czwartek, 2 listopada 2017

Rewolucja obyczajowa, czy mały szum?

No to wysypało się.
I Ty ... Brutusie?!

"Dustin Hoffman został oskarżony o molestowanie seksualne na planie filmu "Śmierć komiwojażera".
Oskarżająca to 17-letnia wówczas Anna Graham Hunter. Kobieta ze szczegółami opisała niestosowne zachowania hollywoodzkiego gwiazdora.
- Poprosił mnie o masaż stóp pierwszego dnia na planie - wspomina Anna Graham Hunter. - Ciągle ze mną flirtował, łapał mnie za pośladki i mówił przy mnie o seksie. Pewnego dnia złapał mnie i powiedział: "Poproszę jajka na twardo i... łechtaczkę na miękko". Cała jego ekipa się śmiała a mnie zamurowało i poszłam płakać do łazienki. Teraz gdy mam 49 lat rozumiem, co Dustin Hoffman zrobił, gdyż układa się to w całość prześladowań jakiego kobiety doświadczają w Hollywood."
Słychać (oprócz głosów oburzenia) głosy ironicznie nawołujące do tego, żeby "panie się uspokoiły z tą zbiorową histerią".
Po pierwsze to nie jest "zbiorowa histeria" a zbiorowa świadomość. Odzyskana po latach udawania, że "NIC SIĘ NIE STAŁO".
To dzisiaj żyjemy w świecie w którym można iść na policję i złożyć zawiadomienie o popełnienie przestępstwa jakim jest molestowanie. Lat temu 20, 30 i wcześniej tego terminu nie było w powszechnym użyciu! Nie znano ani określenia, ani nie umianoby zapisać w protokole rodzaju przestępstwa. Że coś sprośnie gadał? Że złapał za biust albo pośladki?! A jeszcze gdy w tle artyści, alkohol, zabawa i hippisowskie hasła Wolnego Seksu?! No co też pani ...
Pamiętam TE czasy.
Moje koleżanki z podstawówki (!) a i sąsiadki licealistki same się wpraszały na pijackie i narkomańskie imprezki odbywające się w willach na Saskiej Kępie wśród artystów i "artystów" - początkujących reżyserów, dzieci dyplomatów i innego "niebieskiego ptactwa" i bzykały się (tego słowa też nie było. na Pradze mówiło "gamzać się"albo ...bardziej bezpośrednio) lub obmacywały, "lizały"  z kim popadło. Za paczkę Chesterfieldów, za obiecankę "zagrasz w filmie", albo tylko "tak, zaproszę cię na następna balangę, będzie XY - przyjechał z Francji, szuka młodych...", za samą obecność w tych domach i na TYCH balangach.
To dzisiaj sprawa lepkich łap, obleśnych słów, wpychania języka do zaciskających się ust albo nie tylko języka, uchodzi za skandal, wówczas? Nie. Nie, to tylko "takie tam". "Końskie zaloty", "Chłopcytakmają", a dzisiaj afera!
I DOBRZE! Nareszcie.

Zmieniły się standardy i oby TO właśnie był ten czas przełomu.Początek rewolucji obyczajowej. OBY.
#metoo#jateż to kamienie milowe i pewna granica która musi zacząć odmierzać inne zwyczaje, panowie.
"Panowie", bo niestety to Was wychowano z tą skazą, że facetom wiele uchodzi z obrzydliwych i seksistowskich żartów, a potem też okrzyków i ...rękoczynów.
To wina ówczesnej opinii publicznej trywializującej macanie, podszczypywanie, i chamskie nawoływanki w stylu "lala, bucik ci się rozpierdala!" i "o, ale masz cycki!".

To też wielka wina matek i OJCÓW córek, że nie nauczyli odpowiedniej asertywności i samoobrony przed chamiątkami z klasy, z grupy rówieśniczej. Że napastnik z rodziny nie dostawał "z liścia" tylko był wstydem zakrywanym milczeniem "bo nie wypada" i "kto ci uwierzy".  Nie nauczono , że ktoś kto siłą przewraca, dociska do ściany rozchyla uda siłą i rwie bieliznę, to taki sam przestępca jak każdy inny łamiący prawo. Nie nauczono ... Nie nauczono krzyczeć i wołać o pomoc.

