niedziela, 8 lutego 2015

Pochlastać się... :-)

Kasia Enerlich mi to wysłała:


Takie zdarzenie. Podjeżdżam pod Kufland, bo chcę wyskoczyć po warzywa. 
Widzę, że goni za mną jakiś sympatyczny pan koło pięćdziesiątki. Parkuję. 
Pan podchodzi do mnie. Myślę sobie: czego on chce? Czy ja mu coś zrobiłam?
Wysiadam. Pan jest całkiem blisko. Pokazuje na tył auta i pyta:
- Czy ten napis z tyłu na bagażniku to tytuł jakiegoś projektu?
Mam bowiem na klapie naklejony napis 3D: PROWINCJA PEŁNA SNÓW.
Odpowiadam zgodnie z prawdą:
- Nie. To tytuł mojej książki.
Pan składa dłonie na piersi i mówi:
- O boże! Czy ja mam w takim razie przyjemność widzieć samą Katarzynę Enerlich?
- Tak, to ja. - Odpowiadam.
- Boże. Całuje pani dłonie... - mówi, całując. 
- To pani. Ja jestem z Piecek i jestem pani wiernym czytelnikiem. 
Pani pisze nie tylko dla kobiet, ale i dla mężczyzn. Dla nich przede wszystkim! 
Wszyscy powinni czytać pani książki! Przeczytałem je wszystkie i wszystkie te pani Rozlewiska 
też!

Katarzyna Kalicińska donosi mi z Balu Dziennikarzy:

Cześć! Wczoraj jedna aktorka do mnie na balu 
- ..O matko jaka pani młoda!!! Jak na pisarkę z takim dorobkiem.... baardzo!
:))))

Fan (fun?) pisze mi na fajpejdżu:
Prosze panią o przysłanie 2 autografów.
Bardzo bym się ucieszył jesli by jeden był z dedykacją dla ........ a drugi dla ....... 
Jest pani niesamowitą posenkarką i zawsze o nich marzę. 
.......?
Modlitwa autorów - ABY nazwiska nie przekręcali....?

sobota, 7 lutego 2015

Kastrowanie, czyli kim jest pesymista.

To suchar, ale mi tu pasuje:
pesymista to dobrze poinformowany optymista.

Muszę się Państwu objaśnić – jak to się kiedyś mawiało. Otóż wyraziłam swoje smętne zdanie o tym, czy państwo powinno dopłacać do biednych artystów po tym, jak się okazało, że pierwszy flecista filharmonii dorabia sobie na taksówce. Kiedyś, gdy byłam młodsza, pełna ideałów i wiary w dobrą stronę życia, powiedziałbym skwapliwie że oczywiście!
          Czemu więc już tego nie mówię?
Bo jestem wykastrowana z wiary w to, że kogokolwiek w rządzie w ogóle obchodzi kultura wyższa, jakaś tam filharmonia czy salony empik, które powinny być (bo kiedyś były) „świątynią książki” a nie rupieciarnią.

Roi się nielicznym NAM, że państwo powinno sprawować mecenat i w ten sposób „ukulturalniać” przestrzeń społeczną i nas - społeczeństwo.
Mniej i bardziej znajomi młodzi ludzie są z lekka wkurzeni i jednak pełni wiary w to, że MOŻNA (lepiej, mądrzej, sensowniej) ratować naszą kulturę.
Sądzą, że krytykując, domagając się i apelując, cokolwiek zyskają. Tym czasem mój nabyty realizm mówi mi, że te wszystkie emocjonalno-egzaltowane odwoływania się do rządu „że powinien, że jego rola…” etc., etc. to tylko wołanie kota na puszczy. Niestety.
(Slavoj ŽIŽEK: " Z drugiej strony, dobrze wiem, że rozwiązania XX wieku - socjalizm państwowy, socjaldemokratyczne państwo dobrobytu czy lokalna demokracja bezpośrednia - już nie działają.")

Od lat moje państwo to ring bokserski, brzydka nawalanka PO i PiS. W nielicznych antraktach zmęczony rząd próbuje jakoś porządzić. Armia urzędników zamiast ułatwić, utrudnia normalne życie ludzi, (bo urzędasy muszą się czymś wykazać), więc mnożą przepisy, zarządzenia i dokumenty powodujące, że np. ortopeda, zamiast składać kości, gros czasu poświęca na papiery, podobnie nauczyciele i reszta.
I w Polsce zamiast mieć jakieś nadwyżki budżetowe, bo przecież „krzywa rośnie” – ciągle kołdra za krótka…
Nadto też widzę i wiem, że frustracja, a za nią krytyka rzeczywistości nie idzie w parze z prostą wiedzą ekonomiczną, ze świadomością, że nie mamy państwa opiekuńczego i że wobec tego domaganie się żeby rząd DAŁ, jest z lekka mówiąc, naiwne.
Trza sobie zarobić...
Rząd da, jak komuś odbierze, bo własnej kasy (jak już to powtarzamy od dawna) nie posiada. Komu ma odebrać by rzucić na front ukulturalniania? Oto pytanie!
A komu da? Najsilniejszym, najgłośniejszym i najcwańszym. Takim, którzy żądania wytupią, wywrzeszczą, nie mając żadnych skrupułów.
Czy pisarze, filharmonicy, poeci i tancerze pójdą pod Sejm palić opony i drzeć się? No – nie… Nie pozwala im na to kultura i takt – czyli anachronizmy.
Wolałabym widywać naszych czołowych polityków w filharmoniach, na przedstawieniach Trelińskiego i Kudlicki, na premierze „Bogów, a nie tylko na licznych mszach "z okazji".

