niedziela, 24 września 2017

A nie mówiłam?


Janusz Majewski do młodych reżyserów: „Panowie, a może warto jednak iść po słonecznej stronie ulicy?”
A to są słowa z pewnego forum dyskusyjnego.

Jakoś raźniej się poczułam…

"Dajcie siekierę, stodołę, konia i polska patola w pełnej krasie. Czy w tym kraju naprawdę nie można sensowniej wydawać pieniędzy przeznaczonych na kulturę? Czy polskie filmy naprawdę muszą pokazywać wyłącznie prowincjonalną brzydotę, gdzie bohaterowie chleją na umór i się mordują? Najlepiej walić się po mordach i rzucać kur*ami, w tym polscy twórcy są najlepsi"


"Ja nie potrafię znieść czego innego. Czy w dosłownie każdym ale to każdym współczesnym, polskim filmie musi być ujęcie z chlaniem wódy z gwinta? O co chodzi? Czy za każdą polską produkcją filmową stoi przemysł spirytusowy? Ostatecznie kasa państwowa to i trzeba wspierać państwowy przemysł. Cała reszta to typowa polska filmowa tandeta. Znowu polska prowincja, chwila wzajemnej dobroci a zaraz potem dawanie sobie nawzajem po ryju plus wykrzykiwane "kur..y", "chu..e" itp. Chryste, ile można? Ile, kur...a, można? Polskie współczesne kino w swojej formie przypomina chocholi taniec w której wciąż beznadziejnie powtarza się te same gesty, wypowiada te same słowa i towarzyszy temu jeszcze ogólny poklask."

"O przekleństwach napisałam trochę niżej, natomiast co do picia wódki z gwinta, wywołałam oburzenie pod zwiastunem, pisząc, że w moim rodzinnym domu nigdy nie było wódki na stole w Wigilię, jedynie wino. Napisano mi, że taka jest Polska, a ja się nie znam. Niestety ktoś chyba usunął, bo dzisiaj tego nie mogłam odszukać. Natomiast zmierzam do tego, że oglądając rodzimą kinematografię, można dojść do wniosku, że coś jest z nami szarakami nie tak. Bo mój dom rodzinny był czysty, zadbany, nikt nie chodził brudny, głodny, oboje rodzice pracowali, nie było awantur na całą okolicę. Natomiast w polskich filmach to same obrazki brudu, nędzy i rozpaczy, z lejącą się wódką, warczącymi ludźmi i trupami w szafach, bo przecież przeciętna polska rodzina to taka, w której brat zabił brata, sąsiad sąsiada, a przede wszystkim Polak Polaka. Ot polska mentalność. Moja rodzina chyba nie jest wystarczająco polska na standardy pollywoodu, bo pije się u nas co najwyżej domowe nalewki, nie mamy konia, ani stodoły, a siekiera jeśli jest w garażu to przykurzona i głęboko schowana, bo tata pali w piecu węglem, a gałęzie obcina sekatorem. I o ile mi wiadomo u znajomych jest podobnie. Ale zaraz mi ktoś napisze, jak to życia nie znam i polskiej wsi. Cóż, trochę tam znam, ale nie będę nikogo na siłę przekonywać, co widziałam i o czym słyszałam"

"Natomiast od jakiegoś czasu w polskim kinie obserwuję takie niebezpieczne uzasadnianie obecności przekleństw w scenariuszu. Ba, sami aktorzy tłumaczą się, że przekleństwa wyrażają emocje. Powiem tak, jeśli do wyrażenia emocji potrzebujesz rzucania ku*wami, to dupa wołowa z ciebie, a nie aktor, bo prawdziwi aktorzy wykorzystują w tym celu mimikę, gesty, spojrzenie, ruch, modulację głosu i artykulację. I takie środki przekazu są warte więcej niż dziesięć ku*ew. I piszę to jako artystyczny laik, ponieważ filmem i teatrem zajmuję się hobbystycznie."

"Wszystko jest walone grubą krechą, podane na maksymalnie szerokiej tacy z obfitą porcją soli i pieprzu. Ma być maksymalnie efektownie, wódczano plus obowiązkowe darcie ryja, im większe tym bardziej poruszająca kreacja. To jest taki gówniany warsztat, że nie tylko ręce opadają. Może nie tyle gówniany co po prostu zwyczajnie infantylny. Sprowadzanie rodzinnego konfliktu do najprostrzych emocji, gdzie nie ma miejsca na jakiekolwiek półtony. Żałosne jest to wszystko a zachwyty nad tym być może wynikają z braku konkurencji. Porównałeś to do kina moralnego niepokoju. Ale tamte filmy w porównaniu z tym rzygiem były wielkie. Wystarczy wspomnieć choćby "Barwy ochronne" Zanussiego. Świetny, inteligenty film. Tego dzisiaj nie ma. Albo debilne pseudo romantyczne komedyjki z nieszczęsnym Adamczykiem albo ponure, prymitywne dramaty z Kuleszą."

A coś fajnego, pięknego i miłego w oglądaniu?
Bez polskiej (?) schizy? Histerii, wulgaryzmów i szamba?
Poumierali starzy mistrzowie to i Brzeziny nie ma kto, kręcić, ani Tataraku, Ziemi obiecanej, Nocy i Dni, o nazwyklejszym Czterdzistolatku nie wspominając. Excentrycy przeszli bez echa... Nie umiemy już oglądać filmów "ze słonecznej strony ulicy"?
Naprawdę tylko bagno, syf z malarią "polskie trupy w szafach" - to jedyne tematy, a krzyk, chlanie i bluzgi to jedyne chwyty warsztatowe? 

piątek, 5 maja 2017

Plebania?



