wtorek, 29 lipca 2014

Podwójne standardy, czyli czego muzyka nie łagodzi.


Dowiedzieliśmy się wczoraj, że ZABRANIA się palić (to jasne), pić (???), jeść i biegać na stacjach metra i że będą surowe konsekwencje.
- Za bułeczkę mandat? - ktoś zapytał.
Podobno tak nas obywateli będzie chronić jakiś Anioł z metra (analogia do Alternatywy 4) żebyśmy my nie musieli np. wdychać zapachu sosów z kebaba, który zgłodniały studencina będzie pożerał na stacji metra, nie wolno napić się wody spragnionemu, bo a nuż ochlapie sukienkę eleganckiej pani itp. Wszystko w trosce o nas – innych użytkowników! Niezwykła miłość Ratusza do mieszkańców stolicy!

A tu druga strona medalu:

Stadion Narodowy jako sala koncertowa, na której rozstawia się sprzęt dający taką moc, że można byłoby ogrzmieć średnie miasto a nie tylko sam stadion. I mimo zaciągniętego dachu decybele, które łomoczą do okien i drzwi mieszkańców przyległych dzielnic są zbyt mocne. Dudnią  w mieszkaniach, w głowach ludzi kórzy dotąd mieszkali w cichej i spokojnej dzielnicy.
Jest o wiele za głośno sznowni organizatorzy!
Poruszałam już ten temat – na wielu koncertach dźwiękowcy traktują słuchaczy jak całkowicie głuche stado baranów. MUSZĄ dać taką ilość decybeli, żeby np. basy CZUĆ było na klatce piersiowej fizycznie – bębenki w uszach zwyczajnie tam wysiadają i bywa bolą. O jakimkolwiek porozumiewaniu się z sąsiadem mowy nie ma.
I tu jakoś Ratusz o mieszkańcach nie myśli, że może chcieliby się wyspać? Może całodzienne słuchanie prób (!) wkurza po prostu? Może nie lubią takiej muzyki i konferansjerki i muszą niestety zjadać tę żabę, bo posadowiono stadion niemal w centrum miasta narażając okolicznych mieszkańców na mimowolne uczestnictwo w imprezach masowych - chcą czy nie.
Może chcą się wyspać przed pójściem do pracy, bo tam mieszkają też ludzie pracujący w soboty, niedziele. A co z dzieciakami w szpitalu na Niekłańskiej?
Dudnienie słychać nawet na Dolnym Mokotowie - świadczą o tym wpisy na forach.

I tu nikt z Ratusza, władz Stadionu Narodowe, organizatorów nie liczy się z faktem, że Saska Kępa, Kamionek, Praga Północ a i Dolny Mokotów, do którego docierają basy ze stadionu, to miejsce życia głównie starszych ludzi. Jedni są po zawale, po wylewie, może po chemii, albo przed? Czy też zwyczajnie zmęczeni, nienawykli do tej muzyki, a raczej bombardującego hałasu, który utrudnia im życie, bywa że do trzeciej rano.
To wyjątkowa nonszalancja wobec ludzi, którym własny dom (mieszkanie), gwarantować miał ochronę i spokój. Nadto przecież obowiązuje w Polsce cisza nocna po 22.00!
Każda imprezka głośna i utrudniająca człowiekowi zaśnięcie (prawo do wypoczynku w ramach wolności osobistej) może być zgłoszona na policję i policja poucza głośnego imprezowicza o obowiązującym prawie a czasem przyłoży mandat! Ale nie ogranizatorom koncertów na Stadionie!
Czemu? Bo ....nie. 
I oto mamy podwójne standardy – ktoś zgłodniały nie może zjeść w przestrzeni publicznej kanapki ani napić się wody w metrze, bo niby szkodzi to innyjm, a mieszkańcy osiedli około-stadionowych proszą i doprosić się nie mogą szacunku dla siebie i dla przepisów, które są jawnie łamane dudnieniem do rana.
Pominę chamów, którzy wyśmiewają te prośby pisząc na forach „to wynocha na wieś”, czy łagodniejsza forma chamstwa i postawy antyspołecznej: „nikomu jeszcze nie zaszkodziła odrobina muzyki, więc po co te fochy….”. Tym chciałabym zafundować orkiestry dęte pod samymi oknami do białego rana, bo jak widać skumać ciężko, że jak Kali komuś…

PS dla przypomnienia:
Art 30 Konstytucji:

Przyrodzona i niezbywalna godność człowieka stanowi źródło wolności i praw człowieka i obywatela. Jest ona nienaruszalna, a jej poszanowanie i ochrona jest obowiązkiem władz publicznych.

Art. 31.

Wolność człowieka podlega ochronie prawnej.
Każdy jest obowiązany szanować wolności i prawa innych. Nikogo nie wolno zmuszać do czynienia tego, czego prawo mu nie nakazuje.
Ograniczenia w zakresie korzystania z konstytucyjnych wolności i praw mogą być ustanawiane tylko w ustawie i tylko wtedy, gdy są konieczne w demokratycznym państwie dla jego bezpieczeństwa lub porządku publicznego, bądź dla ochrony środowiska, zdrowia i moralności publicznej, albo wolności i praw innych osób. Ograniczenia te nie mogą naruszać istoty wolności i praw.
Art. 32.

Wszyscy są wobec prawa równi. Wszyscy mają prawo do równego traktowania przez władze publiczne.
Nikt nie może być dyskryminowany w życiu politycznym, społecznym lub gospodarczym z jakiejkolwiek przyczyny.

niedziela, 20 lipca 2014

Ochłońmy…


http://wiadomosci.wp.pl/kat,1019393,title,45-letnie-dziecko-znalezione-w-szalasie-na-Bemowie,wid,16743120,wiadomosc.html?ticaid=1131df 

Prawda, jak wiemy, leży po środku, każdy z nas jest inny i moje ulubione - co chatka, to zagadka. 
Czas jakiś temu opinia publiczna a zwłaszcza rodzice zostali podzieleni doniesieniem, że oto dzielny tatuś został postraszony policją za to, że zabrał swego 4,5 rocznego syna na surwiwal.
Zamieszkali w szałasie i żyli jak dzikusy. Super, prawda?
Albo – oburzające, prawda? 

