimy… - tłumaczy się nasz wymiar sprawiedliwości a rodaczki i rodacy okradają nas ile się da, tłumacząc się jak tępy troglodyta. Wielu z nich, gdyby im ukraść torebkę wszczęłoby alarm, ale moją własność można kraść… „bo wszyscy tak robią” i szlus!
Zastanawiam się jak one/oni mogą patrzyć lustro robiąc makijaż, czy się depilując (albo goląc – jeśli to facet) i nie widzieć, że tam, w lustrze szczerzy się do nich gęba złodziejska?

czwartek, 18 września 2014

reżyser Krzysztofa Krauze z przesłaniem:


Dzisiaj obszerny cytat, bardzo mądry, bo dziś nie ma rodziny która nie zetknęłaby się z nim.
Mimo, że tekst powstał w 2010 roku - jest neizwykle aktualny i mądry.

Zapraszam do lektury:

(...) Pracuję i leczę się. Rozpocząłem kolejny cykl chemii. Codziennie maszeruję siedem kilometrów z kijami do nordic walking. Ćwiczę na siłowni, pływam. Blokada testosteronu, którą przechodzę, niszczy mięśnie. Muszę je odbudować – one trzymają kręgosłup osłabiony przerzutami. Naszkicowałem kilka scenariuszy filmowych, przeczytałem górę książek. Wiele moich wyobrażeń o raku się nie sprawdziło.Sporo jednak się nauczyłem – o chorobie i o sobie samym. Chcę się z wami tą wiedzą podzielić.
1. Badaj się – choć trudno w to uwierzyć, nie jesteś nieśmiertelny
Lęk przed chorobą nie może odebrać ci zdrowego rozsądku. Rak wykryty w końcowej fazie może być nieuleczalny. Jeśli palisz, żyjesz w stresie, którego nie potrafisz rozładować, jesz byle jak, byle gdzie i byle szybciej, nie uprawiasz sportu poza wyścigami na trzypasmówce do Gdańska, jeśli w twojej rodzinie były przypadki raka – zbadaj się.
Badanie PSA, którego podwyższony poziom sygnalizuje raka prostaty, kosztuje w prywatnej klinice 70 zł. Warto, wierz mi, ja zbadałem się za późno. Nie z oszczędności. Po prostu trudno uwierzyć, że przyplącze ci się przewlekła albo nieuleczalna choroba. A jednak…
Na udział w katastrofie lotniczej masz szansę jak jeden do trzech milionów, na zachorowanie na raka prostaty jak jeden do trzy, milion razy większą. Nie ekscytuj się katastrofami w mediach, a zajmij się swoim własnym życiem.
Brak odzewu polskich kobiet na bezpłatne badania mammograficzne jest prawdziwą narodową tragedią. Tu trzeba postawić krzyż, a nie przed Pałacem Prezydenckim.
2. Rak to nie wyrok
Panuje opinia, że rak to wyrok śmierci. Zła, myląca, bardzo szkodliwa opinia. Rak nie musi skończyć się śmiercią! To, czy umrzesz, zależy od ciebie, od twojej woli przeżycia. Jesteś dla siebie Panem Bogiem. To brzmi jak herezja, ale żeby przeżyć, musisz odrodzić się w nowej wierze. W wierze w niewyczerpaną siłę własnej woli.
Jeśli usłyszałeś od lekarza: „To jest rak”, od tego momentu twoim głównym wrogiem nie jest rak, ale rozpacz. Twój strach i niepewność. Jeśli lekarz mówi ci: „Zostało panu niewiele życia, radzę uporządkować sprawy” – nie wierz mu! Znane są przypadki ludzi, którzy wyszli z raka, choć byli tak beznadziejnym stanie, że kontrolowali już tylko swój oddech. Od tego, jak myślisz, zależy 75 proc. terapii. Operacje, naświetlenia, chemia, terapia hormonalna, to „tylko” pozostałe 25 proc. Jak inaczej wytłumaczyć, że jeden pacjent umiera po trzech miesiącach, a drugi z taką samą diagnozą, w takim samym stanie… po kilkunastu latach, na zupełnie inną chorobę?
Zapamiętaj, ty decydujesz, czy będziesz żył. Nie lekarz, nie rak. Ty! Kieruj się nadzieją. Jest taka lekarska anegdota: Jeśli pacjent uprze się żeby żyć, medycyna jest bezradna. Wszystko zależy od tego, czy rozdmuchasz iskrę nadziei, czy zapali się płomieniem, który oświetli ci przyszłość.
Wiele rodzajów raka jest dziś całkowicie uleczalnych. Naświetlenia i chemia, których wszyscy boją się jak ognia, są dziś dużo lepiej wycelowane niż kiedyś. Mają nieporównywalnie mniej skutków ubocznych. Medycyna czyni olbrzymie postępy. Przyjmij je z wdzięcznością. Patrz na stojak z kroplówkami jak na drzewo życia.
W Polsce łatwo się raka wystraszyć. Kiedy wchodzi się do centrum onkologicznego, choćby na warszawskim Ursynowie, wchodzi się do czyśćca! Labirynt kolejek, zrezygnowani, zagubieni, wyczerpani czekaniem pacjenci. Brak elementarnego współczucia wyrażony choćby brakiem zwykłych krzeseł. Odbyt polskiej służby zdrowia. W takich momentach przypomina mi się nasz Sejm i myślę bez satysfakcji, że jedna trzecia parlamentarzystów przejdzie przez ten odbyt. A jeśli palą, to co drugi. Takie są statystyki. Przejdą zamienieni w Bezimiennych i Zrozpaczonych. Może wtedy przypomną sobie, że kiedyś zagłosowali za brakiem reformy, za świętym partyjnym spokojem.
Z drugiej strony, kiedy czytam raport NIK-u o wielomilionowych kontraktach zawieranych pomiędzy lekarzami a firmami farmaceutycznymi, mam wrażenie, że istnieje silne lobby, które nie chce zmian, blokuje je wszelkimi dostępnymi sposobami. Jeśli lekarz testujący lek dla firmy farmaceutycznej dostaje 4,5 tys. euro „od łba”, a wszystko odbywa się na darmowym szpitalnym łóżku, to czy taki lekarz będzie szedł w awangardzie zmian?
3. Nie szukaj najlepszego lekarza – szukaj dobregoKażdy, kto się leczy, szuka jak najlepszego lekarza. Najlepiej – profesora.Pułapka polega na tym, że profesor nigdy nie ma czasu. Typowy polski obrazek to taki właśnie profesor w rozwianym fartuchu, a za nim dziesięciu asystentów. Pierwszy raz spotykasz się z nim – później widujesz już tylko tych asystentów.