Mam wielką nadzieję że owe sprawy molestowania, gwałcenia i świńtuszenia, jak nieświeże trupy wyłażące z różnych szaf sprawią, że w dziedzinie SZACUNKU między ludźmi zacznie się jakiś nowy czas. 
Matki i ojcowie muszą już inaczej wychowywać dzieci. Bez pobłażania dla "ojtamojtam" i "to taki żarcik był".
MATKI I OJCOWIE, PRAWO i policja, bo w szkołę już nie wierzę.

piątek, 20 października 2017

List otwarty do Ministra Zdrowia. Mojego zdrowia.

Panie Ministrze Radziwiłł!
Panie … Książę!

Nie interesuje mnie 6,8 % PKB na zdrowie za osiem lat. Ani za dziesięć.
Interesuje mnie dzisiaj, a właściwie wczoraj, bo ja mam już swoje lata, bo ja i całe za mną „srebrne tsunami” – starzejemy się, i chorujemy.
Czy pan wie, że za zlecanie pacjentom drogich badań lekarz otrzymuje czerwone ostrzeżenie na ekranie monitora? Bo przekroczył jakiś uzgodniony limit?
Powiem panu, jak to zadziałało.
Nasz lekarz pierwszego kontaktu karnie się trzyma limitów.
Nie zleca droższych badań ponad to co może, bo zależy mu na posadzie. Boi się reperkusji gdy zleci np. o jedną więcej kolonoskopię.
Co dzięki tej oszczędności zyskuje system?
KOLOSALNĄ dziurę budżetową, bo co prawda system przyoszczędził dzisiaj na nas sześćdziesięciolatkach odmawiając nam skierowania na to średniodrogie badanie, ale już jutro straci na nas masę pieniędzy. Zgodnie z powiedzonkiem, że chytry dwa razy traci.
GDYBY nasz doktor nie bał się i zlecił nam 7-8 lat temu badanie, które kosztuje ok 200 PLN, to system dziś nie musiałby wydawać setek tysięcy na nasze leczenie.
To banał!
System oszczędza na badaniach i wobec tego badań profilaktycznych się nie zleca. Robiliśmy je sobie po omacku, nie znając się zanadto, za własne pieniądze i na własną rękę. Nie pomyśleliśmy o kolonoskopii, a lekarz też o takiej konieczności nie wspomniał. Robiliśmy testy na krew utajoną. Lekarz wzruszył ramionami...
Czy Pan wie, Panie Ministrze, że podstępny rak jelita nie daje ŻADNYCH objawów? Jak daje, to już jest zbyt późno.
Wówczas wytacza się na tego raka wielkie armaty, które mnóstwo kosztują.
Terapia celowana np. to koszt miesięczny ok 10 000 PLN. Do tego leki towarzyszące, na przykład Zarzio – na poprawienie ilości białych krwinek – to koszt (dla systemu) 113 PLN za ampułkę a trzeba wziąć całą serię, ok 20.
Robią się z tego niezłe pieniądze – prawda? A hospitalizacja?
A można było wydać 200 PLN, wykryć zmianę zanim stała się rakiem i od razu wyciąć. Ile byłoby oszczędności? Liczył to Pan? Co roku w Polsce 16 000 osób ma stwierdzonego raka jelita. To straszna statystyka, zresztą jak każda inna. Jesteśmy w ogonie Europy pod względem profilaktyki. Pan to wie?
Pewnie nie, bo to Pana nie dotyczy. Pan ma prywatne leczenie. Pan uważa też, że najważniejsze jest „życie poczęte”, a opieka nad seniorami to jakaś aberracja. Czyli co – rządowa eutanazja? Bo nie lubicie Jurka Owsiaka? Bo nie lubicie starych i jego program dla seniorów uważacie za rozrzutność? Pan za chwilę będzie seniorem.
Profilaktyka? Jaka? "Mamy za mało pieniędzy"?
Jak pieniędzy jest za mało, to się robi tak, żeby nie wydawać ich bez sensu. Tymczasem „oszczędzacie” grosze na profilaktyce by potem wydawać tysiące czy setki tysięcy na kroplówki i chemię, operacje, radioterapię, itd. Za późno, często bez wielkiej nadziei na wyleczenie, nierzadko w końcówce choroby chorym już nie rokującym. Kolosalne pieniądze na drogie leki wyciekają kroplówkami w kanalizację podane zbyt późno, tylko dlatego, że lekarz pierwszego kontaktu MUSI oszczędzać na diagnostyce.
Ale Wy wszak, Panie Ministrze, odgrywacie herosów ekonomii! Wszystko Wam tak świetnie się "skleja"! Pan Morawiecki w glorii!
A tyle pieniędzy pchacie kościołowi, że wypada spytać - czemu nie nam, chorym? Kościół polski jest zasobny, zdrowy, da sobie radę. Z Bożą pomocą oczywiście.
My, chorzy, mamy gorzej, bo nam Bóg nie pomaga...
Proszę zatem nam chorym powiedzieć odważnie i w twarz, że Pan nie da ani na leczenie, ani na podwyżki. Bo Pan wie, że to będą (w Waszym mniemaniu) pieniądze wyrzucone w błoto, bo nawet gdy rzucicie jaki ochłap to światły naród, wykształceni lekarze nie oddadzą i tak na Was głosu, jak suweren kupiony za 500+. A to jest jak sądzę główny powód – dać czy nie dać.
Za 6,8% PKB na służbę zdrowia nie kupicie sobie naszych głosów, to prawda, ale moglibyście pomóc nam, Waszym braciom i siostrom Polkom i Polakom godnie i sensownie się leczyć. Ale na tym Wam chyba nie zależy.
To się czuje Panie …Książę, tę Waszą niechęć do wykształconej i myślącej niezależnie części narodu.
To jest aż nadto czytelne.
Przypomnę tylko, że budżet to są NASZE pieniądze. Nie pańskie i nie PiS-u.
Szkoda, że Pan nie da. Rzeklibyśmy:
- O, jakie PANISKO, dał!
A tak wychodzi tylko sługa uniżony prezesa...