Nie mam pojęcia, jako i policja nie miała, jaki jest tatuś, jakie jest dziecko i ludziska SŁUSZNIE zawiadomili ograna władzy.
A teraz mała dywagacja czyli odskok (pozorny) od tematu.
Kilka lat temu byłam z rodziną na wczasach w Sierakowie Wlkp na obozie półsportowym, rodzinnym. W obrębie owego obozu były inne też bazy dla harcerzy, kolonistów i sportowców.
Poznaliśmy pewnego opiekuna obozu kolonistów, nauczyciela, dziarskiego sportowca. Pewnego dnia przyszedł do mnie po śniadaniu z problemem. Ma w grupie dzieci młodszych dziewczynkę, córkę kolegi. Zachorowała, jakieś paskudne zaziębienie. Byli u lekarza, dostała lek ale nie zadziałał, mała ma 38 stopni gorączki a dzieciaki śpią w wojskowych namiotach. Co robić?
Z mety załatwiłam klucze do pustego domku niedaleko nas i kazałam przynieść tam dziecko. 
Zobaczyłam ciemnooką Calineczke, drobinkę trzęsącą się w gorączce. Napoiłam herbatą, skarmiłam jakimś śniadankiem i raz jeszcze oboje z mężem pojechaliśmy pilnie do lekarza, a koledze kazaliśmy wezwać rodziców.
Okazało się że już dzwonił, ale powiedzieli że na razie przyjechać nie mogą, bo kończą zapłacone wczasy, zresztą małą jest pod opieką kolegi, więc bez paniki!
- to mój kolega, razem uczymy w szkole WF. On taki wie, pani…. surwiwalowiec, taki supermen!
- ...i wysyła taką kruszynkę na nielekkie sportowe zgrupowanie? Takie kolonie nie są dla ośmioletnich malutkich dziewczynek!
Tatuś panienki był innego zdania. 
Od lekarza wróciliśmy z wykupionym antybiotykiem. Zamieszkałam z małą, wysoką temperaturę której nie dał na razie zbić antybiotyk, zbiłyśmy schładzającym prysznicem, karmiłam ją łyżeczką bo opadła z sił. Po zbiciu temperatury z lekka się ożywiła i powiedziała mi, że ma brata starszego o rok i on też chyba jest chory.
Po półgodzinie miałam w tym domku dwójkę dzieci, bo tak, brat też leżał w wojskowym namiocie trzęsąc się w gorączce. Na pytanie czemu nic nie powiedział, spuścił oczy. Ponownie lekarz, leki, picie, i teraz głaskałam po łepetynkach dwójkę wystraszonych, chorych i smutnych dzieciaków.
Opiekun się domyślił:
- …wie, pani, to tresura ojca. On ich krótko trzyma, jego szczególnie: „nie maż się! Bądź mężczyzną a nie beksą”. Pewnie się ojca boi ….
- to przynajmniej pan niechaj się, jako kolega nie boi i wygarnie temu ….Rambo, że na wszystko jest czas! A jego dzieci są za młode, wątłego zdrowia i nie będą skakały po linach i ze spadochronem. I co?  Przestanie je za to kochać? A może młody będzie muzykiem a dziewczynka…nauczycielką? Laborantką? pisarką, nie Spidermanem i Superwoman?
Pokręcił głową.
Rodzice przyjechali wreszcie. Mama (nauczycielka!) zalękniona i wschłuchana w męża tokującego, że „nic się nie stało”, stała jakoś tak bezradnie zamiast (jak sądziłam) porwac dzieci w ramiona i obsypać przeprosinami, buziakami ....).
Rzadko mi się to zdarza, ale podniosłam głos i zjechałam go od najgorszych rodziców świata, a jej powiedziałam żeby się ocknęła, bo dzieci są wylęknione, smutne i co to dla nich za wakacje gdy cierpią i trzęsą się że zawiodły roszczeniowego tatusia?

Ja nie wiem kim jest ów tatuś surwiwalowiec, ale 4,5 roczku zaraz będzie miała moja wnuczka i wiem, że to jeszcze dzidziuś, mimo, że obsługuje iphone’a lepiej ode mnie. W szałasie jest zimno, robaki gryzą boleśnie – to fakt, a niektóre roznoszą boreliozę, i nie wiem czy padre smarował to dziecko maściami odstraszającymi, czy uważał że „trza być twardym”?
Czterolatek nie odczuwa wielkiej frajdy z powodu wypoczynku na dzikim łonie natury – raczej wtedy, gdy mu wesoło, ciepło, syto i bawi się beztrosko z innymi dziećmi. To czas socjalizacji. Może odpowiedniejsza byłaby agroturystyka, z krówkami, gęśmi i jajkami od kur? Z jednak czystym łóżkiem, łazienką i kimś dorosłym, doroślejszym od tatusia – domorosłego Tarzana?
Gdybym coś takiego zobaczyła, to też zawołałbym policję. Przynajmniej żeby sprawdzili czy tatusia nie poniosła fantazja i czy dziecku nic nie jest.

  

