poniedziałek, 20 października 2014

Co ma wspólnego nasze nowe logo z Czesławem Mozilem, Marią Peszek i innymi.

Wbrew pozorom wiele.
Czesław Mozil, a przed nim Maria Peszek, przed nią Dorota Masłowska i wielu innych, pisuje teksty dla myślących, a to u wielu ludzi komentujących ich twórczość cecha w zaniku. 
Zaraz, zaraz, zanim się niektórzy państwo poobrażają, chwila refleksji.
W dzisiejszych czasach mamy wszystko podane na tacy. Tak jak niemowlę schabowego w słoiczku – rozdrobniony ten schabowy na miał, żeby lekko połknąć. I podobnie podawane nam są wiadomości, rozrywka, symbole – wszystko już tak zmiksowane, żeby tylko łykać bez myślenia i fałdowania zwojów. Na lekcjach polskiego nasze (z mojego pokolenia) polonistki walczyły uparcie, żeby wyrobić w nas odruch myślenia, zastanawiania się, umiejętności interpretacji. Nie wszystko umiem interpretować – przyznaję ale przynajmniej staram się w przypadkach „głównych” – czyli na przykład gdy Czesław Mozil nagle zostaje publicznie zjechany za piosenkę. Idę z mety do tekstu, patrzę i zastanawiam się: za co?! Czyżby naprawdę kala własne gniazdo? Czytam, myślę i okazuje się, że jest tam głęboka, smutna ale dość prawdziwa myśl zaśpiewana jakby w imieniu tych, którzy wyjechali i być może muszą sobie dorobić jakąś ideologię do tego, że po studiach lepiej im jest na zmywaku. Grzech śpiewania, pisania w pierwszej osobie skutkuje niestety tym, że odbiorca idzie po linii najmniejszego oporu i myśli, że to wykonawca (pisarz) mówi za siebie.
Maria Peszek wzięła na siebie ataki po tym, jak zaśpiewała iż nie zamierza za Polskę, w dzisiejszych czasach, schodzić do kanałów i wykrwawiać się. I ma prawo tak myśleć. W dzisiejszych czasach „czerwonego guzika” – wojna „ludźmi” (mięsem armatnim) oznacza rzeź jak w Somalii i nikt, NIKT tego nie chce. Utrzymanie polskości dzisiaj nie wymaga krwi i umierania, a wręcz odwrotnie: życia i pracy. (płacenia podatków).
A co ma do tego logo?
No właśnie też chodzi o ten wysiłek, na który namawiano nas w szkole – myśl, a jak masz problem – zapytaj! Znajdź źródło, odpowiedź!
Swego czasu malarze impresjoniści dostali baty od krytyki i wielu konsumentów sztuki dotychczasowej za odejście od kanonu. Jakieś kropki?! Paćki?! I to ma być sztuka? Potem był Picasso i inni, np. Mirò – autor logo Hiszpanii, czy Dali (autor logo Chupa chups).
Czym jest logo/marka, a czym godło – trzeba znaleźć i poczytać, bo to nie są pojęcia tożsame. Pełnią różne funkcje. Nowe logo Polski znów budzi kontrowersje, głównie, że nieczytelne, że trzeba tłumaczyć. No a co szkodzi, gdy nie „widzimy” – zapytać? Pomyśleć? Poszukać wykładni? Potrzebujemy miałkiej papki? Kto z nas zinterpretuje natychmiast logo mercedesa? Apple’a, Hiszpanii?




Prawda, że trzeba poszukać? Zgodzić się że  - Aaaaaa, teraz już widzę! Ja poczytałam i sprężyna jest dla mnie czytelna. Ma ją czytać świat, a nie my i czyta!
Może przestać wreszcie marudzić? Bo jak tak dalej pójdzie logo Polski to będzie skwaszona mina Polaka z napisem: Nieeeeeeeeeeeeeeee.   

PS To logo Polski "spring into new" NIE jest robione za nasze pieniądze. Na nie złożyli się przedsiębiorcy. :-)
Miłego :-)



Mam i inną propozycję - czytelną tylko dla nas, Polaków ale ... czy o to chodzi, żeby świat tak nas postrzegał?   










wtorek, 14 października 2014

Promocja Kobiety Dojrzałej czy klapa?


Czas jakiś temu zmolestowała mnie pewna pani o bycie jurorką na gali Wyborów Miss po 50ce.
Już sama nazwa jest wykwitem dziwnego poczucia humoru, albo upartej niewiedzy czym słowo Miss jest. Miss to nastolatka, niezamężna młódka, Mistress to pani, bywa że mężatka, wdówka albo rozwódka. Kobieta dojrzała.
Wykwit słowny "Miss po 50ce" (nawiasem mówiąc kłania się ortografia) tłumaczony na polski "panienka po pięćdziesiątce" - musi budzić uśmieszek, który jest niefajny, bo kpiący.
Ale OK, czepiam się...

Ad rem:

Organizacyjnie - wielkie przedsięwzięcie i pani organizującej trzeba oddać to, że znalazła sponsorów i z pomocą rodziny (o tym jeszcze usłyszymy wielokrotnie) uczyniła tę galę w Warszawie, w nowym hotelu.

Gala.

Już początek mnie zmroził, choć owszem, jest scena i wybieg i krzesełka są, są te zaznaczone tylko dla jurorów - usiadłam.
Od czasu do czasu ktoś z organizatorów wypraszał z drugiego rzędu siadających tam ludzi tłumacząc że to dla mediów a i z pierwszego rzędu wzdłuż wybiegu też wypraszano tłumacząc, że to dla VIP-ów.
Żadnych oznaczeń, więc gdy po raz kolejny wypraszano ludzi którzy zajmowali owe miejsca - robiło się nieprzyjemnie. Ludzie mieli prawo się wściekać.
Kolejna rzecz, której nie umiem zaakceptować przy takich (ani innych) okazjach to nonszalancja z rozpoczęciem.
Czterdzieści (sic!) minut opóźnienia to dla mnie powód do wyjścia, ale Ania (koleżanka jurorka, o wiele dłużej działająca w temacie, w Fundacji Generacja, zajmującej się dojrzałymi ludźmi), usadziła mnie przypominając, że jesteśmy tu dla zestresowanych uczestniczek. OK. Racja.
Jak słusznie zauważył - za Kazimierzem Rudzkim - nad wyraz inteligentny i ogarnięty konferansjer pan Ryszard Rembiszewski: improwizacja jest na scenie dopuszczalna pod warunkiem, że jest starannie przygotowana. Musiał niestety imrowizować bez przygotowania bo tego .... nie było. 
Śmiem się wymądrzać, bo przez kilka lat miałam możliwość obserwowania z bliska końcowych przygotowań do gali Wyborów Miss Polonia. (tych z lat '80) i wiem, jak ważną rzeczą jest dogranie każdego szczegółu, najbardziej banalnego nawet a też przewidywanie ewentualnych wpadek.
Przygotowanie musi być profesjonalne.