Niektórzy uważają, że trzeba unikać profesorów, a chodzić do lekarzy, którzy dopiero robią karierę i którym jeszcze na czymś zależy. Tak mam w RPA. Mój onkolog nie jest profesorem. Może dzięki temu zawsze ma dla mnie czas, a jeśli dzwonię, a nie może odebrać – zaraz oddzwania. Nawet w środku nocy.
Profesor więc czy doktor? Trudno rozstrzygnąć, to sprawa ludzkich charakterów. Wychowania, odpowiedzialności, zawodowego etosu.
Niezależnie jednak, kogo wybierzesz, nie idź sam. Idź z żoną, przyjacielem. Weź sąsiada, kogokolwiek, tylko nie idź sam. Jesteś zdenerwowany, przestraszony i będziesz zapamiętywać to, co najmniej ważne. Najczęściej to, co chciałbyś usłyszeć. Włącz magnetofon. Odsłuchaj to potem na spokojnie. Załóż notatnik, w którym będziesz zapisywał historię choroby. Zabiegi, leki, spostrzeżenia. I najważniejsze: pytania do lekarza. Dzięki temu notesowi weźmiesz sprawy w swoje ręce. Przejmiesz dowodzenie.
4. Zasięgaj drugiej opinii
Masz do niej prawo. W Polsce lekarz może się za coś takiego obrazić. Niech się obraża. Tu chodzi o Twoje życie. Musisz nauczyć się asertywności.
W RPA „second opinion” to norma. Ale tutaj rynek medyczny w dużej części jest oparty na prywatnych firmach. A że pieniądze idą za pacjentem – lekarz, który źle leczy, nic nie zarobi. Za błędy lekarskie rozlicza rynek. Każdy lekarz zrobi więc wszystko, by ustrzec się pomyłki.
Marzę, że doczekam się w Polsce czasów, kiedy lekarze będą zabiegać o pacjentów, a nie pacjenci ustawiać się pod gabinetami z kopertami w rękach. Z taksówkami się udało, nie tracę więc nadziei.
Ta druga opinia, może nawet trzecia, to drugi lub trzeci lekarz. Wybierz tego, do którego poczułeś zaufanie. To jedyne kryterium. Zaufanie jest nicią, która wyprowadzi cię z labiryntu choroby. Nie zerwij jej, lekarz ma prawo do pomyłki, nie skreślaj go natychmiast. Wymagaj od niego tyle, ile wymagasz od siebie.
5. Nie zadowalaj się diagnozą urologa, chirurga, nefrologa ani nikogo, kto nie jest specjalistą od raka. Jeżeli masz raka – idź do onkologa
Mojego raka odkrył mój przyjaciel chirurg urolog. Nie chciał mnie operować (nawet auto kumplowi jest niezręcznie sprzedawać, mogą być pretensje i reklamacje do końca życia), więc skierował mnie do znanego profesora, mistrza skalpela. Gdyby inny mój przyjaciel, radiolog, go odkrył, pewnie by mi założył izotop i naświetlał. Każdy ciągnie w swoją stronę.
Znany profesor urolog wyciął mi prostatę. Czy potrzebnie? Nie wiem. Tu w RPA by mi jej nie usunęli. Przy moich wynikach badań uznano, że komórki raka przeskoczyły gruczoły i dostały się już do krwi. Taka operacja to poważne okaleczenie i osłabienie odporności. Nie wygrzebałem się z tego do dziś. A komórki raka zawijały czekoladki w sreberka, już gnieździły się w kościach.
Profesor chirurg dał mi na nową drogę życia list polecający do znajomego radiologa w centrum onkologii na Ursynowie. Radiolog mnie naświetlił. Przy okazji „usmażył” mi pęcherz, czyli zmniejszył go dwukrotnie, bo zamiast siedem tygodni, naświetlał mnie pięć. Zapewne NFZ  popędzał, kolejki do radioterapii są przecież olbrzymie, maszyny zwykle stare, awaryjne, przestoje wielogodzinne.
Każdy wykonał w zasadzie, co do niego należało, tylko z chwilą kiedy zamykały się za mną drzwi zapominał, że ktoś taki jak pacjent K. istnieje. Żaden z nich nie zadzwonił, nawet przez zwykłą ciekawość. „Proces” Kafki.
I mogę to zrozumieć, w Polsce system leczenia buduje mur pomiędzy lekarzem a pacjentem. Opowiadała mi przyjaciółka, że przyłapała swego lekarza w centrum na Ursynowie, jak próbował zabarykadować się przed nią w toalecie. Lekarz, który „nie rozpoznaje” na korytarzu własnego pacjenta, to standard. Tego chyba uczą już w Akademiach Medycznych…
W ręce onkologa trafiłem dopiero kiedy się okazało, że mam nowe przerzuty. Stanowczo za późno. W RPA.
Nareszcie ktoś znalazł czas, żeby wszystko po kolei mi wytłumaczyć, miałem prawo robić notatki, nagrywać. Nareszcie ktoś wziął odpowiedzialność za moje leczenie. Więcej, doktor Szpak zmotywował mnie, żebym wziął w tym aktywny udział. To jemu zawdzięczam, że ćwiczę, pływam.
6. Nie odtrącaj rodziny i bliskich
Ja na początku powiedziałem Joannie, mojej żonie, że z czym jak z czym, ale z rakiem to będę sobie radził sam. To jest mój własny scenariusz i film.
I to był wielki błąd. Bardzo niemądre słowa. Zachowałem się jak bohaterowie „Długu”, którzy też myśleli, że sami dadzą sobie radę z szantażystą. I stracili wszystko, z rodziną włącznie.Musisz w leczenie włączyć rodzinę, przyjaciół. Nie ukrywaj swojej choroby. Ludzie, którzy nas otaczają, jeśli mają nam pomóc, muszą wiedzieć, co się dzieje. Jeśli ich wykluczymy, po „ochronnym okresie współczucia” przyjdą zniecierpliwienie, irytacja, gniew. To jest podobny syndrom jak w rodzinie alkoholika. Choruje cała rodzina.Przewlekła, nieuleczalna choroba prowokuje trudne pytania i podsuwa bezlitosne, niesprawiedliwe, najczęściej pochopne odpowiedzi. Dlaczego mnie się to przydarzyło? Czyja to wina, że jestem chory? I zaczyna się piekło, o którym począwszy od Jean-Paul Sartre’a wiadomo, że to piekło to inni: rodzina, współpracownicy, sąsiad, którego pies narobił na twoją wycieraczkę.
Dlatego buduj więzi. Poświęć innym choćby dziesięć minut dziennie, to niezły sposób na walkę z depresją. Depresją, która krzepi twojego raka lepiej niż cukier.
7. Szukaj wsparcia