czwartek, 17 lipca 2014

Pod czereśnią

Pod czereśnią…

Pamiętam czarowne wakacje, spędzone z kuzynką w Starych Jabłonkach koło Ostródy. Miałyśmy po 16 lat.
Tam wujostwo znaleźli bardzo miłą rodzinę, która wynajmowała pokoje wczasowiczom. Żadna tam agroturystyka, czy pensjonat! Na pięterku były trzy pokoiki o średnim standardzie - czysto i wygodnie, ciasno ale wiadomo, że chodzi tylko o to, żeby tam spędzić wakacyjne noce bo dni spędzało się na plażowaniu, chodzeniu po lesie i po polach, zwiedzaniu, wyjazdach do pobliskiej Ostródy, Tardy…
Państwo Symonowiczowie byli bezdzietnym małżeństwem. Ona Kaszubka, on lwowianin. Oboje starsi, myślę że pani Alina miała 55+ a mąż 60+ Uroczy, mili ludzie z przedwojenną klasą.
W przybudówce mieszkała siostra pani Aliny - pani Renata, stara panna (!) kulejąca na nogę, a w ogrodzie pełnym kwiatów i drzewek owocowych  nieopodal mieli swój mały domek - pani Dorota, (kolejna siostra) i jej mąż.
My z kuzynką zajmowałyśmy jeden, malutki, mansardowy pokoik, a obok wprowadziło się małżeństwo z Warszawy - państwo Anna i Tadeusz Soplicowie. Ona ogromna, ze śladami dawnej urody, on niegdyś wysoki, szczupły, dzisiaj skrzywiony ale dziarski jak dragon.
Pani Alina nie karmiła wczasowiczów – o to troszczyłyśmy się same. Koło ziemianki stała drewniana półaltana  w której na stole stała maszynka na prąd, chyba nawet dwie, czajnik, był też zlew z zimną wodą, a rolę lodówki pełniła właśnie owa ziemianka. Miałyśmy w niej swoją półeczkę na pieczywo, serki topione, dżem, cukier i herbatę.  
Po południu, po jakichś zajęciach nad wodą czy wycieczkach wracałyśmy i robiłyśmy sobie namiastkę obiadu. Jakieś gotowane ziemniaki, kawałek kiełbasy z patelni, czy grochówkę z parówką, jajecznicę z makaronem.
Później małe sprzątanie i już zaczynały się powolne przygotowania do popołudnia pod drzewem.
Pani Alina wycierała stół stojący pod wielką czereśnią w sadzie. Państwo Soplicowie przynieśli zapewne ze spaceru do miasteczka paczkę ciastek, raz coś upiekła pani Dorota, a raz pani Alina - na zmianę.
W letniej kuchni już parował czajnik. Słońce chyliło się ku zachodowi, lipcowe powietrze pełne było brzęczących polatuch - pszczół, bąków, motyli i komarów. Z ogrodu dochodził zapach maciejki, telewizor stał sobie zapomniany w salonie nakryty serwetką i milczał. Latem nikt tu nie oglądał telewizji.
Powoli schodziliśmy się pod wielką czereśnię. Na stole stały już szklanki i filiżanki, kompot z rabarbaru albo jabłek, patera z ciastkami i… karafka gruszkowego wina pani Renaty. O, wina robiła świetne! Dostawałyśmy, mimo młodego wieku po kryształowym kieliszku a to porzeczkowego, a to tego gruszkowego. Starsze panie wychowane przed wojną w majątku przez wykształconych rodziców nie widziały w tym niczego złego. Szesnastoletnie panny to nie siusiumajtki i kieliszek wina im nie zaszkodzi.
My dostawiałyśmy na stół miseczkę uzbieranych własnoręcznie jagód lub wczesnych wiśni. Pomagałyśmy nalewać kawę lub herbatę, a potem siadałyśmy na ławeczce i słuchałyśmy niezwykle ciekawych opowieści biesiadników. ŻADNYCH słów o polityce i narzekania! Wspominki i opowiastki!
Dość interesujące były przedwojenne dzieje pana Symonowicza ze Lwowa i późniejsze z okresu zawieruchy wojennej. Ciekawsze były wspomnie­nia z domu rodzinnego wszystkich trzech sióstr mieszkających przed wojną w jakimś majątku na Kaszubach. Były takie …jak stare koronki, pachniały jaśminem i były pełne dziewczęcych wspomnień o psikusach, mamie, tacie, ciotkach, konnych wyprawach, zabawach a to wszystko w sepii.
Chłonęłyśmy te wszystkie opowieści niemo wpatrzone w rozmówców, bo były takie inne niż to, co się działo współcześnie. Lubiłyśmy opowieści o codziennym życiu w majątku, o świętach, miłosnych przygodach itd. Najbardziej jednak czekałyśmy na opowieść pani Anny o przedwojennych rozrywkach arystokracji warszawskiej. O balach w resursie, strojach, i zalotach. Pani Anna zapewniała nas, że przed wojną była szczupłą i wiotką dziewczyną i nie szczędziła detalicznych opisów swoich sukien, prunelek, wachlarzy, fryzur i biżuterii. Czasem zwracała się do męża z zalotnym: „Prawda, kochanie?”. Wówczas pan Tadeusz całował ją w pulchną dłoń i mówił szarmancko:
„Oczywiście, Aneczko”. On też miał dar opowiadania. Skrzywiony jakąś boczną skoliozą, stale żartował i nadal adorował żonę, przynosił jej z pokoiku szal żeby się nie zaziębiła a ona wysuwał ku niemu dziubek mówiąc: „dziękuje Ci Tadeuniu”.
Wieczór stawał się ciemniejszy i wtedy stawiano na stole świece albo lampę naftową a rozmowy płynęły i płynęły…
Nie było płynów na komary, więc gdy robiło się chłodniej i bardziej brzęcząco - nie do wytrzymania, kończono wieczór. Wolno się rozchodziliśmy – my oczywiście sprzątając i zanosząc wszystko do kuchni pani Aliny. Przypomniałam sobie że mówiło się „pozmywać statki”…
Hmmm. Kto dzisiaj tak mówi? Czy są jeszcze takie stare czereśnie? Stół z serwetą i piękne wspominki?
Dobrze jest mieć dobrą pamięć!

(tekst z lekka poszerzyłam i poprawiłam, bo w książce „Fikołki na trzepaku” pomyliłam imię pani Aliny a i dzisiaj nie jestem pewna czy naprawdę Alina?... Czyli pamięć dobra, ale nie do końca!)

wtorek, 24 czerwca 2014

Stara dobra klasyka.


Otóż byliśmy w Sali Kongresowej, na koncercie Charlesa Aznavoura.

Ostatni raz śpiewał w Polsce ponad trzydzieści lat temu. Znam go dzięki moim rodzicom, oczywiście i radiu. Mój tata go ogromnie lubił, więc czasem jakieś jego piosenki nastawiał na gramofonie zwanym wówczas adapterem, czasem radio nadawało francuskie i włoskiepiosenki i ja się z nimi osłuchałam, z Montandem, Piaf, Modugno, Milvą, Dalidą, Brelem, i niemieckim Udo Jurgensem, choć jako panienka wolałam mocniejsze uderzenie.Od kiedy jestem dorosła, ten rodzaj muzyki, romantyzmu, klasyki trafia do mnie z coraz większą mocą.Starzeję się, czy to szczepionka z dzieciństwa?

Pamiętam z tamtych lat drażniąca mnie Edith Piaf. Drażniącą, bo moja duszyczka dziecięca mimo (a może dlatego?) że cała była utkana z romantyzmu, a nawet egzaltacji, nie znosiła tej dawki dramatyzmu w jej głosie, bo może ów dramatyzm był nie na moją głowę?Jak wielu, którzy dzisiaj  nie dają rady słuchać wibrującego głosu Michała Bajora. Za wiele emocji?