Potrzebne są pieniądze na turnusy czyli treningi. Bez tego ani rusz, bo nikt nas przecież nie uczy ruchu scenicznego a to jest w takich sytuacjach podstawa.
Elwira Kowalska stanęła na przysłowiowych rzęsach i zrobiła ile mogła, panie też starały się bardzo, ale nadal ruch sceniczny pozostawiał wiele do życzenia. Tu potrzeba czasu i ćwiczeń (nie kilkunastu godzin!), żeby panie nie wypadły niezręcznie, sztucznie, żeby było profesjonalnie a nie prowincjonalnie.
Oczywiście można, jak to wielu Polaków robi - od reżyserów po polityków - machnąć ręką na zasadzie "ojtamojtam", ale lubię gdy równa się do najlepszych. To dobry kierunek a "ojtamojtam" dobre jest w domu, gdy synek zapomniał tekstu deklamując wierszyk dla babci.

Wielce zdziwił mnie wybór jurorów czyli nas.
Ktoś mnie zagadnął:
- Nie wie pani wg jakiego klucza nas zebrano?
Odpowiedziałam, że bez kluczy, z łapanki. Bo jak inaczej wyjaśnić, że jurorom ojcował... Andrzej Supron, zapaśnik, jak dla mnie postać niehalo po jego bardzo niezręcznych homofobicznych wypowiedziach telewizyjnych (uznanych za skandal). A skąd niby to znawca kobiet? Że się ożenił niedawno? A! Zasponsorował siłownię dla uczestniczek! Jesteśmy w domu.
Również zasiadające w jury panie projektantki, które szyły (wypożyczyły) swoje stroje na scenę, znały panie ubiegające się o wiele dłużej i już zdążyły sobie wyrobić zdanie o uczestniczkach, więc ani ich spojrzenie nie było świeże ani oceny bezstronne. Raczej miały już swoje mocne typy mówiąc wprost, że ta pani jest OK., a tamta nie. Ustawka?
Zadziwił mnie także otrzymany formularz, z którego wynikało, że mamy okrasić każdą panią jakimś tytułem Miss: Miss koleżeńskości, Miss natury, Miss etyki, Miss tolerancji, Miss dobrego balansu (?), jeszcze inne dziwne i trudne do zapamiętania "Miss....". Razem 26! Każda miałą dostać tytuł. Nie mamy do czynienia z przedszkolakami, które się popłaczą, wybory to wybory. Nie każda pani MUSI mieć tytuł.
SKĄD mamy my, jurorzy, wiedzieć, która pani jest koleżeńska, która zbalansowana?!

Wracam do wieczoru.
Na takiej gali gospodyni, organizatorka, powinna być niemal niewidoczna. Jest osobą, która jest, ale jakby jej nie było (tak powinno być) - jest za to konferansjer - osoba prowadząca galę. Nie łapany w ostatniej chwili, ale mający czas na zapoznanie się z uczestniczkami a nade wszystko szczegółami i detalami istotnymi w zapowiedziach.
Ryszard Rembiszewski, jak zawsze profesjonalista, stanął na wysokości zadania. Starał się ze wszech miar prowadzić galę gładko, ale nie dało się... Uważam za wielką niezręczność wtrącanie się pani organizatorki w wypowiedzi konferansjera, bo to pokazuje poziom nieprzygotowania materiałów dla niego.
NIGDZIE, ani na polskim konkursie Miss Polonia ani na zachodnich nie ma takiego obyczaju, by konferansjer na scenie był poprawiany i mitygowany! Faux pas!
Pominę już fakt, że co chwilę słyszeliśmy jak to pani jest wdzięczna za współpracę a to mamusi, a to córce i synowi, a to przyjaciółce, która napisała słowa którejś z piosenek, a to koleżankom...
Co to jest?! Totalny brak profesjonalizmu, najoględniej mówiąc. Świetnie, że ją wspierali i pomagali ale akcentowanie tego po wielekroć było żenujące a już wystąpienie w sukience wełnianej dzianej ręcznie z tekstem "mamusia mi ją zrobiła", co wymusiło oklaski (bo jak inaczej reagować na takie coś), to już co najmniej dziwne jest i tak to zostawmy z powodu ogólnopolskiego szacunku dla matek.
Na żadnej poważnej imprezie nie słyszałam tylu wtrętów że córka, że syn, że moja przyjaciółka, kolega pomógł etc., etc. - bo prosta zasada elegancji i biznesu mówi, że nawet jeśli głównie rodzina dźwiga ciężar organizacji imprezy, nie zaznacza się tego. To nie są imieniny u cioci Józi...

Wreszcie coś, czego już nie łykam zupełnie, nie rozumiem, nie łapię.
Pani organizatorka przebiera się po raz trzeci tego wieczoru (?) tym razem w suknię wieczorową! Bardzo wykwintną, z falbanami etc. i już do końca wieczoru występuje... bez pantofli. Paraduje po scenie (przerywając konferansjerowi co chwila) bez obuwia za to w... rajstopach! PODOBNO miał to być przytyk do kogoś, kto nie zasponsorował szpilek. ... ?
Czym innym jest tańcząca boso (i bez rajstop!) Kayah na swoim występie, czy Cezaria Evora - to ich styl i image sceniczny a czym innym gospodyni wieczoru człapiąca w samych rajtkach do eleganckiej kiecy po scenie w obecności bajecznie odstrzelonych do finału pań.

Narada jurorów:
Okazało się, że te tam różne Miss tolerancji i Miss uśmiechu - panie same sobie przyznały nawzajem! Nikt nas nie poinformował. Ale podczas ogłaszania werdyktu pani organizująca upierała się, że to... jurorzy przyznawali owe tytuły - śródtytuły. Wpadka, konfabulacja, czyli zwyczajna nieprawda? Fuj!
A już absolutnie jestem zdumiona zdaniem pani organizatorki rzuconym ze sceny, że „(…)kobieta po pięćdziesiątce kopniakiem (czy jakoś tak) otwiera sobie drzwi do …” (tu stłumił jej zapędy i język pan konferansjer w lot wyczuwając, że to zbyt aroganckie).
Kopniakiem? … Drzwi? Co za retoryka.  


