wtorek, 5 stycznia 2016

Kiedyś trawa była zieleńsza, czyli marudzenie starej baby.

A jednak wydaje mi się, że pamięć mi nie szwankuje. Czasem płata figla, ale przecież tyle pamiętam! Tyle mam w oczach, uszach, jakby to było wczoraj.
To przez tę pamięć tak podmarudzamy – my doroślaki: „Oooo, kiedyś to …”.
Moja córka mi kiedyś sarknęła:
- Jak zaczniesz ględzić, że kiedyś trawa była zieleńsza to znaczy, że pierniczejesz.
No, to zaczęłam, Kochana moja!
Cóż poradzić, choćby niedawne koncerty noworoczne.  Jakoś, mimo wysiłków, nie umiem nie słyszeć, że co niektóre Gwiazdy fałszują, że ich cały artyzm, to wydzieranie się w myśl zasady – im głośniej ryknę tym więcej będzie oklasków. Taka dygresja - znakomicie się to sprawdza w Voice of Poland, czy też Voice of Gdziekolwiek. Wychodzi na scenę ktoś i mruczy do mikrofonu. Jury śpi. Potem bierze wdech i jak nie huknie jakimś fortissimo! Wtedy jury wali w guzik i odwraca się, jakby wyrwane ze snu. A przecież to tylko fortissimo!
Dzisiaj nie sposób nie zauważyć, że nasze młode kadry sceniczne aspirujące do gwiazdorzenia znają już tylko ten myk – wydrzeć się, a w międzyczasie pokrzykiwać „hejka! dobrze się bawicie?”, „rączki w górę!!!”.
Jakoś zapominają (nie wiedzą?), że istnieje też piano, legato… Koncert to najpierw gigantyczne nagłośnienie, mega (wszystko dzisiaj jest MEGA) stroboskopowe oświetlenie, czyli light show, a cała reszta, czyli utwór i wykonanie najmniej ważne. Aby tylko wykonawca był zjawiskowo przebrany, rzucał się po scenie od lewej do prawej, a czasem poskakał.
Razi mnie słowo WYKON, ale powiem tak – dla takiego czegoś, co widuję ostatnio i ten „wykon” pasuje, jako słowny nowotwór. Wszystko jeszcze dałoby się jakoś wytłumaczyć potrzebami wielkiego widowiska, ale najgorsze w tym wszystkim jest olewanie najprostszych i – wydawać by się mogło – żelaznych zasad dobrej muzyki: dykcji, poczucia harmonii, umiejętność oddychania i trzymania tonów. Czyli niefałszowanie. Ale gdzie tam…
Dzisiaj manierą niemal wszystkich panów „gwiazd” polskiej muzyki jest pojękiwanie i to przez zaciśnięte wargi. Jakby żucie tego, co wycieka z gardła w postaci słów. Dziwaczne akcentowanie fraz i fatalna dykcja. Może i dobrze, bo słowa w piosenkach są od lat nudne i przewidywalne. Denne.
Panie wypadają lepiej przynajmniej w dykcji i ruchu, ale też uwielbiają fortissimo. I tylko.
Ruch sceniczny solistów i zespołów u nas prawie nie istnieje. To w K-POP’ie (koreański pop) nie przeszłoby. Koreańscy wykonawcy wylewają wiadra potu na salkach ćwiczebnych, i przynajmniej ruszają się na scenie synchronicznie i nowocześnie – świetnie. Taka dywagacja.
OK., mój admin mnie stale strofuje, że marudzę.
No, to dla Niego specjalnie pean ale wcale nie o muzyce polskiej:

PEAN dla WARSA.
Pamiętam (PAMIĘTAM!) czasy, gdy WARS to było dość trudne miejsce w pociągu. To był wagon, w którym podłoga kleiła się do podeszew, zawsze jakoś tak… brudna nawet po przetarciu ścierą. Stoliki wyłącznie wysokie bez stołków barowych, i pan Władek za barem w wymęczonym mundurze PKP, który ZAWSZE wyglądał tak, jakby pan właśnie wyszedł z kanałów. W kotle utrzymywał „temperaturę ciała” nieśmiertelny bigos, w drugim pływała niechętnie kiełbasa zwyczajna. W wielkim czajniku wrzał wrzątek na herbatę w szklankach i kawę „po turecku”(?) czyli tzw. inteligenckie błoto – łyżka kawy i war. Pan Władek kroił chleb w grube sznytki (poznańskie), czyli kromki i wydawał piwo żywiec w szklanych butelkach. Przy stolikach na mocnym szpagacie dyndały otwieracze. Kobiety mogły poprosić o szklankę do tego piwa.
Jak ma się do tego dzisiejszy WARS?

Obecny WARS to wagon jasny, czysty i przestronny.
Siedzenia i stoliki zróżnicowane, ładnie ubrana obsługa – zazwyczaj (nie spotkałam innej) uśmiechnięta i miła. A menu…
Gdy jadę rano bardzo lubię tzw. szwedzkie śniadanie – świeżutko usmażona na masełku jajecznica ułożona na talerzu z płatkami wędzonego łososia obok. Jest i koperek świeży i pyszne cappuccino. Herbaty jakie tylko – zielona, czarna, owocowe.
Jedną z sałatek – polecam (nie wiem czy jeszcze jest, bo menu bywa zmieniane co jakiś czas) kalifornijską. Na chrupiących liściach sałat leżą krążki czerwonej cebuli, plasterki wędzonego kurczaka, cząstki mandarynki i do tego pan za barem leje ze słoiczka świeży, wyjęty z lodówki, winegret z ciuteczką cynamonu! Bajka!
A schabowego – też uprzejmy pan albo pani wyjmuje z lodówki, przykrywa folią i klepie na naszym zdumionych oczach. Panieruje najnormalniej, jak babcia Zenia, w jajku i bułce (żadne tam gotowce!), po czym smaży na (sadząc po smaku) mieszance oleju ze smalcem (!). Taki świeżutki i chrupiący, z ziemniaczkami z koperkiem (!) ląduje na przyjemnie jednorazowym talerzu przede mną. Co jeszcze? Oj, można wybierać spośród potraw śniadaniowych, kanapek, przekąsek, sałatek, zup oraz dań głównych – z tymże schabowym na czele!
Napoje wszelkie – poza winem i wódkami. Piwa i cydr. Mile podane w szkle. Przecieram oczy. Jest pięknie. Tak, nie tak tanio, jak w barach mlecznych, ale cóż poradzić – i tak taniej niż na lotniskach, na których nawet woda kosztuje tyle, co cały obiad na mieście…
No, czyli zachwyt! Znaczy jeszcze się aż tak bardzo nie zestarzałam, nie rozmarudziłam… 
Pean miał być? I jest!