Wracam do Sali Kongresowej.Najpierw taka uwaga natury obyczajowej. Gdyby ten koncert odbywał się 35 lat temu - zobaczyłam sporo pięknych kreacji - małych czarnych, eleganckich garsonek, spódnic z tafty i bluzek z połyskiem a panowie założyliby oczywiście garnitury, w najgorszym razie marynarki dokoszul. I tylko młodzi kontestujący przyszliby wyzywająco w dżinsach i swetrach w serek.Takie były czasy, że Kongresowa i nazwisko artysty zobowiązywało.Obowiązywała też punktualność, a dzisiaj... 

Dzisiaj o czasie to odlatują tylko samoloty i pociągi.  Mamy dzisiaj czas płynny - na bilecie jest wyraźnie napisane, że początek koncertu, uroczystości, przedstawienia czy eventu jest o 20.00 a o tej porze dopiero schodzą się nonszalanccy spóźnialscy i jeszcze uważają, że to na nich się czeka, więc wchodzą 20.15 na ludzie, rozbawieni bez cienia zażenowania jeszcze pogdają to tu, to tam.

Nie lubię tego, jestem inaczej wychowana. No, ale jesteśmy w Sali Kongresowej o czasie, więc rozglądam się i czekam na tę Wielką Chwilę. Nareszcie wchodzą muzycy i zaraz natychmiast skromnie za nimi - ON. Burza oklasków i z mety wstajemy, żeby powitać dawno oczekiwanego gościa. Taki to był spontaniczny odruch! Czyli kochamy go.

Ten drobny i niepiekny już żurnalową urodą pan porusza tym, że jest wielkim profesjonalistą, że sam prowadzi konferansjerkę, nie używa półplaybacku i ma ...dziewięćdziesiąt lat!

Zanim doczekałam się tego koncertu kilkakrotnie znajdowałam sobie w Internecie różne jego występy z zeszłego roku, a to we francuskim studiu, a to na koncercie. Miałam wrażenie (bo tak się chyba nastawiłam) że głos mu już leciutko drży, ale dajmy spokój - mówiłam sobie: pan ma dziewiąty krzyżyk!

Podczas koncertu Siwy nachylił się:

 - ...cokolwiek mu drży, to z pewnością nie głos, Złotko.- powiedział z wielką satysfakcją. 

Tak, głos ma ten sam od lat - czasem mocny jak dzwon, czasem liryczny, łagodny, ciepły.
W chórku towarzysza mu dwie dyskretnie śpiewające panie, jedną z nich 
jest córka - Katia Aznavour z którą zaśpiewał w duecie słynne Je voyage.
Ogromnie nas wszystkich wzruszył tym, że jedną piosenkę zaśpiewał na dwa głosy - głosem własnym i w języku migowym, bo tym była liryka. Jest drobny, żeby nie powiedzieć mały, czasem siadał na wysokim krześle i śpiewał, śpiewał... Ma świetną, dyskretną mimikę i oszczędne ale czytelne gesty - jest Mistrzem, a ja bardzo cenię mistrzów.To było wielkie wzruszenie. I tak myślałam sobie, co w tym wszystkim jest takiego szlachetnego? To szacunek! Po pierwsze szacunek Azavoura i innych wielkich i prawdziwych artystów do nas - odbiorców.  To własna ciężka, praca, osiąganie mistrzostwa w tym co się robi, zaangażowanie  rzetelność zawodowa, i skromność. I to prowokuje reakcję zwrotną, bo to co czułam ja i zapewne znakomita większość widowni to był nasz wielki szacunek dla Aznavoura i towarzyszących mu artystów za to co, i jak robią.No i świadomość ile on ma lat...

 Żadnych fajerwerków, dżetów czy cekinów, falbanek i zawijasów, szokowania publiczności strojem, nagością czy trącaniem nas co chwila okrzykiem "halo, Warszawa (Sopot, Opole) jak się bawicie?" żadnego poklepywania nas po ramieniu czy wręcz szczypania w zadek. Jak bardzo głęboki Rów Mariański jest między takimi koncertami, a innymi które oglądałam z zażenowaniem ostatnio. Będę miłosierna i nie przytoczę nazwisk ludzi którzy wchodzą na scenę jak paniska do knajpy, z mety traktując nas jakby powiedziała moja dostojna babcia "...za pan brat, jak świnia z pastuchem" wołając "hejka, jak się bawicie?", ubrani tak jakby właśnie wrócili z wielogodzinnych zabaw intergracyjnych w lesie.
 Niekiedy mam wrażenie że są 
niedomyci i po sporej dawce piwska, w bejsbolówkach żeby ukryć łysinę, w adidasach i szortach na wielkim, transmitowanym koncercie a nie na plaży. 

Ten typ nonszalancji mi nie odpowiada, ale wszak to dla młodzieży, (dla Słupka) więc milknę. Skoro oni to kupują...

Wczorajszy wieczór - wspaniały i tak bardzo się cieszę, że dane mi było usłyszeć go na żywo, bo to było jakby róża przez otwarte wpadła okno.

Wasza M.

https://www.youtube.com/watch?v=5sOb1lRnMRA 


poniedziałek, 9 czerwca 2014

Czy mogłabyś przynieść mi pajączka …?

Fragment większej całości.




Kochana moja!