Reasumując:
Takie imprezy to bardzo delikatna materia. 
Bardzo cieniutka linia, cienka jak nić babiego lata, oddziela takie przedsięwzięcia od śmieszności, od niskiego poziomu. Trzeba bardzo uważać, trzeba trzymać klasę i wysoki poziom.
Nad kobietami startującymi w wyborach piękności na świecie czuwają specjaliści: od wizerunku, od elegancji zachowania, ruchu etc. W konkursach Miss International, Miss World są ścisłe wytyczne co do tego, jaki charakter ma mieć impreza, jak mają się prezentować medialnie kobiety.
Scena, reflektory, kamery i tak łatwo o potknięcie, o niezręczność czy śmieszność, która młodym pannom może ewentualnie dodać uroku, ale dojrzałe panie muszą się śmieszności i niezręczności wystrzegać, więc trzeba je chronić przed wpadkami.
Taki to już czas, że my, kobiety dojrzałe jesteśmy ostro i surowo postrzegane, oceniane. I tak mamy z tym problem, bo kobiety dojrzałe nie są pupilkami mediów, za to łatwym celem kąśliwych komentatorów.
Nie wystarczy mówić ze sceny, że "nie oceniamy piękna zewnętrznego tylko to wewnętrzne i siłę kobiecą itp.", bo to tylko słowa, a de facto publiczność i my, jurorzy, widzieliśmy tylko panie w ich strojach, makijażu i ruchu, siłą rzeczy ocenialiśmy… zewnętrzność.
Czyli idea szczytna ale będzie miała sens jeśli ktoś profesjonalnie się za to weźmie i poprowadzi całość, może jednak nie na bosaka z udziałem cioci, wnuczki, syna i przyjaciółki lecz za pomocą zawodowców z szołbiznesu. Ten ktoś nie będzie na scenie upominał profesjonalisty prowadzącego galę jak upiorna mamusia szturchająca publicznie dziecko, która uważa, że gdy tego nie zrobi - nie zaistnieje ona jako matka.
Wszyscy wiedzieli, że Miss World jest w rękach rodziny Morley, ale na scenie mowy o tym nie było. Jak to się mówi full profeska czyli elegancja, klasa, klasa i jeszcze raz pieniądze, a za nimi - sale ćwiczeń, dykcji, opieka fachowców. 
Dopiero potem pawie pióra. Amen.

PS. Mam nadzieję że Panie występujące, nie wezmą mi za złe krytycznego głosu, bo on odnosi się wyłącznie do organizacji a nie samych Pań. Im gratuluję odwagi i determinacji. Mam nadzieję że jeśli idea promocji kobiet dojrzałych będzie miała swój dalszy ciąg, będzie realizowana z należytym szacunkiem, profesjonalizmem i profesjonalistami, bez wpadek, „wytycznych dla jury” i biegania po scenie boso.   

PSS Oczywiście wiem, że się narażę i będę wyklęta za ten tekst, bo nie śpiewam hymnów.
Zbyt mocno leży mi na sercu promocja dojrzałych kobiet, i jednocześnie wiem, jak NIE powinna wyglądać. Wiem, że promocję dojrzałości  można robić  w nieco innym kierunku i w inny sposób.
Bez kopa w drzwi.    


piątek, 19 września 2014

Kali żyć i mieć się dobrze!

Nie, wbrew pozorom nie chcę pisać o rasizmie.
Dzisiaj ze zdumieniem przyznaję, że ten typ moralności nadal żyje i ma się dobrze i wcale nie dotyczy osób biednych, prostych i niewykształconych, choć gdyby to zanalizować, to jednak okaże się, że zazwyczaj są to osoby uważające się za tak biedne, że muszą kraść, prości zamienię na prostaccy - a bywają naprawdę nieźle wykształceni - bo czasem jest matura a i studia mają zaliczone. Cóż, skoro nie wykształcili w sobie moralności prawego człowieka.
Mam na myśli panie i panny, które są użytkowniczkami portali, stron internetowych zajmujących się między innymi kradzieżą książek na wzór kradzieży muzyki i filmów. Owe, a właściwie ów portal, założony niby z przemiłych i szlachetnych pobudek – żeby ludzie mogli się wymieniać książkami, serwują również usługę kradzieży, czyli pobierania sobie plików książkowych w formie PDF, skanów czy koślawych tłumaczeń (to cały dział tej działalności), które jako takie, nie wystawione do sprzedaży, nie przeznaczone do handlu, zostały wykradzione z wydawnictw czy od tłumaczy albo w inny sposób stworzone i puszczone w obieg.
Tym zajmują się złodzieje pierwotni.
A wtórni? To już pobieranie sobie owych plików na swoje nośniki, komputery, tablety, za pieniądze albo za darmo, z tym że opłata zasila kasę złodziejskiego portalu. To czynność nazywana pieszczotliwie piratowaniem, a tak po naszemu – KRADZIEŻ. Często poprzedzona włamaniem - czyn wredny i moralnie naganny.


Jakie było moje zdziwienie, gdy weszłam poprowadzona przez czytelniczkę i koleżankę pisarkę na taki (jeden z wielu) profil na portalu społecznościowym i na własne oczy zobaczyłam skalę procederu i kolosalny cynizm użytkowniczek.
Zaczęłam z paniami rozmawiać, koleżanka jedna i druga też, ale to walenie głową w mur, bo użytkowniczki (90% to kobiety o moralności cepa) nie są w stanie zrozumieć, przyjąć do świadomości (czyżby jej naprawdę nie miały?!) że robią źle, że kradną. Są oszustkami kupując towar od złodzieja, puszczając go w dalszy obrót.
Słowa „czyjaś własność intelektualna” – budzi w nich śmiech i kpinę.
Na słowa „ panie, wy kradniecie!” reagują ostrzej, ale tłumacząc się ukazują ową moralność, tak bezlitośnie obnażoną przez Sienkiewicza, gdy Kali tłumaczy, kiedy jest dobrze ukraść krowę, a kiedy to jest do bani.
Otóż liderki i proste użytkowniczki tłumaczą mi z uporem kafara, że skoro te pdf-y już ktoś raz wykradł, a one je sobie pobierają, to NIE JEST JUŻ KRADZIEŻ. ….?!
Bo, jak twierdzą te panie – „kradzież złodziejowi nie jest kradzieżą”. Sprytne, co? A znacie może termin - paserstwo?
I tylko pytanie, kto je tego nauczył? Katechetka na religii nie dość obszernie wyjaśniała czym jest kradzież? Mamusia, tatuś, dziadkowie nie nauczyli? Nauczyciele w szkole nawalili?
Wszyscy po trochu. 
Każdy, kto nie zważa na to, że komuś coś kradnie, kto nie reaguje, kto bierze udział w procederze (bo wszyscy przecież to robią) – zezwala tym paniom spod herbu Kalego na spychanie nas – pisarek, (aktorów, piosenkarzy, etc.) w kąt z sykiem: „zamknij się, przeszkadzasz”!
Gdy tłumaczymy, że to jednak jest kradzież i to jakby podwójna, bo raz – ktoś wykradł pdf i rzucił na portal GRYZOŃ.pl, dwa – panie ściągające sobie na tym portalu pliki puszczają je dalej. I uważają, że one są czyściutkie! KTOŚ za nie zrobił brudną robotę, a teraz one są fair! Niepojęte prostactwo.
Polskie prawo ma nas w nosie, na zasadzie ojtamojtam! Nic się nie stało, pisarze, nic się nie stało! Serwer GRYZOŃ.pl jest w kosmosie i nic z tym nie zrobimy… - tłumaczy się nasz wymiar sprawiedliwości a rodaczki i rodacy okradają nas ile się da, tłumacząc się jak tępy troglodyta. Wielu z nich, gdyby im ukraść torebkę wszczęłoby alarm, ale moją własność można kraść… „bo wszyscy tak robią” i szlus!
Zastanawiam się jak one/oni mogą patrzyć lustro robiąc makijaż, czy się depilując (albo goląc – jeśli to facet) i nie widzieć, że tam, w lustrze szczerzy się do nich gęba złodziejska?

