niedziela, 15 kwietnia 2018

Pobudka, Polaku katoliku.


Pora włączyć myślenie. 
W Polsce obserwujemy dzisiaj triumfalne pochody nazistów.
Prężą muskuły, jak w latach ’20 ubiegłego wieku. 
Głoszą hasła:
- „Czołem wielkiej Polsce", "ONR walczy, ONR czuwa, ONR wielką Polskę wykuwa", "Młodzi, aktywni, radykalni", My nie chcemy tu islamu, terrorystów, muzułmanów", "Narodowy radykalizm", "Praca w Polsce dla Polaków", "Śmierć wrogom ojczyzny", "Idzie nowe pokolenie, niesie Polsce odrodzenie", PiS, PO, jedno zło", "Nie tęczowa, nie czerwona, tylko Polska narodowa", "Polska walcząca", "Stolica Polaków nie chce lewaków", "Rząd na bruk, bruk na rząd", "Znajdzie się kij na lewacki ryj".

Przemarsz zabezpiecza policja.
Zdjęcia polityków  PO wieszają na szubienicach. To nie jest zabawa. To jest wstęp. 
Teraz patrzymy ze zgrozą jak tupią koło pomnika stoczniowców, a gdzieś w oddali jest… Westerplatte. Nie widzisz Polaku-katoliku zgrzytu?! 

 Wczoraj pieścił ich kościół na Jasnej Górze, usłużnie i serdecznie ojcowie jasnogórscy przyjmowali NACJONALISTÓW jak ukochane dzieci.
Arcybiskup Hoser odwraca oczy od niepełnosprawnych. To niebywałe! Nie zna tego?:
"Jezus współcierpi z wszystkimi, którzy doznają bólu,
bez względu na to, do jakiej przynależą oni
klasy społecznej, religii lub narodowości.
Jest w nim coś, co nie może znieść obłudy
i jawnej niesprawiedliwości
wobec ludzi ubogich, chorych, ułomnych i potrzebujących,
których serca także są zranione, przepełnione wstydem i poczuciem winy, ludzi sponiewieranych przez tych, w których widziano przedstawicieli Boga,
arcykapłanów i kapłanów,
zamkniętych w swoim bogactwie i władzy.
"Splanchna" oznaczać może również gniew.
Jezus wpada w gniew, widząc w jaki sposób traktuje się ubogich."
WSTYD Arcybiskupie nie znać tych słów.

Widzisz to Polaku-katoliku i nie grzmisz?! 
Włącz myślenie! Larum grają! 
Sadzisz, że to jest jakiś inny kościół od tego Twojego, w którym się modlisz w niedzielę? NIE! To TEN SAM kościół. Wciąż nie ma refleksji? ZERO?
W czym TY – katoliku bierzesz udział? Co legitymizujesz uważając, że CIEBIE to nie dotyczy? Bo tę niewygodną prawdę, że TWÓJ kościół idzie ręka w rękę z nacjonalistami – faszystami wypierasz, bo Ty się modlisz w INNYM budynku? 
Ale nadbudowa ta sama, ci sami hierarchowie, których słucha Twój ksiądz! 
Ci sami hierarchowie głaszczą ogolone oenerowskie głowy (i loki panienek oenerówek), którzy niepokornym księżom zamykają usta nakazując milczenie, gdy ci nieliczni się burzą.
To ten sam kościół Polko – katoliczko, któremu nosisz z wdzięcznym uśmiechem koszyczek ze święconką i płacisz chore pieniądze za ponoć bezpłatne sakramenty – chrzest, komunię, ślub… Ten sam kościół , który wczoraj uśmiechał się do brunatnych ludzi skandujących ksenofobiczne i nienawistne hasła, obiecującym każdemu kto przeciw im szubienice i komorę gazową. 
Z nimi szłaś Polko-katoliczko, szedłeś Polaku-katoliku ramię w ramię dzisiaj na mszy i za tydzień grzecznie pójdziesz… Wspierasz ONR, bo wspierasz TEN kościół. Innego katolickiego w Polsce nie ma.

