czwartek, 14 kwietnia 2016

M i J ...

Znam wiele osób, wielu ludzi, jak to w życiu bywa, gdy się ma sześćdziesiąt lat.
I wspaniałe są te chwile, gdy ludzie zaskakują. No, nie wszyscy, ale są tacy!
Mówi się „nie oceniaj”, choć nie jest to możliwe, bo zawsze jakiś tam choćby cień oceny pojawia się na największym nawet marginesie.
Nauczyliśmy się oceniać wszystko i wszystkich przez własny pryzmat, co jest właściwie dla tych, którzy tak czują się bezpiecznie – mają swój katalog, swój zapis tego, co dobre, mądre, sensowne, bezpieczne, znane (sobie) a co nie, i to dość łatwa i lekka kwalifikacja tego, co spotykamy w świecie.
Wiem, że ludzie działają w sposób czasem daleki od moich wzorców. Ale powoli się uczę tego, żeby ich świat, ich wybory, decyzje postrzegać oddzielnie od moich własnych klisz, widzieć i rozumieć ich immanentność, odmienność bez ustawicznego porównywania, osądzania.

Wczoraj uzmysłowiłam sobie, że znam dwie świetne, doprawdy świetne i bardzo interesujące kobiety - M i J.
(Znam więcej ludzi niezwykłych, ale dzisiaj opiszę te konkretne dwie)

M – była „miastowym zwierzęciem”, nadto „korporacyjnym żołnierzem”, choć stale ją coś uwierało, morasiło (lubię neologizmy!), szeptało, że to nie jest jej ścieżka. M powoli dojrzała do tego, co chce robić – chce sobie podróżować po świecie i żyć z pracy rąk zarabiając na proste jedzenie i dalsze podróże. Nie gromadzić dóbr. Gromadzić przeżycia.
Co robi i gdzie mieszka? Mieszka u prostych ludzi, zarabia pracując najczęściej jako kelnerka czy podobnie i ogląda, poznaje świat, obyczaje, ludzi.
Mówi, że ma torbę własnych rzeczy i niczego więcej jej nie potrzeba. Jej (nie pytam o stan cywilny) mężowi/narzeczonemu też, bo podróżują tak i żyją razem. Miała mieszkanie i RZECZY. Mieszkanie wynajęła, rzeczy sprzedała – wszystko, co tylko się dało.
„Da się” – mówi. Rzeczy wiążą, otaczają, pewnie są potrzebne w życiu osiadłym - maszynka do mięsa, prostownica do włosów, półka na kosmetyki, pralka, szafa, zasłonki czy garsonki, szpilki i telewizor.
„Nie mam tego i jest mi wspaniale” – mówi szczerze.
Zwiedziła już mnóstwo miejsc i jest stale w drodze, jak nomada. Dzisiaj pisała do mnie z wioski w Tajlandii, gdzie mieszka u biednej rodziny, pracuje a popołudniu żyje z nimi biednym ale jak twierdzi, dobrym życiem. Opisała jak zjada jabłko budyniowe J Zabawia piątkę maluchów i wysyła nam bajeczne zdjęcia.

J. z wielkim trudem pokonując własne ograniczenia zdobyła wyższe wykształcenie i z pomocą przyjaciółki mamy znalazła się w Stanach Zjednoczonych. Znalazła pracę zgodną z zainteresowaniami i wykształceniem – pracuje ze zwierzętami, naturą. Ale teraz… właśnie dochodzi do siebie w szpitalu, bo ... oddała nerkę profesorowi, którego uważa za człowieka wielce wartościowego. Walściwie to ich kilkoro zgłosiło się jako dawcy dla niego. Wybrano ją. Oboje sa po zabiegu i czuja się świetnie.
Szokujące dla przeciętnego człowieka.
Oddać coś tak dalece własnego? No, jeszcze dawstwo krwi jest akceptowalne, szpiku, ale… nerkę?!

Nie oceniam przez własny pryzmat ani M ani J. Wówczas oceniałabym tak naprawdę siebie. Nauczyłam się oceniać, a właściwie oglądać, akceptować czyjeś postępowanie, decyzje, jako osobny kosmos, bez oceny przez własny pryzmat, choć naturalne jest, że moje odczucia są uwarunkowane tym jak zostałam wychowana, co czytałam, jakich ludzi spotykałam i jaką się stałam na te moje dojrzałe lata.
Wczoraj zatrzymałam moją uwagę na tych dwóch odważnych i ciekawych kobietach. Myślę o nich intensywnie, ciepło i z szacunkiem. Obie są zadziwiające.
W obu przypadkach, każdej z nich potrzebna była odwaga w podjęciu decyzji. Każda z nich zrobiła to, co uznała za ważne, sensowne i satysfakcjonujące, wbrew a może nawet kompletnie nie licząc się z oczekiwaniami rodziny. A z tego co wiem, obie mają mądrych bliskich, którzy podobnie jak ja – nie oceniają, szanują suwerenne decyzje tych jakże odmiennych od wielu innych kobiet.
To wielce inspirujące znać takie osoby, cieszyć się, że mogę z nimi rozmawiać, dowiadywać się jakie są, co sprawiło, że takie są i śledzić ich ciekawe odmienne od mojego życie.
Zmiany, zwłaszcza drastyczne wymagają odwagi, ale jak mówi M tylko na początku, tylko pierwszy raz trzeba się wybić z utartej, znanej trajektorii, a potem się już jest w nowej.

Wybór zależy tylko od nas.

poniedziałek, 7 marca 2016

I chciałabym i boję się.