czwartek, 18 września 2014

reżyser Krzysztofa Krauze z przesłaniem:


Dzisiaj obszerny cytat, bardzo mądry, bo dziś nie ma rodziny która nie zetknęłaby się z nim.
Mimo, że tekst powstał w 2010 roku - jest neizwykle aktualny i mądry.

Zapraszam do lektury:

(...) Pracuję i leczę się. Rozpocząłem kolejny cykl chemii. Codziennie maszeruję siedem kilometrów z kijami do nordic walking. Ćwiczę na siłowni, pływam. Blokada testosteronu, którą przechodzę, niszczy mięśnie. Muszę je odbudować – one trzymają kręgosłup osłabiony przerzutami. Naszkicowałem kilka scenariuszy filmowych, przeczytałem górę książek. Wiele moich wyobrażeń o raku się nie sprawdziło.Sporo jednak się nauczyłem – o chorobie i o sobie samym. Chcę się z wami tą wiedzą podzielić.
1. Badaj się – choć trudno w to uwierzyć, nie jesteś nieśmiertelny
Lęk przed chorobą nie może odebrać ci zdrowego rozsądku. Rak wykryty w końcowej fazie może być nieuleczalny. Jeśli palisz, żyjesz w stresie, którego nie potrafisz rozładować, jesz byle jak, byle gdzie i byle szybciej, nie uprawiasz sportu poza wyścigami na trzypasmówce do Gdańska, jeśli w twojej rodzinie były przypadki raka – zbadaj się.
Badanie PSA, którego podwyższony poziom sygnalizuje raka prostaty, kosztuje w prywatnej klinice 70 zł. Warto, wierz mi, ja zbadałem się za późno. Nie z oszczędności. Po prostu trudno uwierzyć, że przyplącze ci się przewlekła albo nieuleczalna choroba. A jednak…
Na udział w katastrofie lotniczej masz szansę jak jeden do trzech milionów, na zachorowanie na raka prostaty jak jeden do trzy, milion razy większą. Nie ekscytuj się katastrofami w mediach, a zajmij się swoim własnym życiem.
Brak odzewu polskich kobiet na bezpłatne badania mammograficzne jest prawdziwą narodową tragedią. Tu trzeba postawić krzyż, a nie przed Pałacem Prezydenckim.
2. Rak to nie wyrok
Panuje opinia, że rak to wyrok śmierci. Zła, myląca, bardzo szkodliwa opinia. Rak nie musi skończyć się śmiercią! To, czy umrzesz, zależy od ciebie, od twojej woli przeżycia. Jesteś dla siebie Panem Bogiem. To brzmi jak herezja, ale żeby przeżyć, musisz odrodzić się w nowej wierze. W wierze w niewyczerpaną siłę własnej woli.
Jeśli usłyszałeś od lekarza: „To jest rak”, od tego momentu twoim głównym wrogiem nie jest rak, ale rozpacz. Twój strach i niepewność. Jeśli lekarz mówi ci: „Zostało panu niewiele życia, radzę uporządkować sprawy” – nie wierz mu! Znane są przypadki ludzi, którzy wyszli z raka, choć byli tak beznadziejnym stanie, że kontrolowali już tylko swój oddech. Od tego, jak myślisz, zależy 75 proc. terapii. Operacje, naświetlenia, chemia, terapia hormonalna, to „tylko” pozostałe 25 proc. Jak inaczej wytłumaczyć, że jeden pacjent umiera po trzech miesiącach, a drugi z taką samą diagnozą, w takim samym stanie… po kilkunastu latach, na zupełnie inną chorobę?
Zapamiętaj, ty decydujesz, czy będziesz żył. Nie lekarz, nie rak. Ty! Kieruj się nadzieją. Jest taka lekarska anegdota: Jeśli pacjent uprze się żeby żyć, medycyna jest bezradna. Wszystko zależy od tego, czy rozdmuchasz iskrę nadziei, czy zapali się płomieniem, który oświetli ci przyszłość.
Wiele rodzajów raka jest dziś całkowicie uleczalnych. Naświetlenia i chemia, których wszyscy boją się jak ognia, są dziś dużo lepiej wycelowane niż kiedyś. Mają nieporównywalnie mniej skutków ubocznych. Medycyna czyni olbrzymie postępy. Przyjmij je z wdzięcznością. Patrz na stojak z kroplówkami jak na drzewo życia.
W Polsce łatwo się raka wystraszyć. Kiedy wchodzi się do centrum onkologicznego, choćby na warszawskim Ursynowie, wchodzi się do czyśćca! Labirynt kolejek, zrezygnowani, zagubieni, wyczerpani czekaniem pacjenci. Brak elementarnego współczucia wyrażony choćby brakiem zwykłych krzeseł. Odbyt polskiej służby zdrowia. W takich momentach przypomina mi się nasz Sejm i myślę bez satysfakcji, że jedna trzecia parlamentarzystów przejdzie przez ten odbyt. A jeśli palą, to co drugi. Takie są statystyki. Przejdą zamienieni w Bezimiennych i Zrozpaczonych. Może wtedy przypomną sobie, że kiedyś zagłosowali za brakiem reformy, za świętym partyjnym spokojem.
Z drugiej strony, kiedy czytam raport NIK-u o wielomilionowych kontraktach zawieranych pomiędzy lekarzami a firmami farmaceutycznymi, mam wrażenie, że istnieje silne lobby, które nie chce zmian, blokuje je wszelkimi dostępnymi sposobami. Jeśli lekarz testujący lek dla firmy farmaceutycznej dostaje 4,5 tys. euro „od łba”, a wszystko odbywa się na darmowym szpitalnym łóżku, to czy taki lekarz będzie szedł w awangardzie zmian?
3. Nie szukaj najlepszego lekarza – szukaj dobregoKażdy, kto się leczy, szuka jak najlepszego lekarza. Najlepiej – profesora.Pułapka polega na tym, że profesor nigdy nie ma czasu. Typowy polski obrazek to taki właśnie profesor w rozwianym fartuchu, a za nim dziesięciu asystentów. Pierwszy raz spotykasz się z nim – później widujesz już tylko tych asystentów.
Niektórzy uważają, że trzeba unikać profesorów, a chodzić do lekarzy, którzy dopiero robią karierę i którym jeszcze na czymś zależy. Tak mam w RPA. Mój onkolog nie jest profesorem. Może dzięki temu zawsze ma dla mnie czas, a jeśli dzwonię, a nie może odebrać – zaraz oddzwania. Nawet w środku nocy.