Pojechałam z mężem do centrum Warszawy załatwić pewną ważną rzecz.
Wejście od ruchliwej ulicy.Wnętrze jak przykościelny sklep i nikogo nie dziwi, że dzisiaj w sklepach usługi się też czyni. Dla ludności.
Ekspedientek chyba z pięć.
Spora kolejka, więc z nudów się rozglądam.
Towarów sporo wystawiono, biznes przecież musi się kręcić.
Na pionowych, brzydkich metalowych regalikach publikacje – cztery różne życiorysy JPII, dwie o papieżu Franciszku. Dwanaście (!) książek o księdzu Janie Kaczkowskim, naszym nowym świętym (z czym się zgadzam, świetny człowiek), o którym za życia mało kto pamiętał i mało kto pomagał Jego hospicjum. Pięć (5) książek jakiegoś księdza o nieznanym mi nazwisku, który obiecuje, że poprowadzi mnie ścieżką zdrowia i nauczy jak jeść, jak się leczyć itp. Sześć (6) publikacji o objawieniach fatimskich, trzy rodzaje Biblii, w tym jedna dla dzieci i skrót. Ten trzeci to też chyba dla młodzieży. Obszerniejszy skrót z objaśnieniami co autor chciał…
Życiorys dwóch świętych – imion już nie pamiętam, ale nie o Faustynę chodziło. Może o Teresę? Tę co to odżywiała się listkiem sałaty dziennie.
Trzy pozycje o świętej Teresie z Kalkuty. I o dziwo, obok zbioru modlitw do NMP książeczka o… Władysławie Bartoszewskim. Podejrzanie chuda.
Na niższej półce wypieki siostry Anastazji w kilkunastu tomikach, takoż mięsa i zupy, ciasteczka, galarety, kompoty i inne dobrocie–łakocie.
Cała seria przygód Wojtka Cejrowskiego w dziczy. Kilkanaście tomików w postaci zeszytów. Wyklejanki dla dzieci „Poznaj świętego” i „Żywot Jezusa”.
Kolorowanki „Jezus wśród nas” i „Życie św Antoniego”, oraz album fotograficzny: „Najpiękniejsze Kościoły w Polsce”.
Podobne książki leżą hojnie wyłożone na ladach, a na wierzchu pyszni się Gazeta Polska wylewająca jad pod adresem niewiernych i łzy za żołnierzami, co to kiedyś mordowali nawet kobiety i dzieci a teraz zaraz rozpocznie się ani chybi ich zbiorowo beatyfikacja.
Pani dyskretnie co jakiś czas wyciera te łzy i jad ściereczką, bo obok leżą zeszyty z „Robótkami ręcznymi siostry Józefy” – osobno w zeszytach - koronki, hafty. Żeby nie zamokły.
Dalej zeszyty z cytatami JPII. Także obraz przedstawiający papieża Jana Pawła, a i Franciszka w zmyślnym trójwymiarze. Ale też zdjęcie kotka bawiącego się włóczka. Też w trój …
Na innym stojaku karty z życzeniami na wszelkie okazje. Jak dla mnie zbyt ozdobne, grające melodyjki, nibytrójwymiarowe, jak kiedyś moja książeczka o Jasiu i Małgosi. Pierwsze tekturowe 3D w moim życiu a tu proszę! „Z okazji 50 lecia” papierowy trójwymiar róż i łabędzi zsypanych brokatem.
I z okazji komunii świętej i świętego chrztu i cała reszta, z lekka przykurzona, ale obfita.

W miejscu centralnym półmetrowy krzyż, żeby nie było wątpliwości gdzie się znajdujemy.
Sprawę załatwiliśmy i wyszliśmy na ruchliwą arterię stolicy.
Mąż się odwrócił i zapytał:

- Tylko czemu nad wejściem wisi napis POCZTA POLSKA?! 

środa, 19 kwietnia 2017

Święta jako świętość. (tekst nie do wszystkich)
MUSI być rodzinnie, bo jak nie…
Dziennikarze robią wywiady z celebrytami o świętach. Ja na szczęście jestem rozpoznana jako ateistka, więc mnie już nie atakują, żebym opowiedziała o „magii świąt”. Ani jednych, ani drugich.
Boże Narodzenie do mnie przemawia. Siła tradycji, piękne święto, nadto podczas okupacji to było święto polskości i polskiej niezłomnej rodziny, choć w niemieckich okopach, niemieccy chłopcy i ich ojcowie też nucili „Stile Nacht”.
U mnie w moim ateistycznym domu to było Święto Rodziny obchodzone jako rodzaj polskiej tradycji właśnie, (jak inne święta rodzinne) bez religijnych odniesień.
A Wielkanoc? Miłe „jajeczne” święto wiosny.
I niestety stale towarzyszy temu terror „miłej i rodzinnej atmosfery”. W rodzinach, w których religia nie odgrywa już żadnej roli, wiele osób korzysta z wolności od owego terroru i wyjeżdżają spotkać wiosnę gdzieś, gdzie lubią. Zamiast siedzieć w domach z rodziną, z którą nader często nie mają aż tak cudownych więzów, jak te opisywane w prasie kolorowej. Przykładem wywiady z celebrycką rodziną S., jak to jest CUDOWNIE aż do chwili, w której jedna z sióstr opowiedziała ciut za dużo i została czarna owcą i już tak CUDOWNIE nie jest.
U niektórych nadal rodzinna schizofrenia trwa w najlepsze.
Bywa, że rodzinne więzy są naderwane dość istotnie. Rodzina jest podzielona na tych, którzy za każdą cenę udowodnią wszystkim w koło, że jest rodzinnie i CUDOWNIE i na tych, którzy tego terroru świątecznej poprawności nie akceptują i jadą w okresie świąt na Wyspy Kanaryjskie, albo do Wisły. Ewidentnie nie chcą siedzieć zamknięci w domach mamusi czy babci z resztą rodziny i patrzeć jak panie się uwijają próbując zakarmić rodzinę na śmierć. Bo taka tradycja!
Stanowczo dopinguję tych, którzy się wyłamują.
Mamusię, babcię i ciocię z wujami i dziadkami można celebrować na wiele innych sposobów – lepszych niż siedzenie i wcinanie żuru na białej kiełbasie i makowca. Mamę i babcię zabrać do Spa, z wujem, ojcem, dziadkiem pójść/pojechać tam, gdzie by chcieli, a choćby i do Barcelony na wino, czy na Mazury, na ryby, na mecz (tenisowy, bokserski piłkarski). A całorodzinnie obmyślić coś, co wszystkim sprawi frajdę.
Bycie ze sobą tak naprawdę jest ważne a nie terror rodzinności „bo tak wypada”, „bo w święta RODZINA razem być musi!”. Nawet za cenę zaciśniętych zębów?!
PS Ten tekst NIE DOTYCZY tych, dla których spotkania rodzinne są kapitalną okazją do autentycznej radości i frajdy. U mnie tak bywa w święta, ale i poza świętami też a czasem nas w święta nie ma! Obecnie Starszaki wyjechały wyluzować do pewnego ośrodka z basenem i kręglami. I świetnie! My z panem Inżynierem, też za rok czmychamy do „ciepłego”. Dzieciakom zostawimy klucze, a rodzinnie spotkamy się w ciepły majowy weekend, gdy wszyscy tego zapragniemy. Zrobię szczawiówki z młodego szczawiu, a kiełbasę z wnuczkami będziemy grillować przy ognisku. Będzie super!

