niedziela, 12 kwietnia 2015

Ja też zapytam o czytanie.

"Ale książka to przecież nie jest dokładnie to samo co nabiał czy śrubki"
http://wyborcza.pl/1,75968,17735310.html

No, nie wiem, dzisiaj chyba to taki sam towar jak inne. A jeśli mówi się, że to artykuł pierwszej potrzeby, to czemu państwo nie dotuje artykułów jeszcze bardziej potrzebnych takich jak jedzenie, prąd, woda? I dlaczego ma dotować książki? To przekorne pytanie – wiem, ale samo się nasuwa, gdy mamy gospodarkę rynkową.
Jest jeszcze gorzej – Ministerstwo Kultury zamiast otoczyć troską biblioteki i nacisnąć na edukację woli rozdawać publiczne pieniądze na świątynie.

Skąd przekonanie, że tania książka znajdzie nabywcę, jeśli nabywca w ogóle nie interesuje się książkami? Nie jest rozbudzony intelektualnie? To chyba pierwsza i najważniejsza odpowiedź na pytanie – dlaczego Kowalski nie czyta?
Jest  ponoć 10 000 000 domów w których książki się "nie komponują". No właśnie! Zamarłe intelektualnie społeczeństwo buduje sobie domy, w których są modne meble i różne gadżety ale nie ma regałów z książkami, bo one przypominają „mordęgę”, czyli szkołę. Czyli coś w systemie EDU nawaliło.
Myślę, że winę za ten stan rzeczy ponosi edukacja podstawowa, dzieci zamiast pędzić z materiałem powinny być nauczone technicznie sprawnego czytania, pisania i liczenia. Ambitny materiał powinien poczekać.
Pamiętam czasy, gdy z mozołem uczyłam się ładnie stawiać literki i czytać płynnie. W szkole i w domu. Tysiące kółeczek, laseczek i trzymania się linii – to nauka harmonii, staranności i cierpliwości. Podobnie czytanie – od dukania do płynnej interpretacji – na lekcjach po kolei wskazywani przez panią czytaliśmy na głos czytanki do trzeciej klasy, aż do osiągnięcia efektu. Wtedy książki wchodziły „same”! Uważam, że to jest bardzo ważny czynnik. Prawie wcale nie brany pod uwagę dyskusjach, a przecież to podstawa.

Następna przyczyna sprawiająca, że książek Polak nie kupuje, to nawyk, cena i dostępność.  Sprychał mnie krytyk literacki, gdy powiedziałam publicznie, że książka to taki sam towar, jak każdy inny. Bo tak dzisiaj jest! W PRL były książki w księgarniach (wbrew obiegowej opinii „znawców”), i na Dniach Książki i Prasy tłumy! Mam książki z tego czasu na półkach, czytam w stopce nakłady - do pozazdroszczenia! Zwłaszcza literatura polska ale i klasyka światowa to przeciętnie 30000 – 50000 egz. bo były dotowane. (Mam czwarte wydanie słynnych Skiroławek – nakład 700000 egz!) Fantastyka szła jak ciepłe bułeczki.
No to dotować czy nie? Czy tańsza książka zostanie kupiona? Doceniona jako coś równie potrzebnego jak chleb?

OK. A jak już ujednolici się dzisiaj cenę książki, to zapewne …wzwyż? Będzie kosztowała średnio 50 PLN. Drogo...
Jakoś też nie wierzę, żeby usztywnienie ceny książki zadziałało np na EMPiK, który tak czy siak bez regulacji prawnych będzie żądał od wydawców wielkich rabatów.
Jednak TO jest i powinna być bitwa między wydawcami i tym upadającym molochem. A wydawcy siedzą cicho. Do dyskusji namawia się krytyków i pisarzy. Pogadali, pokłócili się publicznie, poobrażali i tyle.
EMPiK czy Matras wielu ludziom jest po drodze – to zupełnie inna kategoria niż małe księgarnie. Próbowałam to wyjaśnić bezskutecznie moim zagniewanym rozmówcom. Bywam w centrach handlowych okazjonalnie i widzę, że rodzina, która przyszła po buty, spożywkę, albo tylko odbyć „windows shopping” zajrzy i do EMPiKu czy Matrasa – panowie do muzyki i książek, panie do prasy kolorowej i książek, albo na odwrót i zazwyczaj coś tam kupią.
To też kwestia logistyki – małe księgarnie mieszczą się najczęściej przy ulicach, przy których nie ma jak zaparkować, więc ich klientami są ludzie korzystający z transportu miejskiego, spacerujący po mieście, mający czas żeby wejść do księgarni. Do centrów handlowych przyjeżdża się najczęściej samochodem i zostawia go na parkingu. Już wiadomo, że mamy sporo czasu do łażenia więc jak ludzie przyjechali po buty czy czapkę, to zajrzą też do EMPiKu. Z dziećmi, którym w nagrodę też się kupi książeczkę. W tygodniu nie ma na to czasu – to wszak norma. I jeśli zabraknie na ich trasie EMPiKu (lub czegoś podobnego, innej księgarni w centrach handlowych – i to miałam na myśli rozmawiając z panem z Metra), to poprzestaną na kieckach i spożywce. Nie trafią do księgarni, bo jej nie mają na osiedlu, we wsi w miasteczku - po drodze.