Kumasz to? Dociera? 
Pora włączyć myślenie.

piątek, 2 lutego 2018

Savoir vivre na oddziale.



Od jakiegoś czasu jestem częstą bywalczynią w szpitalu.
Mąż jest pacjentem, a ja mu towarzyszę. Pomagam, przywożę wodę i owoce, zabieram zbędne rzeczy, dodaję otuchy i zmywam się gdy mąż jest już „osadzony”. To krótkie wypady, trzydniowe. Ale i podczas takich mam dobre pole obserwacji. Rok temu odwiedzałam w niewielkim, miejskim szpitalu Krzyśka (54) naszego znajomego chorego na raka krtani.
Co ja się napatrzyłam, nawąchałam…
Po tych doświadczeniach po prostu muszę napisać to, co mi leży na sercu.
Dziwię się, że gdy szpital przyjmuje chorego, z góry zakłada, że chory wie co oznacza dobre wychowanie. No, niestety nie wie, więc dobrze byłoby drukując mu kartę przyjęcia itp. wydrukować też pewnego rodzaju przewodnik (krótki i zwięzły) po tym, jak się zachowywać w szpitalu.
Tak, ja wiem, że chorzy to …chorzy, cierpiący, ale nie każdy ma izolatkę z wygodami. Rzadko kto z pacjentów ma swoją „biznes klasę” jak w samolocie, a i tam też obowiązuje bardzo ważna zasada obowiązująca również w życiu:
TWOJA WOLNOŚĆ KOŃCZY SIĘ TAM GDZIE ZACZYNA WOLNOŚĆ INNEGO CZŁOWIEKA.
Na sali leży wielu pacjentów.
W szpitalu trzeba wzmocnić ten przekaz:
Tak to powinno wyglądać jako ulotka:

PACJENCIE!
1 – Jeśli chcesz słuchać radia, oglądać film, słuchać muzyki, zainwestuj w słuchawki. KONIECZNIE! Nie zmuszaj współpacjentów do słuchania tego, co generuje twoje radio, albo telefon.

2 - Doprawdy wczuj się i zmniejsz do połowy głośność dzwonków. Słuchanie co i rusz dzwonienia, ryczenia, taktów roc’ka, bimbania, dziwnych i wymyślnych sygnałów telefonicznych jest na dłuższą metę upiorne. Ścisz telefon!

 3 – Rozmawiaj ciszej. Nie wszyscy muszą wysłuchać twoich opowieści, problemów, humorów, plotek czy połajanek. DYSKRECJA.

 4 – Zazwyczaj w salach są toalety, więc pomyśl sobie, że twoi sąsiedzi słyszą, że poszedłeś (poszłaś) na siku lub też coś więcej i NIE MYJESZ POTEM RĄK! W domu to źle, a co dopiero w szpitalu?! Umyj dłonie. Tam wisi nie tylko mydło ale też często płyn dezynfekujący. No i powinieneś /powinnaś mieć własne. Ręcznik też.
Zamykaj klapę i myj te ręce! Nie pomagaj bakteriom. Wszyscy jesteście osłabieni.

 5 – Higiena obowiązuje taka jak w domu, albo na wyższym poziomie. Wstajesz do łazienki? UMYJ SIĘ codziennie. Niestety jako gość często wchodzę  do sal i jak obuchem obrywam zapachami spod pach, z pachwin i niemytych nóg. Czemu to fundujesz pozostałym? Pielęgniarkom i lekarzom, którzy się nad tobą pochylają?! Masz masę czasu – myj się codziennie i używaj dezodorantu. To dzisiaj wyznacznik kultury osobistej.
Nie zapominaj o zębach. Niemycie ich to okropny obciach.

 6 – Ciuchy. Weź na zmianę, jeśli leżysz ponad 3 dni. Przynajmniej podkoszulek. Koszulę. I niech to nie będą stare powyciągane łachy, koszule sprzed wojny , szlafroki czy piżamy złachane na maxa „bo to tylko do szpitala”.
Nie musisz wyglądać jak łach, jak Baba Jaga!
Skarpetki też zmieniaj. I ogólnie wąchaj się.  To co ty czujesz na 10 % my, obcy czujemy na 110%. Serio!