sobota, 31 grudnia 2016

O, roku ów!

Nie robię podsumowań, ale w tym roku zdarzyło się coś takiego, że... zrobię, a co!
    :-) 
Ja mam w sobie pewien rodzaj wiary w "siedem krów". Znaczy, że są lata chude i tłuste, że to się w życiu przeplata i że się z dołków wychodzi, choć bywa, że zajmuje to więcej czasu niż tylko "hop!". Dołki bywają dołami, a nawet Rowami Mariańskimi.
W latach pięknych warto sobie stawiać mocne cele, bo nie ma większej frajdy w życiu niż zdobycie jakiegoś własnego Mount Everestu.
Trzeba być uważnym z marzeniami (zwłaszcza, gdy się ma 60 +), bo jeśli zdecydujemy się na realizację marzeń niespełnialnych rozczarowanie może nas wrzucić w otchłań rozpaczy a leciutka korekta sprawi, że marzenie z lekka (albo porządnie wręcz) urealnione pozwala je spełnić i mieć wielką frajdę, że się dało radę.
(Siwy na przykład wie, że pewne sporty ekstremalne nie są dla niego, więc w wieku 64 wskoczył na narty nieekstremalnie i jakoś daje radę! Myślę, że w tym roku chłopaki zaciągną go na czarną trasę i poradzi sobie!)
Ja kilka lat walczyłam z chudymi krowami.
Przyznam się, że było baaaaardzo ciężko.
Zwłaszcza bycie wyrolowaną z zimna krwią, przez ludzi niegdyś bliskich jest dramatycznie przykrym przeżyciem.
Ale, jak mówią "abyśmy zdrowi byli" i ja jestem.
(oczywiście, że gdzieś tam skrzypię ale generalnie jest OK)
Większość chudych krów poszło sobie.
Mam nadzieję, że w naszym małym kosmosie rodzinnym będzie dobrze.
Oczywiście mam marzenia, z lekka skorygowane (bo piękna, młoda i szczupła to ja już byłam) i tylko trzeba stworzyć projekt, plan i realizacja jest MOŻLIWA. https://www.facebook.com/images/emoji.php/v6/f4c/1/16/1f642.png:-)
I na koniec koniecznie muszę opisać pewną historię.
Siedem lat temu rozstali się z hukiem i trzaskiem. Nazwijmy ich Adam i Ewa, albo Anita i Stefan, albo Iga i Romek - nieważne.
W pewnych kręgach ludzie znani. Z bagażem życiowym synami, i sukcesami. On odszedł. Miał dość.
Skracając, i nie wchodząc w szczegóły- rozstanie miało być z jakimś porozumieniem, ale niestety przerodziło się w... wojnę siedmioletnią.
Wzajemnym uszczypliwościom i awanturom, nieporozumieniom, oskarżeniom i złośliwościom nie było końca. Wyniszczające i wredne to było. Brzydkie. Któregoś dnia Ona zamyśliła się głęboko nad tym, jak reagują synowie, zwłaszcza młodszy. Dorastał, było źle.
"To nasza wina" - pomyślała i zaczęła myśleć nad tym jak przynajmniej schłodzić ten wyniszczający pożar.
"Żeby było jak u was! - mówiła mi niejednokrotnie (bo to wiecie, że z byłym mężem, ksywka "Pierwszy", kumplujemy się najzwyczajniej) - żeby bez tych złośliwości, wojny. Po co to?! On ma swoje życie, ja swoje. Wiesz - mówiła z sensem - że ja nienawidzę agresji i awantur. Chciałabym móc tak to poukładać żebyśmy nie zalewali się toksyną wzajemnych oskarżeń. To jest kompletnie niepotrzebne!
On faktycznie szalał... Nie znałam go takim. Życie osobiste mu się nie układało. Może dlatego był taki sfrustrowany, wściekły?
Ona rozpoczęła pracę nad swoim planem zalania agresji spokojem i porozumieniem. Szczerze mówiąc podziwiam ją za to. "Marzenie ściętej głowy" - myślałam po cichu wiedząc, jakie hiszpańskie emocje wkradają się w ludzkie zachowania. Raz spuszczona ze smyczy niechęć, agresja nie jest łatwa do okiełznania.
Skracając, cała ta historia to... telenowela - nie przymierzając – południowoamerykańska. I to C - klasowa.
Tak, tak - domysły są słuszne.
Podczas kolejnej próby porozumienia z awanturą, uspokojeniem się, pyskówką i znów spokojną rozmową wyszło, że... on ją stale kocha! Że ŻADNA - tylko ona! Rozmawiali niemal tydzień. Jak ona to nazywa - "kompletna, bolesna ale oczyszczająca resekcja wrzodu". Udało się.
W tydzień zmienili mieszkanie na większe, bo są razem nieodwołalnie.
A teraz, całą rodziną, wraz z synami oczywiście, są od tygodnia w ciepłych krajach, piją szampana, dobrze jedzą, zwiedzają, kąpią się i trzymają za ręce.
Nie muszę pisać, jak odetchnęli synowie.
Ufffff. Zakończenie tak słodkie, że aż... podzieliło znajomych. Jedni przyklasnęli - i jęknęli: "Noooooo, NARESZCIE! Kiedy szampan?"
Innym się to w głowie tak dalece nie mieści, że mają focha.
Ja powtarzam za nią: "Co chatka, to zagadka". Mnie się podoba.
Znam ich i nie sądzę, żeby za tydzień, a nawet za rok coś się zmieniło. Są na to za starzy i chyba oboje wiele zrozumieli, a ocenianie ich, to już w ogóle idiotyzm, bo takich rzeczy się nie ocenia! TO ICH SPRAWA. Szlus i ament.
Ja tylko mogę klasnąć w dłonie, i powiedzieć im, że ogromnie mnie to cieszy, bo ja jestem z pokolenia, które pamięta hippisowskie hasło "Make LOVE not war".
...i dobrze jest!
No. 