Ta świadomość sprawia, że czuję się kompletnie wykastrowana z optymizmu. Nadto też mam świadomość, że środowiska np. artystyczne są już tak podzielone, że się nie skrzykniemy, żeby stworzyć tzw. „ruch społeczny”. 
Jak podzielone? Ano zwyczajnie – pogardą. 
Piszący faceci gardzą piszącymi kobietami, nadal nawiązując w swoich erystycznych zapędach do „prozy dla kucharek” (że nie wspomnę „prozy menstruacyjnej”), pisarze obojga płci uważający się za „tych lepszych”, bo piszą „literaturę aspirującą” czy też „z wyższej półki” (?) pogardzają pisarzami parającymi się zwykłym obyczajem, czy romansami, a też pisarze (poeci) z prawej strony pogardzają tymi, którzy bardziej w centrum (oczywiście o polityce mówię) a i np. ci, którzy omijają empik szerokim łukiem, pogardzają tymi, którzy się w empikach sprzedają. Itp.
Dość żenujące, prawda, ale to realia właśnie, które sprawiły, że jestem smutną realistką, bo nie wierzę, że apele i żądania, by rząd zwrócił się TEŻ w stronę polskiej kultury, mają jakikolwiek sens. Pompuje się kolosalną kasę w durnowate programy rozrywkowe, a żadnego koncertu klasyki czy jazzu w TVP nie uświadczysz…
Dwa cytaty z prasy. Pan z Ministerstwa Kultury: Chciałbym jednak podkreślić, że nigdy w historii Polski nie było tak dużego budżetu na kulturę”.  No, brawo!
Komentator na forum:A złośliwi mówią, że panowie muzycy są zaskoczeni ogromnymi tłumami melomanów nałogowo oblegających każdego dnia kasy Filharmonii aby posłuchać muzyki”. I coś w tym jest! Dlatego, gdy tak patrzę na Wiedeń, Paryż, Londyn, Sydney i tamtejsze przybytki kultury, które ściągają tłumy, powiedziałam głośno, że sztuka, jak każde inne dobro, podlega prawom rynku. 
No, a u nas na rynku jakoś słabo idzie… Ale czy dotacje to zmienią?!
Edukacja, klasa średnia z wymaganiami i nawet niech będzie – snobizmami „na sztukę” są czynnikami, które powodują, że kultura „się opłaca”, czyli ludzie ją kupują. Chcą jej.
U nas, niestety wciąż znakomita większość pójdzie na mecz piłkarski Legii, a nie na koncert Morricone czy Argerich. Bo w mediach „mój premier piłkę kopie”, jego córka jest od life stylu, reszta polityków opluwa się z zapałem, a o czytaniu książek czy oklaskach dla Trelińskiego za debiut W MET nie słychać nic!

Dlatego pierwszy flecista Filharmonii Warszawskiej będzie musiał dorabiać jako taksówkarz, bo - jak powiedział Krzysztof Varga - (nasza słabość) to brak aspiracji kulturowych, a jedynie aspiracje rozrywkowe na najniższym poziomie. W Europie czytelnictwo rośnie wraz z bogaceniem się społeczeństwa. U nas społeczeństwo w ciągu ostatnich 20 lat się bogaciło. Ale im bardziej się bogaciło, tym bardziej spadało czytelnictwo. To pokazuje, że nasze aspiracje są zupełnie inne niż u reszty Europejczyków.”
Taka puenta… 

piątek, 30 stycznia 2015

No i jak tu nie jechać?

Słowa Agnieszki* – emigrantki:

1. Nauczysz się wiele o swoim kraju. Będziesz musiała odpowiadać na najróżniejsze pytania: o ilość mieszkańców, średnie zarobki, geografię, historię, muzykę, system monetarny... Żeby nie wyjść na błazna będziesz musiała mieć tę wiedzę w jednym palcu.
2. Poznasz dużo różnych ludzi, przez co z cierpliwością nauczysz się odpowiadać stale na te same pytania: Skąd jesteś? Co tu robisz? Jak długo? Jak się tu znalazłaś? Gdzie jest Polska? W końcu będziesz miała tak opanowane odpowiedzi, że bez zająknięcia wszystko wyrecytujesz. To lekcja cierpliwości.
3. Na początku będziesz tęskniła za wszystkim, co polskie, nawet za rzeczami, których nigdy tak naprawdę nie lubiłaś. Będziesz przywozić tony ptasiego mleczka, krówek, kabanosów i innych produktów, których w Polsce właściwie nie dotykałaś. Fakt, że nie możesz czegoś dostać, sprawi, że zapragniesz tego jeszcze bardziej. Potem trochę wyluzujesz.)
(…)
20. Po 4,5 roku powiesz: Nie zamieniłabym mojego życia na żadne inne.

W Polsce słusznie minionej epoki emigracja to był trudny temat – bo w całej drugiej połowie XX wieku za słowem „emigracja” czaiło się upodlające „polityczna” a o tej władza niechętnie mówiła i jeżeli w ogóle, to wyłącznie krytycznie.
O starej, przedwojennej – i owszem. Zazwyczaj mówiło się że im, tym emigrantom, to serce z tęsknoty pękało i krwawiło. Nie do końca pękało: tworzyli znakomite rzeczy i – owszem – tęsknili tęsknotą twórczą, płodną. Tadeusz Kościuszko, Kazimierz Pułaski, Fryderyk Szopen, Adam Mickiewicz, dzisiaj - Janusz Kamiński czy Michał Urbaniak i wielu innych.
Emigracja do Zjednoczonej Europy to dzisiaj nic takiego – ot, zmiana miejsca, wyjazd nie tak traumatyczny jak dawniej, gdy bywał to bilet z jedną stronę. Dzisiaj to tylko zmiana pracodawcy, godzinka, dwie tanimi liniami i owszem tęskni się, ale jak Agnieszka (autorka) słusznie mówi – żadna to trauma i dramat.

Ja już byłam w podobnej sytuacji pomieszkując w Korei Południowej.
Kilka razy w życiu traciłam grunt, bezpieczeństwo, stałość i "zakorzeniałam" się gdzie indziej, poza Polską. Wielu, bardzo wielu ludzi na świecie tak umie.
Przyjaciele osiadli w Kanadzie mówili nam, że kiedy człowiek tam dostaje lepszą pracę gdzieś daleko, w innym stanie, na drugim krańcu Kanady, to robi wyprzedaż garażową, zabiera rodzinę, psa i album ze zdjęciami i rusza! Na nowym miejscu wynajmuje dom, i zapuszcza jakieś korzonki wiedząc, że gdy zechce MOŻE znów gdzieś szukać lepszego życia. To rozwijające, ciekawe i – jak mówili moi przyjaciele – sensowne, choć oni przez wiele lat bardzo cierpieli na typowo polską nostalgię.