Tak sobie wczoraj porozmawiałam z miłą panią redaktor o tym, jak to jest z samotnością. Że generalnie nie mamy łatwo, my ludzie 50 plus, kobiety i mężczyźni, gdy rozsypie się życie w stadle, gdy z powodów różnych stajemy się nagle singlami.
Część z nas z ulgą wchodzi w to samotne życie, a przynajmniej prężnie udaje, że jest świetnie, a część najzwyczajniej cierpi mniej lub bardziej i z czasem pojawia się pragnienie znalezienia kogoś bliskiego.
Nie pierwszy raz spotykam się z zarzutem, że tym moim bohaterkom tak łatwo to przychodzi: - Przecież kobieta po pięćdziesiątce dzisiaj nie ma szans!
Jak przed wiekami w Polsce panuje przeświadczenie, że pani po pięćdziesiątce to staruszka nad grobem. To do pewnego stopnia prawda, bo większość pań, wybaczcie, ale same zapędzają się w kozi róg. Mężczyźni podobnie. Panie z powodu polskiego „nie wypada”, i „oj, ale co ludzie powiedzą”, a panowie zazwyczaj z powodu zbyt wybujałych apetytów na cud i brak ….lustra.
Owe nazbyt rozdęte wymagania też dotyczą pań. Jak wszyscy, to wszyscy
Kiedyś bardzo mocno i z dziennikarskim zacięciem pobyłam sobie na portalu randkowym, korespondując też z kilkoma osobami – kobietami, mężczyznami. To spora dawka wiedzy o pragnieniach, które zazwyczaj są wygórowane. Właściwie takie powinny być, bo przecież chcemy znaleźć kogoś wartościowego, fajnego (co za pojemne słówko doprawdy!). Jak to pięknie napisał Tomasz Jastrun, bo i on obserwował pragnienia znanych Mu kobiet do zapełnienia samotności (przytoczę z pamięci, bo cytatu nie znajduję): „Najpierw to ma być przysłowiowy rycerz bez skazy na białym rumaku. Później stopniowo te wygórowane cechy sprowadzane są do realnego poziomu, aż wreszcie pojawia się to najważniejsze marzenie - …żeby był.”
Niestety nie każdy ma w sobie tę mądrość, żeby wiedzieć, iż „towar z second handu” nigdy nie będzie idealny.
Panowie z odzysku, obciążeni poprzednim życiem rodzinnym, mający już swoje nawyki i ustalone poglądy chcą koniecznie młodej, zgrabnej, lekko może tylko zaokrąglonej, uroczej domatorki, która umie i chce ugotować rosół.
Panie chcą uroczego dżentelmena, który uwolniony już z poprzednich więzów czy to rozwodem czy wdowieństwem nie ma żadnych „ogonów”, czyli dzieci i wnuków i jest dokładnie taki jak w ich… marzeniach.
I jeśli nie zrobimy korekty, to zapewniam, że z takim nastawieniem nie ma co polować, szukać, czekać. Ideałów NIE MA!

Wrócę do moich bohaterek literackich, które w jakiś sposób są pewnym moim alter ego.
Ja piszę z obserwacji życia. Pominę fakt, że kobiety 50+ są na rynku pracy niewidzialne, bo ten tekst nie o tym. Ale niestety w codziennym życiu też tak bywa, tylko że tu same sobie zakładają tę pelerynę, w której są niedostrzegalne. Ta peleryna to cały zespół przyczyn, od religijnych i obyczajowych „NIE WYPADA” do wyidealizowania kandydata tak, że nikt nie spełni takich oczekiwań.
Wymienię: nie wypada „wyjść do ludzi”, nie wypada pierwszej zagadać, pośmiać się (cóż to za afrodyzjak i wabik taki pełny i lekki śmiech!) pożartować, potańczyć, pospacerować.
Nie wypada i już! Wypada siedzieć w domu i mieć za złe.
Pani wyraziła się o Mariannie z „Lilki” z niedowierzaniem:
- Taka, jak pani pisze, niezbyt atrakcyjna Marianna, a po rozstaniu z mężem mężczyźni lgną do niej chmarami?!
„Chmarami”? Całych dwóch jej się przytrafiło. Trener i niezbyt udany Marcin. Też mi „chmara”! Niemniej ona, uwolniona z więzów małżeńskich i pompowana odwagą przez starego przyjaciela Włodzia i Lilkę po prostu dała sobie szansę. Odważyła się na przygodę na siłowni. I co? Świat nie runął w posadach.
Oczywiście można było stworzyć wokół siebie aurę kompletnej niedostępności i wówczas Jaro – Ofelia nawet by na nią nie spojrzał okiem chętnego faceta.