Poszukaj psychoonkologa. Pomoże ci ułożyć się ze światem. Pomoże zobaczyć w raku coś więcej niż przewlekłą chorobę. Choć to dziwnie zabrzmi: odkryje ci drugą, tę dobrą twarz choroby. Rak to nie tylko straty, to także zyski. Pod warunkiem, że przebudujesz swoje życie. Paradoksalnie, choroba bywa najlepszym lekarzem. Tylko musisz nauczyć się śmiać, kiedy chcesz płakać. Ktoś obliczył, że 90 proc. naszych chorób to niespełnione pragnienia.
Poszukaj grupy wsparcia – ludzi w twoim położeniu, gotowych podzielić się doświadczeniem. Statystyki wskazują, że stopień całkowitych wyleczeń w przypadku kobiet z rakiem piersi jest o połowę wyższy, jeżeli należały one do grupy wsparcia.
Uważaj jednak na fałszywych doradców. 96 proc. pacjentów, którzy przeżyli raka, rozpoczynali i kończyli program terapeutyczny oferowany przez medycynę konwencjonalną. Musisz być bardzo ostrożnym co do cudownych leków, których akwizytorzy mówią, że łyżeczka dziennie zastąpi radioterapię razem z chemią. Zachowaj zdrowy rozsądek. Wiem, że to trudne, rozpacz podpowiada szalone strategie. Na niczym się tak dobrze nie zarabia, jak na ludzkim lęku.
8. Bądź gotów dużo w swoim życiu zmienić
Z rakiem jest jak z każdą inną chorobą, są tylko dwie formy leczenia: to, co wzrosło, musi zostać zmniejszone, a to, co się zmniejszyło, trzeba zwiększyć. Co wzrosło? Liczba komórek rakowych. Co się zmniejszyło? Odporność twojego organizmu, która umożliwiła mnożenie się komórek raka.
W 30 proc. odpowiada za to palenie, w 35 proc. nieodpowiednie odżywianie, w 10 proc. czynniki dziedziczne, w 5 proc. otyłość  i brak ruchu.
Ja po czterdziestu latach rzuciłem papierosy. Z dnia na dzień. Palenie zwiększa przyrost komórek rakowych o połowę. I wiesz co? Cała chemia, blokada testosteronu, to jest nic w porównaniu z dwiema paczkami papierosów, które wypalałem (plus stres, zarwane noce, alkohol i często dużo złych myśli i słów). Chemia w porównaniu do tego jest śmiechu warta. Chemię to ja miałem przez czterdzieści lat, od czasu pierwszej fajki.
W następnej kolejności zabrałem się za mięśnie. Puściłem maszynę w ruch. Wyniki badań pokazują, że czynniki odgrywające ważną rolę w zwalczaniu raka są bezpośrednio stymulowane przez ćwiczenia. Modyfikują naszą równowagę hormonalną, zmniejszają nadmiar estrogenów i testosteronu, ograniczają poziom cukru we krwi.
Zmieniłem wreszcie dietę. Zacząłem odżywiać się świadomie. Jem produkty nieprzetworzone, unikam czerwonego mięsa. Proteiny czerpię z ziaren, roślin strączkowych, warzyw. Czasami pozwalam sobie na ryby. Nie używam cukru, tłuszczy zwierzęcych. Sięgnąłem w tej sprawie po literaturę: „Dieta w walce z rakiem” Richarda Beliveau i Denisa Gingrasa, „Antyrak” Davida Servan-Schreibera. Zacząłem studiować dietę makrobiotyczną. Może zrobię krok w tę stronę.
Pracuję też nad swoim charakterem. To w nim ukryty jest klucz do wyzdrowienia. Co z tego, że pływałeś godzinę, jeśli przez tę godzinę nie mogłeś wyrzucić z głowy kłótni z żoną albo urazy do szefa? Co ci po makrobiotycznej diecie, jeśli z nerwów masz ochotę wymiotować?
Sporządź listę tego, co Cię osłabia, przyjrzyj się sobie uważnie. Zdiagnozuj się. Może to lęk, może gniew, zazdrość? Pełne miłości relacje z rodziną, przyjaciółmi, krewnymi, współpracownikami wzmacniają nas. Ich brak pogrąża nas w samotności i rozpaczy. Czy potrafisz wybaczać? Czy nosisz latami urazy w sercu? Umiesz być wdzięczny? Tolerancyjny?
Być może potrzebny jest ci przewodnik, który pogodzi cię z sobą samym i ze światem. Ścieżek jest wiele. Święte księgi, guru, medytacja, duchowi mistrzowie z pewnością ci pomogą, pozwolą oszczędzić czas. Jednak ostatni fragment drogi, kiedy dokonasz prawdziwego wglądu w siebie, musisz pokonać sam, o własnych siłach. Nieuleczalna, przewlekła choroba to podróż powrotna, podczas której budzisz się ze snu życia zmysłowego.
9. Pytaj, szukaj, drąż
Mogę powiedzieć, że w moim wypadku pewnie lekarze nie zrobili wszystkiego, co mogli i powinni. Ale ja też zrobiłem o wiele za mało. Z rakiem nie ma tak, że przychodzi pacjent do lekarza i mówi: „Niech mnie pan leczy”. Rak wymaga kreatywności.
Dieta, ruch i panowanie nad swymi emocjami to trzy najważniejsze ścieżki do ozdrowienia. Na każdej z nich jest miejsce na nowe pomysły, eksperymenty, odkrycia. Mądrze jedz, ćwicz, rozciągaj ciało, zapisz się na jogę. Medytuj, żeby zapanować nad umysłem, wizualizuj, że pozbywasz się ostatniej komórki raka.
Sięgnij do przeszłości, ale nie po to, żeby szukać winnych. Zastanów się, co osłabiło twój system immunologiczny, że rak mógł się rozwinąć. Jak reagowałeś na tamte toksyczne sytuacje? Czy dzisiaj potrafisz zachować się inaczej? Zapisz to w swoim notesie.
10. Myśl pozytywnie!
Rak to przede wszystkim wyzwanie. Ci, co z niego wyszli, mówią, że nigdy by się tak nie przebudowali wewnętrznie, gdyby nie choroba. Każda książka napisana przez osobę, która z niego wyszła, kończy się słowami: „Jestem wdzięczny”.
Nie traktuj raka jak wroga, raczej spójrz jak na przyjaciela. Dzięki niemu rzuciłeś palenie, zacząłeś się ruszać, zmieniłeś stosunek do bliskich. Dziś doceniasz czas, który ci ofiarowują. Zacząłeś się racjonalnie odżywiać. Rak nauczył cię wytrwałości, wzmocnił twoją wolę, zbudował więzi z innymi ludźmi, pomógł dokonać wglądu w siebie samego. Nauczył cię kochać i rozpoznawać miłość, oddzielać ziarno od plew. Nauczył cenić chwilę. Cieszyć się z drobiazgów. Przysporzył ci przyjaciół. I tak na to trzeba patrzeć! Bądź mu wdzięczny!