Ja też czekam na pewne decyzje i wtedy będzie wiadomo "gdzie postawię szczoteczkę do zębów". Umiem wyjeżdżać, zakorzeniać się, i powracać. Wystarczy raz uświadomić sobie to, co powtarza mi mój mądry mąż "Nie tak ważne gdzie, a najważniejsze Z KIM !".
Prawda.
Dzisiaj świat się skurczył, mocno się zbliżyły kontynenty, a kraje cywilizowane są przyjazne, (czasem o wiele bardziej, niż moja własna ojczyzna).
Zapytałam Basię o Australię: co Ją tam tak uwiodło, że z radością wije gniazdo?
Oczywiście Duży, czyli ten KTOŚ, ale oprócz tego?
- Mamo, tu są jasne zasady, taki… brytyjski porządek prawny. I jednocześnie pacyficzny luuuuuuz, związany rzecz jasna z klimatem. Nie musisz się zaharowywać, żeby żyć godnie i na luzie właśnie. Oczywiście można tyrać na coraz lepszy dom, samochód i zarobić na zawał ale ja takich tu nie znam…

Dzisiaj po latach wiem, że umiałabym żyć w nowych warunkach, bo w Korei z Siwym żyłam najnormalniej na świecie, bez tych naszych ciężkich pojęć, które trzymają nas jak w kleszczach „ojczyzna, ojcowizna, korzenie, naród”, zastanawiając się, gdzie osiądziemy na emeryturze? Siwy, pracując lata całe za granicą stał się obywatelem świata, poznał, zobaczył, sprawdził wiele miejsc i pojęć.
Życie jako takie jest układem dynamicznym i podlega zmianom. Coraz większym. Za jedną z największych uważam przepływ (błyskawiczny) informacji i coraz wygodniejszą komunikację, a to sprawia, że ludzie migrują szaleńczo. Te pojęcia (ojczyzna, naród, patriotyzm, tożsamość narodowa, korzenie) nie są już takie ciężkie, pisane wielką literą mocno i dostojnie.
Dla młodych to pojęcia coraz bardziej… literackie, ładne, emocjonalne owszem, ale już niezobowiązujące do tkwienia na miejscu „bo tu ojce nasze”.
Żyjemy tam, gdzie nas zaniesie, a kości przodków? Można je mieć w worku jak Rebeka ze „Stu lat samotności”. Dzisiaj zdjęcia i historie rodzinne "kości przodków" mamy po prostu na pendrive’ie. 

Ukochany mój Jeremi:
No i jak tu nie jechać?-
Kiedy tak nowy szlak nas urzeka?
Kiedy dal oczy wabi
chociaż żal tego co za nami
Nie ma nic bez ryzyka
Tylko widz, tylko widz go unika
A kto chce być wewnątrz zdarzeń-
musi żyć wciąż z bagażem
Musi mieć walizeczkę i koc
i latarenkę na noc.
(w moim przypadku latarenek, rodzaj męski! Bo to On)
---------------------------------

* Słowa Agnieszki pochodzą z akcji "Polki bez granic" zbierającej doświadczenia Polek z emigracją (więcej przeczytaj na www.wysokieobcasy.pl/polkibezgranic). Czesław Mozil zapowiada, że na podstawie tych listów powstanie druga płyta jego projektu "Księga emigrantów". Jeśli mieszkasz lub mieszkałaś za granicą, opisz, jak Cię zmieniło to doświadczenie. Listy można wysyłać na adres: polkibezgranic@agora.pl

środa, 7 stycznia 2015

Nie mam pomysłu ma noworoczny tekst


...może coś o przyjaźni? Czasem je tracimy i wydaje nam się że świat się zawalił, a tu ... nie.

"Kochana Moja Rozmowa przez ocean" - tekst mojej córki.. 