Pamiętam kiedy pierwszy raz żartem i humorem komentowałyśmy przypadek babci-prababci. Miała już swoje lata, była uroczą, starszą panią a tu właściwie znienacka moja mama, czyli jej pasierbica, dowiedziała się, że z babcią-prababcią jest kiepsko. Możesz tego nie pamiętać, ona mieszkała z młodszą siostrą Ireną, sprawną i dość nerwową osobą, daleko od nas. Nie widziałyśmy na co dzień jak się prababcia starzeje, więc kiedy Irka jakoś przypadkiem opowiedziała mojej mamie, że prababcia (gorliwa katoliczka) wraca z codziennego nabożeństwa dosłownie zasikana, nie chciało nam się wierzyć.
- …w butach jej chlupie! – grzmiała Irena, bynajmniej nie dlatego, że sam fakt ją jakoś oburzał, bo była pielęgniarką, ale to, że prababcia za nic na świecie nie dała się zabezpieczyć pielucham
ONA i pieluchy?! Fi donc!
Minęły lata, w międzyczasie miałyśmy różne przygody z naszymi starzejącymi się dziadkami i babciami. Alzheimer, albo najzwyklejszy uwiąd starczy, zamieniał znane mi i Tobie osoby dotąd poważne, będące autorytetami albo zwyczajnie szanowanymi Starszymi, w głupiutkie istoty. Zagubione, niedołężne czasem znienacka błyskające brylancikiem pamięci, a zaraz potem bredzące bez sensu, robiące głupoty. Biologiczne kasowanie plików…
Babcia Hela nagle wpadła w szał rozdawania dóbr każdemu, kogo zobaczyła przez okno, wujek Stach skupił się tylko na ziemniakach, których absencja na talerzu była głównym tematem danego dnia, a poza tym nic go nie interesowało. Babcia Marynka gotowała zupę z hortexowskiej „mieszanki jesiennej” i… mrożonych pierogów z truskawkami (razem). Paliła jednego papierosa za drugim, bo zapominała, że dopiero co zgasiła. Też chodziła zasikana i też za skarby nie chciała zakładać pieluchomajtek…  Za to stryjenka Zocha, babcia Jasia i Jureczek, odeszli w pełni władz umysłowych, bo choć umysł był świetlisty, ciało słabło, zmęczone już nie chciało dalej funkcjonować i stopniowo wyłączało jedna sekcję po drugiej, a czasem doplątywało się jakieś raczysko, guz który szybko załatwiał i tak chorego człowieka.
Teraz mamy kolejny kłopot…
Opisałam to na blogu, więc wkleję Ci:
No i stało się. Przewrócił się we własnym domu, złamał kość szyjki biodrowej – senny koszmar starych ludzi. Tatko ma mnóstwo lat i z tego cieszymy się ogromnie. Pisałam o Nim (http://kalicinska.blogspot.com/2013/09/kocham-cie-zycie.html) kilka postów wstecz. Uroczy starszy pan, mieszka sam, bo wdowiec ale córka i wnuki są u Niego właściwie codziennie.
No to co się stało?! Ano dywanik…
Pamiętam to z czasów, gdy mama była z nami a i z domu teściowej, że starsze panie mają skłonność do dywaników. Marzną im stopy, więc dywaniki są wszędzie, nawet w pokoju, w którym jest wykładzina dywanowa od ściany do ściany. Przy fotelu leży dywanik „bo tu się bardziej wyciera”, na fotelu kocyk, „bo się wysiedzi”, na oparciu lniana serwetka „żeby się nie brudziło od głowy”. W hallu dywanik, co się da zrolować do sprzątania ale za krótki, więc dosztukowany jakimś dywanikiem, i pod drzwiami jeszcze jeden, „żeby nie ciągnęło” i w łazience też dywanik, żeby wyjść z wanny „na ciepłe”, i drugi koło kibelka, żeby nie marznąć w stopy, jak się siedzi. I pośrodku też, żeby tak nie ciągnęło od podłogi.
Nasze mamy i ojcowie, starzy i niedołężniejący, już nie będą robić przetworów ale na wszelki wypadek na antresolce albo na werandzie, balkonie, w starej szafce kuchennej, mają skład słoików i butelek, na półkach w pokojach wszystko, co otrzymali w darze od życia, czyli miliard stoidełek, wazonów, porcelanowych filiżanek, z których nikt nie pije i zajączek jest, i święty Mikołaj, co został po świętach, kartki od przyjaciół i wnuków „Zobacz! Napisana długopisem! To od Tadzia!”, kryształy: „…ten, zobacz, dostałam, gdy szłam na emeryturę!” i mnóstwo innych serwetek, ślicznych łabądków z papieru „Kasia zrobiła sama na pracach ręcznych!”, i popielniczka z papieżem czysta, bo tu nikt nie pali.
Wiem, wiem… sama się przywiązywałam do tych durnostojek i gromadziłam różne przydasie. Zdaje się, że nadal to mam, choć właściwie córka lata temu uleczyła mnie z tego skutecznie a i kilka kradzieży, które mnie ogołociły z takich tam… rodzinnych duperelek.
Czemu ja o tym w kontekście szyjki biodrowej? Bo laska tatki oparła się o dywanik, a ten poszedł w ślizg, i… tatko walnął o podłogę.
To nam dało do myślenia.
Jesteśmy źli na siebie. Trzeba było MYŚLEĆ! Przewidzieć to, próbować wynegocjować owe słoiki i butelki, nadmiar zbieraczy kurzu i szmatek dywaników, które są dla starszych ludzi niebezpieczne. I niepotrzebne.
Tatko dałby się przekonać, bo mądry jest i nieupierdliwy, ale uważaliśmy, że te dywaniki to pozostałość z dawnych lat, gdy mama je tu ułożyła (ale oboje byli jeszcze bardzo sprawni….) i może niezręcznie je z nagła wywalać? Tatko się do nich przywiązał - sądziliśmy. Trzeba było zauważyć, że to niebezpieczne, położyć w hallu wykładzinę i w łazience coś, żeby nie było lodowatej podłogi, i żeby tylko nie te dywaniki!
Teraz trzeba będzie tak czy siak, opróżnić pokój z miliona wspomnień i wstawić porządne ortopedyczne łóżko, bo tatko poleży długo, a przy takim zagraceniu – nie będzie jak Go obsłużyć.
Starzejemy się. Mam 55+… Wydaje się sobie sprawna i lekka, ale czas szybko biegnie. Czując się jeszcze na siłach myślę o tym, że i ja kiedyś muszę zadbać o nasze domowe BHP, bo wspominajki, przydasie, dywaniki, serwetki schody i progi, śliskie chodniki, wilgotna podłoga łazience czy kuchni mogą sprawić kłopot nie tylko starym, ale i młodszym, którzy muszą poświęcić sporo czasu albo pieniędzy, żeby zapewnić opiekę mamie, tacie cioci, dziadkowi, gdy ci fikną i złamią rękę, kość biodrową, cokolwiek.