PS ALE wracając do koncertów - Steczkowska, Rodowicz, chłopaki z Pectus – jak zawsze świetni! Jak stary, dobry, polski pyszny schabowy!
Reszta do szkół muzycznych, choć przyznam, że Margaret tańczy na scenie coraz odważniej i fajniej, a Ewa Farna ma power, jak dobre, polskie piwo. Reszta Najnowszych Gwiazd (mimo mojego wielkiego wysiłku, żeby zrozumieć czym dzisiaj jest Polska Muzyka Rozrywkowa) to taki… bigos z kotła w temperaturze ludzkiego ciała. Nie wspomnę o Boney M, bo to już był smuuuuuuuut i żenada. Lepiej było zaprosić niezwykle wciąż sprawną i śliczną Helenę Vondrackową, albo Jirzego Korna z jego (byłą?) grupą4TET.

czwartek, 24 grudnia 2015

Przypowieść Wigilijna, czyli traktacik o mojej teściowej

To było dość dawno.
Komputery w powijakach, żadnych jeszcze sieciówek w Polsce, zatem i sms-ów nie było, było trochę ubogo ale chędogo.
Jesteśmy u teściów na Wigilii. Teść już nie żyje.
Teściowa moja, ukochana Jasia krząta się półślepa, ale we własnym domu zna każdy centymetr kubiczny. Jej dotyk sprawia że w „głowie” wszystko wodzi jak w 3D…

Z racji ciasnoty mieszkania ja siedzę w kątku żeby nie zawadzać, Mamie pomaga moja córka – najlepsza Jej pomocnica i przyjaciółka, mój mąż w sąsiednim pokoju dla zabicia czasu kontempluje tytuły książek pozostałe po Tacie, syn mu towarzyszy. Nie chcą zawadzać, dzień wcześniej byli poodkurzać i pomóc..
Czekamy na dalszą część rodziny, bo moja teścióweńka, stara i prawie niewidoma nie chce jeździć na Wigilię do nas: „- Oj ja nie lubię nowych miejsc, ja lubię swoje mieszkanie”. Od zawsze więc spotykamy się u Niej. Kiedy żył Tatko – czyli teść – też u nich zawsze ta główna Wigilia była.
Zawsze.
Mama, (czyli była moja druga Mama, taka Mama bis), wchodzi do pokoju i stawia na stole nieśmiertelną sałatkę jarzynową. Nagle, wyczuwając obecność syna, zwraca się do niego z dziwacznym (moim zdaniem) irracjonalnym pytaniem:
- Maciuś, wiesz, ja zamiast cebuli to wkroiłam szczypior, miałam tyle tego z wyrośniętej cebulki. To chyba lepiej, co, synuś?
Moja szybka myśl: po co ona pyta? Jaki facet będzie miał blade pojęcie o tym czy to lepiej, smaczniej z tym szczypiorem?! Normalni ludzie pewnie sarknęliby: „- A skąd ja mam wiedzieć?” a nadgorliwe żony już śpieszyłyby z pomocą mężowi mówiąc pouczająco ”- Mamo, a co to za różnica, daj mu spokój”.
Nie u nas. Nigdy tak nie traktowaliśmy naszej Jasi.
Mój mąż zwracał się do Mamy, do jej już prawie niewidzących oczu i mówił spokojnie, z miłością i pełnym zrozumieniem sprawy:
- Oczywiście, mamusiu!
W tym jego „oczywiście, Mamusiu” – jest wszystko. Akceptacja szczypioru, zrozumienie dla sprawy, jaką jest smak sałatki, ale nade wszystko komunikat, że słucha co mówi, że podchodzi do tego ze zrozumieniem, że ją kocha bezwarunkowo. Jak my wszyscy. Bo kochana jest i dobra. Od dawna, od czasów gdy Mama stała się nieporadna, półslepa, on mówił do Niej MAMUSIU. Czule.

Moja córka od lat, od czasów liceum, była wierną i serdeczną opiekunką Babci. Odbywała z Nią wspólne wypady na targowisko pod Halą Mirowską, wypełniała (ta ślepota Mamy …) wszelkie kwitki na pocztę. Bo Mama, całe życie księgowa, bardzo lubiła te zajęcia z kwitkami, opłatami i rozliczeniami i zawsze Jej się wszystko zgadzało, co do złotówki. Już niedowidząca nie radziła sobie z nimi, więc Basia była Jej oczami. Ona też robiła Babci pedicure z pełnym zrozumieniem faktu, że stary kręgosłup i ślepota nie dają szans na obcięcie paznokci u rąk i u nóg, na opiłowanie ich i natarcie starych rąk kremem.
Myślę, że troska i miłość mojego męża do Rodziców, potem do potrzebującej opieki Mamy, przelała się na nas wszystkich. Wszyscy kochaliśmy i skromnego, cichego Tatę i Mamę, Mamissimę, Moją Teściową.
Nie rozumiem sarknięć młodych kobiet na teściowe. A to foch, że przyjęte jest mówić „mamo” (dla mnie żaden problem, a moja mama też bardzo kochała i szanowała mojego męża, więc czasem sądziłam, że oni mają lepsza komitywę niż ja z nią J ), a one nie czują takiej potrzeby, bo to „obca osoba” (?) a to że teściowa (a w zasadzie świekra) w ogóle jest i trzeba się troszkę z nią liczyć, że ma własne zdanie, poglądy etc…  Że mąż nie porzuci nagle własnej matki na amen, stając się wiernym sługą żony. WYŁĄCZNIE. Zdziwione bywają, że on nadal kocha i troszczy się o starych rodziców.

Nie ubyło mi, nam, miłości w domu tylko dlatego, że Teściowie i moi Rodzice (Mama, Tatko, który zmarł zbyt wcześnie ) byli kochani i szanowani.
Myślę, że im więcej takich miłości tym lepiej. Bo ona – MIŁOŚĆ nie kurczy się, a rozrasta.
Dzisiaj to widzę tak wyraźnie i słowa księdza Twardowskiego:
Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą” rozumiem bardzo głęboko.

Bardzo lubię słuchać o tym, jak mój syn czy moja córka wspominają dziadków. Obiady, opowiastki, wożenie na basen (domena Teścia), śmiesznostki, wszystkie wspomnienia dzisiaj otulane są czułością.
Czy i ja będę czule kochana gdy już stanę się trudna, niewygodna, nieporadna? 