Biorąc pod uwagę żale dyskutantów, że w księgarniach i w EMPiKach nie ma wszystkich książek, na jakie mielibyśmy apetyt, śpieszę donieść, że wobec boomu wydawniczego ( ponad 100 nowości wychodzących TYGODNIOWO!) zadowalająca nas księgarnia mająca "wszytko",musiałaby mieć powierzchnię hali odlotów w Dubaju.
Tak więc dzisiaj książka sprzedaje się zarówno w Biedronkach, w kioskach Inmedio, w księgarniach i księgarenkach, w salonach EMPiK (wespół z chińskim drobiazgiem typu guziki, pasmanteria i trzepaczki do kawy i wszystko do dekupażu (bo inaczej im się budżet nie spina - pytałam), w księgarniach internetowych – i tam chyba przenosimy się powoli. Tam jest "wszystko" - od archiwaliów po gorące nowości. 
Mieszkańcy pozbawieni bliskości księgarń kupują w Necie. Nie tylko książki papierowe ale e-booki, audiobooki też, bo to nowa, coraz fajniejsza oferta do słuchania, gdy ręce zajęte czyli gdy uprawiamy sport, sprzątamy czy podróżujemy.
I PR - czy telewizja publiczna serwuje nam programy o książkach? Reklamuje je zachęcając do czytania? Zamiast pluszczących się celebrytów czy popisujących dzieci może tak ciekawy program o książkach? Nie gadające głowy staje jęczące o tym jak to fatalnie piszemy, a zachęta do czytania, słuchania świetnych pozycji? Grażyna Torbicka (od lat) daje radę z filmem, to może ktos równie sympatyczny i wiatygodny, obeznany mógłby coś o literaturze? 

Na koniec Krzysztof Varga z którym się zgadzam:
Na wakacjach byłem akurat we Francji i mniej więcej orientuję się, jak tam wygląda sytuacja czytelnicza – a jest zupełnie inna niż w Polsce. Pomijając ogromne francuskie tradycje w tej dziedzinie, wypadamy na tym tle fatalnie. Mam swoją teorię, że tak naprawdę wynika to z braku mieszczaństwa w Polsce. Mieszczaństwa w sensie nie pejoratywnym, czyli drobnomieszczaństwa i kołtuństwa, ale takiej warstwy społecznej, która uważa, że powinna być mniej więcej na bieżąco z lekturami i aktualnymi wydarzeniami kulturalnymi, choćby z powodu snobizmu.
Kiedy spojrzymy na kraje europejskie, które mają najwyższy poziom czytelnictwa – takie jak państwa skandynawskie, Francja, Niemcy, Czechy – to nie tylko jest w nich silne mieszczaństwo i jego tradycja, lecz także są to kraje zlaicyzowane. To ciekawa paralela, że w krajach, w których Kościół nie odgrywa tak dużej roli jak w Polsce, czytelnictwo jest większe. Z tym, że nasi dobrzy chrześcijanie, zdaje się, Biblii też za bardzo nie czytają. I to jest właściwie punkt do szerszej dyskusji, dlaczego tak mało czytamy.”
PS w małych miasteczkach księgarnie są połączone ze sklepem papierniczym, są też koszulki i jakieś tam inne badziewko. "Czemu?" - zapytałam - pani odpowiada - "z samych książek nie utrzymam sklepu. Ludzie nie kupują..."
Ale na gadżety mają. 

piątek, 10 kwietnia 2015

Pocięci

Pocięci – dobrze napisałam. Nie „poczęci” i nie „posiekani”, pocięci. My jesteśmy pocięci, jako społeczeństwo. Od dawna, jak i inne społeczeństwa zapewne, bo kiedyś podczas nierówności klasowych też cięcie szło wzdłuż zasobności, szlachectwa, wyznania…
Jakoś tak mi się wydawało, że to powoli zarasta, że już normalniejemy i te podziały nie są ważne choć przecież różnimy się majątkiem, wyznaniem a po szlachectwie zostały nam herbarze w szafie i sygnet po dziadku. Błękitem krwi nikt dzisiaj na poważnie nie szpanuje.
I tak już miało być fajnie – dużo się mówiło o wolności wyznania, o równości i solidarności, wolności wypowiedzi, sumienia etc., etc…
Dzisiaj ze smutkiem patrzę jak skorodowaliśmy – jak mocno jesteśmy podzieleni – krzyżem, Smoleńskiem, medycyną (de facto poglądami na nowości) i jak dalej pęka między nami to co nie powinno pękać.
Różnica zdań już bywa powodem do ustawienia jakiegoś płotu, wywalania z  grona znajomych.
Róznica zdań na często dość banalne tematy.
Czas jakiś temu wypowiedziałam się publicznie o sklepie, o którym też wypowiedzieli się wszyscy z branży. I to też był znakomity powód do tego żeby środowisko podzieliło się na tych, którym sklep jest wstrętny, na tych obojętnych a też takich którzy akceptują, że jest taki a nie inny i z asortymentem różnorakim. To kwestia de gustibus a także sprytnej manipulacji dziennikarza, który zbierając opinie (pochwalne) zbierał te opinie w sposób bardzo... współczesny, czyli „to jutro idzie do druku, więc autoryzacji nie przewidujemy”. Wyjaśniła to dobrze Krystyna Kofta w publicznym mailu odpowiadającym na mail Jacka Dehnela ( w którym pytał Krysię co miała na myśli i czemu się tak a nie inaczej wypowiedziała), jakby tłumacząc się mu z tego, jak została zmanipulowana. Obie jesteśmy w podobnym wieku, przyzwyczajone do innego poziomu dziennikarstwa a młody (dość młody) Jacek Dehnel urodził się już w innych czasach i doskonale chyba wie, jak działają współcześni zjadliwi dziennikarze, którzy nie mają zasad ale mają wyznaczony cel i stojącą za tym kasę. Tak czy inaczej nadal Dehnel pozostaje z Krystyną Koftą w najnormalniejszych stosunkach, ani jej nie złajał ani nie usunął ze znajomych z Fb. Widać można…
To zresztą mniej ważne. Wypowiedź dotyczyła sklepu, sprawa dyskusyjna, godna faktycznie obgadania, bo nie o rybny sklep idzie a o sklep z szerszym zapleczem (powiedzmy to - kontrowersyjny sklep z książkami), który – jak wspomniałam – od dawna mąci w branży. Mniej to dotyczy literatów a znacznie bardziej milczących w tej sprawie (?) wydawców, którzy w pierwszym rzędzie powinni o owym sklepie pogadać.
Tak czy siak dyskusja się wzmogła a ja zostałam wywołana publicznie do tablicy w tej właśnie sprawie. I nie byłoby w tym niczego nienormalnego, od dawna wdałam się, niestety, w jakieś rozmowy publiczne o branży. Gadać, spierać się rzecz ludzka, nawet można mieć skrajnie inne zdania ale, jak napisałam, jestem z tego pokolenia, które nie było kiedyś aż tak pocięte, owszem różniliśmy się zdaniami ale umieliśmy siedzieć przy jednym stole, poróżnieni na chwilę znów wypijaliśmy na zgodę, przyjaźniliśmy, kolegowaliśmy etc…