Profesor więc czy doktor? Trudno rozstrzygnąć, to sprawa ludzkich charakterów. Wychowania, odpowiedzialności, zawodowego etosu.
Niezależnie jednak, kogo wybierzesz, nie idź sam. Idź z żoną, przyjacielem. Weź sąsiada, kogokolwiek, tylko nie idź sam. Jesteś zdenerwowany, przestraszony i będziesz zapamiętywać to, co najmniej ważne. Najczęściej to, co chciałbyś usłyszeć. Włącz magnetofon. Odsłuchaj to potem na spokojnie. Załóż notatnik, w którym będziesz zapisywał historię choroby. Zabiegi, leki, spostrzeżenia. I najważniejsze: pytania do lekarza. Dzięki temu notesowi weźmiesz sprawy w swoje ręce. Przejmiesz dowodzenie.
4. Zasięgaj drugiej opinii
Masz do niej prawo. W Polsce lekarz może się za coś takiego obrazić. Niech się obraża. Tu chodzi o Twoje życie. Musisz nauczyć się asertywności.
W RPA „second opinion” to norma. Ale tutaj rynek medyczny w dużej części jest oparty na prywatnych firmach. A że pieniądze idą za pacjentem – lekarz, który źle leczy, nic nie zarobi. Za błędy lekarskie rozlicza rynek. Każdy lekarz zrobi więc wszystko, by ustrzec się pomyłki.
Marzę, że doczekam się w Polsce czasów, kiedy lekarze będą zabiegać o pacjentów, a nie pacjenci ustawiać się pod gabinetami z kopertami w rękach. Z taksówkami się udało, nie tracę więc nadziei.
Ta druga opinia, może nawet trzecia, to drugi lub trzeci lekarz. Wybierz tego, do którego poczułeś zaufanie. To jedyne kryterium. Zaufanie jest nicią, która wyprowadzi cię z labiryntu choroby. Nie zerwij jej, lekarz ma prawo do pomyłki, nie skreślaj go natychmiast. Wymagaj od niego tyle, ile wymagasz od siebie.
5. Nie zadowalaj się diagnozą urologa, chirurga, nefrologa ani nikogo, kto nie jest specjalistą od raka. Jeżeli masz raka – idź do onkologa
Mojego raka odkrył mój przyjaciel chirurg urolog. Nie chciał mnie operować (nawet auto kumplowi jest niezręcznie sprzedawać, mogą być pretensje i reklamacje do końca życia), więc skierował mnie do znanego profesora, mistrza skalpela. Gdyby inny mój przyjaciel, radiolog, go odkrył, pewnie by mi założył izotop i naświetlał. Każdy ciągnie w swoją stronę.
Znany profesor urolog wyciął mi prostatę. Czy potrzebnie? Nie wiem. Tu w RPA by mi jej nie usunęli. Przy moich wynikach badań uznano, że komórki raka przeskoczyły gruczoły i dostały się już do krwi. Taka operacja to poważne okaleczenie i osłabienie odporności. Nie wygrzebałem się z tego do dziś. A komórki raka zawijały czekoladki w sreberka, już gnieździły się w kościach.
Profesor chirurg dał mi na nową drogę życia list polecający do znajomego radiologa w centrum onkologii na Ursynowie. Radiolog mnie naświetlił. Przy okazji „usmażył” mi pęcherz, czyli zmniejszył go dwukrotnie, bo zamiast siedem tygodni, naświetlał mnie pięć. Zapewne NFZ  popędzał, kolejki do radioterapii są przecież olbrzymie, maszyny zwykle stare, awaryjne, przestoje wielogodzinne.
Każdy wykonał w zasadzie, co do niego należało, tylko z chwilą kiedy zamykały się za mną drzwi zapominał, że ktoś taki jak pacjent K. istnieje. Żaden z nich nie zadzwonił, nawet przez zwykłą ciekawość. „Proces” Kafki.
I mogę to zrozumieć, w Polsce system leczenia buduje mur pomiędzy lekarzem a pacjentem. Opowiadała mi przyjaciółka, że przyłapała swego lekarza w centrum na Ursynowie, jak próbował zabarykadować się przed nią w toalecie. Lekarz, który „nie rozpoznaje” na korytarzu własnego pacjenta, to standard. Tego chyba uczą już w Akademiach Medycznych…
W ręce onkologa trafiłem dopiero kiedy się okazało, że mam nowe przerzuty. Stanowczo za późno. W RPA.
Nareszcie ktoś znalazł czas, żeby wszystko po kolei mi wytłumaczyć, miałem prawo robić notatki, nagrywać. Nareszcie ktoś wziął odpowiedzialność za moje leczenie. Więcej, doktor Szpak zmotywował mnie, żebym wziął w tym aktywny udział. To jemu zawdzięczam, że ćwiczę, pływam.
6. Nie odtrącaj rodziny i bliskich
Ja na początku powiedziałem Joannie, mojej żonie, że z czym jak z czym, ale z rakiem to będę sobie radził sam. To jest mój własny scenariusz i film.
I to był wielki błąd. Bardzo niemądre słowa. Zachowałem się jak bohaterowie „Długu”, którzy też myśleli, że sami dadzą sobie radę z szantażystą. I stracili wszystko, z rodziną włącznie.Musisz w leczenie włączyć rodzinę, przyjaciół. Nie ukrywaj swojej choroby. Ludzie, którzy nas otaczają, jeśli mają nam pomóc, muszą wiedzieć, co się dzieje. Jeśli ich wykluczymy, po „ochronnym okresie współczucia” przyjdą zniecierpliwienie, irytacja, gniew. To jest podobny syndrom jak w rodzinie alkoholika. Choruje cała rodzina.Przewlekła, nieuleczalna choroba prowokuje trudne pytania i podsuwa bezlitosne, niesprawiedliwe, najczęściej pochopne odpowiedzi. Dlaczego mnie się to przydarzyło? Czyja to wina, że jestem chory? I zaczyna się piekło, o którym począwszy od Jean-Paul Sartre’a wiadomo, że to piekło to inni: rodzina, współpracownicy, sąsiad, którego pies narobił na twoją wycieraczkę.
Dlatego buduj więzi. Poświęć innym choćby dziesięć minut dziennie, to niezły sposób na walkę z depresją. Depresją, która krzepi twojego raka lepiej niż cukier.
7. Szukaj wsparcia
Poszukaj psychoonkologa. Pomoże ci ułożyć się ze światem. Pomoże zobaczyć w raku coś więcej niż przewlekłą chorobę. Choć to dziwnie zabrzmi: odkryje ci drugą, tę dobrą twarz choroby. Rak to nie tylko straty, to także zyski. Pod warunkiem, że przebudujesz swoje życie. Paradoksalnie, choroba bywa najlepszym lekarzem. Tylko musisz nauczyć się śmiać, kiedy chcesz płakać. Ktoś obliczył, że 90 proc. naszych chorób to niespełnione pragnienia.