niedziela, 24 września 2017

A nie mówiłam?


Janusz Majewski do młodych reżyserów: „Panowie, a może warto jednak iść po słonecznej stronie ulicy?”
A to są słowa z pewnego forum dyskusyjnego.

Jakoś raźniej się poczułam…

"Dajcie siekierę, stodołę, konia i polska patola w pełnej krasie. Czy w tym kraju naprawdę nie można sensowniej wydawać pieniędzy przeznaczonych na kulturę? Czy polskie filmy naprawdę muszą pokazywać wyłącznie prowincjonalną brzydotę, gdzie bohaterowie chleją na umór i się mordują? Najlepiej walić się po mordach i rzucać kur*ami, w tym polscy twórcy są najlepsi"


"Ja nie potrafię znieść czego innego. Czy w dosłownie każdym ale to każdym współczesnym, polskim filmie musi być ujęcie z chlaniem wódy z gwinta? O co chodzi? Czy za każdą polską produkcją filmową stoi przemysł spirytusowy? Ostatecznie kasa państwowa to i trzeba wspierać państwowy przemysł. Cała reszta to typowa polska filmowa tandeta. Znowu polska prowincja, chwila wzajemnej dobroci a zaraz potem dawanie sobie nawzajem po ryju plus wykrzykiwane "kur..y", "chu..e" itp. Chryste, ile można? Ile, kur...a, można? Polskie współczesne kino w swojej formie przypomina chocholi taniec w której wciąż beznadziejnie powtarza się te same gesty, wypowiada te same słowa i towarzyszy temu jeszcze ogólny poklask."

"O przekleństwach napisałam trochę niżej, natomiast co do picia wódki z gwinta, wywołałam oburzenie pod zwiastunem, pisząc, że w moim rodzinnym domu nigdy nie było wódki na stole w Wigilię, jedynie wino. Napisano mi, że taka jest Polska, a ja się nie znam. Niestety ktoś chyba usunął, bo dzisiaj tego nie mogłam odszukać. Natomiast zmierzam do tego, że oglądając rodzimą kinematografię, można dojść do wniosku, że coś jest z nami szarakami nie tak. Bo mój dom rodzinny był czysty, zadbany, nikt nie chodził brudny, głodny, oboje rodzice pracowali, nie było awantur na całą okolicę. Natomiast w polskich filmach to same obrazki brudu, nędzy i rozpaczy, z lejącą się wódką, warczącymi ludźmi i trupami w szafach, bo przecież przeciętna polska rodzina to taka, w której brat zabił brata, sąsiad sąsiada, a przede wszystkim Polak Polaka. Ot polska mentalność. Moja rodzina chyba nie jest wystarczająco polska na standardy pollywoodu, bo pije się u nas co najwyżej domowe nalewki, nie mamy konia, ani stodoły, a siekiera jeśli jest w garażu to przykurzona i głęboko schowana, bo tata pali w piecu węglem, a gałęzie obcina sekatorem. I o ile mi wiadomo u znajomych jest podobnie. Ale zaraz mi ktoś napisze, jak to życia nie znam i polskiej wsi. Cóż, trochę tam znam, ale nie będę nikogo na siłę przekonywać, co widziałam i o czym słyszałam"