Dziękuję Panu Krzysztofowi za te słowa.
Wielu osobom - bardzo potrzebne. 
(Mówił Krzysztof Krauze, wysłuchał W. Szablowski cały tekst w GW)

poniedziałek, 1 września 2014

1 września - Buziak czyli tabula rasa

Znajoma na fejsbuku zamieściła zdjęcie chłopca idącego dzisiaj (bo to pierwszy września) do II klasy szkoły podstawowej. Stoi na tle choinki, w granatowych spodniach i białej koszuli. Uroczy buziak, szlachetne rysy, fala kasztanowych włosów przycięta po męsku, ufny, spokojny wzrok. Jaki piękny Młody Człowiek! Patrzę zachwycona, wzruszona, choć to ani mój syn ani wnuk. To pewien chłopiec! Pewna historia.
Na razie to młodziaczek, dziecko cieszące się zapewne z nowych przyborów szkolnych i spotkania z kolegami po wakacjach. Gdy tak patrzę na jego twarz mam nieodparte wrażenie, że lubi szkołę, lubi się uczyć.
I myślę sobie – jaki będzie? Czego się nauczy w szkole, jak się potoczą jego losy? Kim będzie w przyszłości?
Takich dziecięcych twarzy są miliony. Miliony osobnych historii. Oby wszystkie dzieciaki wyrosły na dobrych ludzi.
One będą tworzyć dalszy ciąg tego, co  dzisiaj my tworzymy.

Wszystkiego dobrego, dzieciaki! Mądrych nauczycieli, chęci do poznawania nieznanego, radości z rozwikłania tajemnic i rozwiązywania zagadek! 

środa, 27 sierpnia 2014

Na Titaniku, czyli Europa jak tłusty kot.