Poszukaj grupy wsparcia – ludzi w twoim położeniu, gotowych podzielić się doświadczeniem. Statystyki wskazują, że stopień całkowitych wyleczeń w przypadku kobiet z rakiem piersi jest o połowę wyższy, jeżeli należały one do grupy wsparcia.
Uważaj jednak na fałszywych doradców. 96 proc. pacjentów, którzy przeżyli raka, rozpoczynali i kończyli program terapeutyczny oferowany przez medycynę konwencjonalną. Musisz być bardzo ostrożnym co do cudownych leków, których akwizytorzy mówią, że łyżeczka dziennie zastąpi radioterapię razem z chemią. Zachowaj zdrowy rozsądek. Wiem, że to trudne, rozpacz podpowiada szalone strategie. Na niczym się tak dobrze nie zarabia, jak na ludzkim lęku.
8. Bądź gotów dużo w swoim życiu zmienić
Z rakiem jest jak z każdą inną chorobą, są tylko dwie formy leczenia: to, co wzrosło, musi zostać zmniejszone, a to, co się zmniejszyło, trzeba zwiększyć. Co wzrosło? Liczba komórek rakowych. Co się zmniejszyło? Odporność twojego organizmu, która umożliwiła mnożenie się komórek raka.
W 30 proc. odpowiada za to palenie, w 35 proc. nieodpowiednie odżywianie, w 10 proc. czynniki dziedziczne, w 5 proc. otyłość  i brak ruchu.
Ja po czterdziestu latach rzuciłem papierosy. Z dnia na dzień. Palenie zwiększa przyrost komórek rakowych o połowę. I wiesz co? Cała chemia, blokada testosteronu, to jest nic w porównaniu z dwiema paczkami papierosów, które wypalałem (plus stres, zarwane noce, alkohol i często dużo złych myśli i słów). Chemia w porównaniu do tego jest śmiechu warta. Chemię to ja miałem przez czterdzieści lat, od czasu pierwszej fajki.
W następnej kolejności zabrałem się za mięśnie. Puściłem maszynę w ruch. Wyniki badań pokazują, że czynniki odgrywające ważną rolę w zwalczaniu raka są bezpośrednio stymulowane przez ćwiczenia. Modyfikują naszą równowagę hormonalną, zmniejszają nadmiar estrogenów i testosteronu, ograniczają poziom cukru we krwi.
Zmieniłem wreszcie dietę. Zacząłem odżywiać się świadomie. Jem produkty nieprzetworzone, unikam czerwonego mięsa. Proteiny czerpię z ziaren, roślin strączkowych, warzyw. Czasami pozwalam sobie na ryby. Nie używam cukru, tłuszczy zwierzęcych. Sięgnąłem w tej sprawie po literaturę: „Dieta w walce z rakiem” Richarda Beliveau i Denisa Gingrasa, „Antyrak” Davida Servan-Schreibera. Zacząłem studiować dietę makrobiotyczną. Może zrobię krok w tę stronę.
Pracuję też nad swoim charakterem. To w nim ukryty jest klucz do wyzdrowienia. Co z tego, że pływałeś godzinę, jeśli przez tę godzinę nie mogłeś wyrzucić z głowy kłótni z żoną albo urazy do szefa? Co ci po makrobiotycznej diecie, jeśli z nerwów masz ochotę wymiotować?
Sporządź listę tego, co Cię osłabia, przyjrzyj się sobie uważnie. Zdiagnozuj się. Może to lęk, może gniew, zazdrość? Pełne miłości relacje z rodziną, przyjaciółmi, krewnymi, współpracownikami wzmacniają nas. Ich brak pogrąża nas w samotności i rozpaczy. Czy potrafisz wybaczać? Czy nosisz latami urazy w sercu? Umiesz być wdzięczny? Tolerancyjny?
Być może potrzebny jest ci przewodnik, który pogodzi cię z sobą samym i ze światem. Ścieżek jest wiele. Święte księgi, guru, medytacja, duchowi mistrzowie z pewnością ci pomogą, pozwolą oszczędzić czas. Jednak ostatni fragment drogi, kiedy dokonasz prawdziwego wglądu w siebie, musisz pokonać sam, o własnych siłach. Nieuleczalna, przewlekła choroba to podróż powrotna, podczas której budzisz się ze snu życia zmysłowego.
9. Pytaj, szukaj, drąż
Mogę powiedzieć, że w moim wypadku pewnie lekarze nie zrobili wszystkiego, co mogli i powinni. Ale ja też zrobiłem o wiele za mało. Z rakiem nie ma tak, że przychodzi pacjent do lekarza i mówi: „Niech mnie pan leczy”. Rak wymaga kreatywności.
Dieta, ruch i panowanie nad swymi emocjami to trzy najważniejsze ścieżki do ozdrowienia. Na każdej z nich jest miejsce na nowe pomysły, eksperymenty, odkrycia. Mądrze jedz, ćwicz, rozciągaj ciało, zapisz się na jogę. Medytuj, żeby zapanować nad umysłem, wizualizuj, że pozbywasz się ostatniej komórki raka.
Sięgnij do przeszłości, ale nie po to, żeby szukać winnych. Zastanów się, co osłabiło twój system immunologiczny, że rak mógł się rozwinąć. Jak reagowałeś na tamte toksyczne sytuacje? Czy dzisiaj potrafisz zachować się inaczej? Zapisz to w swoim notesie.
10. Myśl pozytywnie!
Rak to przede wszystkim wyzwanie. Ci, co z niego wyszli, mówią, że nigdy by się tak nie przebudowali wewnętrznie, gdyby nie choroba. Każda książka napisana przez osobę, która z niego wyszła, kończy się słowami: „Jestem wdzięczny”.
Nie traktuj raka jak wroga, raczej spójrz jak na przyjaciela. Dzięki niemu rzuciłeś palenie, zacząłeś się ruszać, zmieniłeś stosunek do bliskich. Dziś doceniasz czas, który ci ofiarowują. Zacząłeś się racjonalnie odżywiać. Rak nauczył cię wytrwałości, wzmocnił twoją wolę, zbudował więzi z innymi ludźmi, pomógł dokonać wglądu w siebie samego. Nauczył cię kochać i rozpoznawać miłość, oddzielać ziarno od plew. Nauczył cenić chwilę. Cieszyć się z drobiazgów. Przysporzył ci przyjaciół. I tak na to trzeba patrzeć! Bądź mu wdzięczny!