"Natomiast od jakiegoś czasu w polskim kinie obserwuję takie niebezpieczne uzasadnianie obecności przekleństw w scenariuszu. Ba, sami aktorzy tłumaczą się, że przekleństwa wyrażają emocje. Powiem tak, jeśli do wyrażenia emocji potrzebujesz rzucania ku*wami, to dupa wołowa z ciebie, a nie aktor, bo prawdziwi aktorzy wykorzystują w tym celu mimikę, gesty, spojrzenie, ruch, modulację głosu i artykulację. I takie środki przekazu są warte więcej niż dziesięć ku*ew. I piszę to jako artystyczny laik, ponieważ filmem i teatrem zajmuję się hobbystycznie."

"Wszystko jest walone grubą krechą, podane na maksymalnie szerokiej tacy z obfitą porcją soli i pieprzu. Ma być maksymalnie efektownie, wódczano plus obowiązkowe darcie ryja, im większe tym bardziej poruszająca kreacja. To jest taki gówniany warsztat, że nie tylko ręce opadają. Może nie tyle gówniany co po prostu zwyczajnie infantylny. Sprowadzanie rodzinnego konfliktu do najprostrzych emocji, gdzie nie ma miejsca na jakiekolwiek półtony. Żałosne jest to wszystko a zachwyty nad tym być może wynikają z braku konkurencji. Porównałeś to do kina moralnego niepokoju. Ale tamte filmy w porównaniu z tym rzygiem były wielkie. Wystarczy wspomnieć choćby "Barwy ochronne" Zanussiego. Świetny, inteligenty film. Tego dzisiaj nie ma. Albo debilne pseudo romantyczne komedyjki z nieszczęsnym Adamczykiem albo ponure, prymitywne dramaty z Kuleszą."

A coś fajnego, pięknego i miłego w oglądaniu?
Bez polskiej (?) schizy? Histerii, wulgaryzmów i szamba?
Poumierali starzy mistrzowie to i Brzeziny nie ma kto, kręcić, ani Tataraku, Ziemi obiecanej, Nocy i Dni, o nazwyklejszym Czterdzistolatku nie wspominając. Excentrycy przeszli bez echa... Nie umiemy już oglądać filmów "ze słonecznej strony ulicy"?
Naprawdę tylko bagno, syf z malarią "polskie trupy w szafach" - to jedyne tematy, a krzyk, chlanie i bluzgi to jedyne chwyty warsztatowe? 

piątek, 5 maja 2017

Plebania?