Nie wiemy co będzie? Czekamy niecierpliwie bo wzięto go na stół, ale on ma 90 lat! Może się nie wybudzić, może Mu się pogorszyć i za kilka dni kolejne sekcje padną, a wiemy że nerki słabe. Rozmawialiśmy:
- Wiesz, kochanie (to ja do Siwego), Tata jest silny i otoczony miłością, więc gdyby nie operowano i musiałby np. leżeć w domu opieki, to pomyśl jaki to dla niego dramat! Nie jego pokój, nie jego zapachy, nie jego fotel. Nie mógłby SAM w domu, bo przecież wszyscy pracują! A jak operacja się uda, też na dwoje babka… Może się wdać zakrzepica, zapalenie płuc czy inne coś i wiesz… 
- ..wiem – mówi głucho Siwy.
Ciężko Mu. To Tatko. Rozmawiamy o mamie, o tym w co wierzyli oboje, i że może już pora na odpoczynek? Bo, oczywiście, człowiek kurczowo trzyma się życia ale przychodzi moment, że świat, nawet ten najbliższy, nie jest już fajny. Rodzina zapracowana, nie można żądać ich stałej obecności. Samemu nie da rady, na obcych liczyć? Dzisiaj?! Dom opieki zawsze w Polsce jawi się jako ZŁO. To trochę przez media pokazujące sensacje a nie pokazujące domów fajnych, przyjaznych. Zresztą, nie mamy takiej kultury, jak Amerykanie, z ich domami opieki nawet na średnim poziomie ale z serdecznością opiekunów. Tam się szanuje pracę i jest masa kamer, więc nie daje się babciom kuksańców.
Staram się to tłumaczyć Siwemu, który to wszystko wie. Z jednej strony wie, że dziewięćdziesiątka to i tak świetny wiek i że tatko nie będzie żył wiecznie, a z drugiej - sama wiesz. Miłość, najzwyklejsza nasza miłość…

Wracam do początku – pamiętasz jak żartowałyśmy o tym końcu naszej egzystencji? Oswajałyśmy te śmierci rodzinne gadając, żartując sobie, kto jest aniołem a kto w piekle, żeby nie popadać w dziwny i szczerze mówiąc głupi lęk przed czymś tak ostatecznym jak śmierć. Kres – tak, ale te okoliczności towarzyszące… Opowiadałam Ci jak bardzo nie chciałabym być zasiusianą babcią, dlatego zreperowałam sobie pęcherz ale to nie do końca zadziała. Z czasem może być różnie. Ćwiczę w sobie  nawyki sanitarne, żeby nie popaść w dziwny lęk ludzi starych przed… kapielą. Zauważyłaś? Tylko nasza Jasia kąpała się do ostatnich swoich dni, a inni – jakoś nie bardzo. Może to lek przed wychłodzeniem? Staruszkom tak wszystko marznie. Tatko nawet latem nosił ineksprymable.
Swoją drogą, cudne określenie kalesonów – co? Babcia Marylka czasem mówiła „założyłaś niewymowne”? Ale oczywiści żartowała, słowa ciepłe majtki jak najbardziej umiała wypowiadać bez rumieńca.

No i skradam się do meritum. I ja wiem, coraz bardziej wiem, widzę to, że się starzeję. Nie tylko zmarszczki, figura, skóra, ale i zdrowie… Oj, niepiękna ja jestem w lustrze! A i fizjologia, co Ci będę pisać – widzę że nie działam jak dwudziestolatka. Zapach jakiś inny niż za młodu, sztywne włoski na brodzie których nie widać w lustrze bez okularów i inne tam… I mój Siwy też zużywa się, mimo obopólnej dbałości o siebie, badań, sportu, diety…
Wiesz, co mnie niepokoi? Twoja nieobecność.
Obiecałaś mi kiedyś, że jak będę starą wdówką, jak zacznę odfruwać w głupoty i bezsens, gdy rozsądek i jaźń wymówią mi służbę zrobisz z tym coś sensownego. Ja nikomu nie powiem! Obiecałam Ci. Nie żeby zaraz jakaś eutanazja ale rodzinne, humanitarne ułatwienie odfrunięcia.
Wiem, wiem… strasznie to poważny temat ale ja mam gdzieś wszelkie religie i filozofie, mielenie tego mnie nuży, bo Ty WIESZ.
Gdybym była blisko, a Ty wiedziałbyś, że ja już jestem gotowa, przyniosłabyś z podwórka tego pajączka, który tam u Was w Australii tak ładnie umiałby załatwić sprawę… Nawet nie bałabym się, wiesz? Z Twoich rąk przyjęłabym to jak bilet do innego świata!
Wybacz, że poruszyłam ten temat, ale po „Lilce” umiem już rozmawiać o śmierci, o TYCH problemach. Oswajam je, bo młoda to ja już byłam.
Przytulam Cię – Mama.



Mamuś.

Boję się śmierci. Boję się strasznie i panicznie, tak jak ciemności, bólu i samotności. Śmierć może i można oswoić, może i można się pogodzić z jej nieuniknioną naturą, może nawet można się na nią przygotować, ale ja oswojona, pogodzona ani przygotowana nie jestem.
Jestem nieźle wykształcona, sporo czytałam swego czasu, nie jestem też jakoś specjalnie głupia, wiem więc, że bardzo często religia czy ezoteryka powstała w dużej mierze właśnie po to, aby temat przemijania wygładzić, uspokoić jednostki, że nie ma się czego bać, bo to nie koniec, tylko przejście do jakiegoś „Dalej”. I z przerażeniem zdaję sobie sprawę, że wszelkie dowody naukowe wskazują, że jedyne „Dalej” to gnijąca powoli trumna i przemiana w kompost. Dlatego mój wyedukowany i racjonalny mózg mimo wszystko w „dalej” wierzy. To jak z efektem placebo – nawet jeśli rozumiesz jego działanie nadal możesz być na niego podatny. I w tej podatności nie ma absolutnie nic złego.
Wierzę więc z uporem godnym lepszej sprawy, że koniec to nie koniec. Że coś tam dalej za drzwiami czeka. Że energia w jakiś sposób wraca do obiegu, jest recyklingowana i nie znika ususzona i zmielona w biblijny proch, żarty powoli przez robaki i florę bakteryjną.
Muszę mamuś w to wierzyć, bo inaczej zwariuję. Inaczej strach mnie sparaliżuje i nie pozwoli dalej żyć! Tyle błędów, tyle zmarnowanych szans, tyle niewypróbowanych rzeczy, tyle ominiętych dróg, tyle złych decyzji, „a można było inaczej”, „trzeba było spróbować”, „że też ja nigdy… a teraz już za późno”. Nie umiem o tym nawet myśleć i odpycham to od siebie jak najdalej mogę, jak dziecko, które zatyka uszy, tupie i krzyczy „nie słyszę nic!”. Może nie dojrzałam.