Trochę podróżowałam i wiem, że w innych krajach kobiety 50+ są zauważalne, kolorowe, wesołe i pewne siebie. Nawet jeśli na rynku pracy mają równie niewesoło, wesołe i odważne, nieskrępowane są w życiu. Chyba w myśl zasady „lepiej żałować za grzechy, niż żałować że się nie grzeszyło”. Wchodzą w romanse, tworzą sobie nowe związki, nie obawiają się mieć przygód miłosnych, kochanków, bo czemu nie? Mają chęć, to widać, to się nazywa kobiecość i odwaga.
Niestety w Polsce wiele pań ma tak silne hamulce, że każdy widzi oczyma duszy pas cnoty i żelazną zbroję, choć pod nią, w głębi siedzi samotna i spragniona czułości kobieta. I na nic żale dopóki tej zbroi nie zrzucą i nie oddadzą na złom.
Panowie którzy nie umieją sobie znaleźć partnerki mają przynajmniej odwagę skorzystania z usług profesjonalistki, która za opłatą zrobi wszystko jak jest w zamówieniu. Polka cierpi w milczeniu i nawet wibratora sobie nie kupi, bo nie wypada.
Wracając do moich bohaterek książkowych, to zarówno ja, jak i kilka moich znajomych miałyśmy „swoje za uszami”, gdy samotność nas dopadła. Jedna z moich uroczych znajomych atrakcyjna pani 60+ nie dość że bizneswoman, wysportowana jak górska kozica, to i apetyt na seks spory i realizacja owego – odważna. Bo jej wypada! Ona ma ochotę, więc jakoś to sobie organizuje, ma chętnych na miły romans, podróż, przygodę. Bo i mądrzy mężczyźni wiedzą, że gdy sami już nie mają powabu młodzieńca spuszczają z tonu i drobne zmarszczki, fałdki a zwłaszcza „kalendarz” im nie przeszkadzają, byle był „feeling”, czyli urok, wdzięk i wspólna chęć bez obciążnika: „ależ to nie wypada”.

Mój ulubiony tekst „Przez zamknięte okno motyle nie wlatują” jest nadal aktualny.
Trzeba nie tylko marzyć, chcieć, pragnąć, ale też zrzucić z siebie balast „nie wypada” i „ja, to JUŻ nie”, „na pewno nikt mnie nie zechce”.  
Widziałam tyle świetnych popięćdziesiątek, szczupłych i nie, po liftingu i bez, ale radosnych i kolorowych, wiedzących czego chcą od życia. A ich romansowi mężczyźni lub nowi partnerzy? Mają nadwagę albo nie, zakola, albo łysiny, siwe włosy, plamki na skórze, zmarszczki, przeżycia i ustalone poglądy, nawyki. I z pewnością kawał ciekawego życia za sobą – ile interesujących tematów do poruszenia, aby tylko była chęć wzajemnego słuchania!
Czasem dojrzałe panie sarkają że nie są zainteresowanie nowym związkiem bo „po jaką cholerę mi facet?! Żeby mu prać gacie?”
Hmmm. Jeśli miłość i wspólne bycie na dobre i złe pani sprowadza do „prania gaci”, to biedna ona. Po pierwsze owe gacie dzisiaj pierze pralka, nadto muszą być wyprane tak samo jak nasze własne, a po drugie: gdy się kocha to nawet wieszanie tych gaci na sznurku cieszy J

Mój obecny mąż, którego spotkałam (ku zdumieniu niektórych pań) w Internecie, to dzisiaj mój najlepszy przyjaciel. Jest bardzo interesującym i mądrym mężczyzną. Nade wszystko polubiłam Jego wady, bo jak każdy je ma, ale reszta to bonus! On też musiał polubić moje wady, przyzwyczajenia i inność. Np. jestem bałaganiarą, roztrzepańcem, a on to jakoś świetnie to ogarnia. Żeby być razem trzeba było z obu stron pewnych starań i złamania obaw, i odwagi. Uznania faktu, że jesteśmy różnie ukształtowani, mamy swoje przyzwyczajenia, większe, mniejsze ułomności, i jeśli się to przyjmie z wyrozumieniem, uśmiechem i tolerancją można pięknie żyć razem, bo cała reszta, która nas uwiodła – intelekt, humor, czułość, seks i zwyczajna codzienność jest poza dyskusją. Jest frajdą. W naszym przypadku opłacało się. Starzejemy się razem zgodnie i pogodnie.

niedziela, 14 lutego 2016

500+ czyli salceson.

Sam system 500+ jest z mojego punktu widzenia, wyłącznie dramatycznym aktem wyborczym czyli kiełbasą, a nawet salcesonem.
Żyję już jakiś czas na świecie i wiem, że rozdawnictwo pieniędzy podatników jeszcze nikomu się nie przysłużyło wyjąwszy rozdających, którzy liczą na chwilowy aplauz ludzi kompletnie nieświadomych skąd się owe pieniądze biorą.
Mamy pod tym względem społeczeństwo (en masse) głupie, bo szkoła skąpi wiedzy na ten temat. Ważniejsza jest religia.
Pani premier bardzo zgrabnie obiecała ludziom socjal, czyli po 500 zł na drugie (co za idiotyzm) dziecko nie tłumacząc, że weźmie je bez pytania od nas wszystkich – także tych, którym owo pięćset da. Te pieniądze wyjmie z naszych wspólnych kieszeni.
Raz jeszcze przypomnę słowa Margaret Thatcher:
„Nigdy nie zapominajmy o tej fundamentalnej prawdzie: Państwo nie ma żadnego innego źródła pieniędzy niż te, które zarabiają obywatele. Błędne jest myślenie, że ktoś za to (w tym przypadku - za obietnice wyborcze) zapłaci – tym „kimś” jesteście wy. Nie ma czegoś takiego jak publiczne pieniądze: są tylko pieniądze podatników.”
Nie ma z tym dyskusji.