Jestem przerażona. Oriana Fallaci miała rację. 
Kilka miesięcy temu (rok?) wyraziłam przy stole mój lęk odnośnie Kroczącego Fanatycznego Islamu. Mój syn, człowiek młody i pełen optymizmu, potraktował mnie dość protekcjonalnie mówiąc: Mamo, helou? Mamy Arabską Wiosnę! Oni, młodzi Muzułmanie, nie mają ochoty na jakiś dżihad, tylko na kasę i fajne życie, daj spokój! 

Dzisiaj to wygląda zupełnie inaczej! Po Arabskiej Wiośnie śladu nie ma, za to jest ISIS. Kalifat Islamski.
Mój dziadek z Kielc prorokował to jakieś 40 lat temu. Zapytałam go, jako panienka jeszcze, ledwie studentka, jaka będzie ewentualna III wojna światowa? Z Chinami?
A on mi na to mniej więcej tak:

- Ależ nie, drogie dziecko, nie! Chiny będą miały swoje problemy rozwojowe. III wojna już się lęgnie. To wojujący Islam. To są migracje na Zachód i osiedlanie się tam, namnażanie. I oczekiwanie. A kiedy padnie hasło: dżihad! Ruszą rżnąc gardła niewiernym. I nie będzie to wojna frontowa - jeden front tu a drugi naprzeciwko ale punktowa - w wielu punktach Europy, świata... 
Dziadek był nazywany w rodzinie - Rebe. Mądry był, bardzo oczytany i zainteresowany historią i polityką.
I dzisiaj kiedy patrzę na to wszystko - jestem z lekka przestraszona, bo przewidział!

Co to za jakieś pierdoły serwują nam nasze dzienniki, wiadomości, panoramy z sensacjami naszej scenki politycznej? Pyskówkami, spychaniem z się z krzeseł, z oskarżeniami, „ja panu nie przerywałem”, z  paleniem tęczy. To wszystko widzi mi się jako dziecinada.

Oczy świata spoczęły na ISIS, na Kalifacie, który już rozpoczął dżihad, świętą wojnę z niewiernymi. Dzisiaj w Syrii, w Libanie na wojnie o najemników i zwolenników. Na razie TAM, daleko od nas. 
A daleko od nas, bo np. na Bali Islam już wypiera rodzimą kulturę i zastępuje ją swoimi rządami – coraz więcej kobiet w burkach, coraz głośniejsi Muzułmanie zabraniają i zabraniają, i nikt im się nie opiera… Anglia (Francja, Niemcy, Belgia) jest już bardzo zarabizowana, są dzielnice, a nawet miasta, w których biali boja się być, a nawet przez nie przejeżdżać. Wrogie okrzyki skierowane do Anglików nikogo nie niepokoiły. Jesteśmy przecież kulturalni i wymyśliliśmy sobie śliczny termin „multi – kulti”! I naiwnie sądziliśmy, że przybysze widząc nasze życie, naszą demokrację, styl życia, zawyją z zazdrości i …  zasymilują się! Porzucą tę swoją ciasnotę i zostaną obywatelami Europy!
A tu…ZONK! Nie zasymilowali się a co więcej - wprowadzili swoje prawa i styl życia izolując się i rosnąc w siłę. Dzisiaj wygrażają pięścią policji i rdzennym Anglikom obiecując, że wyrżną ich w pień! Tak im dopomóż Bóg!    
 Pamiętamy tę scenę w Indiana Jones,  https://www.youtube.com/watch?v=Mur-c5IiWJI  gdy Indiana stoi vis a vis wywijającego mieczem i pokrzykującego butnie wojownika? I jak sięga po rewolwer, załatwiając sprawę nie przejmując się konwenansami?
Teraz to my jesteśmy takim wywijającym jakimś widelcem niby - wojownikiem, spasionym, leniwym i niezbornym. Islamscy ekstremiści nie zawahają się użyć skuteczniejszej broni. Europa odrzucając ostrzeżenia Oriany Fallaci jako kompletnie nieuzasadnione zachowuje się jak pasażerowie Titanica. Jest super! Orkiestra gra, podano raki i szampana.   

Europa jest rozleniwiona, tłusta, zasobna i śpiąca a przez to jest świetnym i łatwym celem... Anglia wychowała wielu dżihadystów, oddając im całe dzielnice i miasta! I to tam Muzułmanie wołają: Go to Hell England! 
Wyhodowali sobie mordercę który zabił Foley'a... i setki, setki innych! I… nic! Poza tym jest ich wielu, baaaaaardzo wielu, bo Muzułmanie rodzą masę dzieci, a leniwa Europa zbyt mało, żeby nasza cywilizacja przetrwała. Europejskie dzieci są zawalone zabawkami, gadżetami, kąpane w miodzie i mleku. Co rodzina małodzietna, to westchnienia, że tak ciężko jest to dziecko utrzymać mając samochód, dwie pensje i mieszkanie. 
A Muzułmanie nie narzekają na nic! Mnożą się (przeciętna muzułmańska rodzina w Europie ma od 5 do 8-9 dzieci, już zalewają np. południe Francji, w którym więcej meczetów niż kościołów)  bez obsypywania dzieci dobrociami jak z bajki, za to mleko i miska ryżu zawsze się znajdzie a i czas w meczecie i szkołach, w których owe dzieci uczą się kim są niewierni. 
NIKT z nich się nie boi broni nuklearnej, bo owa broń jest wtedy do użycia, gdy się ją wyceluje w miejsce pobytu wroga. A jak wróg wymieszany z nie-wrogiem, z „naszymi”? Na osiedlach, w miasteczkach i wsiach?
Wojska już dawno mamy w Europie co kot napłakał, a wojownicy dżihadu powoli obrastają w wielką armię.
Nas prawo uczy, że nie wolno się bronić przekraczając jakieś absurdalne granice „obrony koniecznej”, więc jak ktoś włazi i przystawia nóż do gardła naszym dzieciom, już oczyma duszy widzimy sędziego, który skazuje nas na więzienie i jeszcze wypłatę odszkodowania napastnikowi.
Młodzi Muzułmanie idą na wojnę z okrzykami z Koranu, ręka im nie zadrży i NIKT ich nie oskarży o nic. 