Zaraz Wigilia. Zapalę świeczki pamięci na półce ze zdjęciami mojej Mamy, mojej drugiej Mamy, Ojców, ciotek, dziadków i babć. Za rodzinność i miłość. Za to, że moje dzieci mają ją w sobie i są czułe, spragnione rodzinności nawet wtedy gdy my Starszy stajemy się trudni, mniej zrozumiali, marudni.  

wtorek, 22 grudnia 2015

Czy lubicie podróże?

Takie, które serwuje nam książka, jak w dzieciństwie, gdy czytaliśmy książki podróżnicze i w myślach, wieczorem, leżąc już w łóżku, przenosiliśmy się w inne światy. Czasem to była Ameryka Południowa a czasem odległy kosmos.
Pisarz i nasza wyobraźnia tworzyły taką… literacką teleportację.
Dzisiaj mamy tanie podróże, kamerki w całym świecie takie, że możemy siedząc w domu zobaczyć w Internecie czy w Livigno spadł już śnieg i jakie są korki na ulicach Delhi.
A mimo to nadal książki podróżnicze cieszą się powodzeniem.
Są wśród nich książki, które nazywam „wydmuszką” – ot ktoś pozbierał wiadomości, pojechał gdzieś na tydzień, dwa, narobił zdjęć i przy odrobinie szczęścia w wydawnictwie wydaje… Mamy przed sobą piękną i kolorową wydmuszkę, w której treści, co kot napłakał, a wszystkie refleksje „podróżnika” vel „podróżniczki” możemy streścić w słowach – JA tam byłem! Miód i wino piłem i coś niecoś widziałem! Bum! Koniec.

Są też książki, które nadal wsysają nas czytelników, jak czarna dziura.
I taka właśnie książka leży przede mną. CEGŁA.



Zaglądam do niej. Ooooo, mało zdjęć! Druk całkiem normalny albo wręcz mały. Stron mnóstwo. Marek Zimowski, zwany swego czasu „Ptaszkiem”, od lat mieszka w Australii. Za młodu śpiewał w Centralnym Chórze Związku Harcerstwa Polskiego, którym dyrygował druh Władysław Skoraczewski. Taka przeszłość, to zacna przeszłość! To szkoła życia i wrażliwości – bez wątpienia. I taki jest Marek: jest uważnym i wnikliwym obserwatorem życia. Ale żeby nie było za łatwo opisać Mu swoją obecną ojczyznę postanowił opisać ją z baaaaardzo bliska. Z samochodu.
Wsiadł w swojego Land Rovera i pojechał wzdłuż wybrzeża dookoła Australii. Spędził tak 90 dni w podróży obfitującej w zdarzenia nader różne. To nie tylko spotkania z ludźmi, zwierzętami, obyczajami, innymi niż w Polsce, ale też z własnymi myślami, refleksjami. No i oczywiście nie było łatwo, bo nie podróżował wyłączni szosami. Wielka część trasy wiodła przez interior, w którym bywa pusto, bywa, że nie ma łączności i w którym psują się urządzenia samochodowe od takich, którym Marek da radę, do takich gdzie potrzeba było fachowca.
To jest książka „do żucia”. Nie na raz. To się czyta długo, wieczorami. Jest się z Markiem, powoli poznając złożoność i jednocześnie prostotę Australii.
Byłam tam i ja, ale w komforcie i krótko – przyjaciele zabrali nas w maciupeńką podróż jakieś 1000 km od Perth. To jest jakaś odrobinka! Ale od tamtego czasu mam w sobie głód Australii.
Marka spotkałam w Perth, przelotnie. Umówiliśmy się na… cmentarzu. No, to ja życzyłabym sobie, żeby na takim mnie – już jako Aniołę, odwiedzano! Urokliwy park bez grobowców i kamiennych, ciężkich nagrobków. TYLKO tabliczki w ziemi a niektóre przyczepione do metalowego mostka nad stawem, do ławek. Tabliczki memuarowe. Cicho, gorąco, pachną olejki eteryczne z wielkich drzew i … skaczą kangury. Sero, serio. Taka pocztówka mi w głowie została, po spotkaniu z Markiem, przepraszam za tę mała prywatę. :-)
Serdecznie zapraszam do lektury każdego, kto lubi niekończące się historie.
Prawie niekończące się. Do powolnego smakowania tej podróży i nabrania wielkiego apetytu na Australię. Na wielką podróż!

wtorek, 15 grudnia 2015

W prasie znalazłam źle postawione pytanie: „Kto się boi Jarosława Kaczyńskiego”

Źle postawione pytanie.
Jak można się bać starszego pana, który żyje oderwany od rzeczywistości i ma swoje idee fixe?
Takich jest wielu. Mieszkają sami, miewają kota, psa, kanarka albo niczego żywego (bo nie lubią). Upierdliwi starcy żyjący przeszłością (staruszki takie też bywają). Nie zaskarbili sobie sympatii rodziny, jeśli mieli małżonki, to te odeszły albo umarły, a jeśli też mieli dzieci , to te uciekły jak najdalej. Można się takiego bać, gdy taki np. podpali samochód, otruje psa sąsiadów albo nastraszy nasze dziecko, ale z takimi jakoś da się żyć w jednej kamienicy. Jakoś się da…