Pojechałam z mężem do centrum Warszawy załatwić pewną ważną rzecz.
Wejście od ruchliwej ulicy.Wnętrze jak przykościelny sklep i nikogo nie dziwi, że dzisiaj w sklepach usługi się też czyni. Dla ludności.
Ekspedientek chyba z pięć.
Spora kolejka, więc z nudów się rozglądam.
Towarów sporo wystawiono, biznes przecież musi się kręcić.
Na pionowych, brzydkich metalowych regalikach publikacje – cztery różne życiorysy JPII, dwie o papieżu Franciszku. Dwanaście (!) książek o księdzu Janie Kaczkowskim, naszym nowym świętym (z czym się zgadzam, świetny człowiek), o którym za życia mało kto pamiętał i mało kto pomagał Jego hospicjum. Pięć (5) książek jakiegoś księdza o nieznanym mi nazwisku, który obiecuje, że poprowadzi mnie ścieżką zdrowia i nauczy jak jeść, jak się leczyć itp. Sześć (6) publikacji o objawieniach fatimskich, trzy rodzaje Biblii, w tym jedna dla dzieci i skrót. Ten trzeci to też chyba dla młodzieży. Obszerniejszy skrót z objaśnieniami co autor chciał…
Życiorys dwóch świętych – imion już nie pamiętam, ale nie o Faustynę chodziło. Może o Teresę? Tę co to odżywiała się listkiem sałaty dziennie.
Trzy pozycje o świętej Teresie z Kalkuty. I o dziwo, obok zbioru modlitw do NMP książeczka o… Władysławie Bartoszewskim. Podejrzanie chuda.
Na niższej półce wypieki siostry Anastazji w kilkunastu tomikach, takoż mięsa i zupy, ciasteczka, galarety, kompoty i inne dobrocie–łakocie.
Cała seria przygód Wojtka Cejrowskiego w dziczy. Kilkanaście tomików w postaci zeszytów. Wyklejanki dla dzieci „Poznaj świętego” i „Żywot Jezusa”.
Kolorowanki „Jezus wśród nas” i „Życie św Antoniego”, oraz album fotograficzny: „Najpiękniejsze Kościoły w Polsce”.
Podobne książki leżą hojnie wyłożone na ladach, a na wierzchu pyszni się Gazeta Polska wylewająca jad pod adresem niewiernych i łzy za żołnierzami, co to kiedyś mordowali nawet kobiety i dzieci a teraz zaraz rozpocznie się ani chybi ich zbiorowo beatyfikacja.
Pani dyskretnie co jakiś czas wyciera te łzy i jad ściereczką, bo obok leżą zeszyty z „Robótkami ręcznymi siostry Józefy” – osobno w zeszytach - koronki, hafty. Żeby nie zamokły.
Dalej zeszyty z cytatami JPII. Także obraz przedstawiający papieża Jana Pawła, a i Franciszka w zmyślnym trójwymiarze. Ale też zdjęcie kotka bawiącego się włóczka. Też w trój …
Na innym stojaku karty z życzeniami na wszelkie okazje. Jak dla mnie zbyt ozdobne, grające melodyjki, nibytrójwymiarowe, jak kiedyś moja książeczka o Jasiu i Małgosi. Pierwsze tekturowe 3D w moim życiu a tu proszę! „Z okazji 50 lecia” papierowy trójwymiar róż i łabędzi zsypanych brokatem.
I z okazji komunii świętej i świętego chrztu i cała reszta, z lekka przykurzona, ale obfita.

W miejscu centralnym półmetrowy krzyż, żeby nie było wątpliwości gdzie się znajdujemy.
Sprawę załatwiliśmy i wyszliśmy na ruchliwą arterię stolicy.
Mąż się odwrócił i zapytał:

- Tylko czemu nad wejściem wisi napis POCZTA POLSKA?! 

środa, 19 kwietnia 2017