Ale to już było i nie wróci więcej (obawiam się).
Jakież było moje pierwsze zdumienie, gdy zamieściłam na swoim „wallu” jakiś obrazek ze śmiesznym hasełkiem drogą udostępnienia (fejsbukowicze wiedzą co to jest, to rodzaj wytnij – wklej) z profilu Janusza Palikota. I mój fajny i niegłupi znajomy nagle napisał do mnie suchą wiadomość, że ... skreśla mnie z grona znajomych, bo on Palikota nie toleruje.
To był pierwszy kopniak. Nie, nie zdziwienie – kopniak. Jakby mnie on, znajomy, całkiem przecież miły, fajny facet, kopnął brutalnie.
Daj spokój, powiedział mąż, ludzie sami sobie dają świadectwo małości, daj spokój.
Drugie zdziwienie to owa rozmowa (szeroka, bo objęła jak napisałam pół branży) o owym sklepie. Moja bliska znajoma z branży, a jakże uważająca się za znawczynię tematu i  deklarująca wielką sympatię dla mojej skromnej osoby nagle wystąpiła z paluszkiem skierowanym na mnie, natupała, rozmawiając ze mną (publicznie) tonem wzburzonej pani wychowawczyni i dała mi do zrozumienia, jak bardzo ją zawiodłam. Koniec znajomości!
I tym razem mąż wypowiedział zdanie niepocieszające ale prawdziwe – „Naturalna selekcja, daj spokój”.

Myślę i nadziwić się nie mogę.

piątek, 3 kwietnia 2015

Kilka jezior, całe pojezierze – czyli chwała Czajkowskiemu




Z góry zaznaczę, że nie jestem znawczynią tzw. muzyki klasycznej, czy jak kto woli poważnej, a jedynie kimś z lekka osłuchanym, konsumentką. Wiem kim byli Mozart, Bach, Vivaldi, Mendelssohn, Szopen (sam uzywał czasem spolszczonej formy), a nawet Rachmaninow i Szostakowicz, choć tu gdzieś mi się urywa klasyka w moim rozumieniu i odbiorze. W moim rodzinnym domu słuchało się klasyki w tradycyjnym rozumieniu. Zazwyczaj popołudniami, gdy mama poprawiała klasówki, ja bawiłam się w swoim kąciku lalek a tatko nastawiał coś ładnego i sobie szło…
Moimi idolami są Szopen i Czajkowski. Obaj odkryci na nowo już za dorosłości, choć z panem Piotrem Cz. znamy się od mojego dzieciństwa nieco bliżej. Miałam jakieś osiem lat. Byłam wówczas z rodzicami w Moskwie,  było lato i mama mi powiedziała, że idziemy do Parku Gorkiego na balet. Opowiedziała mi co to jest balet, a w drodze też libretto, które brzmiało jak piękna ale smutna baśń. To miało być Jezioro Łabędzie wystawiane w muszli koncertowej ot tak, w ramach teatr i sztuka dla wszystkich.
Zajęliśmy miejsca, zmierzchało się. Pamiętam, że patrzyłam jak urzeczona, wszystko było takie piękne! I panie tańczące na paluszkach i płynna piękna muzyka i ta ciepła noc i to, że rodzice zgodzili się, ba! Sami zaproponowali tę frajdę i mimo, że dobiegała północ nie srożyli się że nie śpię.
Jakże jestem wdzięczna za tę edukację! Za ten wieczór!

Tak oto zaczęła się moja mała przygoda z Jeziorem Łabędzim. Lubię oglądać nowe przedstawienia, nowe pomysły choreografów, bo ten balet daje im wielkie pole do popisu, puszczają wodze fantazji i od czasu do czasu jestem zaskakiwana nowym odczytaniem baśni o zaklętym jeziorze.
Miałam tę frajdę, że najpierw zobaczyłam artystów Teatru Bolszoj z ówczesną primabaleriną Eleonorą Własową w roli Odetty Otylii. Później zaliczyłam Jezioro już na sali teatralnej w Teatrze Bolszoj, zdaje się, że z Mają Plisiecką, ale głowy nie dam. Na zmianę tańczyły tam Plisiecka, Pawłowa i Ułanowa a mnie rodzice zafundowali jeszcze kilka baletów, więc mam prawo nie pamiętać.
Później, już jako nastolatka, w Teatrze Wielkim Opery i Baletu w Warszawie widziałam Jezioro Łabędzie w wykonaniu niezrównanego Stanisława Szymańskiego i bodaj Olgi Sawickiej.