Jakich się bać? Prawdziwych socjopatów i psychopatów, którzy pod dobrotliwym uśmiechem kryją nienakarmioną nieszczęściem innych bestię.
Wracając do pytania KTO się go boi (JK) – odpowiem, że jego samego nikt.
O wiele bardziej boję się nadgorliwców: dworu, wielbicieli, wyznawców, pochlebców, wazeliniarzy, karierowiczów.
Zwłaszcza fraucymeru, bo kobiety zapatrzone w idola potrafią być nieobliczalne bardziej niż on sam. Tu chyba działa podobna psychologia, jak w przypadku fascynacji kobiet Złym Chłopcem, a mężczyzn Femme Fatale. Tak, to rodzaj choroby. Mija z czasem, choć nie zawsze, o czym świadczą filmy i lektury (o, choćby stary Błękinty Anioł i wiele innych). Ale one raczej mówią o sprawach głęboko miłosnych a tu mamy do czynienia z uwielbieniem czyichś wykrętnych idei, chorych filozofii.
To, niestety, obraz znany z historii – tłumy, które wołają w ekstazie „heil”, czy śpiewają pieśni o „Naszym Słoneczku, Wodzu umiłowanym” i jeszcze chodzą na manifestacje krzycząc ile tylko się da, zakrzykując własne sumienie, własne myśli i osądy. Początkowo w prawdziwej ekstazie. Potem to są spędy pod groźbą. Mało kto pamięta, że w PRL TRZEBA było być na manifestacji pierwszomajowej. Nie groziła za to zsyłka, ale "derekcja" źle patrzyła na tych, którzy chcieli kontestować, olewać i w paiepach bruździła, awansu nie dała...
W innych krajach (Korea Pn) bunt oznacza już śmierć!
I taka uwaga na marginesie – po jakie licho robić manifestację rządowi który ma sejmową większość?!
Musi być jakaś podatność na ten rodzaj manipulacji, gdy kobieta/mężczyzna odda pół pensji albo spadek po zamożnej cioci facetowi, który „gra na jej/jego falach” znacznie bardziej niż rodzina. A gdy nie ma rodziny, to radiu, które prowadzi nawiedzony i cwany Padre zastępujący jej/jemu CAŁY ŚWIAT.
Czym spowodowane jest, aż tak głębokie zauroczenie?
To nieprzystępność i bardzo sprytna manipulacja Idola - rozdzielanie kar i nagród. Nagrodą jest życzliwa uwaga dla wielbiciela, odpowiednio dozowana, minimalna, taka granicząca z niezauważaniem. Od skupionej uwagi (gdy coś, co zrobił wyznawca, ma dla Idola znaczenie) aż do wspaniałej nagrody, jaką jest życzliwa pochwała, a nawet komplement. Wówczas wielbiciel/ka czuje się wyróżniona, szczęśliwa. „Dostrzegł mnie, pochwalił!”.
Karą jest brak uwagi, pomijanie wzrokiem, milczenie, niezauważanie. Aż do prychnięcia. Na więcej nasz batiuszka sobie nie pozwala. Dwór i tak wie, że to jest szczyt niezadowolenia. No, bywało i bywa, że idol jest głośnym histerykiem, jak Hitler czy kolejny Kim i potrafi podnieść głos, ale są też cisi Idole. Bardzo cisi.
Mężczyźni podobnie chyba (nie jestem mężczyzną i wielbicielką kogoś tej samej płci, stąd to „chyba”) reagują na łaskę lub niełaskę Wodza.
Myślą sobie wieczorem w łazience: „Kurcze, a o mnie dzisiaj ani słowa! Muszę się bardziej starać”. Zadziwiają mnie ludzie, którzy odsunięci przez Wodza chorują na niedopieszczenie, albo nagle sami postanawiają się usamodzielnić i po niepowodzeniach w zewnętrznym świecie… wracają w szatce pokutnej, bo bez Niego nie czują sensu życia. Taki rodzaj czopka. Nie rozwinę tematu.

Nigdy nie umiałam pojąć stanu umysłu wykształconego, w miarę inteligentnego człowieka, który ślepo się podporządkowuje takim carom - batiuszkom. Tłumy idące za Hitlerem, Leninem, Stalinem, Kim'em, Putinem etc., to jest prawdziwe zagrożenie, a nie jeden chory facet.
Są i tacy, którzy opuścili dwór i nawet sensownie mówią, z lekki wstydem, że kiedyś się dali… Oni ciekawią mnie najbardziej, ale dziennikarze jakoś ich słabo eksploatują. Szkoda.

Wracając do pytania: prawdziwy lęk wywołują we mnie ludzie ślepo oddani Wodzowi, którzy rozpełzając się po urzędach i uzbrojeni w moce prawne (!) MOGĄ (muszą) WSZYSTKO. Chcą natychmiast udowodnić swoje oddanie i przydatność. Jak choćby świeży szef policji, który mimo zdjęć z drona nie widzi tłumu, tylko „garstkę demonstrantów” i nie odróżnia wzrokiem pięćdziesięciu tysięcy od piętnastu. Kłopot z oceną, ze wzrokiem, technikami oceny, czy mechanizm przypodobania się Wodzowi?
Napawa lękiem to, że ślepo idą wyznawcy, czyli… Kiepscy, którzy nie wiedzą czym jest Trybunał Konstytucyjny, Prawo, Konstytucja, wolność, demokracja etc, a chcą tylko pięćset "skapki z nieba". Też nie kumają, że to się nie generuje znikąd. A może wiedzą i cieszą się, że się wyszarpnie "tym bogatym". Za nimi biegną wykształceni, wydawać by się mogło sensowni ludzie skandując dokładnie to, co spijają z ust Idola. Jakieś idiotyzmy o tym, że są Polacy gorszego sortu, że ludzie myślący samodzielnie i inaczej są komuchami i złodziejami. Niepojęte.
Dali się nakłuć tą nienawistną szczepionką, tym marzeniem, że wreszcie będzie mógł on, brat męczennik (!) zemścić się za własny błąd, jakim było wypychanie brata i 94 innych osób (które ma gdzieś) na wylot do Katynia.
(MOŻE gdzieś jednak są zachowane rozmowy Braci z telefonu satelitarnego?)
Idol nie zna się na gospodarce i ekonomii, ale doskonale wie jak manipulować ludźmi, żeby wreszcie osiągnąć upragniony cel - ZEMSTĘ... To jest chyba jedyna myśl, jaka powoduje, że rano wstaje i oddycha.
Nie obawiam się takich ludzi, jako jednostek. Obawiam się tłumu ślepo wiernych wyznawców, którzy już są przeciw nam, swoim Rodakom, sąsiadom i znajomym i w imieniu Wodza plują nam w twarz udając, że wygrała większość, że oni naprawdę walczą o jakieś iluzoryczne lepsze jutro (?) tyle, że oparte na zemście, cenzurze, inwigilacji, indoktrynacji, lekceważeniu najwyższych dotąd instancji, bo Wódz tego żąda.
A jaką to wojnę przeciw ‘komuchom i złodziejom” wypowiada Wódz, który sam się otacza byłymi aparatczykami? I czy dzisiaj, gdy świat, Polska, stoi wobec nowych, trudnych wyzwań, to jest jedyny pomysł na rządzenie – rozliczanie i karanie ludzi za coś, co miało miejsce 30 lat temu?!
A rozdawnictwo po 500 PLN, żeby zdobyć poparcie… Kiepskich?
Czy faktycznie 5 700 000 wyborców PiS to są wyznawcy i czciciele samego Wodza, czy … pięćsiuset złotych?
Sondy uliczne mówią, że nieświadomy Kiepski nie wie, czym jest Trybunał, niezawisłość sądów, Konstytucja, chce obniżenia wieku emerytalnego nie kojarząc tego z potworną biedą, bo też na pytanie czy godzi się na zbiednienie emerytury o 35 % mówi, że TAK! To może świadczyć wyłącznie o pomroczności wyznawców, bo nie o logicznym ich myśleniu i jakiejś, choćby naskórkowej, wiedzy o ekonomii.
Takich ludzi się obawiam – ciemnogrodu i aparatczyków, lizusów, bezmyślnych żołnierzy, którzy nie bacząc na nasze wspólne, z trudem wywalczone idee wolnościowe przyjdą rano i załomoczą, bo… Wódz tak zechciał.