Święta jako świętość. (tekst nie do wszystkich)
MUSI być rodzinnie, bo jak nie…
Dziennikarze robią wywiady z celebrytami o świętach. Ja na szczęście jestem rozpoznana jako ateistka, więc mnie już nie atakują, żebym opowiedziała o „magii świąt”. Ani jednych, ani drugich.
Boże Narodzenie do mnie przemawia. Siła tradycji, piękne święto, nadto podczas okupacji to było święto polskości i polskiej niezłomnej rodziny, choć w niemieckich okopach, niemieccy chłopcy i ich ojcowie też nucili „Stile Nacht”.
U mnie w moim ateistycznym domu to było Święto Rodziny obchodzone jako rodzaj polskiej tradycji właśnie, (jak inne święta rodzinne) bez religijnych odniesień.
A Wielkanoc? Miłe „jajeczne” święto wiosny.
I niestety stale towarzyszy temu terror „miłej i rodzinnej atmosfery”. W rodzinach, w których religia nie odgrywa już żadnej roli, wiele osób korzysta z wolności od owego terroru i wyjeżdżają spotkać wiosnę gdzieś, gdzie lubią. Zamiast siedzieć w domach z rodziną, z którą nader często nie mają aż tak cudownych więzów, jak te opisywane w prasie kolorowej. Przykładem wywiady z celebrycką rodziną S., jak to jest CUDOWNIE aż do chwili, w której jedna z sióstr opowiedziała ciut za dużo i została czarna owcą i już tak CUDOWNIE nie jest.
U niektórych nadal rodzinna schizofrenia trwa w najlepsze.
Bywa, że rodzinne więzy są naderwane dość istotnie. Rodzina jest podzielona na tych, którzy za każdą cenę udowodnią wszystkim w koło, że jest rodzinnie i CUDOWNIE i na tych, którzy tego terroru świątecznej poprawności nie akceptują i jadą w okresie świąt na Wyspy Kanaryjskie, albo do Wisły. Ewidentnie nie chcą siedzieć zamknięci w domach mamusi czy babci z resztą rodziny i patrzeć jak panie się uwijają próbując zakarmić rodzinę na śmierć. Bo taka tradycja!
Stanowczo dopinguję tych, którzy się wyłamują.
Mamusię, babcię i ciocię z wujami i dziadkami można celebrować na wiele innych sposobów – lepszych niż siedzenie i wcinanie żuru na białej kiełbasie i makowca. Mamę i babcię zabrać do Spa, z wujem, ojcem, dziadkiem pójść/pojechać tam, gdzie by chcieli, a choćby i do Barcelony na wino, czy na Mazury, na ryby, na mecz (tenisowy, bokserski piłkarski). A całorodzinnie obmyślić coś, co wszystkim sprawi frajdę.
Bycie ze sobą tak naprawdę jest ważne a nie terror rodzinności „bo tak wypada”, „bo w święta RODZINA razem być musi!”. Nawet za cenę zaciśniętych zębów?!
PS Ten tekst NIE DOTYCZY tych, dla których spotkania rodzinne są kapitalną okazją do autentycznej radości i frajdy. U mnie tak bywa w święta, ale i poza świętami też a czasem nas w święta nie ma! Obecnie Starszaki wyjechały wyluzować do pewnego ośrodka z basenem i kręglami. I świetnie! My z panem Inżynierem, też za rok czmychamy do „ciepłego”. Dzieciakom zostawimy klucze, a rodzinnie spotkamy się w ciepły majowy weekend, gdy wszyscy tego zapragniemy. Zrobię szczawiówki z młodego szczawiu, a kiełbasę z wnuczkami będziemy grillować przy ognisku. Będzie super!