Mijały lata, dorosłam, przeszalałam młodość przy Bitelsach i Czerwonych Gitarach, i całą późniejszą resztą rocka i popu. A gdy skończyłam czterdzieści lat...  znów wróciła klasyka, poczułam potrzebę słuchania dawnych mistrzów. Teraz już głęboko i świadomie pokochałam Szopena, Czajkowskiego i jeszcze kilku panów z zamierzchłej przeszłości.
I oto w pewien zimowy wieczór, na którymś z kanałów telewizyjnych, zobaczyłam balet bodaj leningradzki, z przedstawieniem Jeziora Łabędziego ale z ciut zmienionym librettem. Odettą był… carewicz Paweł Piotrowicz pokazany jako dziecko odebrane matce (Katarzynie II), neurastenik i nieszczęśnik. Znakomity balet, tak mi się podobał, że nawet miałam go na taśmie VHS ale zapis okazał się nietrwały. Trudno – mam ten balet w głowie.
Znów minął jakiś czas i słyszę o nowym, bulwersującym przestawieniu Jeziora, w Londynie. Choreograf Matthew Bourne obsadził w rolach głównych dwóch znakomitych tancerzy – niepokojącego Jose Maria Tirado jako Obcego (Stranger) (?) i Scotta Amblera jako księcia (alter ego Odetty?).
Balet narobił szumu, bo cała historia księcia jest opowiedziana jako historia gejowska. Matthew Bourne trafił w swój czas a może to czas go trafił – gdy Europa uczyła się tolerancji, zaczął się gejowski boom i parady równości.
To przedstawienie pojawia się też w końcowych scenach filmu „Billy Elliot”. Oglądałam to przedstawienie z DVD (niestety, nie w Londynie na deskach teatru…) i spodobało mi się. Jest nowatorskie, ostre i znakomicie zatańczone.

A teraz wisienka na torcie.
W operze w Sydney choreograf Graeme Murphy wystawił Swan Lake w 2008 roku. W roli Odetty wystąpiła Madeleine Eastoe.
Cała historię umieszczono pod koniec XIX wieku. To historia zdrady księcia Siegfreda, który wolał od swojej młodej i uroczej żony zamężną i dzieciatą damę.
Odetta tak bardzo kocha, tak przeżywa zdradę, że ląduje w szpitalu psychiatrycznym. Wreszcie sprawa ma finał w samobójczym skoku do jeziora.
W całej tej historii publiczność zobaczyła nawiązanie do historii lady Diany, księcia Karola i Kamili Parker Bowles.
Zasiadłam, obejrzałam i jestem pod wielkim wrażeniem. Całość jest podzielona na część bardziej teatralną, w której tancerze pokazują cały początek historii, intrygi i część baśniową (jezioro) mniej teatralną, za to bardzo klasycznie baletową. Bal, na którym książę pokazuje rodzicom swoją narzeczoną, ewidentnie kochający i zakochany, znudzenie Odettą i nagłą fascynację (albo powrót fascynacji) inną kobietą – zamężną i dzieciatą. Widz ma tu dość czytelne odniesienie (jak stwierdziła australijska publiczność) do dworu brytyjskiego i wydarzeń, które wszyscy pamiętamy. Dalsza historia, Akt II, to teatralno - dramatyczne przedstawienie rozpaczy i załamania psychicznego delikatnej Odetty, pobyt w szpitalu psychiatrycznym i leczenie jej lodowatą wodą przez zakonnice (nawiązanie do XIX-wiecznych metod doktora Kneippa). Znakomite sceny baletowe, znakomita Madeleine Eastoe, świetny pomysł scenarzysty i scenografa. Madeleine jest w swojej roli perfekcyjna, znakomita aktorsko, nieprzerysowana i sugestywna. Patrzyłam na inne baletnice, również świetnie tańczące, ale żadna z nich nie udźwignęłaby roli Odetty tak jak robi to Eastoe. Danielle Rowe tańczącej rolę (chyba dobrze odczytuję) Odylii, konkurentki, również zasługuje na najwyższe pochwały. To artystka też znakomita, perfekcyjna i świetna aktorsko.
W balecie liczy się tylko ruch, mowa ciała, gesty, nawet drobne pochylenie głowy czy gest dłonią są dla widza czytelniejsze niż słowa, i ta choreografia jest w pełni czytelna, doskonale pomyślana i ciekawa. Wykonanie perfekcyjne.

Całość poruszająca, a jak dodać Mistrza Czajkowskiego i jego muzykę – mam istną kąpiel w pięknie, wzruszeniu i zachwycie.
Dzisiaj to wzruszenie jest u nas niemal niemodne. W wielu „nowatorskich” przedstawieniach teatralnych i współczesnym polskim kinie – pełnym szarości, przeklinania z lubością, zmieniania dzieł literackich nie wiedzieć czemu i po co, szokowanie brzydotą i ohydą trudno znaleźć okazję do wzruszeń. Jedyni, którzy się bronią, to klasyczne przedstawienia teatrów z mniejszych miast i kilku (niemodnych) warszawskich i oczywiście Teatr Wielki Opery i Baletu w Warszawie, w którym rządzą i oby rządzili zawsze Mariusz Treliński i Boris Kudlicka
, a których bajeczne przedstawienia, nawet szalenie nowoczesne, czasem szalone (latający Holender i basen z cieplą wodą na scenie) zachwycają i poruszają. Także na świecie!

I tak myślę, że to właśnie jest rolą wielkiej sztuki – poruszenie, danie widzowi okazji do przeżycia wzruszenia, zachwytu – co dzisiaj w zblazowanym świecie jest z lekka wstydliwe i démodé. A jednak wielkie przedstawienia z wielkimi artystami, ciekawie wystawione, świetnie zagrane znajdują na świecie widzów pragnących więcej i więcej. I może dlatego, że te teatry szanują klasykę, pielęgnują dobre rzemiosło i szanują widza – są pełne i mają pełną kasę.

To takie proste – ludzie głosują nogami i portfelem na to, co dobre.