 Nadal Europa śpi kołysząc się w dobrym nastroju niczym Titanic, a mnie to przeraża, bo wiem, że nie mamy żadnego Jana IV Sobieskiego.   
Co gorsza, nawet gdy ktoś o tym gdzieś napisze - komentarzy żadnych! Więcj o wiele jest pod postem o np. cieście sliwkowym, bo wciąż orkiestra gra i pięknie jest. 


PS Miałam napisać, że mam na myśli oczywiście ekstremistów, ale zawahałam się. Czy pokojowo nastawieni Muzułmanie, gdy fundamentaliści im przystawią nóż do gardeł, nie będą zmuszeni (jak w Libii) opowiedzić się po jedynie słusznej stronie? I co zrobią, żeby ratować własne życie?  

niedziela, 17 sierpnia 2014

Co mnie to obchodzi, czyli o listonoszu który dzwonił kilka razy.

Kilka wsi dalej taka się rozegrała sprawa.
Listonosz zawiadomił MOPS, że już kilka razy nie zastał odbiorczyni renty, jej córka stale coś wymyśla i to go niepokoi.
MOPS pojechał w osobie urzędniczek, ale nie zostały wpuszczone. Córka w ciąży, warcząca, zła. Musiała odpuścić, gdy urzędniczki przyjechały ponownie z policją.
W chałupie, w domu znaczy, w ostatniej izbie wyro a w nim żywa ale kompletnie zaniedbana owa rencistka. Kobieta niegdyś silna i zaradna, ale złożona chorobą osłabła i została na łasce córki i wrednego męża, gbura, którego nic już nie interesuje poza wódką i awanturami.
Facet rozwożący mięso opowiadał, że kiedy jeszcze chodziła o własnych siłach, bywało był przez nią doganiany u sąsiadów i podawała mu 2 złote, żeby jej ukroił kilka plasterków najtańszej mielonki. Odkrawał więcej, serce mu pękało, bo widział, że głoduje.
Zięć, zastraszony przez krewką żonę też podkarmiał gdy tylko córka nie widziała. A jak matka zaległa – nikt jej poza zięciem nie usługiwał, więc leżała w własnych odchodach, śmierdząca i zawszona. Pogotowie ledwie dało radę nie wymiotować i mieli złe oko, gdy ją wynosili z domu. Ciężarna córka zła – bo renta ucieknie! Ojciec podobno zawsze ich głodził, bił i był skąpy jak diabli. Wredny znaczy, bardzo. I zły.
Jak widać po córce - zamiast paść dalej, zmądrzeć, padła "blisko od jabłoni" – jeśli już używać powiedzonek, bo „jaka mać taka nać” nie pasuje.
A może….?

Kiedy zdumiona opowieścią zapytałam, co na to sąsiedzi – powiedziano mi że NIC! To nie ich sprawa, „Co mnie to obchodzi? Ja się w cudze życie nie wtrancam!” – odpowiadają niby dumni.
Byłam wściekła, gdy to usłyszałam, bo przecież tam też mieszkał ten zięć, mógł zaalarmować kogoś, zgłosić! Mówili, że to dość prosty i naiwny chłopak, wziął się dopiero co, jak już ona z brzuchem chodziła. Zdaje się wychowanek sierocińca, skusił go dom i dość zaradna kobita. Z teściem jakoś nauczył się żyć „na mijankę”, a dzieciaka się przecież odchowa jak swojego, ale żony się bał, bo nie raz już zdążyła go pobić.
- Czemu nikt jej, tej babci nie pomógł?! Przecież wiedzieli, że tam leży żywa, albo już martwa! – dziwiłam się.
- Bojali się – odpowiedział opowiadający. – gospodarz strasznie bitny, zaraz by widłami pogonił albo koguta na dach rzucił nocą.

Z dalszej opowieści wylazło drugie dno.
Ponoć ciąża … była „odojcowa”. Ponoć krewki chłop od dawna używał córki, a matka nie chciała widzieć, nie widziała, widziała ale milczała… Kto to wie, jak było?
* * *
Czy trzeba straszyć ludzi piekłem, skoro umieją je sami sobie zrobić tu, na ziemi?
Jeszcze jedno. Jesteśmy niespołeczni, niemiłosierni, nie umiemy sobie pomagać. „Nic mnie to nie obchodzi, nie moja sprawa”  Wieś chyba jednak wiedziała, ksiądz się nie wtrącał, dopiero interwencja listonosza wywołała jakiś skutek.
Czy wieś, mieszkańcy, poczują jakikolwiek wyrzut?
Co powie ksiądz na mszy?
Czy w ogóle coś powie?
Ile jest takich wsi, miasteczek, bloków, w których wszyscy niby wiedzą ale …”Co mnie to obchodzi? Ja się w cudze życie nie wtrącam!”.

I to jest niby zaleta? 

wtorek, 29 lipca 2014

Podwójne standardy, czyli czego muzyka nie łagodzi.