Dziękuję Panu Krzysztofowi za te słowa.
Wielu osobom - bardzo potrzebne. 
(Mówił Krzysztof Krauze, wysłuchał W. Szablowski cały tekst w GW)

poniedziałek, 1 września 2014

1 września - Buziak czyli tabula rasa

Znajoma na fejsbuku zamieściła zdjęcie chłopca idącego dzisiaj (bo to pierwszy września) do II klasy szkoły podstawowej. Stoi na tle choinki, w granatowych spodniach i białej koszuli. Uroczy buziak, szlachetne rysy, fala kasztanowych włosów przycięta po męsku, ufny, spokojny wzrok. Jaki piękny Młody Człowiek! Patrzę zachwycona, wzruszona, choć to ani mój syn ani wnuk. To pewien chłopiec! Pewna historia.
Na razie to młodziaczek, dziecko cieszące się zapewne z nowych przyborów szkolnych i spotkania z kolegami po wakacjach. Gdy tak patrzę na jego twarz mam nieodparte wrażenie, że lubi szkołę, lubi się uczyć.
I myślę sobie – jaki będzie? Czego się nauczy w szkole, jak się potoczą jego losy? Kim będzie w przyszłości?
Takich dziecięcych twarzy są miliony. Miliony osobnych historii. Oby wszystkie dzieciaki wyrosły na dobrych ludzi.
One będą tworzyć dalszy ciąg tego, co  dzisiaj my tworzymy.

Wszystkiego dobrego, dzieciaki! Mądrych nauczycieli, chęci do poznawania nieznanego, radości z rozwikłania tajemnic i rozwiązywania zagadek! 

środa, 27 sierpnia 2014

Na Titaniku, czyli Europa jak tłusty kot.

Jestem przerażona. Oriana Fallaci miała rację. 
Kilka miesięcy temu (rok?) wyraziłam przy stole mój lęk odnośnie Kroczącego Fanatycznego Islamu. Mój syn, człowiek młody i pełen optymizmu, potraktował mnie dość protekcjonalnie mówiąc: Mamo, helou? Mamy Arabską Wiosnę! Oni, młodzi Muzułmanie, nie mają ochoty na jakiś dżihad, tylko na kasę i fajne życie, daj spokój! 

Dzisiaj to wygląda zupełnie inaczej! Po Arabskiej Wiośnie śladu nie ma, za to jest ISIS. Kalifat Islamski.
Mój dziadek z Kielc prorokował to jakieś 40 lat temu. Zapytałam go, jako panienka jeszcze, ledwie studentka, jaka będzie ewentualna III wojna światowa? Z Chinami?
A on mi na to mniej więcej tak:

- Ależ nie, drogie dziecko, nie! Chiny będą miały swoje problemy rozwojowe. III wojna już się lęgnie. To wojujący Islam. To są migracje na Zachód i osiedlanie się tam, namnażanie. I oczekiwanie. A kiedy padnie hasło: dżihad! Ruszą rżnąc gardła niewiernym. I nie będzie to wojna frontowa - jeden front tu a drugi naprzeciwko ale punktowa - w wielu punktach Europy, świata... 
Dziadek był nazywany w rodzinie - Rebe. Mądry był, bardzo oczytany i zainteresowany historią i polityką.
I dzisiaj kiedy patrzę na to wszystko - jestem z lekka przestraszona, bo przewidział!

Co to za jakieś pierdoły serwują nam nasze dzienniki, wiadomości, panoramy z sensacjami naszej scenki politycznej? Pyskówkami, spychaniem z się z krzeseł, z oskarżeniami, „ja panu nie przerywałem”, z  paleniem tęczy. To wszystko widzi mi się jako dziecinada.

Oczy świata spoczęły na ISIS, na Kalifacie, który już rozpoczął dżihad, świętą wojnę z niewiernymi. Dzisiaj w Syrii, w Libanie na wojnie o najemników i zwolenników. Na razie TAM, daleko od nas. 
A daleko od nas, bo np. na Bali Islam już wypiera rodzimą kulturę i zastępuje ją swoimi rządami – coraz więcej kobiet w burkach, coraz głośniejsi Muzułmanie zabraniają i zabraniają, i nikt im się nie opiera… Anglia (Francja, Niemcy, Belgia) jest już bardzo zarabizowana, są dzielnice, a nawet miasta, w których biali boja się być, a nawet przez nie przejeżdżać. Wrogie okrzyki skierowane do Anglików nikogo nie niepokoiły. Jesteśmy przecież kulturalni i wymyśliliśmy sobie śliczny termin „multi – kulti”! I naiwnie sądziliśmy, że przybysze widząc nasze życie, naszą demokrację, styl życia, zawyją z zazdrości i …  zasymilują się! Porzucą tę swoją ciasnotę i zostaną obywatelami Europy!
A tu…ZONK! Nie zasymilowali się a co więcej - wprowadzili swoje prawa i styl życia izolując się i rosnąc w siłę. Dzisiaj wygrażają pięścią policji i rdzennym Anglikom obiecując, że wyrżną ich w pień! Tak im dopomóż Bóg!    
 Pamiętamy tę scenę w Indiana Jones,  https://www.youtube.com/watch?v=Mur-c5IiWJI  gdy Indiana stoi vis a vis wywijającego mieczem i pokrzykującego butnie wojownika? I jak sięga po rewolwer, załatwiając sprawę nie przejmując się konwenansami?
Teraz to my jesteśmy takim wywijającym jakimś widelcem niby - wojownikiem, spasionym, leniwym i niezbornym. Islamscy ekstremiści nie zawahają się użyć skuteczniejszej broni. Europa odrzucając ostrzeżenia Oriany Fallaci jako kompletnie nieuzasadnione zachowuje się jak pasażerowie Titanica. Jest super! Orkiestra gra, podano raki i szampana.   