sobota, 28 listopada 2015

Tajne kursy


Koleżanka pisarka napisała przewrotnie: 

Kaczyński Musi Zostać. Kaczyński jest nam konieczny. Jest nam potrzebny. Tak. Musi zostać. 
Aż każdy, w Ełku i Suwałkach, Przance Dolnej i Białymstoku i Warszawie i Łodzi. Sromowcach Wyznych i Niznych zobaczy. Pilarska,Gożdzikowa i ten młody od Walczaków,  i ten ze sklepu AGD. Że dolar, ktory skoczyl i euro i gielda i jego wybory - to tez Kaczynski i Kukiz. Choć nikt tam ani euro nie ma w portfelu, a gieldzie malo co wie. Wuj mój rolnik musi zobaczyć, ze mu do porzeczki nie doplacą. Kuzyn z Zyrardowa, ile go bak bedzie kosztował, (…) Tak, Kaczynski jest nam koniecznie potrzebny i to jeszcze przez czas jakis.
Niestety, ale mowi się jak jest. I widzi tez. Jak już jest.
Nawrociłam sie. Kaczynski, trwaj.”


Oczywista ironia, sarkazm. Ileż to razy tak gadaliśmy przy stole? Że Polacy muszą chyba porządnie oberwać, jak mówiła moja znajoma - „nabrać wody w dupę”, żeby się ocknąć?
Ale ja jestem kawałek dalej z tym myśleniem. Odpisałam Jej:

Pozwól, że podpiszemy protokół rozbieżności.
Też tak myślałam - Polacy muszą dostać w dupę, jak alkoholik - sięgnąć dna ... ale się ocknęłam. To złuda! 
Jarosław wraz z proboszczami (wsparcie gminne) wmówił wyborcom, że całe ZŁO  to wina poprzedniego systemu.
I wyborcy nadal będą go kochać! A jak zrobi czystki  - jeszcze bardziej.
Tak jak jest Homo Sovieticus, który NIGDY nie dopuści do siebie myśli, że za biedę w rosyjskich wioskach i zniszczonych pustych kołchozach, a i zrujnowanych (niektórych) miastach  odpowiedzialny jest ich Car Putin, tak nasz Homo Pisowiec NIGDY nie uwierzy ani w winę księdza (że molestuje), ani w to, że za upadek i marginalizację Polski będzie odpowiedzialny dwór Jarosława, on sam nade wszystko. Nadal ludzie PiS-u będą szukali Wroga Zewnętrznego (względem siebie) i obawiam się, NIGDY nie przejrzą na oczy.
To stracone pokolenie.
Gdyby tak miało być jak mówisz, ludzie z Korei Północnej już dawno obaliliby ród Kim'ów, Rosjanie - Putina, a Białorusini - Łukaszenkę. To kwestia mentalności tłumu, o marnej świadomości i zerowych odruchach społecznych.
Bohaterowie (Jarosław - obecny bohater i zwycięzca), umęczeni (Smoleńsk strata brata) nigdy nie są niczemu winni! Polacy kochają męczenników i wiele im wybaczają.
„Winien jest WRÓG w ogóle. Czyli PO i Europa z Ameryką”. Amen.

A teraz moja prywatna analiza tego zjawiska.

Pan Prezes jest odizolowany od realu. Nie ma zielonego pojęcia jak NAPRAWDĘ wygląda świat poza jego willą na Żoliborzu. I nigdy tego pojęcia nie miał. Od zabaw z kolegami na podwórku wolał zabawy z bratem. Gardził podwórkiem zapewne za aprobatą troskliwej mamy: „Ja też nie bardzo nadaję się na Tuska. Nie wychowałem się jednak na podwórku, jak on sam przyznaje, ale w trochę lepszych miejscach”. Co należy odczytać: „jestem kimś lepszym”. Nie miał romansów, nie był w związku, nie ma dzieci, nie robi zakupów, nie korzysta z banku ani bankomatu, autobusu, wszystko mu załatwiają inni, ludzie z JEGO partii.
Gdyby nagle pozostał samiutki, bez dworzan – nie poradziłby sobie z szukaniem pracy ani upraniem spodni, wypełnieniem PIT i odczekaniem w kolejce do lekarza.

A co z wpatrzonym w niego elektoratem? No… elektorat był w Hurghadzie na wakacjach i wódkę tam pił, i samolotem leciał! A tak naprawdę, elektorat pojęcia nie ma, jak żyją ludzie na świecie, co jest ważne w Europie, w ekonomii etc. Co Unia NAM, a co My dla Unii.
Elektorat jest jak widzę, ksenofobiczno małomiasteczkowy, z rojeniami.

I to jest prawdziwa wina… mediów. Czyli jednego z edukatorów. Już dawno nasze Dzienniki czy Wiadomości zamieniły się w kościelne ogłoszenia parafialne plus kilka informacji o pyskówkach w Sejmie. Programy publicystyczne zamieniły się już dawno w walkę w kisielu i to jest wina zarówno dziennikarzy jak i ich SZEFÓW, dla których liczył się i liczy wyłącznie SŁUPEK tzw. „oglądalności”. Mało kto chce to oglądać. Są na perfyferiach takie stacje w których się ciekawie rozmawia, w których dowiaduję się rzeczy ważnych i interesujących.   

W stacjach „głównych” zero informacji o tym, co w świecie ważne, aktualne, no chyba, że bomba wybuchnie – migracyjna, albo faktyczna – na krótko robi się szum i… życie szybciutko wraca do zakupów, karmienia krów, zbioru ziemniaków, złorzeczenia na banki, polityków i uchodźców.
„Nasza chata z kraja!”

Pan Prezes nie dość, że nie wyściubiał poza dom nosa, którym by węszył, co się dzieje na zewnątrz, swój światopogląd formował chyba głównie w oparciu o rozmowy z mamą. To widać po ciągotach i marzeniach – JK chcę żeby Polska była jak przed wojną - pod wodzą Marszałka, bo do takiej Polski z Żabczyńskim, Smosarską i Bodo wzdychała mama – zapewne. I taka, żeby była bez tej okropnej Unii, za to z Wodzem trzymającym wszystkich za pysk - tęskni się panu prezesowi. I dworowi też.