 7 – Tak, wiadomo, że macie obniżoną odporność, ale świeże powietrze nikomu nie szkodzi, a zatęchłe - TAK!  Pozwalaj na otwieranie i wietrzenie, domagaj się tego. Przykryj się po uszy, gdy ktoś chce wietrzyć i pozwalaj na to! Zaziębienie Ci nie grozi gdy się nakryjesz. A przez okno wyleci powietrze z bakteriami, wleci świeże. Nie ma nic bardziej przykrego, gdy się Was odwiedza, jak zatęchły smród na sali spowodowany brakiem higieny i oknami zamkniętymi „na amen”

 8 – Chrapanie. No cóż. Wszyscy chrapiemy. Ty też. Jeśli cierpisz w nocy bo cię budzi ktoś chrapiący, poproś rodzinę albo sam sobie kup stopery do uszu na noc, a może też plasterek przeciwdziałający chrapaniu. Albo krople. Są takie w aptece.

 9 – Nie polemizuj z lekarzem na swój temat publicznie. Zwłaszcza gdy masz ostry temperament. Twoje zdenerwowanie nie jest potrzebne innym pacjentom. Umów się na rozmowę prywatną i jednak posłuchaj lekarza, zamiast go sztorcować. To on jest lekarzem. Nie ty. Wiedza od cioci, żony albo z Internetu nie jest ostateczna. Pohamuj nerwy, one jeszcze niczego nie poprawiły, nie przyspieszyły, a już z pewnością nie wyleczyły.

Gdyby wszyscy przestrzegali tych reguł, nieporozumień i stresu byłoby w szpitalach mniej.
ZDROWIA! 