sobota, 31 grudnia 2016

O, roku ów!

Nie robię podsumowań, ale w tym roku zdarzyło się coś takiego, że... zrobię, a co!
    :-) 
Ja mam w sobie pewien rodzaj wiary w "siedem krów". Znaczy, że są lata chude i tłuste, że to się w życiu przeplata i że się z dołków wychodzi, choć bywa, że zajmuje to więcej czasu niż tylko "hop!". Dołki bywają dołami, a nawet Rowami Mariańskimi.
W latach pięknych warto sobie stawiać mocne cele, bo nie ma większej frajdy w życiu niż zdobycie jakiegoś własnego Mount Everestu.
Trzeba być uważnym z marzeniami (zwłaszcza, gdy się ma 60 +), bo jeśli zdecydujemy się na realizację marzeń niespełnialnych rozczarowanie może nas wrzucić w otchłań rozpaczy a leciutka korekta sprawi, że marzenie z lekka (albo porządnie wręcz) urealnione pozwala je spełnić i mieć wielką frajdę, że się dało radę.
(Siwy na przykład wie, że pewne sporty ekstremalne nie są dla niego, więc w wieku 64 wskoczył na narty nieekstremalnie i jakoś daje radę! Myślę, że w tym roku chłopaki zaciągną go na czarną trasę i poradzi sobie!)
Ja kilka lat walczyłam z chudymi krowami.
Przyznam się, że było baaaaardzo ciężko.
Zwłaszcza bycie wyrolowaną z zimna krwią, przez ludzi niegdyś bliskich jest dramatycznie przykrym przeżyciem.
Ale, jak mówią "abyśmy zdrowi byli" i ja jestem.
(oczywiście, że gdzieś tam skrzypię ale generalnie jest OK)
Większość chudych krów poszło sobie.
Mam nadzieję, że w naszym małym kosmosie rodzinnym będzie dobrze.
Oczywiście mam marzenia, z lekka skorygowane (bo piękna, młoda i szczupła to ja już byłam) i tylko trzeba stworzyć projekt, plan i realizacja jest MOŻLIWA. https://www.facebook.com/images/emoji.php/v6/f4c/1/16/1f642.png:-)
I na koniec koniecznie muszę opisać pewną historię.
Siedem lat temu rozstali się z hukiem i trzaskiem. Nazwijmy ich Adam i Ewa, albo Anita i Stefan, albo Iga i Romek - nieważne.
W pewnych kręgach ludzie znani. Z bagażem życiowym synami, i sukcesami. On odszedł. Miał dość.
Skracając, i nie wchodząc w szczegóły- rozstanie miało być z jakimś porozumieniem, ale niestety przerodziło się w... wojnę siedmioletnią.
Wzajemnym uszczypliwościom i awanturom, nieporozumieniom, oskarżeniom i złośliwościom nie było końca. Wyniszczające i wredne to było. Brzydkie. Któregoś dnia Ona zamyśliła się głęboko nad tym, jak reagują synowie, zwłaszcza młodszy. Dorastał, było źle.
"To nasza wina" - pomyślała i zaczęła myśleć nad tym jak przynajmniej schłodzić ten wyniszczający pożar.
"Żeby było jak u was! - mówiła mi niejednokrotnie (bo to wiecie, że z byłym mężem, ksywka "Pierwszy", kumplujemy się najzwyczajniej) - żeby bez tych złośliwości, wojny. Po co to?! On ma swoje życie, ja swoje. Wiesz - mówiła z sensem - że ja nienawidzę agresji i awantur. Chciałabym móc tak to poukładać żebyśmy nie zalewali się toksyną wzajemnych oskarżeń. To jest kompletnie niepotrzebne!
On faktycznie szalał... Nie znałam go takim. Życie osobiste mu się nie układało. Może dlatego był taki sfrustrowany, wściekły?
Ona rozpoczęła pracę nad swoim planem zalania agresji spokojem i porozumieniem. Szczerze mówiąc podziwiam ją za to. "Marzenie ściętej głowy" - myślałam po cichu wiedząc, jakie hiszpańskie emocje wkradają się w ludzkie zachowania. Raz spuszczona ze smyczy niechęć, agresja nie jest łatwa do okiełznania.
Skracając, cała ta historia to... telenowela - nie przymierzając – południowoamerykańska. I to C - klasowa.
Tak, tak - domysły są słuszne.
Podczas kolejnej próby porozumienia z awanturą, uspokojeniem się, pyskówką i znów spokojną rozmową wyszło, że... on ją stale kocha! Że ŻADNA - tylko ona! Rozmawiali niemal tydzień. Jak ona to nazywa - "kompletna, bolesna ale oczyszczająca resekcja wrzodu". Udało się.
W tydzień zmienili mieszkanie na większe, bo są razem nieodwołalnie.
A teraz, całą rodziną, wraz z synami oczywiście, są od tygodnia w ciepłych krajach, piją szampana, dobrze jedzą, zwiedzają, kąpią się i trzymają za ręce.
Nie muszę pisać, jak odetchnęli synowie.
Ufffff. Zakończenie tak słodkie, że aż... podzieliło znajomych. Jedni przyklasnęli - i jęknęli: "Noooooo, NARESZCIE! Kiedy szampan?"
Innym się to w głowie tak dalece nie mieści, że mają focha.
Ja powtarzam za nią: "Co chatka, to zagadka". Mnie się podoba.
Znam ich i nie sądzę, żeby za tydzień, a nawet za rok coś się zmieniło. Są na to za starzy i chyba oboje wiele zrozumieli, a ocenianie ich, to już w ogóle idiotyzm, bo takich rzeczy się nie ocenia! TO ICH SPRAWA. Szlus i ament.
Ja tylko mogę klasnąć w dłonie, i powiedzieć im, że ogromnie mnie to cieszy, bo ja jestem z pokolenia, które pamięta hippisowskie hasło "Make LOVE not war".
...i dobrze jest!
No. 

To życzę Wam, żeby chude krowy poszły precz, żeby mimo marnych prognoz przynajmniej w życiu osobistym było fajnie i dobrze. Żebyście byli kochani i mieli kogo kochać.

sobota, 10 grudnia 2016

Śmieci w lesie czyli "a co ja mogę"?! 


Jeśli najniższa, najdrobniejsza władza nie radzi sobie z prostą sprawą, to PAŃSTWO nie działa.
Znaczy, owszem - na najwyższych pułapach, jak widać, działa niszcząco i rujnująco, nocą przepychając ustawy rozwalające demokrację, ale tam gdzie sprawy proste, gminne, codziennie upierdliwe, gdzie potrzeba rozsądku i PRAWA – tam nie działa.
Oto przykład.