To życzę Wam, żeby chude krowy poszły precz, żeby mimo marnych prognoz przynajmniej w życiu osobistym było fajnie i dobrze. Żebyście byli kochani i mieli kogo kochać.

sobota, 10 grudnia 2016

Śmieci w lesie czyli "a co ja mogę"?! 


Jeśli najniższa, najdrobniejsza władza nie radzi sobie z prostą sprawą, to PAŃSTWO nie działa.
Znaczy, owszem - na najwyższych pułapach, jak widać, działa niszcząco i rujnująco, nocą przepychając ustawy rozwalające demokrację, ale tam gdzie sprawy proste, gminne, codziennie upierdliwe, gdzie potrzeba rozsądku i PRAWA – tam nie działa.
Oto przykład.

Kilka miesięcy temu w lesie pojawiły się porozwalane śmieci.
Pokazywałam!
W lesie, przy drodze. Jak w setkach polskich lasów. Niestety.
Wśród śmieci znalazłam kopertę z nazwiskiem palanta i jeszcze jakieś papierzyska. Też z nazwiskiem.
Policja potwierdziła: „Znamy, znamy! To taka patologia z pobliskiej wsi. Wiecznie się między sobą tłuką dwie rodziny, stąd w śmieciach papiery sądowe. Ale... to już inna gmina.”
(Uwaga: to ostatnie ma znaczenie w tej sprawie).
- A może panowie pojedziecie po tego palanta, przywieziecie go tu, żeby posprzątał i zagrozicie, że gdyby nie zechciał, to sąd wyda nakaz sprzątania gminie i rachunek pod rygorem komorniczym do uregulowania będzie miał złoczyńca?
- Eeeee, wie pani, to tak nie działa.
Policja przyjechała do lasu, popatrzyła, śmieci obfotografowała, pogadała i pojechała. Założono PODOBNO sprawę w sądzie.
Śmieci leżą.

W TEJ sprawie tkwią same „problemy”!
- pierwszy to, że śmieci są wywalone w innej gminie, niż mieszka wywalający
- gminy nie umieją się w TEJ sprawie dogadać,
- gmina, w której leżą śmieci nie jest w stanie wydać polecenia śmieciarzom, żeby je zebrali; poniekąd słusznie, bo moralniej byłoby, gdyby pozbierał je ten śmiecący.
Śmieci leżą.
Jestem w Urzędzie Gminy, w której mieszka złoczyńca. Zatrwożona pani urzędniczka mówi "dobrze, ja jutro wezmę kierowcę, worek jakiś i sprzątniemy to". Zatkało mnie, ale gdy odetkało zaprotestowałam.
- To niemoralne, proszę pani. To ten palant powinien pod rygorem policji pojechać i sprzątnąć, a jeśli nie, to ktoś, komu państwo DAJECIE pieniądze na różne zapomogi (a przychodzą po nie różni ludzie, wśród nich pijaki śmierdzące - wiem, bo widziałam i CZUŁAM odór fajek i wódy) i to może oni w ramach pracy za te zapomogi powinni troszkę popracować na rzecz gminy? A rachunek za to wysłać temu śmiecącemu?
Pani westchnęła i pokręciła głową.
Nie da rady. Śmieci nie leżą w ich gminie.
Poszłam na posterunek, a tam pan komendant nieprzyjemny i sfrustrowany niemal na mnie nakrzyczał, że:
- Policja już nic do tego nie ma! Ani z jednej gminy, ani z drugiej. Tak, oba posterunki, z obu gmin znają sprawcę, znają sprawę i... nic nie mogą zrobić. Zgłoszą do sądu.