sobota, 20 stycznia 2018

Med kontra altmed

Trwa wojna medów z altmedami, a właściwie nie samych "medów" a zwolenników z przeciwnikami.
Skąd się to bierze? Przecież człowiek ma wolny wybór - może korzystać z takich usług jakie mu odpowiadają.
Częściowo przyczynę pokazuje Paweł Reszka w swojej bardzo dobrej i niedocenionej książce "Mali bogowie".
To niestety sposób kształcenia i dalsze losy młodych lekarzy którzy chcą leczyć, a de facto wpadają w jakieś mechanizmy które ich nie zadowalają. Także w system, który uniemożliwia właściwie młodzieńcze marzenia o niesieniu pomocy chorym, a wtłacza w takie schematy postępowań, że szlag młodego meda trafia ale... musi się przystosować.
Choroba to nie tylko dolegliwości ciała, ale też duszy. To lęk i podatność na wszystko - od histerii, przez zasłyszane plotki, nowości z Netu, po defetyzm i depresję.
Choruje cały człowiek. Ma prawo być przewrażliwony.
Niestety medycyna nazywana współczesną, widzi nas w kawałkach.
Nefrolog widzi nerki, ginekolog waginę, srom i przydatki, kardiolog serce i układ krążenia a pulmonolog oskrzela, płuca i pęcherzyki. (etc)
Bywa, że są w nas dwa trzy albo i więcej chorób. Dają sprzeczne sygnały, ciężko o diagnozę. Mało jest w przychodniach dr House'ów, raczej spotyka się lekarza który po kolei wysyła nas do tych specjalistów od fragmentów naszego ciała.
Badania też opisuje taki specjalista we własnym zakresie.
Całości nikt nie widzi. Ducha i wrażliwości, lęku i pytań - zwłaszcza.
Kiedy pacjent ma to nieszczęście, że jeśli uważał na biologii, ma w rodzinie lekarzy innych specjalności (którzy już zdążyli zabrać głos i wydali jakieś opinie) który umie czytać nie tylko po polsku - buszuje po Necie i w gabinecie zadaje więcej niż jedno pytanie. Wówczas spotyka się z jakąś jawną nerwowością lekarza.
- Oj naczytała się pani. (kręcenie głową i .....cisza)
- Pani mnie pyta? Na to pytanie to ja musiałbym tu jakiś wykład akademicki robić! (milczenie i jawne zdenerwowanie)
- Proszę pani, to nie jest takie proste. (milczenie)
- Czy pani nie przesadza?
- "ironiczny uśmieszek" i milczenie
To częste zachowania. Świetnym wyjściem dla takiego lekarza jest monitor komputera w który, po odpaleniu w naszą stronę jednej z tych formułek lekarz wbija wzrok i coś czyta, klika, całkowicie nas ignorując. Potem wyjmuje z drukarki recepty i zalecenia.
Tym razem tłumaczy co jak mamy łykać.
Koniec wizyty.
Wychodzimy zbici z pantałyku.
Ja, na pytanie (po wypisanych receptach) CO MI JEST? Usłyszałam diagnozę lekarskobrzmiącą znaczy słabo zrozumiałą. Na pytanie czy pani dr mogłaby mi objaśnić specyfikę tej choroby odpowiedziała skupiają wzrok na monitorze, nie na mnie:
- Musiałabym cały, akademicki wykład pani robić!
Czyli w domyśle "idź już bo mnie wkurzasz"
To już nie te czasy gdy się przed lekarzem czapkowało z lękiem, bo "un kształcony". Jesteśmy partnerami. Ja w swojej dziedzinie, ty w swojej. NIE LEKCEWAŻ MNIE tylko dlatego że znasz terminy medyczne i umiesz leczyć taką, a nie inną pigułą moją chorobę. Sam wiesz, lekarzu, że zdrowienie jest w mojej głowie i im bardziej będę współpracowała tym szybciej nam pójdzie wy-leczenie.
Skąd popularność altmedów?
To objaśni mój kuzyn ortopeda z Giżycka:
- Co ja na to, że rodzina na oddział przyprowadza bioenergoterapeutę? BARDZO miło. Ja jestem zawalony papierami i nie mam czasu na pogaduszki choć naprawdę lubię. Ja składam kości, zakładam gips. Bioenergoterapeuta/bioenergoterapeutka siada przy łóżku, patrzy i ROZMAWIA z chorym o nim samym. Za rękę potrzyma.. O chorobie i wszystkim, co temu towarzyszy. Nakłada ręce, chory jest szczęśliwy i z mety mi się lepiej zrasta! Bo ktoś poświęcił mu czas i wysłuchał wszystkiego tego od czego my się opędzamy "że babcia, że dwa lata temu to tutaj, o..., że lubi prace w ogródku, że jak rok temu...". Ja ich lubię, naprawdę pomagają.
Jednak NAJPIERW JA!
My nie mamy na te pogaduszki czasu, a młodych tego nie uczą. Młodzi widza PRZYPADEK medyczny. Człowiek z jego opowieściami jest nudny.
Ale ... nie dla altmeda!
OCZYWIŚCIE szlag by trafił oszustów którzy każą odstawić insulinę cukrzykowi i łykać małe rybki, albo leczą białaczkę morelowymi pestkami w ilościach zabójczych. Ja mam na myśli uzdrawiaczy rozmawiających i nie przeszkadzających.
- Zalecających prawoskrętne witaminy?
- A nawet! Wiara góry przenosi. Niechaj chory se kupi tę "prawoskrętną" z wiarą, że to cudowności i połyka! Nic to. Nadmiar wysika. Ważniejsza ta rozmowa, potrzymanie za rękę, skupienie uwagi UZDRAWIACZA na chorym! To czego medycyna nie oferuje.
Gdzieś tu jest prawda...

poniedziałek, 8 stycznia 2018

Ja kobieta, czyli o szacunku. 