Kilka miesięcy temu w lesie pojawiły się porozwalane śmieci.
Pokazywałam!
W lesie, przy drodze. Jak w setkach polskich lasów. Niestety.
Wśród śmieci znalazłam kopertę z nazwiskiem palanta i jeszcze jakieś papierzyska. Też z nazwiskiem.
Policja potwierdziła: „Znamy, znamy! To taka patologia z pobliskiej wsi. Wiecznie się między sobą tłuką dwie rodziny, stąd w śmieciach papiery sądowe. Ale... to już inna gmina.”
(Uwaga: to ostatnie ma znaczenie w tej sprawie).
- A może panowie pojedziecie po tego palanta, przywieziecie go tu, żeby posprzątał i zagrozicie, że gdyby nie zechciał, to sąd wyda nakaz sprzątania gminie i rachunek pod rygorem komorniczym do uregulowania będzie miał złoczyńca?
- Eeeee, wie pani, to tak nie działa.
Policja przyjechała do lasu, popatrzyła, śmieci obfotografowała, pogadała i pojechała. Założono PODOBNO sprawę w sądzie.
Śmieci leżą.

W TEJ sprawie tkwią same „problemy”!
- pierwszy to, że śmieci są wywalone w innej gminie, niż mieszka wywalający
- gminy nie umieją się w TEJ sprawie dogadać,
- gmina, w której leżą śmieci nie jest w stanie wydać polecenia śmieciarzom, żeby je zebrali; poniekąd słusznie, bo moralniej byłoby, gdyby pozbierał je ten śmiecący.
Śmieci leżą.
Jestem w Urzędzie Gminy, w której mieszka złoczyńca. Zatrwożona pani urzędniczka mówi "dobrze, ja jutro wezmę kierowcę, worek jakiś i sprzątniemy to". Zatkało mnie, ale gdy odetkało zaprotestowałam.
- To niemoralne, proszę pani. To ten palant powinien pod rygorem policji pojechać i sprzątnąć, a jeśli nie, to ktoś, komu państwo DAJECIE pieniądze na różne zapomogi (a przychodzą po nie różni ludzie, wśród nich pijaki śmierdzące - wiem, bo widziałam i CZUŁAM odór fajek i wódy) i to może oni w ramach pracy za te zapomogi powinni troszkę popracować na rzecz gminy? A rachunek za to wysłać temu śmiecącemu?
Pani westchnęła i pokręciła głową.
Nie da rady. Śmieci nie leżą w ich gminie.
Poszłam na posterunek, a tam pan komendant nieprzyjemny i sfrustrowany niemal na mnie nakrzyczał, że:
- Policja już nic do tego nie ma! Ani z jednej gminy, ani z drugiej. Tak, oba posterunki, z obu gmin znają sprawcę, znają sprawę i... nic nie mogą zrobić. Zgłoszą do sądu.

Gmina, w której leżą śmieci, pani od ochrony środowiska rozkłada ręce:
- Może pani pójdzie do wójta?
- Serio?! Wójtowie dwóch gmin mają się zajmować wywalonymi do lasu śmieciami?! Ale, że serio?
Pani milknie. Sprawa pozostaje na etapie "co ja mogę". I śmieci nie ruszać, bo "Sprawa jest w toku, MOŻE sąd wyda nakaz sprzątnięcia. Są dowodem w sprawie, czekamy na decyzję sądu".
- Czy wówczas zmusi ktoś tego śmiecącego do posprzątania?
Pani znów rozkłada ręce. Nie wie...
Śmieci leżą.
Śmiecący palant ma w dupie fakt, że wywalił śmieci do lasu i śmieje się w nos wszystkim. Jest totalnie bezkarny. TOTALNIE!
Ponowna rozmowa z policją:
- No jak to? Mamy go tam zawieźć i... ZMUSIĆ? Jak pani to sobie wyobraża?! To nie leży w naszych kompetencjach!
Śmieci leżą, facet ma to w dupie.
Wniosek - państwo nic nie może. Nadto właśnie obnaża, wręcz demonstruje wobec przestępców i drobnych palantów swoją absolutną niemoc.
Pojęcia nie mam, kiedy te śmieci zostaną sprzątnięte, nawet już chciałam sama, bo las raz na pół roku sama sprzątam, ale ponoć nie wolno ich ruszyć, bo teraz sprawa się toczy.

A w gminach kolejki różnych ludzi, w tym zwyczajnych szopenfeldziarzy po "piniendze", które pójdą na szmuglowane fajki, na tanie wino. I oni MOGLIBY coś zrobić na rzecz gminy, choćby posprzątać lasy, pobocza dróg. Tyle tego! To nie jest ciężka praca...
Śmieci leżą.


...i leżą.