Gmina, w której leżą śmieci, pani od ochrony środowiska rozkłada ręce:
- Może pani pójdzie do wójta?
- Serio?! Wójtowie dwóch gmin mają się zajmować wywalonymi do lasu śmieciami?! Ale, że serio?
Pani milknie. Sprawa pozostaje na etapie "co ja mogę". I śmieci nie ruszać, bo "Sprawa jest w toku, MOŻE sąd wyda nakaz sprzątnięcia. Są dowodem w sprawie, czekamy na decyzję sądu".
- Czy wówczas zmusi ktoś tego śmiecącego do posprzątania?
Pani znów rozkłada ręce. Nie wie...
Śmieci leżą.
Śmiecący palant ma w dupie fakt, że wywalił śmieci do lasu i śmieje się w nos wszystkim. Jest totalnie bezkarny. TOTALNIE!
Ponowna rozmowa z policją:
- No jak to? Mamy go tam zawieźć i... ZMUSIĆ? Jak pani to sobie wyobraża?! To nie leży w naszych kompetencjach!
Śmieci leżą, facet ma to w dupie.
Wniosek - państwo nic nie może. Nadto właśnie obnaża, wręcz demonstruje wobec przestępców i drobnych palantów swoją absolutną niemoc.
Pojęcia nie mam, kiedy te śmieci zostaną sprzątnięte, nawet już chciałam sama, bo las raz na pół roku sama sprzątam, ale ponoć nie wolno ich ruszyć, bo teraz sprawa się toczy.

A w gminach kolejki różnych ludzi, w tym zwyczajnych szopenfeldziarzy po "piniendze", które pójdą na szmuglowane fajki, na tanie wino. I oni MOGLIBY coś zrobić na rzecz gminy, choćby posprzątać lasy, pobocza dróg. Tyle tego! To nie jest ciężka praca...
Śmieci leżą.


...i leżą.

piątek, 18 listopada 2016

Chciałam pięknej książki, i mam!

Już dawno mówiłam o tym jak bardzo potrzebuje książki PIĘKNEJ.
Jak nużą mnie już te wszystkie pisane wulgarnie, urywanymi zdaniami, opisujące jakieś wydumane stany psychodeliczne, jakieś niby polskie szambo. Szare obrazki, szary język, szare myśli i poszarpana polszczyzna, bo dzisiaj jest moda na brzydotę, trzeba ją opisywać brzydkim językiem. Pytałam wówczas, czy dzisiaj nikt już nie umie opisać świata pięknym językiem?
Chcę pięknej książki!
Wyśmiano mnie.
Krytycy i pisarze wydumali sobie, że pisząc tak, chciałam zwrócić uwagę na siebie, więc zgodnie z polską tradycją niedoczytania, niezrozumienia i stworzenia sobie własnej wersji mojej wypowiedzi (co po angielsku nazywa się Straw Man argument), obśmiano moje pytanie i mnie.
Niektórzy bez klasy, inni w białawych rękawiczkach. Bez zrozumienia.
Trudno. To walka przegrana, jeśli nie ma chęci wysłuchania interlokutora.
Dzisiaj najspokojniej mogę powiedzieć, że mam tę książkę, o której mogę powiedzieć śmiało, że jest Piękna. Pięknie wydana i pięknie napisana i nie jest harlequinem, ba, nawet nie jest romansem, jest albumem, swoistą opowieścią, refleksją?
To „Biel” Marcina Kydryńskiego.

Autor jest erudytą nie jest to więc pierwsza jego książka pięknie napisana. Pierwej opisał Lizbonę: „Lizbona. Muzyka moich ulic.”
Nigdy nikt tak miasta nie opisał.
Autor wychowany starannie i oczytany od dziecka ma łatwość posługiwania się językiem polskim. Żongluje językiem z prestidigitatorską łatwością, choć lepiej napisać: z lutniczą precyzją Będąc wielbicielem, znawcą muzyki ma jeszcze ten dar, że słyszy dźwięki w pełnej ich skali, jest świadom czym jest harmonia, a fałsz sprawia mu ból. Jako fotograf, wrażliwy i wnikliwy obserwator, ma też wyczulony wzrok i zmysły pozwalające ogarniać to czego inni najczęściej nie widzą. Szerokie horyzonty, wielka wiedza, erudycja i umiejętność przelania tego na papier, nadania ciekawej formy, oczarowanie czytelnika  – to dzisiaj ginący gatunek pisarza.
Śmieszą mnie fochy czytelniczek/czytelników, piszących z wyższością, że język pana Marcina jest dla nich zbyt barokowy, zawiły. Serio?!
Mój tatko powiedziałby „Nie narzekaj na lustro, gdy gęba krzywa”, a mama powiedziałby spokojnie – nie rozumiesz? Masz encyklopedię, zajrzyj!
Przyznawanie się do tego, że operowanie zdaniami złożonymi, stosowanie przenośni, parafraz, epitetów, metafor, porównań, oznacza przyznanie się do kiepskiego poziomu, do nieoczytania. Nie jest winą autora, że ma wykształcenie i posługuje się pełnym zasobem słów, rzuca cytatami, zna nazwiska ludzi mających coś do powiedzenia w sprawie, którą on opisuje.Często - zna ich osobiście. To zaleta i należy to wypunktować a nie jęczeć że "język za trudny".   
W „Bieli”, jak i w poprzedniej swojej książce, w audycjach radiowych  Marcin Kydryński używa języka malarskiego, poetyckiego, fakt – bywa że wyniosłego, ozdobnego ale nie zawsze – gdy trzeba, prostego, mocnego i bardzo trafnego.

„Biel” powstała jako rezultat wieloletniej fascynacji autora Afryką.
Piękny i bogaty język, świetne fotografie mamią, wydaje się, że dostaniemy do pomacania, do posmakowania Afrykę taką jaka jest na pocztówkach biur podróży. Gorącą, żółto-biało-brązową, z ugrem i zielenią, z ciemnymi postaciami wiotkich kobiet i zwinnych mężczyzn, zapachem buszu po deszczu…
Nic bardziej mylnego.
To swoisty paradoks, że wysublimowane piękno natury nie jest w centrum zainteresowania autora, ono mu zaledwie towarzyszy, tworzy tło. Raczej niedotykane, pomijane albo tylko dyskretnie zaznaczane. Dostajemy Afrykę „na surowo”, bez ugarnirowania jej tanim widoczkiem piasku z palmą, czy buszu z zebrą. To Afryka taka jaka jest naprawdę – przerażająca swoją innością, brutalnością. Nieprzystająca do naszych pojęć o stosunkach międzyludzkich, humanitaryzmie, współpracy i współistnieniu. Afryka niezrozumiała, krwawa albo tylko brudna, bezmyślna, leniwa, brzydka, zaśmiecona, i smutna raczej, niż bajkowa. Zalana łzami i krwią.