Śmierć przeraża mnie jeszcze bardziej, gdy towarzyszy jej ból lub samotność. Pamiętasz babcię J? Jak bardzo musiała się czuć odrzucona i osamotniona, kiedy nikt nie widział tego koguta na suficie ani murzynki szydełkującej na fotelu, przesuniętego podstępnie żyrandola, zdemontowanego i złożonego ponownie w całość krzesła. „Basia, nikt mi nie wierzy, że oni tu byli!” mówiła z wypiekami na zmęczonej i przestraszonej twarzy, a mi serce pękało, bo nie potrafiłam wejść w ten świat omamów i grać w tę grę byle tylko ją uspokoić. A powinnam była! Nic złego by się nie stało, a może czułaby przynajmniej, że ma sojusznika? Może odeszłaby szczęśliwsza i spokojniejsza? Teraz już się nie dowiem. Za późno.

Boli mnie też, że jako głupia gówniara nie doceniałam opowiadań babci M. o wojnie. A opowiadała dużo i długo! Zwykle przy obiedzie a ja przewracałam wtedy oczami i szukałam pretekstu, żeby uciec do swojego pokoju. Ależ się ciągnęły te jej długaśne nudne opowieści!
Dziś oddałabym każde pieniądze, żeby znów ich posłuchać, bo większości nawet nie pamiętam. Nie zapamiętałam, bo mnie nie obchodziły, bo nie szanowałam babci na tyle, żeby próbować się nad nimi skupić, bo za młoda i za butna byłam, żeby posiedzieć chwilę w ciszy i posłuchać. Za głupia, że poprosić „babciu spisz to dla mnie! Będę czytać to na głos swoim dzieciom!”. Mnóstwo miała babcia historii – o wojnie, o okupacji, a żołnierzach, o przeprowadzkach, o ukrywaniu się, o szkole, o rodzinie, o uczniach. To były rewelacyjne historie pełne akcji i zwrotów! Nigdy nie wspominała o polityce, nie narzekała, nie marudziła… chciała tylko przeżyć to jeszcze raz. W głowie została mi tylko historia o Teresce, którą wieźli na armacie po gruszkach ulęgałkach. I o kożuchach jedzonych ze spodeczka, przez które uczniowie wyprosili ją ze stołówki. Tylko tyle mi po babci zostało…
Źle znoszę cudzą starość, źle znoszę cudze choroby i niedołężność, źle znoszę cudzy ból. Nie umiem tego sama udźwignąć. Dlatego może lubię pogrzeby i lubię chodzić na cmentarz – bo wtedy jest już spokój, jest cisza, jest pogodzenie. Ta osoba jest już w jakimś lepszym miejscu, nie ważne, czy patrzymy na to metaforycznie, energetycznie czy też religijnie.  Ale pogrzebu i cmentarza się nie boję. 
Pamiętasz, co mi kiedyś powiedziałaś? Że babcia M. jest taka smutna i samotna bo w nic nie wierzy. Dla niej odejście dziadka Z. to był koniec i kropka. Nie czekała na ponowne zjednoczenie, nie czuła jego obecności, nie miała tego kojącego przeświadczenia, że jeszcze będą razem. Teraz to rozumiem – jesteśmy czasem więźniami własnego rozumu i rozwoju naukowego. Ktoś mi jednak ostatnio powiedział, że nie ma przecież żadnych przeciwwskazań, by nauka i wiara koegzystowały w zgodzie i wzajemnym szacunku. Leciwy profesor spojrzeć może przez okno, zobaczyć kolorowego motyla albo wiotką jaskółkę i pomyśleć „o matko! Toż to moja Danusia! Czuję to!”, po czym uśmiechnąć się sam do siebie i wrócić do analizy tkanek pod mikroskopem. Czemu nie? Nauka o świecie zewnętrznym nie powinna dominować rozwoju wewnętrznego. Lata ewolucji rodzaju ludzkiego udowodniły przecież, że tak jak bardzo jesteśmy zdolni do rozwoju naszych umiejętności, pogłębiania wiedzy o otaczającym świecie, szukania i rozumienia związków przyczynowo skutkowych, tak samo zdolni jesteśmy to tworzenia złożonych mitologii i konstrukcji stricte abstrakcyjnych, które pomagają nam radzić sobie z wyzwaniami, jakie przynosi nam egzystencja na tym świecie.  Staram się godzić te dwie strefy mamuś, żeby nie zwariować. Pomaga mi to myśleć, że babcia M i babcia J wybaczyły mi niedojrzałość, brak lojalności, lenistwo i zaniedbanie, że są teraz spokojną energią, z którą mogę nawet mieć kontakt, jeśli się postaram.

 Nie wiem mamuś czemu naszło Cię na takie przemyślenia i takie tematy… Nie chcę zastanawiać się nad Twoim przemijaniem ani Twoją śmiercią. Nie chcę, nie umiem i nie powinnam! To zbyt trudne i chyba niepotrzebne. CO ma być to będzie, jeśli chcesz się jakoś przygotować, to proszę Cię uprzejmie, ale proszę, nie każ mi się w to zagłębiać. Dla mnie jesteś i zawsze będziesz jakoś tu koło mnie, nawet jeśli musiałabym Ci przynieść pająka z ogródka. Będę z Tobą gadać nawet jak będziesz już tylko płytą z lastriko i zdjęciem na kominku, to Ci mogę obiecać.