Dowiedzieliśmy się wczoraj, że ZABRANIA się palić (to jasne), pić (???), jeść i biegać na stacjach metra i że będą surowe konsekwencje.
- Za bułeczkę mandat? - ktoś zapytał.
Podobno tak nas obywateli będzie chronić jakiś Anioł z metra (analogia do Alternatywy 4) żebyśmy my nie musieli np. wdychać zapachu sosów z kebaba, który zgłodniały studencina będzie pożerał na stacji metra, nie wolno napić się wody spragnionemu, bo a nuż ochlapie sukienkę eleganckiej pani itp. Wszystko w trosce o nas – innych użytkowników! Niezwykła miłość Ratusza do mieszkańców stolicy!

A tu druga strona medalu:

Stadion Narodowy jako sala koncertowa, na której rozstawia się sprzęt dający taką moc, że można byłoby ogrzmieć średnie miasto a nie tylko sam stadion. I mimo zaciągniętego dachu decybele, które łomoczą do okien i drzwi mieszkańców przyległych dzielnic są zbyt mocne. Dudnią  w mieszkaniach, w głowach ludzi kórzy dotąd mieszkali w cichej i spokojnej dzielnicy.
Jest o wiele za głośno sznowni organizatorzy!
Poruszałam już ten temat – na wielu koncertach dźwiękowcy traktują słuchaczy jak całkowicie głuche stado baranów. MUSZĄ dać taką ilość decybeli, żeby np. basy CZUĆ było na klatce piersiowej fizycznie – bębenki w uszach zwyczajnie tam wysiadają i bywa bolą. O jakimkolwiek porozumiewaniu się z sąsiadem mowy nie ma.
I tu jakoś Ratusz o mieszkańcach nie myśli, że może chcieliby się wyspać? Może całodzienne słuchanie prób (!) wkurza po prostu? Może nie lubią takiej muzyki i konferansjerki i muszą niestety zjadać tę żabę, bo posadowiono stadion niemal w centrum miasta narażając okolicznych mieszkańców na mimowolne uczestnictwo w imprezach masowych - chcą czy nie.
Może chcą się wyspać przed pójściem do pracy, bo tam mieszkają też ludzie pracujący w soboty, niedziele. A co z dzieciakami w szpitalu na Niekłańskiej?
Dudnienie słychać nawet na Dolnym Mokotowie - świadczą o tym wpisy na forach.

I tu nikt z Ratusza, władz Stadionu Narodowe, organizatorów nie liczy się z faktem, że Saska Kępa, Kamionek, Praga Północ a i Dolny Mokotów, do którego docierają basy ze stadionu, to miejsce życia głównie starszych ludzi. Jedni są po zawale, po wylewie, może po chemii, albo przed? Czy też zwyczajnie zmęczeni, nienawykli do tej muzyki, a raczej bombardującego hałasu, który utrudnia im życie, bywa że do trzeciej rano.
To wyjątkowa nonszalancja wobec ludzi, którym własny dom (mieszkanie), gwarantować miał ochronę i spokój. Nadto przecież obowiązuje w Polsce cisza nocna po 22.00!
Każda imprezka głośna i utrudniająca człowiekowi zaśnięcie (prawo do wypoczynku w ramach wolności osobistej) może być zgłoszona na policję i policja poucza głośnego imprezowicza o obowiązującym prawie a czasem przyłoży mandat! Ale nie ogranizatorom koncertów na Stadionie!
Czemu? Bo ....nie. 
I oto mamy podwójne standardy – ktoś zgłodniały nie może zjeść w przestrzeni publicznej kanapki ani napić się wody w metrze, bo niby szkodzi to innyjm, a mieszkańcy osiedli około-stadionowych proszą i doprosić się nie mogą szacunku dla siebie i dla przepisów, które są jawnie łamane dudnieniem do rana.
Pominę chamów, którzy wyśmiewają te prośby pisząc na forach „to wynocha na wieś”, czy łagodniejsza forma chamstwa i postawy antyspołecznej: „nikomu jeszcze nie zaszkodziła odrobina muzyki, więc po co te fochy….”. Tym chciałabym zafundować orkiestry dęte pod samymi oknami do białego rana, bo jak widać skumać ciężko, że jak Kali komuś…

PS dla przypomnienia:
Art 30 Konstytucji:

Przyrodzona i niezbywalna godność człowieka stanowi źródło wolności i praw człowieka i obywatela. Jest ona nienaruszalna, a jej poszanowanie i ochrona jest obowiązkiem władz publicznych.

Art. 31.

Wolność człowieka podlega ochronie prawnej.
Każdy jest obowiązany szanować wolności i prawa innych. Nikogo nie wolno zmuszać do czynienia tego, czego prawo mu nie nakazuje.
Ograniczenia w zakresie korzystania z konstytucyjnych wolności i praw mogą być ustanawiane tylko w ustawie i tylko wtedy, gdy są konieczne w demokratycznym państwie dla jego bezpieczeństwa lub porządku publicznego, bądź dla ochrony środowiska, zdrowia i moralności publicznej, albo wolności i praw innych osób. Ograniczenia te nie mogą naruszać istoty wolności i praw.
Art. 32.