Czytając tę książkę musiałam się zmierzyć z moim pojęciem o tym, jaki jest ten „czarny”, a w zasadzie gorący, suchy ląd, uładzić się sama ze sobą, bo szczególnie dzisiaj wobec wielkiej migracji muszę sama sobie odpowiedzieć na wiele trudnych pytań. Okazuje się, że temat empatii jest trudniejszy niż sądziłam.
Mam szczególną przyjemność mieć tę książkę – album (zdjęcia!) i audiobooka, którego jestem… akuszerką, bo uprosiłam zarówno pana Marcina (miał opory), jak i wydawnictwo, żeby autor swoim sjestowym głosem, z charakterystycznym, ojcowym „r” przeczytał mi tę książkę na głos.
I słuchanie go, to dopiero jest wielka frajda.
DZIĘKUJĘ za możliwość poznania tego kontynentu, na który się nie wybieram, a który chciałam poznać, zobaczyć, poczuć choć w maleńkiej części dzięki komuś, komu ufam.



Kilka wybranych cytatów:

Jeżeli ktoś nazwie ją albumem fotograficznym, sprawi mi
przyjemność. Gdy uzna, że to książka o Afryce, nie będę się
spierał. Na nieprzyjemny zarzut, że jest w istocie autobiografią,
nie będę umiał odpowiedzieć, zażenowany, przyłapany na
gorącym uczynku. Sam myślę o Bieli jak o notatkach na marginesach
książek, które zawsze mam ze sobą w podróży, bo lubię
rozmawiać ze znacznie mądrzejszymi od siebie. Książki są dla
mnie najważniejsze.
A nie ludzie? – ktoś spyta. Książki to są ludzie, przecież.
Wydestylowani do samej istoty rzeczy.
*
Bosaso to niedostępne klify i górskie jaskinie. Schronienie
dla ekstremistów, przechowalnia samobójców. James
Fergusson w swojej książce World’s Most Dangerous Place pisze,
że młodym nomadom zwerbowanym za garść jedzenia do
radykalnych bojówek pokazuje się tańce pulchnych dziewcząt
z filmów bollywoodzkich, mówiąc, że są to nagrania przesłane
z nieba przez poprzednich męczenników sprawy. Osobny
temat: erotyczna frustracja, seksualne niespełnienie nastoletnich
rekrutów z pustyni – jako motywacja do świętej wojny.
Możliwość jej uniknięcia, gdyby wcześniej ktoś ich przytulił
do nagiej piersi.
*
Tymczasem muzyka północy, ta z sudańskich taksówek,
z autobusów w skalistych pejzażach Erytrei, z etiopskich kiosków
z gazetami miała inne zadanie: ogłuszyć. Uniemożliwić
refleksję. Wypełnić pustkę tysiąca mil piasku i pustkę w naszych
stumanionych zmęczeniem głowach. Wyłączała mózg.
Podkreślała wspólnotę. Nawet gdyby podróżujący tym samym
autobusem przez trzy dni po 14 godzin na wstępie nie czuli
się sobie bliscy, ta muzyka miała ich scalić, pojednać w ów
napastliwy, nieznający sprzeciwu sposób. Niczym w świecie
Orwella.
Drażniła powtarzaną w nieskończoność frazą, głos miał
w sobie tę gwałtowność, która wyklucza ukojenie, miał ton
tłuczonego szkła. Słuchałem mimowolnie i czułem, jakby grajek
wtykał mi do uszu długi kolec akacji. Ta muzyka zdawała
mi się nienawistna bardziej niż smród zjełczałego masła na
włosach kobiet, niż odór zwierząt przewożonych w skwarze
pod siedzeniami. Fetor ich odchodów. Nie zostawiała miejsca
na to, co odrębne. Była jak stado fałszywie grającej na dudach
szarańczy. Niszczyła wszystko na swojej drodze.
*
W którym momencie wszystko poszło nie tak? Być może
od samego początku, w 1819 roku, to był zły pomysł Kongresu
Stanów Zjednoczonych, by uwolnionych niewolników odesłać
z powrotem do Afryki. Choć hasło brzmiało godnie i przeznaczono
na tę podróż 100 tysięcy ówczesnych dolarów, głównie
chodziło o to, by młodzi, silni, bystrzy i od niedawna wolni
ludzie nie zasiali w konserwatywnym białym społeczeństwie
zamętu. Statek „Elizabeth” wywiózł ich więc na zesłanie bez
prawa powrotu, ale opatrzono tę ekspedycję etykietą prawości.
Może to był zły znak, że zanim w ogóle znaleziono miejsce
na osadę, co czwarty z uwolnionych zmarł na malarię?
Może miała się w przyszłości zemścić decyzja, by ziemię dla
nowo przybyłych wymusić od miejscowego władcy za bezcen,
przystawiając mu pistolet do czoła?
Co stało się potem, stało się naprawdę. Nie było eksperymentem
psychologii społecznej. Philip Zimbardo zastanawiał się
nad tym szczególnie ostrym zakrętem ludzkiej duszy dopiero
sto pięćdziesiąt lat później, gdy studentów Uniwersytetu
Stanforda podzielił na dwie grupy i umieścił w więzieniu
w rolach strażników i więźniów. Eksperyment przerwano po
sześciu dniach, gdy okazało się, że studenci obdarzeni przywilejem
władzy nie zawahali się przed upodleniem, torturą,
zniszczeniem grupy zdefiniowanej jako słabsza.
Na idyllicznych plażach Afryki Zachodniej niedawni
niewolnicy, z Biblią w ręku, nie pojawili się, by szukać śladów
przeszłości i odnaleźć stęsknione rodziny. Znając jedynie
zasady funkcjonowania wielkich plantacji Południa, zastosowali
je wobec rdzennej afrykańskiej ludności. Zmusili do
pracy, nałożyli podatki, pozbawili praw i ziemi. Zbudowali na
wybrzeżu osiedla na wzór miast Ameryki. Wystrugali werandy,
kolumnady. Ubrani w krynoliny, fraki i czarne cylindry
podążali w dewastującym upale do licznych kościołów, a swój
kraj, pod amerykańską flagą, ochrzcili Christopolis. Biblię
czytali jednak nieuważnie. Nie im pierwszym i nie ostatnim
umknęły przykazania miłości.