Europa jest rozleniwiona, tłusta, zasobna i śpiąca a przez to jest świetnym i łatwym celem... Anglia wychowała wielu dżihadystów, oddając im całe dzielnice i miasta! I to tam Muzułmanie wołają: Go to Hell England! 
Wyhodowali sobie mordercę który zabił Foley'a... i setki, setki innych! I… nic! Poza tym jest ich wielu, baaaaaardzo wielu, bo Muzułmanie rodzą masę dzieci, a leniwa Europa zbyt mało, żeby nasza cywilizacja przetrwała. Europejskie dzieci są zawalone zabawkami, gadżetami, kąpane w miodzie i mleku. Co rodzina małodzietna, to westchnienia, że tak ciężko jest to dziecko utrzymać mając samochód, dwie pensje i mieszkanie. 
A Muzułmanie nie narzekają na nic! Mnożą się (przeciętna muzułmańska rodzina w Europie ma od 5 do 8-9 dzieci, już zalewają np. południe Francji, w którym więcej meczetów niż kościołów)  bez obsypywania dzieci dobrociami jak z bajki, za to mleko i miska ryżu zawsze się znajdzie a i czas w meczecie i szkołach, w których owe dzieci uczą się kim są niewierni. 
NIKT z nich się nie boi broni nuklearnej, bo owa broń jest wtedy do użycia, gdy się ją wyceluje w miejsce pobytu wroga. A jak wróg wymieszany z nie-wrogiem, z „naszymi”? Na osiedlach, w miasteczkach i wsiach?
Wojska już dawno mamy w Europie co kot napłakał, a wojownicy dżihadu powoli obrastają w wielką armię.
Nas prawo uczy, że nie wolno się bronić przekraczając jakieś absurdalne granice „obrony koniecznej”, więc jak ktoś włazi i przystawia nóż do gardła naszym dzieciom, już oczyma duszy widzimy sędziego, który skazuje nas na więzienie i jeszcze wypłatę odszkodowania napastnikowi.
Młodzi Muzułmanie idą na wojnę z okrzykami z Koranu, ręka im nie zadrży i NIKT ich nie oskarży o nic. 

 Nadal Europa śpi kołysząc się w dobrym nastroju niczym Titanic, a mnie to przeraża, bo wiem, że nie mamy żadnego Jana IV Sobieskiego.   
Co gorsza, nawet gdy ktoś o tym gdzieś napisze - komentarzy żadnych! Więcj o wiele jest pod postem o np. cieście sliwkowym, bo wciąż orkiestra gra i pięknie jest. 


PS Miałam napisać, że mam na myśli oczywiście ekstremistów, ale zawahałam się. Czy pokojowo nastawieni Muzułmanie, gdy fundamentaliści im przystawią nóż do gardeł, nie będą zmuszeni (jak w Libii) opowiedzić się po jedynie słusznej stronie? I co zrobią, żeby ratować własne życie?  

niedziela, 17 sierpnia 2014

Co mnie to obchodzi, czyli o listonoszu który dzwonił kilka razy.

Kilka wsi dalej taka się rozegrała sprawa.
Listonosz zawiadomił MOPS, że już kilka razy nie zastał odbiorczyni renty, jej córka stale coś wymyśla i to go niepokoi.
MOPS pojechał w osobie urzędniczek, ale nie zostały wpuszczone. Córka w ciąży, warcząca, zła. Musiała odpuścić, gdy urzędniczki przyjechały ponownie z policją.
W chałupie, w domu znaczy, w ostatniej izbie wyro a w nim żywa ale kompletnie zaniedbana owa rencistka. Kobieta niegdyś silna i zaradna, ale złożona chorobą osłabła i została na łasce córki i wrednego męża, gbura, którego nic już nie interesuje poza wódką i awanturami.
Facet rozwożący mięso opowiadał, że kiedy jeszcze chodziła o własnych siłach, bywało był przez nią doganiany u sąsiadów i podawała mu 2 złote, żeby jej ukroił kilka plasterków najtańszej mielonki. Odkrawał więcej, serce mu pękało, bo widział, że głoduje.
Zięć, zastraszony przez krewką żonę też podkarmiał gdy tylko córka nie widziała. A jak matka zaległa – nikt jej poza zięciem nie usługiwał, więc leżała w własnych odchodach, śmierdząca i zawszona. Pogotowie ledwie dało radę nie wymiotować i mieli złe oko, gdy ją wynosili z domu. Ciężarna córka zła – bo renta ucieknie! Ojciec podobno zawsze ich głodził, bił i był skąpy jak diabli. Wredny znaczy, bardzo. I zły.
Jak widać po córce - zamiast paść dalej, zmądrzeć, padła "blisko od jabłoni" – jeśli już używać powiedzonek, bo „jaka mać taka nać” nie pasuje.
A może….?

Kiedy zdumiona opowieścią zapytałam, co na to sąsiedzi – powiedziano mi że NIC! To nie ich sprawa, „Co mnie to obchodzi? Ja się w cudze życie nie wtrancam!” – odpowiadają niby dumni.
Byłam wściekła, gdy to usłyszałam, bo przecież tam też mieszkał ten zięć, mógł zaalarmować kogoś, zgłosić! Mówili, że to dość prosty i naiwny chłopak, wziął się dopiero co, jak już ona z brzuchem chodziła. Zdaje się wychowanek sierocińca, skusił go dom i dość zaradna kobita. Z teściem jakoś nauczył się żyć „na mijankę”, a dzieciaka się przecież odchowa jak swojego, ale żony się bał, bo nie raz już zdążyła go pobić.
- Czemu nikt jej, tej babci nie pomógł?! Przecież wiedzieli, że tam leży żywa, albo już martwa! – dziwiłam się.
- Bojali się – odpowiedział opowiadający. – gospodarz strasznie bitny, zaraz by widłami pogonił albo koguta na dach rzucił nocą.

Z dalszej opowieści wylazło drugie dno.
Ponoć ciąża … była „odojcowa”. Ponoć krewki chłop od dawna używał córki, a matka nie chciała widzieć, nie widziała, widziała ale milczała… Kto to wie, jak było?
* * *
Czy trzeba straszyć ludzi piekłem, skoro umieją je sami sobie zrobić tu, na ziemi?
Jeszcze jedno. Jesteśmy niespołeczni, niemiłosierni, nie umiemy sobie pomagać. „Nic mnie to nie obchodzi, nie moja sprawa”  Wieś chyba jednak wiedziała, ksiądz się nie wtrącał, dopiero interwencja listonosza wywołała jakiś skutek.
Czy wieś, mieszkańcy, poczują jakikolwiek wyrzut?
Co powie ksiądz na mszy?
Czy w ogóle coś powie?
Ile jest takich wsi, miasteczek, bloków, w których wszyscy niby wiedzą ale …”Co mnie to obchodzi? Ja się w cudze życie nie wtrącam!”.

I to jest niby zaleta?