U nas władza nie tylko chce zabrać „komu innemu”, ale będzie zabierała beneficjentom owego 500, w postaci wyższych cen produktów i usług, kredytów, podatków jawnych i ukrytych. Nie miejcie złudzeń, że ktoś za to zapłaci – zapłaci każdy polski podatnik.
Władza zapomina, że mądra walka z biedą polega na oferowaniu wędki, a nie ryby. A już z pewnością „ryba” nie wpływa na dzietność!
Odebrać można tylko komuś, kto coś ma. Wprawdzie pewien prezes twierdzi, że jak ma, to „skądś” ma, sugerując nielegalność tego „ma”. Ale w realnym życiu absolutna większość tych, co dziś „mają” uczciwie i w zgodzie z prawem na swój majątek zapracowała. Uczyli się i pracowali, często ryzykując wszystkim tworzyli firmy a w nich miejsca pracy dla innych, inwestowali, gromadzili oszczędności. Teraz nagle rząd próbuje bawić się w Janosika i dobierać się do ich majątku, w imieniu ubogiego ludu. Sprytne.
Janosikowanie nikomu jeszcze nie poprawiło dobrostanu, bo to jest nie tylko rabunek tych, co mają, ale też „ryba” zamiast wędki. A wędka?
Ba. Wędka wymagałaby powiedzenia ludziom uczciwie: „Musimy mieć czas na wybudowanie takiego systemu wsparcia rodziny, jakiego nie mamy i nie wiemy jak go zbudować. Poczekajcie”. Ale to nie byłoby wabikiem dla elektoratu, więc by dojść do władzy dzisiejsi rządzący uwiedli tych (i nie tylko tych) najuboższych, którym dramatycznie zależy wyłącznie na rybie. Teraz my, podatnicy, będziemy dawać rybę. Doprowadzi to często w tych warstwach najniższych i niewykształconych do wtórnego bezrobocia. Po jakie licho pracować, skoro zrobię żonie kolejnego dzieciaka i rząd mi DA?
A w ilu rodzinach owo 500 pójdzie na papierosy i wódkę?
Prawdziwe wsparcie dla rodzin, zwłaszcza kobiet (macierzyństwo jest nam, kobietom biologicznie przypisane), to stworzenie klimatu bezpieczeństwa pracy i miejsca do życia.
Tanie kredyty mieszkaniowe (mieszkania dla młodych to podstawa, od lat obiecywana przez kolejne rządy) lub mieszkania komunalne na wynajem, płynne godziny pracy, płatny urlop macierzyński, prawo powrotu do pracy na dotychczasowe stanowisko, urlopy ojcowskie, sieć żłobków i przedszkoli, mini żłobki w zakładzie pracy, etc, etc.
Trzeba popatrzeć, jak to jest w innych krajach, wysilić się, a nie ofiarowywać niektórym po pięćset złotych z mojej i Twojej kieszeni.
Posunięciem zgoła fatalnym i niemoralnym jest jawne przeciwstawienie sobie ludzi bogatych i biednych, ponieważ nie określono górnych limitów dla dawstwa słynnej pięćsetki. Mówi się za to, że „ci bogaci to nie powinni brać z przyzwoitości”. To samo w sobie jest już działaniem niemoralnym i wrednym, bo trzeba tak wymyślić ustawę, żeby było JASNE komu się należy, a komu nie. Teraz dając każdej rodzinie, nawet znakomicie sytuowanej, na drugie dziecko przeciwstawia się jednych przeciw drugim, mówiąc: „bogaci nie powinni brać, bo to kwestia uczciwości społecznej”. I już mamy sąsiedzki konflikt.

Bardzo niepokoi mnie też, w odniesieniu do tego skąd rząd weźmie pieniądze na swoją obiecankę, tekst pojawiający się często w ustach prezesa o tym, że „Polacy mają wielką ilość pieniędzy na kontach”.
To jest bardziej, niż niepokojące. To brzmi złowrogo.
Reasumując: program 500+ nie podniesie dzietności, bo w kraju, w którym już mało kto z myślących czuje się w pełni bezpiecznie, w którym zamiast programów gospodarczych, rozwojowych, wspierających, przeprowadza się demontaż państwa, odechciewa się mieć dzieci.
Uczyłam biologii, to się do niej odniosę.
Wiadomo, że samice rozmnażają się tam, gdzie mają możliwość założenia wygodnego gniazda, gdzie jest w miarę bezpiecznie i jest pokarm.
Te same dzikie samice zamknięte w klatkach nie mnożą się. Ptaki w klatkach często zjadają jajka, bo nie mają poczucia swobody. Dzikie ssaki zamknięte w niewoli, nawet jak się rozmnożą, często zjadają miot. Czy dlatego, że są bestiami? Nie. Czują dyskomfort i widzą brak możliwości. Poczucie wolności i świadomość, że zdobędą jedzenie dla siebie i miotu to absolutna podstawa rozrodu u zwirząt. Chyba że są to z dawna zniewolone zwierzęta hodowlane, ale to inna bajka. 

Proponowałabym trudniejsze, mniej spektakularne ale bardziej skuteczne metody wsparcia dzietności, wypróbowane w świecie, a nie salceson wyborczy. 
Widząc jednak arogancję wałdzy i jawne lekceważenie opozycji i NAS myślących inaczej nie mam złudzeń.
To najdroższy salceson świata. Poseł Rafał Wójcikowski wyliczył, że przy tym systemie jedno dzicko opłacane do pełnoletności będzie kosztowało 800 000 zł.
Jakim cudem jako osoba dorosła odda do budżetu minimum tyle samo?

I przy tym horendalnym koszcie liczymy na dzietność rzędu 1,5 (mamy 1,3 a potrzeba nam conajmniej 2,5 - 3).
Nie ma szans....

A tu zdanie młodych "
A jeśli by tak... zamiast dawać pieniądze, przestać je zabierać?

Zacząć od pomocy młodym ludziom, żeby mogli zacząć wspólne życie we własnym mieszkaniu. By program pomocy mieszkaniowej nie był zarezerwowany tylko dla osób posiadających status pracownika. A nawet jeśli tak, to zachęcić pracodawców do podpisywania umów. Jak? To proste – chociażby ograniczyć daniny na rzecz Państwa. 