*
Ryszard Kapuściński notował w
Lapidarium: „Jestem
przekonany o całkowitej odmienności kultur. Gdy dzisiaj pracownik
na rzecz pomocy rozwojowej udaje się do wioski afrykańskiej,
to robi to zwykle dlatego, że sam tego chce, a nie
dlatego, że tamtejsi ludzie są jakoś specjalnie tym zainteresowani.
Być może ich kultura jest kulturą minimalizmu, wolą
nic nie robić. Jest w tym jakaś przemoc, gdy zmusza się ich,
by uwierzyli w wartości obcej kultury. (…) Najlepsze byłoby
zaakceptować to. Nie trzeba zmieniać wszystkiego”.
*
Na marginesie: jest dzisiaj w dobrym, politycznie poprawnym
tonie napisać: „W Afryce spotkałem na swojej drodze
ludzi, którzy niczym się od nas nie różnią”. Brzmi dla niektórych
szlachetnie, ale to nie mój pogląd. Nie tylko dlatego,
że z łatwością dowiodę, iż w Afryce lepiej od nas biegają,
tańczą i rzeźbią w drewnie. Że statystyczny przechodzień na
ulicy w Dakarze przypomina antycznego dyskobola, a w moim
mieście często worek ziemniaków. System wartości muezina
z Omdurmanu jest tak odmienny od przemyśleń maklera giełdowego
z Wall Street, że równie dobrze mogliby należeć do
dwóch odmiennych gatunków zwierząt na odległych od siebie
planetach. Mnie równie daleko do każdego z nich, choć staram
się zrozumieć obu. Z różnym skutkiem.
Co też znaczy: w Afryce? Somalijski pasterz wydaje mi
się tak oddalony od zanzibarskiego rybaka, jak wielbłąd od
rekina. Kairski taksówkarz tak inny od myśliwego Mursi, jak
pyton od lamparta. Wierzę, że te sformułowania nie wartościują.
Lub robią to a rebours, bo właśnie odrębność jest dla mnie
Wartością.
*
Za jazdę z mężczyzną na tym samym motocyklu dziewczynę
uśmierca się kamienowaniem. Za kradzież obcina się ręce. Radykałowie
z organizacji Boko Haram (w wolnym tłumaczeniu:
„precz z zachodnią cywilizacją”) prześcignęli w okrucieństwie
i liczbie ofiar nawet Państwo Islamskie. Sahid, a wraz z nim
każdy chyba mieszkaniec Sierra Leone, konfliktów religijnych
i plemiennych nie pojmuje.
Tu rebelianci obcinali dorosłym ręce, żeby nie mogli głosować
w wolnych wyborach. Ale dzieciom cięli maczetą dłonie
i stopy także, by zaszokowany świat przysłał pomoc humanitarną,
z której oni mogliby szerokim gestem skorzystać. Ostatecznie
szło o pieniądze. Silna motywacja.
Sierra Leone pozostaje wciąż jednym
z najbiedniejszych państw na świecie, mimo pomocy humanitarnej
najwyższej w historii, jeśli przeliczyć ilość dolarów
przyznanych na jednego mieszkańca. Gdzie te pieniądze,
ktoś spyta?
Linda Polman w książce Karawana kryzysu, jednej z najbardziej
wstrząsających moich lektur w ostatnich latach, próbuje
podjąć ten temat. Jedno jest pewne. Te pieniądze nie trafiły do
slumsów Freetown.
*
W wiosce John Obey poznałem chłopca Ibrahima Jalloha.
Jest sierotą wojennym. Nie mówi o Taylorze. Milczy o ruf.
Łowi ryby. Wieczorami wraca pożyczoną pirogą, wydrążoną
z pnia bawełnianego drzewa. Nie posiada niczego. Co za
wolność. Mieć tylko majtki. Jeść owoce z drzewa i łowić ryby,
pić deszczówkę i sok z mango. Pływaliśmy o zachodzie słońca
w ciepłych wodach Atlantyku, zmierzch barwił je na szmaragdowo.
Pamiętam, jak Ibrahim wspiął się na czarną skałę
i odurzony czystym szczęściem istnienia zawołał:
– I co o tym myślisz? Kochasz Sierra Leone? Czy to nie
najpiękniejsze miejsce na ziemi?
Potrzebował mnie do potwierdzenia w sobie tej miłości.
*
Powieść W pustyni i w puszczy, jakkolwiek napisana w roku urodzin
Czesława Miłosza, była wciąż jeszcze doświadczeniem pokoleniowym
dla nas, roczników lat sześćdziesiątych. Przynajmniej
dla trzech generacji stworzyła pas startowy dla marzeń,
zrodziła tęsknotę za tym, co odległe i odmienne. Za brzmieniem,
kolorem i żarem Południa.
Wiek po jej wydaniu coraz częściej słychać głosy, by „tę
żałosną ramotę” usunąć z lektur szkolnych, by ją napiętnować,
a najchętniej zapomnieć. Może więcej pożytku przyniosłoby jej
uważne czytanie. Wniknięcie w kontekst historyczny, rozmowy
o istocie kolonializmu, analiza głębokiej przemiany, jaka
dokonała się w ostatnim stuleciu w kwestii etyki i moralności,
dyskusja o „poprawności politycznej” i jej protekcjonalizmie.
Czy nie ciekawa może być w szkolnej klasie rozmowa
o tym, dlaczego Sienkiewicz, pisząc tę książkę w czasach, gdy
Polska była podzielona między trzech zaborców, nie ujmuje
się za sudańskimi powstańcami, lecz fanatycznie staje po stronie
brytyjskiego najeźdźcy? Czy lektura powieści nie może być
wstępem do rozmowy o idei rasizmu?
Ale też o pojęciu rycerskości. Wśród gwaru głosów atakujących
Sienkiewicza pojawiły się i takie, że utrwala zły stereotyp
dominującego chłopca nad ubezwłasnowolnioną dziewczynką.
To dziwaczny trop, wydaje mi się, że moje pokolenie
wolałoby nazwać bohatera „opiekuńczym” i cechę tę pochwalić.
Zwłaszcza że Staś wkraczał powoli w dorosłość, a Nel była
zaledwie ośmiolatką.
Staś na pytanie o to, co nastąpi w Afryce po ich wyjeździe,
otrzymuje od swego wybawiciela krzepiącą odpowiedź:
„Anglia”. Czy to nie znakomity punkt wyjścia do lekcji historii,
by opowiedzieć, co istotnie zdarzyło się potem?