Wszyscy są wobec prawa równi. Wszyscy mają prawo do równego traktowania przez władze publiczne.
Nikt nie może być dyskryminowany w życiu politycznym, społecznym lub gospodarczym z jakiejkolwiek przyczyny.

niedziela, 20 lipca 2014

Ochłońmy…


http://wiadomosci.wp.pl/kat,1019393,title,45-letnie-dziecko-znalezione-w-szalasie-na-Bemowie,wid,16743120,wiadomosc.html?ticaid=1131df 

Prawda, jak wiemy, leży po środku, każdy z nas jest inny i moje ulubione - co chatka, to zagadka. 
Czas jakiś temu opinia publiczna a zwłaszcza rodzice zostali podzieleni doniesieniem, że oto dzielny tatuś został postraszony policją za to, że zabrał swego 4,5 rocznego syna na surwiwal.
Zamieszkali w szałasie i żyli jak dzikusy. Super, prawda?
Albo – oburzające, prawda? 

Nie mam pojęcia, jako i policja nie miała, jaki jest tatuś, jakie jest dziecko i ludziska SŁUSZNIE zawiadomili ograna władzy.
A teraz mała dywagacja czyli odskok (pozorny) od tematu.
Kilka lat temu byłam z rodziną na wczasach w Sierakowie Wlkp na obozie półsportowym, rodzinnym. W obrębie owego obozu były inne też bazy dla harcerzy, kolonistów i sportowców.
Poznaliśmy pewnego opiekuna obozu kolonistów, nauczyciela, dziarskiego sportowca. Pewnego dnia przyszedł do mnie po śniadaniu z problemem. Ma w grupie dzieci młodszych dziewczynkę, córkę kolegi. Zachorowała, jakieś paskudne zaziębienie. Byli u lekarza, dostała lek ale nie zadziałał, mała ma 38 stopni gorączki a dzieciaki śpią w wojskowych namiotach. Co robić?
Z mety załatwiłam klucze do pustego domku niedaleko nas i kazałam przynieść tam dziecko. 
Zobaczyłam ciemnooką Calineczke, drobinkę trzęsącą się w gorączce. Napoiłam herbatą, skarmiłam jakimś śniadankiem i raz jeszcze oboje z mężem pojechaliśmy pilnie do lekarza, a koledze kazaliśmy wezwać rodziców.
Okazało się że już dzwonił, ale powiedzieli że na razie przyjechać nie mogą, bo kończą zapłacone wczasy, zresztą małą jest pod opieką kolegi, więc bez paniki!
- to mój kolega, razem uczymy w szkole WF. On taki wie, pani…. surwiwalowiec, taki supermen!
- ...i wysyła taką kruszynkę na nielekkie sportowe zgrupowanie? Takie kolonie nie są dla ośmioletnich malutkich dziewczynek!
Tatuś panienki był innego zdania. 
Od lekarza wróciliśmy z wykupionym antybiotykiem. Zamieszkałam z małą, wysoką temperaturę której nie dał na razie zbić antybiotyk, zbiłyśmy schładzającym prysznicem, karmiłam ją łyżeczką bo opadła z sił. Po zbiciu temperatury z lekka się ożywiła i powiedziała mi, że ma brata starszego o rok i on też chyba jest chory.
Po półgodzinie miałam w tym domku dwójkę dzieci, bo tak, brat też leżał w wojskowym namiocie trzęsąc się w gorączce. Na pytanie czemu nic nie powiedział, spuścił oczy. Ponownie lekarz, leki, picie, i teraz głaskałam po łepetynkach dwójkę wystraszonych, chorych i smutnych dzieciaków.
Opiekun się domyślił:
- …wie, pani, to tresura ojca. On ich krótko trzyma, jego szczególnie: „nie maż się! Bądź mężczyzną a nie beksą”. Pewnie się ojca boi ….
- to przynajmniej pan niechaj się, jako kolega nie boi i wygarnie temu ….Rambo, że na wszystko jest czas! A jego dzieci są za młode, wątłego zdrowia i nie będą skakały po linach i ze spadochronem. I co?  Przestanie je za to kochać? A może młody będzie muzykiem a dziewczynka…nauczycielką? Laborantką? pisarką, nie Spidermanem i Superwoman?
Pokręcił głową.
Rodzice przyjechali wreszcie. Mama (nauczycielka!) zalękniona i wschłuchana w męża tokującego, że „nic się nie stało”, stała jakoś tak bezradnie zamiast (jak sądziłam) porwac dzieci w ramiona i obsypać przeprosinami, buziakami ....).
Rzadko mi się to zdarza, ale podniosłam głos i zjechałam go od najgorszych rodziców świata, a jej powiedziałam żeby się ocknęła, bo dzieci są wylęknione, smutne i co to dla nich za wakacje gdy cierpią i trzęsą się że zawiodły roszczeniowego tatusia?

Ja nie wiem kim jest ów tatuś surwiwalowiec, ale 4,5 roczku zaraz będzie miała moja wnuczka i wiem, że to jeszcze dzidziuś, mimo, że obsługuje iphone’a lepiej ode mnie. W szałasie jest zimno, robaki gryzą boleśnie – to fakt, a niektóre roznoszą boreliozę, i nie wiem czy padre smarował to dziecko maściami odstraszającymi, czy uważał że „trza być twardym”?
Czterolatek nie odczuwa wielkiej frajdy z powodu wypoczynku na dzikim łonie natury – raczej wtedy, gdy mu wesoło, ciepło, syto i bawi się beztrosko z innymi dziećmi. To czas socjalizacji. Może odpowiedniejsza byłaby agroturystyka, z krówkami, gęśmi i jajkami od kur? Z jednak czystym łóżkiem, łazienką i kimś dorosłym, doroślejszym od tatusia – domorosłego Tarzana?
Gdybym coś takiego zobaczyła, to też zawołałbym policję. Przynajmniej żeby sprawdzili czy tatusia nie poniosła fantazja i czy dziecku nic nie jest.