Rok 2018 ma być rokiem przełomu w tym, jak postrzegamy same siebie.
Zaczynem jest akcja #metoo, czyli #jatez czyli ostry i odważny głos kobiet które ulegały molestowaniu wychowane w kulturze „przestań, nic się nie stało, nie ty pierwsza nie ostatnia”.
To kultura ostatnich ….tysiącleci.
Od zawsze tak było, że mężczyznom wolno było więcej, że byli „nad” kobietami, bo dysponowali większą siłą i możliwościami.
Religie nie sprzyjały kobietom. One zwłaszcza nakazywały ślepe posłuszeństwo mężczyznom, mimo iluzorycznego bleblania o szacunku jakim NIBY są darzone bo Najświętsza Panienka, bo cośtam. De facto największe religie zagoniły kobiety do rodzenia dzieci (z czym nie polemizuję bo to biologia) do kuchni i do roboty i uległości.
Są takie religie, obyczaje i tradycje, które do dzisiaj tak bardzo obawiają się kobiecej siły, że nakazują okaleczać małe dziewczynki (obrzezanie zewnętrznych narządów kobiecych) w imię… „szacunku dla przyszłego męża”. Niewyobrażalny ból i okaleczenie na całe życie w imię czego?! „Szacunku dla przyszłego męża”? A przyszły mąż nie umiałby zapracować sobie na szacunek postawą życiową?!
Niepojęta skala tego masowego przestępstwa jest porażająca. Na świecie żyje 180 000 000 obrzezanych kobiet!  I co najbardziej zadziwiające robią to matki córkom, babki wnuczkom same pamiętające ów ból i upokorzenie, latami ciągnące się problemy z drogami moczopłciowymi a też dziwnymi praktykami podczas stosunku gdy pochwę należało „udrożnić”.
Te praktyki dzieją się tu i teraz w cywilizowanych krajach również! W Szwecji, Wielkiej Brytanii, Francji i w Niemczech mimo państwowego zakazu.
Nadal kobiety kobietom to robią!
A my? U nas też kobiety kobietom dyktują jak inne mają żyć wg jakiejś ideologii, która wywodzi się z religii, nie nauki. A mamy XXI wiek.
No i wracam do problemu molestowania który nadal przez wiele osób jest niezrozumiały – jak to? Poklepanie po tyłku ma być naganne? Szargnięcie za pierś? Wymruczenie „nadziałbym cię mała”, albo „chodź to ci wsadzę” jako samczy okrzyk rzucony na podwórku do dwunastolatki to coś złego? Tak, to złe. To okalecza psychicznie, rani i poniża. Kto wychowuje mężczyzn? Matka, ojciec, dziadkowie. To przecież rodzina od małego naucza jak mały chłopiec ma postrzegać kobiety – mamę, siostrę, babcię, koleżanki. Rodzina od małej powinna nauczać dziewczynkę jak żyć asertywnie, jak się szanować i jak wymagać szacunku.
SZACUNEK – to jest słowo na 2018 rok. Na całe życie – dla nas, dla naszych dzieci, żeby akcja #metoo #jatez odeszła w siną dal i nie wróciła.

czwartek, 23 listopada 2017

Czyli jednak można!
Maleńki i miły głos jeszcze a propos mojego tekstu i głosu o ciemnych okularach.

Czytam wywiad z Ignacym (Karpowiczem) i oczy przecieram.
Cytaty:
"W „Miłości” jednak – mam taką nadzieję – wzruszenie pojawia się mimochodem, między słowami, zgodnie z logiką opowiadania. Po co kłamać, skoro można nie?"

"– Z pewnym patosem powiedziałbym, że w życiu jest jakiś limit mułu. Po przekroczeniu tej wartości granicznej albo zostajesz automatonem, albo próbujesz wydostać się na ląd"

"Kiedy myślę o miłości, która, niespodziewana i nieoczekiwana, pojawiła się w moim życiu, przewartościowując absolutnie wszystko, uderza mnie jedno – mój świat uległ uproszczeniu i uporządkował się sam z siebie. Okazało się, że od prawdy się nie umiera ani nie dostaje pryszczy."

"Kształtem miłości piękno jest – to Norwid. Kto nie dostrzega piękna, ten nie zdoła być dobry – to Karpowicz."

"Bez miłości karleją Piękno, Prawda i Dobro. Stają się własnym przeciwieństwem”.

"I – banał – nawet jeśli jednej osobie jakoś ta książka coś ułatwi, to pomyślę, że było warto."