(Madeleien Eastoe Swan lake Opera House Sydney)

 Hmmm, mam nadzieję że kiedyś jeszcze jakiś choreograf wpadnie na nowy pomysł jeziora łabędziego, będę miała szansę to zobaczyć i zaliczyć do mojego pojezierza. 

niedziela, 8 lutego 2015

Pochlastać się... :-)

Kasia Enerlich mi to wysłała:


Takie zdarzenie. Podjeżdżam pod Kufland, bo chcę wyskoczyć po warzywa. 
Widzę, że goni za mną jakiś sympatyczny pan koło pięćdziesiątki. Parkuję. 
Pan podchodzi do mnie. Myślę sobie: czego on chce? Czy ja mu coś zrobiłam?
Wysiadam. Pan jest całkiem blisko. Pokazuje na tył auta i pyta:
- Czy ten napis z tyłu na bagażniku to tytuł jakiegoś projektu?
Mam bowiem na klapie naklejony napis 3D: PROWINCJA PEŁNA SNÓW.
Odpowiadam zgodnie z prawdą:
- Nie. To tytuł mojej książki.
Pan składa dłonie na piersi i mówi:
- O boże! Czy ja mam w takim razie przyjemność widzieć samą Katarzynę Enerlich?
- Tak, to ja. - Odpowiadam.
- Boże. Całuje pani dłonie... - mówi, całując. 
- To pani. Ja jestem z Piecek i jestem pani wiernym czytelnikiem. 
Pani pisze nie tylko dla kobiet, ale i dla mężczyzn. Dla nich przede wszystkim! 
Wszyscy powinni czytać pani książki! Przeczytałem je wszystkie i wszystkie te pani Rozlewiska 
też!

Katarzyna Kalicińska donosi mi z Balu Dziennikarzy:

Cześć! Wczoraj jedna aktorka do mnie na balu 
- ..O matko jaka pani młoda!!! Jak na pisarkę z takim dorobkiem.... baardzo!
:))))

Fan (fun?) pisze mi na fajpejdżu:
Prosze panią o przysłanie 2 autografów.
Bardzo bym się ucieszył jesli by jeden był z dedykacją dla ........ a drugi dla ....... 
Jest pani niesamowitą posenkarką i zawsze o nich marzę. 
.......?
Modlitwa autorów - ABY nazwiska nie przekręcali....?

sobota, 7 lutego 2015

Kastrowanie, czyli kim jest pesymista.

To suchar, ale mi tu pasuje:
pesymista to dobrze poinformowany optymista.

Muszę się Państwu objaśnić – jak to się kiedyś mawiało. Otóż wyraziłam swoje smętne zdanie o tym, czy państwo powinno dopłacać do biednych artystów po tym, jak się okazało, że pierwszy flecista filharmonii dorabia sobie na taksówce. Kiedyś, gdy byłam młodsza, pełna ideałów i wiary w dobrą stronę życia, powiedziałbym skwapliwie że oczywiście!
          Czemu więc już tego nie mówię?
Bo jestem wykastrowana z wiary w to, że kogokolwiek w rządzie w ogóle obchodzi kultura wyższa, jakaś tam filharmonia czy salony empik, które powinny być (bo kiedyś były) „świątynią książki” a nie rupieciarnią.

Roi się nielicznym NAM, że państwo powinno sprawować mecenat i w ten sposób „ukulturalniać” przestrzeń społeczną i nas - społeczeństwo.
Mniej i bardziej znajomi młodzi ludzie są z lekka wkurzeni i jednak pełni wiary w to, że MOŻNA (lepiej, mądrzej, sensowniej) ratować naszą kulturę.
Sądzą, że krytykując, domagając się i apelując, cokolwiek zyskają. Tym czasem mój nabyty realizm mówi mi, że te wszystkie emocjonalno-egzaltowane odwoływania się do rządu „że powinien, że jego rola…” etc., etc. to tylko wołanie kota na puszczy. Niestety.
(Slavoj ŽIŽEK: " Z drugiej strony, dobrze wiem, że rozwiązania XX wieku - socjalizm państwowy, socjaldemokratyczne państwo dobrobytu czy lokalna demokracja bezpośrednia - już nie działają.")

Od lat moje państwo to ring bokserski, brzydka nawalanka PO i PiS. W nielicznych antraktach zmęczony rząd próbuje jakoś porządzić. Armia urzędników zamiast ułatwić, utrudnia normalne życie ludzi, (bo urzędasy muszą się czymś wykazać), więc mnożą przepisy, zarządzenia i dokumenty powodujące, że np. ortopeda, zamiast składać kości, gros czasu poświęca na papiery, podobnie nauczyciele i reszta.
I w Polsce zamiast mieć jakieś nadwyżki budżetowe, bo przecież „krzywa rośnie” – ciągle kołdra za krótka…
Nadto też widzę i wiem, że frustracja, a za nią krytyka rzeczywistości nie idzie w parze z prostą wiedzą ekonomiczną, ze świadomością, że nie mamy państwa opiekuńczego i że wobec tego domaganie się żeby rząd DAŁ, jest z lekka mówiąc, naiwne.
Trza sobie zarobić...
Rząd da, jak komuś odbierze, bo własnej kasy (jak już to powtarzamy od dawna) nie posiada. Komu ma odebrać by rzucić na front ukulturalniania? Oto pytanie!
A komu da? Najsilniejszym, najgłośniejszym i najcwańszym. Takim, którzy żądania wytupią, wywrzeszczą, nie mając żadnych skrupułów.
Czy pisarze, filharmonicy, poeci i tancerze pójdą pod Sejm palić opony i drzeć się? No – nie… Nie pozwala im na to kultura i takt – czyli anachronizmy.
Wolałabym widywać naszych czołowych polityków w filharmoniach, na przedstawieniach Trelińskiego i Kudlicki, na premierze „Bogów, a nie tylko na licznych mszach "z okazji".