    Mamuś!
Straciłam w życiu dwie wielkie przyjaźnie, które
miały być po sam grób i wsze czasy. Jedna zaczęła się
w podstawówce, druga grubo po studiach, więc jak
widać nie ma reguły co do tego, kiedy zostały nawiązane.
Przyjaźń jest związkiem dwojga ludzi i jak związek
należy ją traktować – jako taka wymaga pewnego
rodzaju „chemii” na początku, wspólnych pasji lub
choćby hobby w trakcie − jakiegoś punktu stycznego,
dobrze rozumianej wierności oraz obustronności
i równowagi we wkładzie. Mam w swoim życiu dwie
czy trzy takie osoby, które mogę nazwać przyjaciółmi,
z którymi widuję się, a nawet tylko kontaktuję, raz
czy dwa razy w roku. Przyjaźń działa, bo i mnie, i im
taka częstotliwość odpowiada – nie jesteśmy o siebie
zazdrośni, dajemy sobie przestrzeń, a kiedy już się zetkniemy,
nie możemy się rozstać przez cztery, pięć godzin.
A potem znów pół roku przerwy. Z inną przyjaciółką
SMS-ujemy z każdym newsem i ważniejszym
przemyśleniem. Kiedy nie mamy kontaktu przez parę
dni, któraś zawsze wyśle „żądanie raportu” – i z tym
też nam obu dobrze! Z kolejną przyjaciółką wciąż się
na siebie obrażamy i boczymy, ona, że ja się znów nie
odzywam, ja, że jak już się odezwę, to ona „nie chce
o tym rozmawiać”. Tak to już jest z chemią, że na różne
pierwiastki reagujemy różnie. Czasem wybuchowo,
czasem obojętnie, czasem inhibitująco, czasem
aktywizująco. Taki lajf, jak to się mówi.
Ale prawdą jest, że z wiekiem do przyjaźni mam
stosunek coraz ostrożniejszy. Często dana znajomość
zaczyna się pięknie i ekscytująco, ale prędzej czy później
drogi albo poglądy się rozchodzą i trzeba na sprawie
położyć krzyżyk. Jeśli gra jest warta świeczki, znajomość
utrzyma się dłużej, choćbym zmieniła pracę,
miasto lub wyznanie religijne – bywało i tak.
Często jednak z daną osobą bardzo dużo łączy
mnie na jednej tylko płaszczyźnie, a przy zmianie
tej płaszczyzny nagle robi się niezręcznie i brakuje
tematów. Ale nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem.
Kiedyś gdzieś usłyszałam, że spotykamy ludzi
na dany moment życia i myślę, że ma to sens. Nie
dlatego, że ludzie są szybko zbywalni i wymienni –
nie, nie. To my się zmieniamy, choć często sami nie jesteśmy
nawet w stanie tego zarejestrować. Zmieniają
się nam priorytety, sposób spędzania wolnego czasu,
podejście do pewnych spraw, tempo i tryb życia oraz
milion pięćset innych czynników. Jeśli masz szczęście,
naprawdę wielkie szczęście, to ta jedna przyjaciółka
zmieniać się będzie razem z Tobą na równoległej trajektorii
w podobnym postępie i kierunku – i znów,
statystycznie jest na to przecież jakaś szansa, taka
sama jak spotkanie miłości na całe życie. Twoja druga
połówka – tylko trochę innego typu. Ech, marzenie…
A wracając – ludzie na dany moment. Każdy z nas
przecież ma lub miał, jak sama piszesz, najlepszą kumpelę
z ławki, super koleżankę „od papierosa” w biurze,
ulubioną sąsiadkę, tę z trzeciego piętra. I w danej okoliczności,
chwili dłuższej czy krótszej, ta osoba była
nam najbliższą na świecie, powiernikiem, doradcą
i podporą. Aż skończyłyśmy podstawówkę, rzuciłyśmy
palenie, zmieniłyśmy pracę lub przeprowadziłyśmy
się na inne osiedle, a twarz się rozmyła w pamięci
za obopólną zgodą i przyzwoleniem. I wiesz co,
nazwij mnie cyniczną, ale dla mnie to jest OK! Myślę,
że to normalne, naturalne i nieuniknione.
Można tu oczywiście debatować nad użyciem słowa
„przyjaciel” – dla mnie kiedyś było to słowo wielkie
i ważne, jak „miłość”. Nie używałam go nadmiernie,
nie szastałam, uważałam, cedziłam i selekcjonowałam.
Ale zmieniłam się, Mamuś, wiesz? W moim życiu
zaczęło się pojawiać z czasem całe mnóstwo miłości,
nie tylko tej przez duże „M”, do moich mężczyzn
czy kochanków, ale i przez mniejsze „m”. Miłości takiej
generalnej (tak to zdefiniowałam) do rodziny, do
przyjaciół, do rodziny moich przyjaciół czy rodziny
moich mężczyzn, do miejsc, do zwierząt, choć nikt mi
nie wierzył, że kochałam ślimaka. I tak samo wokół
mnie jest dużo przyjaźni, nawet jeśli niektóre z nich
mają krótki termin przydatności.
Oczywiście, że chciałabym mieć przyjaciółkę taką
na śmierć i życie, jak na filmach. Najlepiej całą grupkę,
jak u Bridget Jones, Carrie Bradshaw z Seksu w wielkim
mieście czy jak u Przyjaciół, taką, która zawsze jest
pod telefonem, zawsze przyjedzie, pocieszy, pomoże,
wesprze, a na koniec razem się upijemy na wesoło.
Mam moją grupkę, ale w rzeczywistości choćby
najwierniejsza grupka ma zawsze jakieś swoje życie,
swoje dramaty, migreny, ciąże, kredyty i nie zawsze są
w stanie podźwignąć cię z podłogi. I to też jest OK,
trzeba tylko zdać sobie z tego sprawę, żeby potem nie
było bolesnych rozczarowań i wypominań. „Im mniej
od ludzi oczekujesz, tym mniej doświadczysz rozczarowań”
to kolejna złota myśl, którą wzięłam sobie
ostatnio do serca. Przecież same nie lubimy, kiedy ktoś
od nas czegoś oczekuje, prawda? Nikt nie lubi presji,
żeby musieć, żeby należało, żeby wymagane było.
To tylko rodzi frustrację, i to najczęściej z obu stron.
O ile przyjemniej jest mile kogoś zaskoczyć, a potem
rozkoszować się radością zaskoczonego oraz własną
„zajebistością” (ups, sorry). Cenię to w przyjaźni – nie chcę, aby
mój związek z kimkolwiek był ciężką pracą. Lubię,
kiedy pewne kwestie przychodzą naturalnie, z lekkością
i przynoszą wszystkim zaangażowanym szczęście
lub chociaż mały uśmiech na twarzy.
A tak z zupełnie innej beczki, to właśnie mi się
przypomniał jeden z ulubionych moich filmów
o przyjaźni – Dwóch zgryźliwych tetryków. Aż chyba
sobie dziś obejrzę! Pamiętasz? Zastanawiałyśmy się
kiedyś, czy wzorowani byli na tych dwóch złośliwych
dziadkach z Muppet Show. A może nie? To chyba po
prostu też taki archetyp przyjaźni, zwłaszcza męskiej
– dogryźć sobie, dokopać nieco, wyszydzić przy
wszystkich, a potem razem iść na ryby. Wielu facetów
ma w swojej przyjaźni właśnie tę cudowną lekkość,
nieskażoną fochami, pretensjami i zawiścią, dzięki
czemu dużo łatwiej radzą sobie z konfliktami i są bardziej
odporni na zmiany życiowe. No, ale chłopem nie
jestem, to co ja tam wiem… A teraz, jak to się drzewiej
mawiało – idę na telewizję!
B.

niedziela, 14 grudnia 2014

Święta bezbożnicy.