Stawka vat też nie sprzyja młodym rodzicom. Pieluchy, słoiczki, mleko, ubranka – to wszystko kosztuje. Rachunek jest oczywisty: niższe podatki = niższe ceny = więcej kupujących = większe wpływy do budżetu państwa. I to wcale nie jest myślenie na poziomie przedszkola. Choć rzeczywiście niejeden przedszkolak mógłby zaproponować taki schemat. 

Mama pracująca, zarabiająca i odprowadzająca podatki? Super, pod warunkiem, że ma co zrobić z dzieckiem. Jeśli dla jej pociechy nie ma miejsca w przedszkolu ani w żłobku, a prywatna placówka kosztuje dokładnie tyle, ile zarabia, to proszę nam wyjaśnić, dlaczego zamiast poświęcić czas własnemu dziecku ma harować za darmo? To może chociaż dofinansowanie na zatrudnienie niani? A może przedszkola za darmo? Tak jak w innych krajach...

Zresztą, pewnie puszczając dziecko do żłobka ono zacznie chorować. A leki nie są tanie. Dlaczego żadnego z nich nie można kupić z ulgą?Przecież wiadomo, że żaden rodzic nie będzie rezygnował z zakupu leku, którego dziecko potrzebuje. To czasem równowartość połowy jego pensji...

Pytań jest wiele, wątpliwości jest wiele. Rozwiązania, póki co, nie widzimy żadnego. Ale i tak chciałybyśmy jeszcze raz podziękować. W imieniu wielu rodziców powiedzieć, że bardzo nam miło, że dostaniemy 500 zł na dziecko. Ale jeszcze przemyślimy, czy chcemy z niego skorzystać. 

Bo niestety, dla wielu z nas macierzyństwo to chłodna kalkulacja. I przykro nam, ale nie zawsze między tym, co tracimy, co oddajemy i wydajemy, a tymi 500 złotymi, które potencjalnie mamy szansę otrzymać, możemy postawić znak równości. 

Na koniec tylko dodamy, że części z nas jest przykro... Jesteśmy mamami jedynaków. Często samotnymi. Szkoda, że nasze dzieci są traktowane inaczej, niż te drugie, których pewnie nigdy nie będziemy miały. Proszę uwierzyć - to pierwsze, to starsze, ma takie same potrzeby, jak to kolejne."

wtorek, 5 stycznia 2016

Kiedyś trawa była zieleńsza, czyli marudzenie starej baby.

A jednak wydaje mi się, że pamięć mi nie szwankuje. Czasem płata figla, ale przecież tyle pamiętam! Tyle mam w oczach, uszach, jakby to było wczoraj.
To przez tę pamięć tak podmarudzamy – my doroślaki: „Oooo, kiedyś to …”.
Moja córka mi kiedyś sarknęła:
- Jak zaczniesz ględzić, że kiedyś trawa była zieleńsza to znaczy, że pierniczejesz.
No, to zaczęłam, Kochana moja!
Cóż poradzić, choćby niedawne koncerty noworoczne.  Jakoś, mimo wysiłków, nie umiem nie słyszeć, że co niektóre Gwiazdy fałszują, że ich cały artyzm, to wydzieranie się w myśl zasady – im głośniej ryknę tym więcej będzie oklasków. Taka dygresja - znakomicie się to sprawdza w Voice of Poland, czy też Voice of Gdziekolwiek. Wychodzi na scenę ktoś i mruczy do mikrofonu. Jury śpi. Potem bierze wdech i jak nie huknie jakimś fortissimo! Wtedy jury wali w guzik i odwraca się, jakby wyrwane ze snu. A przecież to tylko fortissimo!
Dzisiaj nie sposób nie zauważyć, że nasze młode kadry sceniczne aspirujące do gwiazdorzenia znają już tylko ten myk – wydrzeć się, a w międzyczasie pokrzykiwać „hejka! dobrze się bawicie?”, „rączki w górę!!!”.
Jakoś zapominają (nie wiedzą?), że istnieje też piano, legato… Koncert to najpierw gigantyczne nagłośnienie, mega (wszystko dzisiaj jest MEGA) stroboskopowe oświetlenie, czyli light show, a cała reszta, czyli utwór i wykonanie najmniej ważne. Aby tylko wykonawca był zjawiskowo przebrany, rzucał się po scenie od lewej do prawej, a czasem poskakał.
Razi mnie słowo WYKON, ale powiem tak – dla takiego czegoś, co widuję ostatnio i ten „wykon” pasuje, jako słowny nowotwór. Wszystko jeszcze dałoby się jakoś wytłumaczyć potrzebami wielkiego widowiska, ale najgorsze w tym wszystkim jest olewanie najprostszych i – wydawać by się mogło – żelaznych zasad dobrej muzyki: dykcji, poczucia harmonii, umiejętność oddychania i trzymania tonów. Czyli niefałszowanie. Ale gdzie tam…
Dzisiaj manierą niemal wszystkich panów „gwiazd” polskiej muzyki jest pojękiwanie i to przez zaciśnięte wargi. Jakby żucie tego, co wycieka z gardła w postaci słów. Dziwaczne akcentowanie fraz i fatalna dykcja. Może i dobrze, bo słowa w piosenkach są od lat nudne i przewidywalne. Denne.
Panie wypadają lepiej przynajmniej w dykcji i ruchu, ale też uwielbiają fortissimo. I tylko.
Ruch sceniczny solistów i zespołów u nas prawie nie istnieje. To w K-POP’ie (koreański pop) nie przeszłoby. Koreańscy wykonawcy wylewają wiadra potu na salkach ćwiczebnych, i przynajmniej ruszają się na scenie synchronicznie i nowocześnie – świetnie. Taka dywagacja.
OK., mój admin mnie stale strofuje, że marudzę.
No, to dla Niego specjalnie pean ale wcale nie o muzyce polskiej:

PEAN dla WARSA.
Pamiętam (PAMIĘTAM!) czasy, gdy WARS to było dość trudne miejsce w pociągu. To był wagon, w którym podłoga kleiła się do podeszew, zawsze jakoś tak… brudna nawet po przetarciu ścierą. Stoliki wyłącznie wysokie bez stołków barowych, i pan Władek za barem w wymęczonym mundurze PKP, który ZAWSZE wyglądał tak, jakby pan właśnie wyszedł z kanałów. W kotle utrzymywał „temperaturę ciała” nieśmiertelny bigos, w drugim pływała niechętnie kiełbasa zwyczajna. W wielkim czajniku wrzał wrzątek na herbatę w szklankach i kawę „po turecku”(?) czyli tzw. inteligenckie błoto – łyżka kawy i war. Pan Władek kroił chleb w grube sznytki (poznańskie), czyli kromki i wydawał piwo żywiec w szklanych butelkach. Przy stolikach na mocnym szpagacie dyndały otwieracze. Kobiety mogły poprosić o szklankę do tego piwa.
Jak ma się do tego dzisiejszy WARS?

Obecny WARS to wagon jasny, czysty i przestronny.
Siedzenia i stoliki zróżnicowane, ładnie ubrana obsługa – zazwyczaj (nie spotkałam innej) uśmiechnięta i miła. A menu…
Gdy jadę rano bardzo lubię tzw. szwedzkie śniadanie – świeżutko usmażona na masełku jajecznica ułożona na talerzu z płatkami wędzonego łososia obok. Jest i koperek świeży i pyszne cappuccino. Herbaty jakie tylko – zielona, czarna, owocowe.
Jedną z sałatek – polecam (nie wiem czy jeszcze jest, bo menu bywa zmieniane co jakiś czas) kalifornijską. Na chrupiących liściach sałat leżą krążki czerwonej cebuli, plasterki wędzonego kurczaka, cząstki mandarynki i do tego pan za barem leje ze słoiczka świeży, wyjęty z lodówki, winegret z ciuteczką cynamonu! Bajka!
A schabowego – też uprzejmy pan albo pani wyjmuje z lodówki, przykrywa folią i klepie na naszym zdumionych oczach. Panieruje najnormalniej, jak babcia Zenia, w jajku i bułce (żadne tam gotowce!), po czym smaży na (sadząc po smaku) mieszance oleju ze smalcem (!). Taki świeżutki i chrupiący, z ziemniaczkami z koperkiem (!) ląduje na przyjemnie jednorazowym talerzu przede mną. Co jeszcze? Oj, można wybierać spośród potraw śniadaniowych, kanapek, przekąsek, sałatek, zup oraz dań głównych – z tymże schabowym na czele!
Napoje wszelkie – poza winem i wódkami. Piwa i cydr. Mile podane w szkle. Przecieram oczy. Jest pięknie. Tak, nie tak tanio, jak w barach mlecznych, ale cóż poradzić – i tak taniej niż na lotniskach, na których nawet woda kosztuje tyle, co cały obiad na mieście…
No, czyli zachwyt! Znaczy jeszcze się aż tak bardzo nie zestarzałam, nie rozmarudziłam… 
Pean miał być? I jest!

PS ALE wracając do koncertów - Steczkowska, Rodowicz, chłopaki z Pectus – jak zawsze świetni! Jak stary, dobry, polski pyszny schabowy!
Reszta do szkół muzycznych, choć przyznam, że Margaret tańczy na scenie coraz odważniej i fajniej, a Ewa Farna ma power, jak dobre, polskie piwo. Reszta Najnowszych Gwiazd (mimo mojego wielkiego wysiłku, żeby zrozumieć czym dzisiaj jest Polska Muzyka Rozrywkowa) to taki… bigos z kotła w temperaturze ludzkiego ciała. Nie wspomnę o Boney M, bo to już był smuuuuuuuut i żenada. Lepiej było zaprosić niezwykle wciąż sprawną i śliczną Helenę Vondrackową, albo Jirzego Korna z jego (byłą?) grupą4TET.

czwartek, 24 grudnia 2015

Przypowieść Wigilijna, czyli traktacik o mojej teściowej

To było dość dawno.
Komputery w powijakach, żadnych jeszcze sieciówek w Polsce, zatem i sms-ów nie było, było trochę ubogo ale chędogo.
Jesteśmy u teściów na Wigilii. Teść już nie żyje.
Teściowa moja, ukochana Jasia krząta się półślepa, ale we własnym domu zna każdy centymetr kubiczny. Jej dotyk sprawia że w „głowie” wszystko wodzi jak w 3D…