"Kolory raczej idą w tęczę."

Panie Ignacy kochany, jak ja się cieszę!
Proszę się nie dopatrywać zgryźliwej frajdy.

Czyli miłość...

Otóż to! Mimo, że dusza wyje czasem i skowyczy, szczeka i warczy z różnych powodów, to ciągnie do miłości, norwidowskiego piękna, dobroci i uczciwości, choć dla twórców ona nudna. I harmonia nudna, i serdeczność też, ale właśnie te NUDY utrzymują nas często w poczuciu sensu i bezpieczeństwa.
Jeszcze wiele przed Panem zaskoczeń, zamyśleń.
Odkryje Pan zapewne też to, że w pewnej chwili życia marnieje wzrok, ale wyostrza się świadomość, że mimo truizmu "przecież każdy umiera" zacznie ta świadomość dotykać jakoś prawdziwiej, bo zamajaczy Panu napis META. Bywa, że dotkliwie, zdumiewająco, gdy – na przykład - odbierze Pan któregoś dnia w przychodni wyniki badania krwi...
A mogą też one dotyczyć tej „miłości, która, niespodziewana i nieoczekiwana, pojawiła się w życiu”, w Pana życiu.
To wszystko, te poruszenia wzloty i upadki sprawiają, że się pisarzom ulewa na klawiaturę. I dobrze.
I ono, to życie, doprawdy (u Pana, u mnie) nie składa się z wódy lanej z gwinta, siekiery w plecach i kurew w gardle.
Bywa znośne, bywa też zwyczajne i piękne, choć piękna bywa maluśko, szczęścia też nie za wiele, ale jest!
Warto o tym pisać nawet, jeśli temu czy innemu sfochowanemu krytykowi będzie nie w smak.
Pozdrawiam serdecznie :-)



Wszystkiego dobrego!

czwartek, 2 listopada 2017

Rewolucja obyczajowa, czy mały szum?

No to wysypało się.
I Ty ... Brutusie?!

"Dustin Hoffman został oskarżony o molestowanie seksualne na planie filmu "Śmierć komiwojażera".
Oskarżająca to 17-letnia wówczas Anna Graham Hunter. Kobieta ze szczegółami opisała niestosowne zachowania hollywoodzkiego gwiazdora.
- Poprosił mnie o masaż stóp pierwszego dnia na planie - wspomina Anna Graham Hunter. - Ciągle ze mną flirtował, łapał mnie za pośladki i mówił przy mnie o seksie. Pewnego dnia złapał mnie i powiedział: "Poproszę jajka na twardo i... łechtaczkę na miękko". Cała jego ekipa się śmiała a mnie zamurowało i poszłam płakać do łazienki. Teraz gdy mam 49 lat rozumiem, co Dustin Hoffman zrobił, gdyż układa się to w całość prześladowań jakiego kobiety doświadczają w Hollywood."
Słychać (oprócz głosów oburzenia) głosy ironicznie nawołujące do tego, żeby "panie się uspokoiły z tą zbiorową histerią".
Po pierwsze to nie jest "zbiorowa histeria" a zbiorowa świadomość. Odzyskana po latach udawania, że "NIC SIĘ NIE STAŁO".
To dzisiaj żyjemy w świecie w którym można iść na policję i złożyć zawiadomienie o popełnienie przestępstwa jakim jest molestowanie. Lat temu 20, 30 i wcześniej tego terminu nie było w powszechnym użyciu! Nie znano ani określenia, ani nie umianoby zapisać w protokole rodzaju przestępstwa. Że coś sprośnie gadał? Że złapał za biust albo pośladki?! A jeszcze gdy w tle artyści, alkohol, zabawa i hippisowskie hasła Wolnego Seksu?! No co też pani ...
Pamiętam TE czasy.
Moje koleżanki z podstawówki (!) a i sąsiadki licealistki same się wpraszały na pijackie i narkomańskie imprezki odbywające się w willach na Saskiej Kępie wśród artystów i "artystów" - początkujących reżyserów, dzieci dyplomatów i innego "niebieskiego ptactwa" i bzykały się (tego słowa też nie było. na Pradze mówiło "gamzać się"albo ...bardziej bezpośrednio) lub obmacywały, "lizały"  z kim popadło. Za paczkę Chesterfieldów, za obiecankę "zagrasz w filmie", albo tylko "tak, zaproszę cię na następna balangę, będzie XY - przyjechał z Francji, szuka młodych...", za samą obecność w tych domach i na TYCH balangach.
To dzisiaj sprawa lepkich łap, obleśnych słów, wpychania języka do zaciskających się ust albo nie tylko języka, uchodzi za skandal, wówczas? Nie. Nie, to tylko "takie tam". "Końskie zaloty", "Chłopcytakmają", a dzisiaj afera!
I DOBRZE! Nareszcie.