Ta świadomość sprawia, że czuję się kompletnie wykastrowana z optymizmu. Nadto też mam świadomość, że środowiska np. artystyczne są już tak podzielone, że się nie skrzykniemy, żeby stworzyć tzw. „ruch społeczny”. 
Jak podzielone? Ano zwyczajnie – pogardą. 
Piszący faceci gardzą piszącymi kobietami, nadal nawiązując w swoich erystycznych zapędach do „prozy dla kucharek” (że nie wspomnę „prozy menstruacyjnej”), pisarze obojga płci uważający się za „tych lepszych”, bo piszą „literaturę aspirującą” czy też „z wyższej półki” (?) pogardzają pisarzami parającymi się zwykłym obyczajem, czy romansami, a też pisarze (poeci) z prawej strony pogardzają tymi, którzy bardziej w centrum (oczywiście o polityce mówię) a i np. ci, którzy omijają empik szerokim łukiem, pogardzają tymi, którzy się w empikach sprzedają. Itp.
Dość żenujące, prawda, ale to realia właśnie, które sprawiły, że jestem smutną realistką, bo nie wierzę, że apele i żądania, by rząd zwrócił się TEŻ w stronę polskiej kultury, mają jakikolwiek sens. Pompuje się kolosalną kasę w durnowate programy rozrywkowe, a żadnego koncertu klasyki czy jazzu w TVP nie uświadczysz…
Dwa cytaty z prasy. Pan z Ministerstwa Kultury: Chciałbym jednak podkreślić, że nigdy w historii Polski nie było tak dużego budżetu na kulturę”.  No, brawo!
Komentator na forum:A złośliwi mówią, że panowie muzycy są zaskoczeni ogromnymi tłumami melomanów nałogowo oblegających każdego dnia kasy Filharmonii aby posłuchać muzyki”. I coś w tym jest! Dlatego, gdy tak patrzę na Wiedeń, Paryż, Londyn, Sydney i tamtejsze przybytki kultury, które ściągają tłumy, powiedziałam głośno, że sztuka, jak każde inne dobro, podlega prawom rynku. 
No, a u nas na rynku jakoś słabo idzie… Ale czy dotacje to zmienią?!
Edukacja, klasa średnia z wymaganiami i nawet niech będzie – snobizmami „na sztukę” są czynnikami, które powodują, że kultura „się opłaca”, czyli ludzie ją kupują. Chcą jej.
U nas, niestety wciąż znakomita większość pójdzie na mecz piłkarski Legii, a nie na koncert Morricone czy Argerich. Bo w mediach „mój premier piłkę kopie”, jego córka jest od life stylu, reszta polityków opluwa się z zapałem, a o czytaniu książek czy oklaskach dla Trelińskiego za debiut W MET nie słychać nic!

Dlatego pierwszy flecista Filharmonii Warszawskiej będzie musiał dorabiać jako taksówkarz, bo - jak powiedział Krzysztof Varga - (nasza słabość) to brak aspiracji kulturowych, a jedynie aspiracje rozrywkowe na najniższym poziomie. W Europie czytelnictwo rośnie wraz z bogaceniem się społeczeństwa. U nas społeczeństwo w ciągu ostatnich 20 lat się bogaciło. Ale im bardziej się bogaciło, tym bardziej spadało czytelnictwo. To pokazuje, że nasze aspiracje są zupełnie inne niż u reszty Europejczyków.”
Taka puenta… 

piątek, 30 stycznia 2015

No i jak tu nie jechać?

Słowa Agnieszki* – emigrantki:

1. Nauczysz się wiele o swoim kraju. Będziesz musiała odpowiadać na najróżniejsze pytania: o ilość mieszkańców, średnie zarobki, geografię, historię, muzykę, system monetarny... Żeby nie wyjść na błazna będziesz musiała mieć tę wiedzę w jednym palcu.
2. Poznasz dużo różnych ludzi, przez co z cierpliwością nauczysz się odpowiadać stale na te same pytania: Skąd jesteś? Co tu robisz? Jak długo? Jak się tu znalazłaś? Gdzie jest Polska? W końcu będziesz miała tak opanowane odpowiedzi, że bez zająknięcia wszystko wyrecytujesz. To lekcja cierpliwości.
3. Na początku będziesz tęskniła za wszystkim, co polskie, nawet za rzeczami, których nigdy tak naprawdę nie lubiłaś. Będziesz przywozić tony ptasiego mleczka, krówek, kabanosów i innych produktów, których w Polsce właściwie nie dotykałaś. Fakt, że nie możesz czegoś dostać, sprawi, że zapragniesz tego jeszcze bardziej. Potem trochę wyluzujesz.)
(…)
20. Po 4,5 roku powiesz: Nie zamieniłabym mojego życia na żadne inne.

W Polsce słusznie minionej epoki emigracja to był trudny temat – bo w całej drugiej połowie XX wieku za słowem „emigracja” czaiło się upodlające „polityczna” a o tej władza niechętnie mówiła i jeżeli w ogóle, to wyłącznie krytycznie.
O starej, przedwojennej – i owszem. Zazwyczaj mówiło się że im, tym emigrantom, to serce z tęsknoty pękało i krwawiło. Nie do końca pękało: tworzyli znakomite rzeczy i – owszem – tęsknili tęsknotą twórczą, płodną. Tadeusz Kościuszko, Kazimierz Pułaski, Fryderyk Szopen, Adam Mickiewicz, dzisiaj - Janusz Kamiński czy Michał Urbaniak i wielu innych.
Emigracja do Zjednoczonej Europy to dzisiaj nic takiego – ot, zmiana miejsca, wyjazd nie tak traumatyczny jak dawniej, gdy bywał to bilet z jedną stronę. Dzisiaj to tylko zmiana pracodawcy, godzinka, dwie tanimi liniami i owszem tęskni się, ale jak Agnieszka (autorka) słusznie mówi – żadna to trauma i dramat.

Ja już byłam w podobnej sytuacji pomieszkując w Korei Południowej.
Kilka razy w życiu traciłam grunt, bezpieczeństwo, stałość i "zakorzeniałam" się gdzie indziej, poza Polską. Wielu, bardzo wielu ludzi na świecie tak umie.
Przyjaciele osiadli w Kanadzie mówili nam, że kiedy człowiek tam dostaje lepszą pracę gdzieś daleko, w innym stanie, na drugim krańcu Kanady, to robi wyprzedaż garażową, zabiera rodzinę, psa i album ze zdjęciami i rusza! Na nowym miejscu wynajmuje dom, i zapuszcza jakieś korzonki wiedząc, że gdy zechce MOŻE znów gdzieś szukać lepszego życia. To rozwijające, ciekawe i – jak mówili moi przyjaciele – sensowne, choć oni przez wiele lat bardzo cierpieli na typowo polską nostalgię.