Z racji ciasnoty mieszkania ja siedzę w kątku żeby nie zawadzać, Mamie pomaga moja córka – najlepsza Jej pomocnica i przyjaciółka, mój mąż w sąsiednim pokoju dla zabicia czasu kontempluje tytuły książek pozostałe po Tacie, syn mu towarzyszy. Nie chcą zawadzać, dzień wcześniej byli poodkurzać i pomóc..
Czekamy na dalszą część rodziny, bo moja teścióweńka, stara i prawie niewidoma nie chce jeździć na Wigilię do nas: „- Oj ja nie lubię nowych miejsc, ja lubię swoje mieszkanie”. Od zawsze więc spotykamy się u Niej. Kiedy żył Tatko – czyli teść – też u nich zawsze ta główna Wigilia była.
Zawsze.
Mama, (czyli była moja druga Mama, taka Mama bis), wchodzi do pokoju i stawia na stole nieśmiertelną sałatkę jarzynową. Nagle, wyczuwając obecność syna, zwraca się do niego z dziwacznym (moim zdaniem) irracjonalnym pytaniem:
- Maciuś, wiesz, ja zamiast cebuli to wkroiłam szczypior, miałam tyle tego z wyrośniętej cebulki. To chyba lepiej, co, synuś?
Moja szybka myśl: po co ona pyta? Jaki facet będzie miał blade pojęcie o tym czy to lepiej, smaczniej z tym szczypiorem?! Normalni ludzie pewnie sarknęliby: „- A skąd ja mam wiedzieć?” a nadgorliwe żony już śpieszyłyby z pomocą mężowi mówiąc pouczająco ”- Mamo, a co to za różnica, daj mu spokój”.
Nie u nas. Nigdy tak nie traktowaliśmy naszej Jasi.
Mój mąż zwracał się do Mamy, do jej już prawie niewidzących oczu i mówił spokojnie, z miłością i pełnym zrozumieniem sprawy:
- Oczywiście, mamusiu!
W tym jego „oczywiście, Mamusiu” – jest wszystko. Akceptacja szczypioru, zrozumienie dla sprawy, jaką jest smak sałatki, ale nade wszystko komunikat, że słucha co mówi, że podchodzi do tego ze zrozumieniem, że ją kocha bezwarunkowo. Jak my wszyscy. Bo kochana jest i dobra. Od dawna, od czasów gdy Mama stała się nieporadna, półslepa, on mówił do Niej MAMUSIU. Czule.

Moja córka od lat, od czasów liceum, była wierną i serdeczną opiekunką Babci. Odbywała z Nią wspólne wypady na targowisko pod Halą Mirowską, wypełniała (ta ślepota Mamy …) wszelkie kwitki na pocztę. Bo Mama, całe życie księgowa, bardzo lubiła te zajęcia z kwitkami, opłatami i rozliczeniami i zawsze Jej się wszystko zgadzało, co do złotówki. Już niedowidząca nie radziła sobie z nimi, więc Basia była Jej oczami. Ona też robiła Babci pedicure z pełnym zrozumieniem faktu, że stary kręgosłup i ślepota nie dają szans na obcięcie paznokci u rąk i u nóg, na opiłowanie ich i natarcie starych rąk kremem.
Myślę, że troska i miłość mojego męża do Rodziców, potem do potrzebującej opieki Mamy, przelała się na nas wszystkich. Wszyscy kochaliśmy i skromnego, cichego Tatę i Mamę, Mamissimę, Moją Teściową.
Nie rozumiem sarknięć młodych kobiet na teściowe. A to foch, że przyjęte jest mówić „mamo” (dla mnie żaden problem, a moja mama też bardzo kochała i szanowała mojego męża, więc czasem sądziłam, że oni mają lepsza komitywę niż ja z nią J ), a one nie czują takiej potrzeby, bo to „obca osoba” (?) a to że teściowa (a w zasadzie świekra) w ogóle jest i trzeba się troszkę z nią liczyć, że ma własne zdanie, poglądy etc…  Że mąż nie porzuci nagle własnej matki na amen, stając się wiernym sługą żony. WYŁĄCZNIE. Zdziwione bywają, że on nadal kocha i troszczy się o starych rodziców.

Nie ubyło mi, nam, miłości w domu tylko dlatego, że Teściowie i moi Rodzice (Mama, Tatko, który zmarł zbyt wcześnie ) byli kochani i szanowani.
Myślę, że im więcej takich miłości tym lepiej. Bo ona – MIŁOŚĆ nie kurczy się, a rozrasta.
Dzisiaj to widzę tak wyraźnie i słowa księdza Twardowskiego:
Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą” rozumiem bardzo głęboko.

Bardzo lubię słuchać o tym, jak mój syn czy moja córka wspominają dziadków. Obiady, opowiastki, wożenie na basen (domena Teścia), śmiesznostki, wszystkie wspomnienia dzisiaj otulane są czułością.
Czy i ja będę czule kochana gdy już stanę się trudna, niewygodna, nieporadna? 

Zaraz Wigilia. Zapalę świeczki pamięci na półce ze zdjęciami mojej Mamy, mojej drugiej Mamy, Ojców, ciotek, dziadków i babć. Za rodzinność i miłość. Za to, że moje dzieci mają ją w sobie i są czułe, spragnione rodzinności nawet wtedy gdy my Starszy stajemy się trudni, mniej zrozumiali, marudni.  

wtorek, 22 grudnia 2015

Czy lubicie podróże?

Takie, które serwuje nam książka, jak w dzieciństwie, gdy czytaliśmy książki podróżnicze i w myślach, wieczorem, leżąc już w łóżku, przenosiliśmy się w inne światy. Czasem to była Ameryka Południowa a czasem odległy kosmos.
Pisarz i nasza wyobraźnia tworzyły taką… literacką teleportację.
Dzisiaj mamy tanie podróże, kamerki w całym świecie takie, że możemy siedząc w domu zobaczyć w Internecie czy w Livigno spadł już śnieg i jakie są korki na ulicach Delhi.
A mimo to nadal książki podróżnicze cieszą się powodzeniem.
Są wśród nich książki, które nazywam „wydmuszką” – ot ktoś pozbierał wiadomości, pojechał gdzieś na tydzień, dwa, narobił zdjęć i przy odrobinie szczęścia w wydawnictwie wydaje… Mamy przed sobą piękną i kolorową wydmuszkę, w której treści, co kot napłakał, a wszystkie refleksje „podróżnika” vel „podróżniczki” możemy streścić w słowach – JA tam byłem! Miód i wino piłem i coś niecoś widziałem! Bum! Koniec.