Ano święta! 
Idą sobie, idą i wreszcie nadchodzą. I obchodzę je jak prawie każdy, bo chociaż jestem ateistką, traktuję Święta Bożego Narodzenia jako święto Rodziny.
Nasze matki, za swoimi matkami, przenosiły tradycje i dodawały coś od siebie. Podobnie dzieje się w rodzinach splecionych z wielu kultur.
Miałam przyjemność rozmawiać o tym z Małgosią Braunek (buddystką!), która z uśmiechem opowiadała, że TEŻ świętuje Boże Narodzenie „bo to piękne, polskie święto, czemu więc nie miałabym?”. 
Ostatnie czasy dość burzliwe i rozdyskutowane, skłoniły mnie do tego, żeby zweryfikować mój osobisty stosunek do TEGO święta. Podobnie jak wiele innych osób, ateistów lub agnostyków świętujących jednak polską Wigilię i ja traktuję ją jak Święto Rodziny. Z szacunku dla osób, dla których jest to głęboko religijne święto, nie przenoszę na mój stół symboli, które dla mnie święte nie są, więc np. nie mamy opłatka, dzielimy się przy stole dobrym słowem. Nie mamy gwiazdy betlejemskiej na choince, zamiast tego amorka ze skrzydełkami jako symbol miłości. Miłości w ogóle. Nie śpiewamy kolęd, bo choć to są piękne pieśni to jednak nie czujemy potrzeby oddawania hołdu wyłącznie temu jednemu dziecku. Wiele było i jest biednych dzieciaczków i kochających je biednych matek i o tym są piękne kołysanki.
Ale – chętnie sobie ich słucham razem z piosenkami około świątecznymi – White Christmas Binga Crosby’ego, Nat King Cola i Nathalie Cole – tatko mój tak bardzo go lubił, a ja za nim. I ja tak samo kochałam mojego dawno już nieżyjącego tatę, jak Nathalie kochała swojego, więc ten ich duet wzrusza mnie bardzo, gdy przed świętami brzmi w kuchni: i Wham lubię z tym ich odwiecznym Last Christmas i Jose Carreras też ślicznie śpiewa po polsku Lulajże Jezuniu a po nim Trzej Tenorzy inne piosnki świąteczne (taka płytę mam).W tygodniu przedświątecznym oni wszyscy mi śpiewają!
Choinka – oczywiście, że jest!
Historycznie, u Słowian najpierw był to snop żyta albo owsa dekorowany jabłkami, dopiero w Alzacji wymyślono, że zielona choinka, pachnąca i symbolizująca świat roślinny, ożywczy, będzie towarzyszyła Wigilii. Choinkę ubieram wcześniej niż robiła to moja mama. Ona ubierała ją w wigilijny dzień a u mnie stoi już w tygodniu poprzedzającym, bo tak jest weselej. Lubię bardzo zdobić dom graficznymi symbolami – bałwankami, śnieżynkami, poinsecją. Bardzo podoba mi się świętowanie na wesoło, tak jak to robią amerykanie: zakładając swetry z reniferem, zielone i czerwone skarpety, szaliki i świąteczne piżamy, bo tam święto zaczyna się rankiem, 25 grudnia – rozpakowaniem prezentów i świątecznym śniadaniem przechodzącym później w obiad.
Kulinaria na Wigilię?
Już dawno dogadaliśmy się, że nie lubimy karpia, więc go nie kupuję. Średnio też lubimy tradycyjne dania i ich mnogość. Dwanaście dań nas nie obowiązuje. W Polsce są trzy dni tego święta, więc objadanie się smakołykami trzeba rozsądnie podzielić.
Bardzo lubimy, wszyscy jak jeden, świąteczną rybę mojej teściowej. Kiedyś z morszczuka - ciężko było o słodkowodne. Dzisiaj u mnie to mielona ryba słodkowodna, robiona w galarecie na sposób żydowski, z pieprzem, rodzynkami i migdałami. Moja synowa robi fenomenalną rybę po grecku – rzadko ją jadamy  w roku (właściwie wcale), żeby móc się nią sycić w święta. Śledź – zawsze jest mile widziany. Po tych zimnych zakąskach już mamy mało miejsca na wielka kolację, więc na gorąco zrobię bogatą, pieprzną i naczosnkowaną zupę rybną. Wieczorem pieczemy kasztany w kominku, łupiemy orzechy i gadamy oglądając zdjęcia i filmy rodzinne. Na deser nieliczne słodycze – sernik ktos przyniesie, włoskie panettone, które sama piekę, a że cukiernik ze mnie kiepski, cieszę się, że choć ono mi ładnie wyrasta. Makowiec – na cieniutkim spodzie, właściwie sam mak z bakaliami. Wino, herbata i… prezenty. Następne dni to rodzinność – spotkania wyczekane, radosne i pełne frajdy, bo u nas nikt nie musi udawać, że nagle przy święcie jest dobry i miły. Jak rok długi – lubimy się bez udawania. W ostatnim ze swoich felietonów Kasia Grochola napisała o tym że najlepszą przyprawą świąteczną jest najzwyklejsza prawdziwa, rodzinna miłość. Prawda! 
A co jemy w te dni?
W tym roku nauczyłam się luzowania kaczki, więc zapewne będzie ona faszerowana ciut po staroświecku nadzieniem z grzanek, wątróbki, natki pietruszki siekanego selera, kawałków jadalnych kasztanów i czosnku. Do tego żurawina w jabłkach. Polskie szare renety są do tego idealne!
U mnie bardzo lubiana jest baranina, więc także być może pieczony udziec jagnięcy z rozmarynem i czosnkiem. Do tego sałata z winegretem, rukola, domowe śliwki i gruszki z octu, buraczki. O, tak! Na gorąco i na zimno, jako ćwikła.
Pojeździłam po świecie, poznałam inne kultury i kulinaria, zwłaszcza azjatyckie.
W Korei Pd wiele lat świętowaliśmy nie tylko nasze święta. Spędzaliśmy radsne dni z Azjatami, Chorwatami, Grekami, Rosjanami, Polakami. Każdy coś wniósł ciekawego.
Świat jest taki ciekawy! 