Dziwię się dworowi, bo przecież wiele tu osób, które nie zostały wychowane w aż tak klaustrofobicznych warunkach, ale jak mówiła moja mama – Polacy potrzebują męczenników bardziej niż bohaterów. I tu pan prezes doskonale wpisuje się w owa tezę. Jest zarówno męczennikiem (strata brata bliźniaka – psychologia mówi, że to jak połowiczne obumarcie) jak i bohaterem, bo pogonił wyimaginowanego Wroga. Nigdy nie pojmę tego poziomu miłości do przywódcy. Ale to widocznie dlatego, że jako dziecko nie musiałam całować proboszcza w rękę ani walić się po piersiach wołając, że „moja wina”, skoro nie moja! Nie jestem aż tak nauczona pokory i klękania.

Co uwiodło starszych – mniej więcej wiadomo – „żeby tak po staremu było, znaczy po bożemu, bardzo moralnie i jak pan prezes chce”. Nadto, oczywiście, zemsta na poprzednikach, jakieś publiczne dyby, pręgierz etc, no i słynne: TKM! To takie… częste u nas.

A co uwodzi w PiS młodych?
Ano połowa, sądzę, mało sprawnie myśląca własnymi osądami nasączona jest myślą dziadków, rodziców, księdza. Zatrzaśnięta w ksenofobicznej wsi, miasteczku, dzielnicy, RODZINIE. Niedouczona, nieświadoma świata – jakim on jest. I kompletnie nienauczona tego, co przeszliśmy w czasie ostatnich 25 lat, a co prezes definiuje na nowo, zaprzeczając faktom lub nadając im nowe – własne – znaczenie i interpretację.

Czego nam trzeba?

Obowiązkowych wyborów. Jesteś obywatelem polskim? Konsumujesz to, co w Polsce dostępne, płacisz podatki, korzystasz z dróg, mostów i edukacji? Rusz zwojami, myśl skąd to wszystko i jak to ma działać. Wysil się i idź zagłosować!
Nie jesteś eremitą, żyjesz i korzystasz z tego, co Polska ci oferuje.

Czego BARDZO potrzeba? Edukacji.
Szkoła nie podołała i nie podoła współczesnej i mądrej edukacji, zwłaszcza z tymi swoimi mszami i religijną indoktrynacją, marnym programem, w którym od lat brakuje miejsca na kulturoznawstwo i podstawy ekonomii. Z niewydolnością wychowawczą – „fala”, przemoc, wymuszenia, lobbing i niechęć do dzieci odmiennych. Takie zjawiska to całkowita klęska wychowawców.

Maturzysta nie wie jak funkcjonuje jego ciało i jego kraj, nie ma zazwyczaj pojęcia czym są odsetki od odsetek i jak czytać bankową/prawną/urzędową korespondencję. A będzie jeszcze gorzej – bo będzie nauczanie ‘patriotyczne” – cokolwiek by to miało znaczyć.

Skoro nie szkoła to może ruch społeczny i „tajne” kursy?
Zarówno dla dorosłych jak i dla dzieci, młodzieży. Sama chętnie pójdę, znaczy idąc z duchem czasu – zasiądę w wirtualnej klasie. Niechaj Autorytety z dziedzin wymienionych korzystając z Netu – nauczają. Kolportujmy bibułę z nauczaniem – czym jest zawłaszczenie TK, czym grozi zmiana Konstytucji czym jest totalitaryzm etc.
W miastach można się spotykać na „kompletach”, a na wsi – pozostaje wirtual. Od czego technika?
Ruch społeczny już jest - ostrożnie przyglądam się, jak formuje się KOD. Dobrze. Coś, jakiś bumt jest lepszy od mękolenia. 

Trzeba nam zaczynać jak w Pozytywizmie: od edukacji, od pracy organicznej i pracy u podstaw. Majdan zostawmy w spokoju, choć jak trzeba będzie…



PS
W Korei Pd owszem mówi się w szkołach o zaletach kraju ale o patriotyzmie nie mówi się tu w aspekcie krwawych wojen i powstań, bo to należy do historii. Każdy Koreańczyk autentycznie kocha Koreę za to, co otrzymuje. Ma szansę na pracę, mieszkanie i samochód. Kiedy już przejdzie (doprawdy niełatwą edukację) znajdzie swoje miejsce w życiu, założy rodzinę i będzie miał kilkoro (!) uroczych dzieciaków. Stać go na super nowoczesne gadżety made in Korea. (Po które przypływa masa statków z całego świata!) i podróże.
Czyli syty i dobrze opłacany obywatel, z wolnością osobistą, oczywiście ograniczany uczciwym i przejrzystym prawem, przepisami jest automatycznie … patriotą. W innym wypadku jest jak na północy – pominiki Wodza i kara za brak subordynacji, cenzura i zamordyzm, a miłość do Przywódcy wymuszona batem.  

środa, 18 listopada 2015

Szuflandio…


Wstęp.


 Cytat komentatora: willie1950

"Partia Jarosława Kaczyńskiego na szefa Rady Europejskiej na razie się nie zamachnie."???
Kruca... To jest naiwność na poziomie przedszkolaka. Ile to już było takich kretyńsko naiwnych prognoz? "Duda jest politykiem młodego pokolenia, nie zrobi tego, nie zrobi tamtego..." I co? Ułaskawił "niewinnego" Kamińskiego, robi co mu prezes każe. Tak samo jest z każdą prognozą (…), gdy politycy i publicyści spodziewają się czegokolwiek dobrego, sensownego po PiSie. Naiwność, naiwność, naiwność. Prezes zbyt długo był odcięty od władzy, by teraz miały go powstrzymać jakiekolwiek względy na dobro demokracji, zdrowy rozsądek czy powagę państwa.

W innym temacie pisał Pan Willie1950, ale ja myślę o zamachu na naszą wolność w ogóle. Za chwilę MOŻE być tak, że niepokorne głosy czyli wszyscy MY – grzmiący, że jest skandalicznie, oberwiemy tak, że się nie pozbieramy i pies z kulawą nogą się za traconą demokracją i wolnością nie ujmie.
Korzystając jednak z oparów dotychczasowej wolności słowa piszę:

Ad rem.