Ja też czekam na pewne decyzje i wtedy będzie wiadomo "gdzie postawię szczoteczkę do zębów". Umiem wyjeżdżać, zakorzeniać się, i powracać. Wystarczy raz uświadomić sobie to, co powtarza mi mój mądry mąż "Nie tak ważne gdzie, a najważniejsze Z KIM !".
Prawda.
Dzisiaj świat się skurczył, mocno się zbliżyły kontynenty, a kraje cywilizowane są przyjazne, (czasem o wiele bardziej, niż moja własna ojczyzna).
Zapytałam Basię o Australię: co Ją tam tak uwiodło, że z radością wije gniazdo?
Oczywiście Duży, czyli ten KTOŚ, ale oprócz tego?
- Mamo, tu są jasne zasady, taki… brytyjski porządek prawny. I jednocześnie pacyficzny luuuuuuz, związany rzecz jasna z klimatem. Nie musisz się zaharowywać, żeby żyć godnie i na luzie właśnie. Oczywiście można tyrać na coraz lepszy dom, samochód i zarobić na zawał ale ja takich tu nie znam…

Dzisiaj po latach wiem, że umiałabym żyć w nowych warunkach, bo w Korei z Siwym żyłam najnormalniej na świecie, bez tych naszych ciężkich pojęć, które trzymają nas jak w kleszczach „ojczyzna, ojcowizna, korzenie, naród”, zastanawiając się, gdzie osiądziemy na emeryturze? Siwy, pracując lata całe za granicą stał się obywatelem świata, poznał, zobaczył, sprawdził wiele miejsc i pojęć.
Życie jako takie jest układem dynamicznym i podlega zmianom. Coraz większym. Za jedną z największych uważam przepływ (błyskawiczny) informacji i coraz wygodniejszą komunikację, a to sprawia, że ludzie migrują szaleńczo. Te pojęcia (ojczyzna, naród, patriotyzm, tożsamość narodowa, korzenie) nie są już takie ciężkie, pisane wielką literą mocno i dostojnie.
Dla młodych to pojęcia coraz bardziej… literackie, ładne, emocjonalne owszem, ale już niezobowiązujące do tkwienia na miejscu „bo tu ojce nasze”.
Żyjemy tam, gdzie nas zaniesie, a kości przodków? Można je mieć w worku jak Rebeka ze „Stu lat samotności”. Dzisiaj zdjęcia i historie rodzinne "kości przodków" mamy po prostu na pendrive’ie. 

Ukochany mój Jeremi:
No i jak tu nie jechać?-
Kiedy tak nowy szlak nas urzeka?
Kiedy dal oczy wabi
chociaż żal tego co za nami
Nie ma nic bez ryzyka
Tylko widz, tylko widz go unika
A kto chce być wewnątrz zdarzeń-
musi żyć wciąż z bagażem
Musi mieć walizeczkę i koc
i latarenkę na noc.
(w moim przypadku latarenek, rodzaj męski! Bo to On)
---------------------------------

* Słowa Agnieszki pochodzą z akcji "Polki bez granic" zbierającej doświadczenia Polek z emigracją (więcej przeczytaj na www.wysokieobcasy.pl/polkibezgranic). Czesław Mozil zapowiada, że na podstawie tych listów powstanie druga płyta jego projektu "Księga emigrantów". Jeśli mieszkasz lub mieszkałaś za granicą, opisz, jak Cię zmieniło to doświadczenie. Listy można wysyłać na adres: polkibezgranic@agora.pl

środa, 7 stycznia 2015

Nie mam pomysłu ma noworoczny tekst


...może coś o przyjaźni? Czasem je tracimy i wydaje nam się że świat się zawalił, a tu ... nie.

"Kochana Moja Rozmowa przez ocean" - tekst mojej córki.. 