I jest jeszcze coś, co bardzo lubię w tygodniu przedświątecznym!
Spotkanie z moją wnuczką, dzisiaj już czteroletnią. Z nią stajemy w kuchni obwiązane fartuszkami, ja wyjmuję leżakujące od dawna ciasto piernikowe i pieczemy pierniczki.  To już mały rytuał a pewnie z czasem domowa tradycja, jakiej w moim domu nie było. Wspólne gotowanie lubimy wszyscy. Jak malusia Pola podrośnie – dołączy! Jak to dobrze, że mam tyle foremek! I łosia, lisa i ślimaka, i kilka dinozaurów, i gwiazdki, i serca, i co tam jeszcze! Tak, wspaniale jest tak rodzinnie i razem, jak… w  Bullerbyn, jak kiedyś w wielu polskich domach, dworkach… ciasno i nieco hałaśliwie ale radośnie i miłośnie.
A moja córka spędzi święto na plaży. :-) W Sydney są upały, zjada się obiad gdzieś przy grillu – obsamaża się mięsa, ryby i krewetki, do tego zimne napoje i lody.
Ale wiem, że z lekka tęskni:
„Smutno mi czasem, Mamuś, bo do pełni szczęścia i pełni Domu brakuje mi czasem pełnego stołu – w sensie pełnego ludzi. Pamiętasz? Sama kiedyś mówiłaś, że Ci się marzy taka biesiada jak w Moim wielkim greckim weselu albo Pod słońcem Toskanii – masa osób, trzy albo i cztery pokolenia, babcie i dziadki, dzieciary i bachory, dziewczyny w kuchni obierają ziemniaki, panowie kroją mięso i polewają wino i nalewki.
Chciałabym tak czasem. I nie wiem w sumie dlaczego, bo ja jestem przecież odlud zupełny, ja lubię być sama, męczy mnie hałas i gwar, szybko się nudzę rozmowami o niczym i obowiązkowymi grzecznościami, szlag mnie trafia na myśl, ile po takiej imprezie będzie sprzątania. O Jezu… No, ale gdzieś ten archetyp domu wypełnionego ludźmi siedzi mi w głowie…
Wszystko w swoim czasie, nie? Tak myślę.
Myślę sobie też, Mamuś, że są różne Domy na różne momenty życia. Jak byłam mała, Domem było nasze mieszkanie na Gocławiu – wydawało mi się wtedy wielkie. Miałam w nim swoją huśtawkę rozpiętą między framugami i rozkładane łóżko, za którym można się było chować, i kanapę rozkładaną, na której spałaś z tatą, a jemu stopy wystawały poza obrys, bo był za długi. Potem był nasz drewniany Dom „pracujący”, gdzie każdy z nas miał swój pokój i swoją prywatność, swoje rzeczy, swoją muzykę, swoje „zabawki” i swój mały światek. Miałam ten swój pierwszy osobisty pseudo-dom, pełen nieudanych eksperymentów i błędów nowicjusza, gdzie nic nie działało jak należy i zawsze czekało się na coś lepszego, co kiedyś nastanie. 
Kiedy przyjechałam tu, pierwsze święta spędziłam z moimi lokatorami w naszym wynajętym naprędce Domu, który miał wtedy tylko łyse podłogi, w salonie z zimnej glazury dwa stare ogrodowe fotele, materac na podłodze i choinkę ze sklepu „Wszystko za pięć dolarów”. I też czułam się jak w domu, bo było nam tam dobrze! Teraz mam dom między parkiem a oceanem, blisko szkoły i sklepu monopolowego, wiecznie zabałaganiony, bo małe potwory nie do końca jeszcze umieją po sobie sprzątać. I jest mi tu dobrze, choć czasem ciasno – mówię Ci, ten stół na dwadzieścia osób będę jeszcze kiedyś miała!”


(M. Kalicińska B. Grabowska „Kochana Moja. Rozmowa przez ocean”)


wtorek, 9 grudnia 2014

Dyskalkulia i Latrodectus.

Pisałam, że nigdy nie byłam dobra z matmy? 
To z powodu matematyki właśnie piszę ten tekst.
Kilka dni temu koleżanka zadała mi z pozoru niewinne pytanie
– To… ile ty masz lat?
Zacięłam się przy odpowiedzi, jak przy tablicy.
- Masz w telefonie kalkulator, to policz! - i podałam jej rok urodzenia. Ona postukawszy w telefon podała mi zupełnie nieprawdopodobną, abstrakcyjną liczbę.
- Policz raz jeszcze, coś pochrzaniłaś – poprosiłam wesoło.
Nie chciało być inaczej. Bo ja – matematyczny osioł – nie liczę tego co roku.
Nie liczę uważając, że mam… ile mam, jakoś po pięćdziesiątce jestem i już. A tu… pięćdziesiąt i owszem, ale i osiem dalej!
Żadne czterdzieste, czy czterdzieste piąte urodziny nie były dla mnie traumą, a już tym bardziej trzydzieste. Byłam piękna, młoda i wysoka, świat u stóp! A przynajmniej tak się czułam.
Ta piątka i ósemka za chwilę zamieni się w sześćdziesiątkę.
I nagle przyszedł skądś lepki i smutny lęk.
Chyba każdy z nas ma go pod dywanem, w szafie, albo na pawlaczu własnej jaźni. Lęk o to jak się zestarzeję.
Moi równie starzy jak ja znajomi dzielą się na trzy grupy – jedni (to większość) mówią, że co ma być to będzie i trup (lęk) wędruje z powrotem do szafy. Inni, jak ja, zamyślają się a jeszcze inni działają zdecydowanie, żeby tę niedołężną i złą starość oddalić na jak największy dystans, a jakby co – przyjąć będąc w pełni sprawnym ruchowo i intelektualnie. „Najwyżej umrę na śmierć nagle, między zupą a drugim daniem, ze starości się rozsypię ale w pełni władz!”
To wielkie marzenie każdego z nas.
śJest taka modlitwa „  (…)
Prosimy Cię, Panie abyś nas zachował od nagłej i niespodziewanej śmierci.” Nigdy jej nie zrozumiem. Ja właśnie tak bym chciała! Nagle i niespodziewanie, bo…