Zdaje się, że mamy kolejne bardzo twórcze podejście do konstytucji. Powiedział pan Wilk w radiu. „Twórcze podejście” – mowa o złamaniu Konstytucji i różnych norm społecznych, wcześniej ostro przez PiS krytykowane za rządów PO. Należy to odczytać cytując Elizę Michalik, która z kolei cytuje powiedzonko zapisane w Internecie jako symbol pewnego pokolenia politycznego. Przypomnieć?

TKM („Teraz, kurwa, my”) – stosowane przez niektórych polityków i dziennikarzy obrazowe określenie stosunków panujących w polskiej polityce i problemów ją trapiących. „TKM” odnosi się do „mentalności zdobywcy”, gdy zwycięska partia polityczna obsadza stanowiska, kierując się podziałem na „my” i „oni” (mianowani przez poprzednią rządzącą partię), a nie względami merytorycznymi.
Określenia „TKM” jako pierwszy użył Jarosław Kaczyński w 1997 w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej”.


- Pan Prezydent Andrzej Duda bardzo swobodnie sobie poczyna z interpretacją Konstytucji.

Co za Wersal! Jakoś nigdy nie słyszałam poprzednio, żeby ktoś z PiS z taką rewerencją wyrażał się o politykach PO. Politycy PiS zazwyczaj mówili bez szacunku – „Tusk”, „Kopacz”, czasem „pani Kopacz” dla podkreślenia „nieważności” pani premier, „Schetyna”, że już nie wspomnę o wylewie pisowskiego chamstwa w odniesieniu do prezydenta Komorowskiego. Dzisiaj politycy PO i kilku innych opcji mówią elegancko, pełnym tytułem. Ktoś to zauważył?

Od lat owija się prawdę w bawełnę, pozbawiając słowa ich prawdziwej mocy. Stosowanie słów zastępczych w wypowiedziach doprowadza do zmiany znaczenia samego meritum w odbiorze słuchaczy czy czytelników.

Pamiętamy falandyzację prawa, pomroczność jasną, czy podobne kwiecie retoryczne, które ma na celu dokładnie to, o czym mówi suchar  o tym, czym jest dyplomacja.  - To zepchnięcie staruszki ze schodów i uprzejme pytanie – gdzie tak szybko leci? Tak się dzisiaj czuje wielka część obywateli czytających, słuchających ze zdumieniem, jak bezczelnie Pan Prezydent niby demokratycznego i niby środkowoeuropejskiego państwa nagina ponad wszelką przyzwoitość Prawo Polskie, żeby pokazać nam nasze miejsce, znaczy – mówiąc wprost – kopie nas w tyłek, pytając dokąd tak szybko lecimy. Ech, nie. Nawet nie pytając. Ma to gdzieś. My jesteśmy tylko nieważnym tłumem, a brednie w rodzaju „pochylimy się nad sprawą każdego Polaka” – żenują, bo zalatują fałszem, jak zepsuta ryba. Pochylą się nad swojakami, a każdy myślący inaczej, ateista, wyznawca innej opcji politycznej, słowem PRZECIWNIK może liczyć na… wszystko. Na wizytę o piątej rano i znienacka znalezioną torebkę z białym proszkiem czy ziółkiem, pornografię dziecięcą w komputerze itd.

Napisałam do córki: „Obecną politykę rządu (który wybrało jakieś 30% społeczeństwa) można streścić w słowach:
MOŻECIE NAM NASKOCZYĆ.

Mało kto dzisiaj grzmi językiem polskim, wprost i jasno mówiąc, że jesteśmy OKŁAMANI, że prawo jest łamane, że Konstytucja jest łamana na naszych oczach, że kolesiostwo i nepotyzm tak bardzo wyklinane przez rząd PiS jest dzisiaj jak najbardziej w normie tego rządu (TKM!), że zamach na Trybunał jest skandalem na skalę międzynarodową.

Ale ponieważ daliśmy się, jako społeczeństwo, uwieść i jedni poszli na pasek populizmu, inni w odwecie za PO „na złość babci dają sobie odmrażać uszy”, a jeszcze inni mieli wybory w dupie i nie poszli wcale, to mamy, co mamy, a nasz głos brzmi jak piski z Szuflandii.
Ktoś jeszcze pamięta King Size?

Szuflado ma,
Kocham i uwielbiam Cię,
Chociaż takiego dna, nie ma nigdzie na świecie.
Ciasnoty Twej,
Nie boimy się skutków.
Miejsca, że hej,
Dla wszystkich krasnoludków.
(…)

Ref.:
Gdy wszystko dla Ciebie za małe, za krótkie,
Swój rozmiar zmień i zostań krasnoludkiem.
Bo gdy się mało, do podziału ma,
Zmniejsza się ludzi i muzyczka gra.
Małe jest piękne, każdy z nas to wie,
Ale w szufladzie nastroje są duszne.
Gdy serce pęknie, to dla tego że,
Małe jest często, jakże małoduszne

niedziela, 15 listopada 2015

Wojna ?


(czy kolorowanki?)

Po atakach we Francji widzę wielki zryw Europy, wielką ludzką solidarność. Prawie każdy już umalował swoje zdjęcie na fejsbuku w barwy Francji! Prawie każdy powiesił napis „Pray for Paris” i dodał obowiązkowe [*], albo RIP. Poczciwcy wieszają też pacyfę, bo ona – oczywiście – ochroni nas, jak tarcza antyrakietowa!
Coś mi umknęło chyba, bo kilkanaście dni temu, najprawdopodobniej na skutek działania terrorystów, spadł na Synaju rosyjski samolot z rosyjskimi rodzinami. Ojcami, matkami, babkami i dziadkami, a zwłaszcza dziećmi. 240 osób! I jakoś NIKT sobie avatarów nie malował w barwy Rosji, ani nie pisał z emfazą „Jestem Rosjaninem”, „I am a Russian” ani choć „Я Русский”, a równo dzień przed Paryżem, w Bejrucie zamach zabił 44 osoby i 300 ranił. I jakoś nic…
Codziennie giną ludzie w Izraelu, Tybecie, Palestynie, w Afryce, ale krew i wycie zabijanych, torturowanych okrutnie i gwałconych ofiar nie dociera do Europy, więc nikt nie pisze, że jest Żydem, Tybetańczykiem, Koreańczykiem z Korei Północnej, który zmarł z głodu na ulicy, Afrykańczykiem z plemienia Kukuju, czy Rosjaninem, który wracał z żoną i dzieckiem z wakacji w Egipcie.
No, tak – to nie „nasi” giną, więc mamy to gdzieś.
Teraz jednak zaatakowano nas, w osobach Francuzów, więc już teraz damy łupnia tym terrorystom! Memami, hasztagami, plakatami, godzinnymi debatami w studiach telewizyjnych, ględzeniem na Fb i apelami Poczciwców wołających, że nie możemy się dać sprowokować, bo jesteśmy tacy mądrzy i humanitarni, że nadstawimy drugi policzek i będzie jeszcze bardziej polityczno-poprawnie.