Zmieniły się standardy i oby TO właśnie był ten czas przełomu.Początek rewolucji obyczajowej. OBY.
#metoo#jateż to kamienie milowe i pewna granica która musi zacząć odmierzać inne zwyczaje, panowie.
"Panowie", bo niestety to Was wychowano z tą skazą, że facetom wiele uchodzi z obrzydliwych i seksistowskich żartów, a potem też okrzyków i ...rękoczynów.
To wina ówczesnej opinii publicznej trywializującej macanie, podszczypywanie, i chamskie nawoływanki w stylu "lala, bucik ci się rozpierdala!" i "o, ale masz cycki!".

To też wielka wina matek i OJCÓW córek, że nie nauczyli odpowiedniej asertywności i samoobrony przed chamiątkami z klasy, z grupy rówieśniczej. Że napastnik z rodziny nie dostawał "z liścia" tylko był wstydem zakrywanym milczeniem "bo nie wypada" i "kto ci uwierzy".  Nie nauczono , że ktoś kto siłą przewraca, dociska do ściany rozchyla uda siłą i rwie bieliznę, to taki sam przestępca jak każdy inny łamiący prawo. Nie nauczono ... Nie nauczono krzyczeć i wołać o pomoc.

Mam wielką nadzieję że owe sprawy molestowania, gwałcenia i świńtuszenia, jak nieświeże trupy wyłażące z różnych szaf sprawią, że w dziedzinie SZACUNKU między ludźmi zacznie się jakiś nowy czas. 
Matki i ojcowie muszą już inaczej wychowywać dzieci. Bez pobłażania dla "ojtamojtam" i "to taki żarcik był".
MATKI I OJCOWIE, PRAWO i policja, bo w szkołę już nie wierzę.

piątek, 20 października 2017

List otwarty do Ministra Zdrowia. Mojego zdrowia.

Panie Ministrze Radziwiłł!
Panie … Książę!