Mój lęk i (Wasz też), wynika z wyobraźni i świadomości tego, jak brzydka i smutna bywa starość. Wiem, że zapewne przyjdzie taki czas, że nagle zostanę sama, bo zazwyczaj tak bywa, że mamy starszych od nas mężów a oni utyrani życiem któregoś dnia umierają i nie ma żadnego mechanizmu poza samobójstwem, żeby móc odfrunąć razem, a wiele kochających się starych par tak właśnie by chciało. Zostanę więc wdową w głębokiej rozpaczy. Godziny wloką się jak tygodnie, zegar cyka, nie ma komu zrobić obiadu, z kim zamienić kilku słów, przypomnieć o ciepłym szaliku czy słonice dla sikorek, nie ma do kogo tulić się w nocy, gdy się przecknę i czarna noc przyniesie czarne, ciężkie myśli, bo organizm już nie umie produkować endorfin – linia produkcyjna już dawno zacięła się i jest nie do naprawienia.
Smutek jest już stałym uczuciem chwilowo odganianym na widok zabieganych dzieci wpadających z wizytą kontrolną, czy żyjących w swoim świecie wnuków. Później znów lęk i smutek towarzyszą stale jak koty i tylko nie łaszą się i nie mruczą uspokajając. Raczej niepokoją.
Dotychczasowy dom jest za obszerny, rzeczy stanowczo zbyt wiele ale jakże je wyrzucać, skoro to same wspomnienia? „O, to Jego sweter, jeszcze nim pachnie”.
W końcu dzieci nas przekonają do domu opieki, który jawi się nam jak najgorsze zło. „Mamo, tam będziesz miała znakomita opiekę!” – przekonują, a my modlimy się w duchu o tę nagłą i niespodziewaną śmierć, byle tylko na starość nie zmieniać otoczenia na „świetną opiekę”, bo dobrze nam TYLKO w naszym ulubionych fotelu, z naszym ulubionym zapachem domu, nawet jeśli w nim czuć kamforę, urynę i zapach ziemi z doniczek, w których jakieś kwiatki przetrwały. Podlewanie kwiatków i wyrzucanie śmieci są jedynym niemal ćwiczeniem fizycznym jakie nam zostało.
Najgorszą rzeczą jest przewlekła choroba, niedołęstwo, które straszy do obłędu – „byle nie to, byle nie to!” – modlimy się w duchu nawet gdy jesteśmy ateistami.
Ukochany ogród zarasta, bo nie mamy siły na jakąkolwiek aktywność, domu też już nie dajemy rady obsłużyć, bo zepsuta spłuczka czy nowy pilot od telewizora, naszego z czasem jedynego towarzysza – sprawia kłopot, gdy naciśniemy nie ten guziczek i program uciekł gdzieś, a syn nie ma czasu przyjechać. Zresztą jak przyjedzie, to znów powie zniecierpliwiony: ”Oj, mamo, to takie proste! TO jest od tunera a tu, patrz przywołujesz kanały, ten jest od HDMI….”
Po jakiemu to? Dziwimy się nie rozumiejąc ani słowa. „Jaka ona głupiutka już” – myśli syn.
Mama mi mówiła, że człowiek starzeje się od nóg. Zaczynają się problemy z kucaniem – coraz mniej lubimy kucać, potem stawy robią się sztywnawe, nawet gimnastyka nie pomaga, jak kiedyś. Pęcherz nawet reperowany – puszcza, z resztą też niewesoło. Kolejna sekcja pada, zacina się. Wątroba, trzustka, jelita. Lekarze udają, że coś na to poradzą ale wiedzą, że na starość leku nie ma. Dlatego jedni z nas biorą leki garściami myśląc, że to uratuje ich zepsute mechanizmy, a inni mają to gdzieś, czekając już tylko na odfrunięcie.
Często w nocy właśnie przychodzą takie myśli – „Umarłabym już. Nie rozumiem tego świata i nie chcę rozumieć” ale zaraz pojawia się taki żal, że ten może nienajlepszy ze spektakli będzie trwał dalej już… beze mnie?
I bywa, że to bardzo boli. Te myśli nie dają spać wdowom i wdowcom bo jednak, gdy obok jest ta ukochana osoba, jest jakoś lżej. Od lat znany zapach i ramię otulające nawet w półśnie, to antidotum na strachy. Jesteś lekiem na całe zło. Tak!
Dlatego będę jeszcze długo pielęgnować w sobie… dyskalkulię.
Chcę zapomnieć, że lata płyną, że tak naprawdę jeszcze trochę trzeba wycisnąć z tego życia, bo później lęk o ukochaną osobę i przyszłą samotność będzie coraz dotkliwszy.
Gdy nagle zostanę sama, przyleci (mam nadzieję) moja córka z Australii i w pudełeczku przywiezie mi coś w rodzaju biedronki (Latrodectus hasselti) z dłuższymi nieco nóżkami, których nie zauważę. Tak to sobie wymyśliłam, bo za nic na świecie nie chcę żyć bez Niego.
Po jakie licho wegetować bez miłości czekając na śmierć?
PS ...że smutny tekst?
Ano, bywają takie zamyślenia, przecież i Wy o tym myślicie, prawda?

piątek, 28 listopada 2014

Równość?

Również i ja zgłaszam sprzeciw przeciw plakatowi Amnesty International. 

Za posłanką Agnieszką Kozłowską - Rajewicz: "Czym uderza ten bezpardonowy przekaz? Tym, że jeśli już facet zniży się do czynności sprzątania to jedynie po domowej masakrze, której wcześniej dokonał. Ponad wszystko jednak taka historia buduje nowy front niezgody i wojnę płci, która nie ma żadnych podstaw i nie ma nic wspólnego ze współczesnym feminizmem. Ani sprawiedliwością.