    Mamuś!
Straciłam w życiu dwie wielkie przyjaźnie, które
miały być po sam grób i wsze czasy. Jedna zaczęła się
w podstawówce, druga grubo po studiach, więc jak
widać nie ma reguły co do tego, kiedy zostały nawiązane.
Przyjaźń jest związkiem dwojga ludzi i jak związek
należy ją traktować – jako taka wymaga pewnego
rodzaju „chemii” na początku, wspólnych pasji lub
choćby hobby w trakcie − jakiegoś punktu stycznego,
dobrze rozumianej wierności oraz obustronności
i równowagi we wkładzie. Mam w swoim życiu dwie
czy trzy takie osoby, które mogę nazwać przyjaciółmi,
z którymi widuję się, a nawet tylko kontaktuję, raz
czy dwa razy w roku. Przyjaźń działa, bo i mnie, i im
taka częstotliwość odpowiada – nie jesteśmy o siebie
zazdrośni, dajemy sobie przestrzeń, a kiedy już się zetkniemy,
nie możemy się rozstać przez cztery, pięć godzin.
A potem znów pół roku przerwy. Z inną przyjaciółką
SMS-ujemy z każdym newsem i ważniejszym
przemyśleniem. Kiedy nie mamy kontaktu przez parę
dni, któraś zawsze wyśle „żądanie raportu” – i z tym
też nam obu dobrze! Z kolejną przyjaciółką wciąż się
na siebie obrażamy i boczymy, ona, że ja się znów nie
odzywam, ja, że jak już się odezwę, to ona „nie chce
o tym rozmawiać”. Tak to już jest z chemią, że na różne
pierwiastki reagujemy różnie. Czasem wybuchowo,
czasem obojętnie, czasem inhibitująco, czasem
aktywizująco. Taki lajf, jak to się mówi.
Ale prawdą jest, że z wiekiem do przyjaźni mam
stosunek coraz ostrożniejszy. Często dana znajomość
zaczyna się pięknie i ekscytująco, ale prędzej czy później
drogi albo poglądy się rozchodzą i trzeba na sprawie
położyć krzyżyk. Jeśli gra jest warta świeczki, znajomość
utrzyma się dłużej, choćbym zmieniła pracę,
miasto lub wyznanie religijne – bywało i tak.
Często jednak z daną osobą bardzo dużo łączy
mnie na jednej tylko płaszczyźnie, a przy zmianie
tej płaszczyzny nagle robi się niezręcznie i brakuje
tematów. Ale nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem.
Kiedyś gdzieś usłyszałam, że spotykamy ludzi
na dany moment życia i myślę, że ma to sens. Nie
dlatego, że ludzie są szybko zbywalni i wymienni –
nie, nie. To my się zmieniamy, choć często sami nie jesteśmy
nawet w stanie tego zarejestrować. Zmieniają
się nam priorytety, sposób spędzania wolnego czasu,
podejście do pewnych spraw, tempo i tryb życia oraz
milion pięćset innych czynników. Jeśli masz szczęście,
naprawdę wielkie szczęście, to ta jedna przyjaciółka
zmieniać się będzie razem z Tobą na równoległej trajektorii
w podobnym postępie i kierunku – i znów,
statystycznie jest na to przecież jakaś szansa, taka
sama jak spotkanie miłości na całe życie. Twoja druga
połówka – tylko trochę innego typu. Ech, marzenie…
A wracając – ludzie na dany moment. Każdy z nas
przecież ma lub miał, jak sama piszesz, najlepszą kumpelę
z ławki, super koleżankę „od papierosa” w biurze,
ulubioną sąsiadkę, tę z trzeciego piętra. I w danej okoliczności,
chwili dłuższej czy krótszej, ta osoba była
nam najbliższą na świecie, powiernikiem, doradcą
i podporą. Aż skończyłyśmy podstawówkę, rzuciłyśmy
palenie, zmieniłyśmy pracę lub przeprowadziłyśmy
się na inne osiedle, a twarz się rozmyła w pamięci
za obopólną zgodą i przyzwoleniem. I wiesz co,
nazwij mnie cyniczną, ale dla mnie to jest OK! Myślę,
że to normalne, naturalne i nieuniknione.
Można tu oczywiście debatować nad użyciem słowa
„przyjaciel” – dla mnie kiedyś było to słowo wielkie
i ważne, jak „miłość”. Nie używałam go nadmiernie,
nie szastałam, uważałam, cedziłam i selekcjonowałam.
Ale zmieniłam się, Mamuś, wiesz? W moim życiu
zaczęło się pojawiać z czasem całe mnóstwo miłości,
nie tylko tej przez duże „M”, do moich mężczyzn
czy kochanków, ale i przez mniejsze „m”. Miłości takiej
generalnej (tak to zdefiniowałam) do rodziny, do
przyjaciół, do rodziny moich przyjaciół czy rodziny
moich mężczyzn, do miejsc, do zwierząt, choć nikt mi
nie wierzył, że kochałam ślimaka. I tak samo wokół
mnie jest dużo przyjaźni, nawet jeśli niektóre z nich
mają krótki termin przydatności.
Oczywiście, że chciałabym mieć przyjaciółkę taką
na śmierć i życie, jak na filmach. Najlepiej całą grupkę,
jak u Bridget Jones, Carrie Bradshaw z Seksu w wielkim
mieście czy jak u Przyjaciół, taką, która zawsze jest
pod telefonem, zawsze przyjedzie, pocieszy, pomoże,
wesprze, a na koniec razem się upijemy na wesoło.
Mam moją grupkę, ale w rzeczywistości choćby
najwierniejsza grupka ma zawsze jakieś swoje życie,
swoje dramaty, migreny, ciąże, kredyty i nie zawsze są
w stanie podźwignąć cię z podłogi. I to też jest OK,
trzeba tylko zdać sobie z tego sprawę, żeby potem nie
było bolesnych rozczarowań i wypominań. „Im mniej
od ludzi oczekujesz, tym mniej doświadczysz rozczarowań”
to kolejna złota myśl, którą wzięłam sobie
ostatnio do serca. Przecież same nie lubimy, kiedy ktoś
od nas czegoś oczekuje, prawda? Nikt nie lubi presji,
żeby musieć, żeby należało, żeby wymagane było.
To tylko rodzi frustrację, i to najczęściej z obu stron.
O ile przyjemniej jest mile kogoś zaskoczyć, a potem
rozkoszować się radością zaskoczonego oraz własną
„zajebistością” (ups, sorry). Cenię to w przyjaźni – nie chcę, aby
mój związek z kimkolwiek był ciężką pracą. Lubię,
kiedy pewne kwestie przychodzą naturalnie, z lekkością
i przynoszą wszystkim zaangażowanym szczęście
lub chociaż mały uśmiech na twarzy.
A tak z zupełnie innej beczki, to właśnie mi się
przypomniał jeden z ulubionych moich filmów
o przyjaźni – Dwóch zgryźliwych tetryków. Aż chyba
sobie dziś obejrzę! Pamiętasz? Zastanawiałyśmy się
kiedyś, czy wzorowani byli na tych dwóch złośliwych
dziadkach z Muppet Show. A może nie? To chyba po
prostu też taki archetyp przyjaźni, zwłaszcza męskiej
– dogryźć sobie, dokopać nieco, wyszydzić przy
wszystkich, a potem razem iść na ryby. Wielu facetów
ma w swojej przyjaźni właśnie tę cudowną lekkość,
nieskażoną fochami, pretensjami i zawiścią, dzięki
czemu dużo łatwiej radzą sobie z konfliktami i są bardziej
odporni na zmiany życiowe. No, ale chłopem nie
jestem, to co ja tam wiem… A teraz, jak to się drzewiej
mawiało – idę na telewizję!
B.