(dziękuję wydawnictwu Edipresse za możliwość zamieszczenia cytatów)

wtorek, 15 listopada 2016

Jasna… sprawa.

Jasna Góra, Licheń, Świątynia Opatrzności Bożej i wielki Jezus ze Świebodzina… nasze najwspanialsze, NAJ- największe!

Zawsze mnie to zadziwiało, że Bogu potrzebne są te stosy kamieni, złoto i błyskotki, miliony wlane w beton!
A przecież i on (Bóg) i jego Syn ponoć promowali zawsze ubóstwo i DZIELENIE SIĘ. Jezus podobno pochylał się nad najuboższymi, zranionymi, okaleczonymi, zapomnianymi i tymi, którzy zbłądzili.
Tak myślę, że gdyby faktycznie chodziło o kult tych właśnie bóstw, to zamiast dziesiątków tysięcy kościołów, które ostatnimi laty zbudowano (pominę milczeniem urodę architektoniczną), potrzebniejsze byłyby przytułki, szpitale dla najuboższych i wspaniałe, ciepłe domy dziecka z atmosferą jak w domu (a nie jak u siostry Bernadetty), domy opieki nad ludźmi starymi jak np hospicjum księdza Kaczkowskiego, noclegownie czy jadłodajnie. Opieka, troska. TO byłby prawdziwy kult Boga i Jezusa - służenie tym, którym się nie udało.
Szpital pod wezwaniem Opatrzności Bożej dla  bezdomnych i najbiedniejszych – to byłoby wspaniałe dzieło na chwałę Boga! W Polsce jest 10500 świątyń, a szpitali publicznych zaledwie 560 (dane z 2015). 
A tymczasem stawia się coraz większe pomniki pychy kościelnej.
PYCHY, bo muszą z założenia być wielkie i bogate. Ba! Większe niż posąg w Rio de Janeiro, większe niż watykańska bazylika. Czyli chodzi o pokazanie wielkości a nie o to, co w Biblii – że ważny jest Człowiek i jego problemy, że najważniejsi są ci na samym dnie, słabi i bezbronni.
Ćwierć miliarda wydano na Świątynię Opatrzności Bożej, w tym z państwowej kasy 60 mln a jeszcze 30 mln potrzeba! Pytam – na co? Na beton i ozdoby? Na największego Jezusa z żelbetu poszło 6 mln! To przecież gesty, których żyjący Jezus by nie przyjął! Skląłby i nakrzyczał, że królestwo jego nie jest z tego świata a pycha jest grzechem.
Ale Go nie ma.
Nie tupnie, nie krzyknie.
Wierni, którzy leją kasę na ten beton i ozdoby a zamykają oczy na ubóstwo i nieporadność, spychając obowiązek wspierania bliźnich wyłącznie na państwo i rząd, działają wbrew naukom swego Pana – jak na niego mówią. Słuchają tych, którzy przy pomocy wiernych budują pomniki pychy mające, jak w średniowieczu, dać wiernym poczucie maleńkości wobec kościoła – ogromne i przytłaczające budowle miały wszak wyrabiać w wiernych poczucie uniżenia, małości wobec bóstwa i jego ziemskich „przedstawicieli”.
Czy i dzisiaj tak jest? Tyle lat oświecenia, nauki i stale wierni muszą czuć się maleńcy i uniżeni? Wolą dać księdzu na beton i ozdoby niż na szpital czy choćby przytułek pod wezwaniem jakiegoś świętego, żeby taka instytucja służyła LUDZIOM, a nie hierarchom, którzy i tak mają się świetnie – stać ich na zdrowe jedzenie, doskonałe leczenie, wypasione bryki. I jeszcze śmią wmawiać wiernym, że wszystko to mówią i robią w imieniu Boga i dla Boga? Czyli to Bóg woli inwestować w beton i ozdoby, w samochody i w złotem haftowane ornaty niż w… ludzi?


Daj narodzie, jeszcze 30 milionów na ołtarz…