Od długiego już czasu, właściwie od zawsze, domagam się wszędzie, gdzie mogę równości w traktowaniu ofiar przemocy. W tym sensie, że razi moje poczucie sprawiedliwości fakt, że inne niż kobiety ofiary przemocy, czyli dzieci i mężczyzn, upycha się do pojęcia „...i inna przemoc domowa” jakby chodziło o bite koty czy psy (pomijam fakt, że tych stworzeń też bić i nękać nie należy).
Człowiek poniżany, deprecjonowany, wyzywany i bity cierpi tak samo – niezależnie od tego, czy jest kobietą czy mężczyzną, dzieckiem - dziewczynką, chłopcem, czy też staruszkiem/staruszką. Tak – dziadkowie nie raz są ofiarami przemocy domowej ze strony mężczyzn i kobiet a bywa, że i dzieci.
Uczucie osamotnienia, bólu, rozpaczy, odrzucenia, beznadziei jest jednakie. Nie ma tu żadnego uprzywilejowania.
A jednak.
Organizacje kobiece, a też Amnesty International i inne wspomagające, choćby Koalicja Ateistyczna, wspierają hasła antyprzemocowe, ale tylko te, w których mowa o przemocy wobec kobiet „bo ich jest więcej”.
Nie polemizuję z tym "więcej". JEST więcej.
Razi mnie jednak ten dodatek jakby od niechcenia: „i innej przemocy domowej”. To umniejsza cierpienie tych, kórzy są ofiarami ale nie kobietami więc nie mają wsparcia organizacji kobiecych.
Ta "inna" przemoc jest mniej ważna?
Cierpiące dzieci, cierpiący staruszkowie obojga płci, cierpiący mężczyźni (którym odmawia się ludzkich uczuć bo są facetami) są pominięci tylko dlatego, że to mniej liczna grupa cierpiących?
Wszyscy jesteśmy ludźmi.
Oprócz agresywnych mężczyzn są agresywne kobiety i agresywne dzieci. I – jak podaje Błękitna Linia – dzisiaj co dziesiąta osoba zgłaszająca się jako ofiara przemocy to mężczyzna.
I zaraz zapewne ktoś powie, że dzieci miały zły przykład z domu, wychowały się w rodzinach przemocowych, kobiety też miały złe dzieciństwo odreagowują stresy i wreszcie, po latach męskiej dominacji, mogą „wyrazić siebie”. I tylko nikt nie mówi o facetach – że może też zostali paskudnie wychowani i byli bici w dzieciństwie?
Dziwne są takie próby usprawiedliwiania, bo dla agresji, poniżania nie ma żadnego usprawiedliwienia.
Owszem – zajmują się tym terapeuci ale ofiara nie będzie usprawiedliwiała swego kata, że ten (ta) miała kiepskie życie, więc odreagowuje albo nie panuje nad sobą. Ofiara cierpi bezzasadnie i bez sensu. Niepotrzebnie.
Ad rem.
Próbowałam o tym rozmawiać na portalu społecznościowym ze znaną działaczką ateistyczną i jej zastępcą, ale napotkałam na… agresję i niegrzeczne prychnięcie.
Nie umiano mi dać żadnej sensownej odpowiedzi na moją sugestię, że kobieta – ofiara przemocy jest w obecnie głoszonych hasłach i w Konwencji Do Spraw Zwalczania Przemocy Wobec Kobiet (i innej przemocy domowej) uprzywilejowana. „Bo statystycznie częściej cierpi”. Czyli ktoś, kto cierpi równie dotkliwie, ale nie jest kobietą, nie zasługuje na współczucie? Na wsparcie? Na równe traktowanie w bólu i poczuciu upodlenia?
Pan zastępca: (z pamięci) "Dlaczego w dzień wsparcia kobiet mamy zajmowac się mężczyznami, dziećmi i może jeszcze psami, świnkami morskimi i wodą dla Afryki"?
No ... co za poziom rozmowy! Co za agrument.
Kiedyś już podnosiłam ten temat i pamiętam taki wpis korespondentki – kobiety: „Wcale mi nie będzie żal, jak jakiś facet oberwie porządnie. Za bite kobiety! Nich też cierpi” – i nie było to o kimś konkretnym, o jakimś agresorze.. Po prostu nie będzie jej żal, przyzwala na przemoc tak sobie. "Za cierpiące kobiety".
Zbiorowa odpowiedzialność?
A mi jest zawsze żal tego, kto jest poniżany, gnębiony i spychany do roli ofiary.
Chciałam o tym porozmawiać z panią Niną Sankari. i jej zastępcą sądząc, że mam do czynienia z sensownymi i ceniącymi sobie wolność jednostki ludzi, ale... nie dało się. Moje argumenty są „nielogiczne”, a ja sama „impertynencka”. Pani Nina zaczęła pisać do mnie jak do ... mężczyzny i p
o tym agresywnym ataku wybanowano mnie!
Ta orgnaizacja i osoba są już dla mnie mało wiarygodne.
Przykre doświadczenie.


 A tu do poczytania linki dotyczące przemocy wobec mężczyzn.Nieprawda, że jest to zjawisko marginalne i rzadkie.
Dzieci jako ofiary są poza wszelka dyskusją.
Czyli: NIE dla przemocy domowej w ogóle.

http://www.niebieskalinia.pl/pismo/wydania/dostepne-artykuly/4961-mezczyzna-ofiara-przemocy
-  http://natemat.pl/76931,jak-nekaja-nas-kobiety-20-proc-mezczyzn-pada-ofiara-przemocy-psychicznej
http://psychologia.wieszjak.polki.pl/relacje/324795,Czy-mezczyzna-moze-byc-ofiara-przemocy-domowej.html
- 
http://www.dailymail.co.uk/sciencetech/article-2669408/Rise-female-relationship-terrorists-Study-finds-women-controlling-aggressive-partners-men.html