Nie interesuje mnie 6,8 % PKB na zdrowie za osiem lat. Ani za dziesięć.
Interesuje mnie dzisiaj, a właściwie wczoraj, bo ja mam już swoje lata, bo ja i całe za mną „srebrne tsunami” – starzejemy się, i chorujemy.
Czy pan wie, że za zlecanie pacjentom drogich badań lekarz otrzymuje czerwone ostrzeżenie na ekranie monitora? Bo przekroczył jakiś uzgodniony limit?
Powiem panu, jak to zadziałało.
Nasz lekarz pierwszego kontaktu karnie się trzyma limitów.
Nie zleca droższych badań ponad to co może, bo zależy mu na posadzie. Boi się reperkusji gdy zleci np. o jedną więcej kolonoskopię.
Co dzięki tej oszczędności zyskuje system?
KOLOSALNĄ dziurę budżetową, bo co prawda system przyoszczędził dzisiaj na nas sześćdziesięciolatkach odmawiając nam skierowania na to średniodrogie badanie, ale już jutro straci na nas masę pieniędzy. Zgodnie z powiedzonkiem, że chytry dwa razy traci.
GDYBY nasz doktor nie bał się i zlecił nam 7-8 lat temu badanie, które kosztuje ok 200 PLN, to system dziś nie musiałby wydawać setek tysięcy na nasze leczenie.
To banał!
System oszczędza na badaniach i wobec tego badań profilaktycznych się nie zleca. Robiliśmy je sobie po omacku, nie znając się zanadto, za własne pieniądze i na własną rękę. Nie pomyśleliśmy o kolonoskopii, a lekarz też o takiej konieczności nie wspomniał. Robiliśmy testy na krew utajoną. Lekarz wzruszył ramionami...
Czy Pan wie, Panie Ministrze, że podstępny rak jelita nie daje ŻADNYCH objawów? Jak daje, to już jest zbyt późno.
Wówczas wytacza się na tego raka wielkie armaty, które mnóstwo kosztują.
Terapia celowana np. to koszt miesięczny ok 10 000 PLN. Do tego leki towarzyszące, na przykład Zarzio – na poprawienie ilości białych krwinek – to koszt (dla systemu) 113 PLN za ampułkę a trzeba wziąć całą serię, ok 20.
Robią się z tego niezłe pieniądze – prawda? A hospitalizacja?
A można było wydać 200 PLN, wykryć zmianę zanim stała się rakiem i od razu wyciąć. Ile byłoby oszczędności? Liczył to Pan? Co roku w Polsce 16 000 osób ma stwierdzonego raka jelita. To straszna statystyka, zresztą jak każda inna. Jesteśmy w ogonie Europy pod względem profilaktyki. Pan to wie?
Pewnie nie, bo to Pana nie dotyczy. Pan ma prywatne leczenie. Pan uważa też, że najważniejsze jest „życie poczęte”, a opieka nad seniorami to jakaś aberracja. Czyli co – rządowa eutanazja? Bo nie lubicie Jurka Owsiaka? Bo nie lubicie starych i jego program dla seniorów uważacie za rozrzutność? Pan za chwilę będzie seniorem.
Profilaktyka? Jaka? "Mamy za mało pieniędzy"?
Jak pieniędzy jest za mało, to się robi tak, żeby nie wydawać ich bez sensu. Tymczasem „oszczędzacie” grosze na profilaktyce by potem wydawać tysiące czy setki tysięcy na kroplówki i chemię, operacje, radioterapię, itd. Za późno, często bez wielkiej nadziei na wyleczenie, nierzadko w końcówce choroby chorym już nie rokującym. Kolosalne pieniądze na drogie leki wyciekają kroplówkami w kanalizację podane zbyt późno, tylko dlatego, że lekarz pierwszego kontaktu MUSI oszczędzać na diagnostyce.
Ale Wy wszak, Panie Ministrze, odgrywacie herosów ekonomii! Wszystko Wam tak świetnie się "skleja"! Pan Morawiecki w glorii!
A tyle pieniędzy pchacie kościołowi, że wypada spytać - czemu nie nam, chorym? Kościół polski jest zasobny, zdrowy, da sobie radę. Z Bożą pomocą oczywiście.
My, chorzy, mamy gorzej, bo nam Bóg nie pomaga...
Proszę zatem nam chorym powiedzieć odważnie i w twarz, że Pan nie da ani na leczenie, ani na podwyżki. Bo Pan wie, że to będą (w Waszym mniemaniu) pieniądze wyrzucone w błoto, bo nawet gdy rzucicie jaki ochłap to światły naród, wykształceni lekarze nie oddadzą i tak na Was głosu, jak suweren kupiony za 500+. A to jest jak sądzę główny powód – dać czy nie dać.
Za 6,8% PKB na służbę zdrowia nie kupicie sobie naszych głosów, to prawda, ale moglibyście pomóc nam, Waszym braciom i siostrom Polkom i Polakom godnie i sensownie się leczyć. Ale na tym Wam chyba nie zależy.
To się czuje Panie …Książę, tę Waszą niechęć do wykształconej i myślącej niezależnie części narodu.
To jest aż nadto czytelne.
Przypomnę tylko, że budżet to są NASZE pieniądze. Nie pańskie i nie PiS-u.
Szkoda, że Pan nie da. Rzeklibyśmy:
- O, jakie PANISKO, dał!
A tak wychodzi tylko sługa uniżony prezesa...