Buziaki

środa, 4 czerwca 2014

Boombox i kury

Ciepły wieczór.
Moja sąsiadka, młoda kobieta, jest od kilku lat w nowym związku.
Przeżyła traumę, jej pierwszy mąż się powiesił. Jej obecny chyba mąż (nie wiem, formalny czy nie, ale żaden to temat do zastanawiania się), jest fajnym ojczymem jej syna, dobrym mężem.  Ona jest taka radosna! Gdy jedzie rowerem woła „dzień dobry!” głośno, donośnie, radośnie.
Kiedy idą razem, trzymają się za ręce. Ona idzie dziarsko, potrząsa blond lokami a on uśmiecha się. Rozmawiają o czymś, albo milczą rzucając na siebie okiem.
Czasem, gdy jest ładny, letni wieczór, on wystawia na parapet otwartego okna boombox i wrzuca ich ulubione kasety. Tak, to – niestety - disco polo.
Przez pola i łąki, zagłuszając ptaszki, pasikoniki i żaby grzmi muzyka wiejskich zabaw. Umpa umpa,  Biełyje Rozy i inne.
I wiem, że oni tam tańczą! Po podwórku łażą zdziwione kury, trzódka nakarmiona, dom zamieciony.
Najpierw leci kilka piosenek, podczas których ona wynosi na ławkę po piwku i paterę ciastek, jakieś cukierki, a potem, gdy wypiją, on ją porywa do tańca i wywijają na trawiastym, wiejskim podwórku! Tańczą we dwoje - on ją okręca i przytula i znów okręca. Syn śmieje się siedząc w oknie.
Czasem wpadnie matka albo siostra z mężem, wtedy bawią się we czwórkę.  Pod piosenki, których nigdy bym nie słuchała, od których wolę kumkające żaby i ptaszki, albo Adele, no a nade wszystko starego rocka.
I… nie drażni mnie to! Nic a nic. Ani że za głośno, ani że niesie się to po okolicznych łąkach, że zagłusza naturę, że wieczór taki piekny i bez tego, ani że to umpa umpa.  
Majtam nogami na mojej ławce i uśmiecham się.
Może zazdroszczę?

    

czwartek, 22 maja 2014

Podróż bardzo sentymentalna.

Byłam w Goniądzu, Siwy szuka możliwości polowań na ptaki. Fotografuje je pięknie, a okolice sa przecież zagłębiem! 
Skoro Goniądz, to czmychnęliśmy do Szafranek - mojej wsi z dzieciństwa.
Bednarka – jedna z najpiękniejszych dróg wiejskich dzisiaj też ładna, choć bardziej zabudowana.
Niestety, też dwoma willami kompletnie oderwanymi architektonicznie od zabudowy wiejskiej. Trudno mieć pretensje, ale razi.
Dalej od Goniądza – pastwiska i wierzby, piaszczysta droga, wszystko jakby zastygłe lata temu.
Piękne!
Szafranki witają starym mostkiem nad strugą – potoczkiem zasilającym Biebrzę.
Na tym mostku spotykaliśmy się wieczorami – po jednej stronie chłopcy po drugiej panny. Mówiło się na niego: klub. Wieczorem szło się do klubu! :-)

Zapukałam do domu Staśka Wróbla, czyli rybaka, co to przywoził łodzią, we czwartki, ryby łowione siecią w załomach i zakolach Biebrzy. Ona wówczas zawierała w swoich zakamarach cały Atlas Ryb polskich rzek! Wielkie bogactwo.
Niegdyś wielki, ryży (dokładnie tak - ryży) chłop, siedzi dzisiaj siwiutki, ledwo co kojarzący. Uśmiechnął się, jak mnie synowa przedstawiła. Oczy się zaszkliły...

Potem już przy stole z dziewczynami - śmiechy i gadanie z Haliną, bo właśnie ją tu zastałam (na stałe mieszka w Goniądzu) i Tadziu przyjechał na chwileczkę, bo pracuje na stacji benzynowej. Na tę okazję zamknął ją na haczyk! Żeby się zobaczyć z kumpelką z dzieciństwa!  Ha! To wieś, nikt mu nagany nie wpisze.
Wspominałyśmy to jedzenie zupy na schodach starego domu. Tam nam najbardziej smakowało! W takich talerzach metalowych, emaliowanych. Zazwyczaj to była szczawiówka, gęsta od ziemniaków jajek i śmietany, żeby sytniejsza była, w miskach ale tu to chyba ziemniaki z jajem sadzonym. Na zdjęciu za nami siedzi stary dziadek, co to od wojny miał stale niezarastającą ranę na urwanej pod kolanem nodze.
I dzisiaj jestem wdzięczna mojej Mamie, że nie zaganiała nas do stołu.
Cały rok siedziałam ładnie i grzecznie przy stole, w wakacje mogłam po swojemu! W wakacje nic nie musiałam, choć mama mnie napominała "najpierw obowiązek, potem przyjemność, więc może pojedziesz z dziewczynkami do żniw?" No jasne!!! Do sianokosów, do żniw, do krów, do świń, do czego tylko! A potem kąpiele w Biebrzy, bieganie po lasach i pastwiskach, starych bunkrach. Jazda na oklep na koniu Wróblów z Tadzikiem, którego w książce (Fikołki na trzepaku) nazwałam Sławkiem, bo się „nałożył” ze Sławkiem od Krymskich.
Wybacz Tadziu!
Nic się nie zmieniłeś! Masz po ojcu ryży łeb, uroczy uśmiech i najniebieściejsze oczy, jakie widziałam! (Tak, tak, mogłabym napisać najbardziej niebieskie, ale „najniebieściejsze” brzmią bardziej po tutejszemu). Halina też niezmieniona prawie wcale, szczuplutka, wdówka od 20 lat. Podkreśla to. Widocznie bardzo kochała męża i już dla nikogo serca nie otworzyła. Odchowała dzieci. Rozmawiamy… Tadzio wali mi prosto w oczy, że pogrubiałam. Szczery ale uśmiechnięty, więc to z serca.
Ponad 40 lat się nie widzieliśmy.
Wieś się trochę zmieniła, zmarła stara Akermanowa (98!), akurat wywieszali fioletowe flagi jak jechaliśmy.
Na pożegnanie dostaliśmy „flakon” kryształowego, swojskiego bimbru!
Wzruszenie mnie trzyma cały czas, Może by tak spotkać się raz jeszcze w szerszym gronie?
Pogadać, powspominać? Podobno osuszone rozlewiska Biebrzy znów zalewają, powraca naturalne środowisko, droga nad rzekę znów jest, bo kiedyś zarosła całkiem.

…Kocham wieś. Szafranki zastygłe w pamięci - bardzo. 

Zjadamy coś na schodkach starego domu.
Danka, ja śpiąca widać, nogi Eli, dziadek, Jaśka i Halina.