Ekstremiści oczywiście bardzo przejmą się tymi naszymi działaniami! Tym oświetlaniem budynków na niebiesko – biało – czerwono i napisami „Je suis France”, czy jakoś tak! Spalą się zapewne ze wstydu, że tak nas zasmucili.

Prezydent Hollande powiedział wreszcie głośno i wyraźnie, że jest WOJNA.
No, to znaczy dość głośno i dość wyraźnie. I… tylko tyle.
Czekałam, aż powie to (gdyby miał cojones), co powiedziałaby na przykład była pani premier Australii, a co brzmiałoby zapewne tak:

Obywatele.
Mamy stan wojny, ataki które powtarzają się od wielu lat, wraz z dzisiejszym który przepełnił czarę goryczy (to język dyplomacji, ale ja bym powiedziała dobitniej „wraz dzisiejszym, który wkurwił nas ostatecznie”). To ewidentna wojna wymierzona w nas i naszą kulturę. 
Obwieszczam więc wszem i wobec, co następuje: KAŻDY obywatel musi się opowiedzieć po jakiej stronie stoi. Zwłaszcza obywatele Muzułmańscy, którzy w większości jako przybysze nie chcą się integrować, ani asymilować. Akceptowaliśmy to sądząc, że jednak rozumiecie na czym polega prawo gości wobec gospodarzy.
Przypomnę – to wy chcieliście się tu osiedlić.
Dzisiaj musicie odpowiedzieć też sobie na pytanie – po której stronie jesteście?
Wojna/pokój?
Jeżeli po naszej, (bo my chcemy POKOJU) z której korzystacie pełnymi garściami, pora na deklarację i całkowitą zgodę na nasze prawa i obyczaje.
- Szacunek dla naszej, europejskiej kultury.
- Żadnego spiskowania – to powód do natychmiastowego osadzenia w więzieniu na długo. - Żadnego zakrywania ciała ani z powodów religijnych ani ze względu na jakieś ględzenie o moralności. Nie zakrywamy ciała ani twarzy, bo panuje u nas równość. Tylko przestępcy zakrywają twarze.
- Zakaz k
litoridektomi okaleczeń dziewczynek. Koniec dyskusji!
- Nie wolno pod karą oskarżenia o terroryzm, wspierać finansowo tajnych organizacji antypaństwowych ani żadnych innych, nie mówiąc już o ich zakładaniu i uczestnictwie w takich działaniach.
- Nie wolno wspierać krewnych czy znajomych, udzielać im schronienia wiedząc, że są przeciwni temu co proponuje nasz kraj swoim obywatelom.

Komu się to nie podoba – fora ze dwora. Deportacja tam, gdzie będziecie zadowoleni i szczęśliwi, po cholerę tak się tu męczycie, skoro tak wam się tu nie podoba?!
Ponieważ de facto Islam to nie religia lecz system polityczny, do tego sprzeczny z naszym systemem wartości, więc zamykamy meczety, żadnych modłów na ulicach, módlcie się w domach. Rozwiązujemy dzielnice-getta a bezrobotni jadą na wieś uprawiać słoneczniki, dość brania zasiłków za nic. Inni zostaną rozlokowani jeszcze dalej od Paryża. Jeśli nie zaczniecie pracować, to po 3 latach – wyjazd z Francji. Reszta, której to nie w smak – do widzenia!
Każdy złapany podczas jakiegokolwiek napadu z bronią w ręku – zostanie odstrzelony po prostu. Wojna jest!

A tu nic. Cisza. Pan Hollande i pani Merkel chyba boją się tak ostro mówić do terrorystów i ich braci w wierze, żeby nikogo nie urazić. Zwołają jeszcze niejeden szczyt, na którym będą mówić zatroskani i zastanawiać się CO SIĘ STAŁO? Filozofia drugiego policzka? Wg mnie będzie to ...nasty. Ile jeszcze?

Komentarz pod nickiem ef – ha, pod  artykułem na forum GW:
„Każdy kolejny zamach jest komentowany w ten sam sposób: 
 - Mordercy wołają "Allach akbar" nie dlatego, że z tej religii biorą inspirację, lecz by w nas zasiać nienawiść do niewinnego "prawdziwego islamu.
Że też nikt nie wpadł na taką logikę broniąc nazizmu! Niemieccy zbrodniarze wołając "Heil Hitler" chcieli tylko skierować naszą wrogość do tej niewinnej w gruncie rzeczy ideologii... „

A nasi bohaterowie – Powstańcy? Dobrze robili, że powstali przeciw zniewolicielom, okupantom, czy jednak powinni byli zaprzestać, bo to nieładne zabijać i odpowiadać agresją na agresję?

Dlatego, obawiam się, będzie jeszcze gorzej. Niemcy i Francja, Poczciwcy ze swoim terrorem empatii, szwedzkie kłamstwa o przestępczości* która urosła im po imigracjach z krajów muzułmańskich, są najbardziej odpowiedzialni za marazm i nieumiejętność reagowania u podstaw na łamanie praw w Europie w imię Islamu.
* - kilka tygodni temu trafiłam na Youtubie na film – szczerą rozmowę ze szwedzką policjantką i jej kolegą o praktykach nakazujących im wybielanie raportów o gwałtach i przestępstwach popełnianych przez muzułmanów, zakłamywanie statystyk „dla wspólnego dobra”, „bo muzułmanie mogą się poczuć stygmatyzowani”. Pokazywali owe raporty, papiery. Po dwóch dniach film znikł. Pozostał napis, że usunięty na żądanie chyba policji szwedzkiej czy jakoś tak. Na stronie angielskiej policji od miesięcy wiszą gębusie Polaków – łachudrów, kryminalistów (wstyd, no, wstyd!) ale ich zdjęć i donosu o tym, że na Wyspach Polacy są na topie kryminalnym nikt zdjąć nie nakazuje…

A Ameryka? Coś może ponad „Jestę Francuzę”? Poza kondolencjami? No, bo ktoś tę wojnę w krajach arabskich wymajstrował, nie? Czekam, aż sobie Obama pomaluje awatar…
Ile jeszcze ofiar potrzeba, by wyjść z tej pułapki politycznej poprawności?
Czy jednak - SUBMISSION?