Są też książki, które nadal wsysają nas czytelników, jak czarna dziura.
I taka właśnie książka leży przede mną. CEGŁA.



Zaglądam do niej. Ooooo, mało zdjęć! Druk całkiem normalny albo wręcz mały. Stron mnóstwo. Marek Zimowski, zwany swego czasu „Ptaszkiem”, od lat mieszka w Australii. Za młodu śpiewał w Centralnym Chórze Związku Harcerstwa Polskiego, którym dyrygował druh Władysław Skoraczewski. Taka przeszłość, to zacna przeszłość! To szkoła życia i wrażliwości – bez wątpienia. I taki jest Marek: jest uważnym i wnikliwym obserwatorem życia. Ale żeby nie było za łatwo opisać Mu swoją obecną ojczyznę postanowił opisać ją z baaaaardzo bliska. Z samochodu.
Wsiadł w swojego Land Rovera i pojechał wzdłuż wybrzeża dookoła Australii. Spędził tak 90 dni w podróży obfitującej w zdarzenia nader różne. To nie tylko spotkania z ludźmi, zwierzętami, obyczajami, innymi niż w Polsce, ale też z własnymi myślami, refleksjami. No i oczywiście nie było łatwo, bo nie podróżował wyłączni szosami. Wielka część trasy wiodła przez interior, w którym bywa pusto, bywa, że nie ma łączności i w którym psują się urządzenia samochodowe od takich, którym Marek da radę, do takich gdzie potrzeba było fachowca.
To jest książka „do żucia”. Nie na raz. To się czyta długo, wieczorami. Jest się z Markiem, powoli poznając złożoność i jednocześnie prostotę Australii.
Byłam tam i ja, ale w komforcie i krótko – przyjaciele zabrali nas w maciupeńką podróż jakieś 1000 km od Perth. To jest jakaś odrobinka! Ale od tamtego czasu mam w sobie głód Australii.
Marka spotkałam w Perth, przelotnie. Umówiliśmy się na… cmentarzu. No, to ja życzyłabym sobie, żeby na takim mnie – już jako Aniołę, odwiedzano! Urokliwy park bez grobowców i kamiennych, ciężkich nagrobków. TYLKO tabliczki w ziemi a niektóre przyczepione do metalowego mostka nad stawem, do ławek. Tabliczki memuarowe. Cicho, gorąco, pachną olejki eteryczne z wielkich drzew i … skaczą kangury. Sero, serio. Taka pocztówka mi w głowie została, po spotkaniu z Markiem, przepraszam za tę mała prywatę. :-)
Serdecznie zapraszam do lektury każdego, kto lubi niekończące się historie.
Prawie niekończące się. Do powolnego smakowania tej podróży i nabrania wielkiego apetytu na Australię. Na wielką podróż!

wtorek, 15 grudnia 2015

W prasie znalazłam źle postawione pytanie: „Kto się boi Jarosława Kaczyńskiego”

Źle postawione pytanie.
Jak można się bać starszego pana, który żyje oderwany od rzeczywistości i ma swoje idee fixe?
Takich jest wielu. Mieszkają sami, miewają kota, psa, kanarka albo niczego żywego (bo nie lubią). Upierdliwi starcy żyjący przeszłością (staruszki takie też bywają). Nie zaskarbili sobie sympatii rodziny, jeśli mieli małżonki, to te odeszły albo umarły, a jeśli też mieli dzieci , to te uciekły jak najdalej. Można się takiego bać, gdy taki np. podpali samochód, otruje psa sąsiadów albo nastraszy nasze dziecko, ale z takimi jakoś da się żyć w jednej kamienicy. Jakoś się da…

Jakich się bać? Prawdziwych socjopatów i psychopatów, którzy pod dobrotliwym uśmiechem kryją nienakarmioną nieszczęściem innych bestię.
Wracając do pytania KTO się go boi (JK) – odpowiem, że jego samego nikt.
O wiele bardziej boję się nadgorliwców: dworu, wielbicieli, wyznawców, pochlebców, wazeliniarzy, karierowiczów.
Zwłaszcza fraucymeru, bo kobiety zapatrzone w idola potrafią być nieobliczalne bardziej niż on sam. Tu chyba działa podobna psychologia, jak w przypadku fascynacji kobiet Złym Chłopcem, a mężczyzn Femme Fatale. Tak, to rodzaj choroby. Mija z czasem, choć nie zawsze, o czym świadczą filmy i lektury (o, choćby stary Błękinty Anioł i wiele innych). Ale one raczej mówią o sprawach głęboko miłosnych a tu mamy do czynienia z uwielbieniem czyichś wykrętnych idei, chorych filozofii.
To, niestety, obraz znany z historii – tłumy, które wołają w ekstazie „heil”, czy śpiewają pieśni o „Naszym Słoneczku, Wodzu umiłowanym” i jeszcze chodzą na manifestacje krzycząc ile tylko się da, zakrzykując własne sumienie, własne myśli i osądy. Początkowo w prawdziwej ekstazie. Potem to są spędy pod groźbą. Mało kto pamięta, że w PRL TRZEBA było być na manifestacji pierwszomajowej. Nie groziła za to zsyłka, ale "derekcja" źle patrzyła na tych, którzy chcieli kontestować, olewać i w paiepach bruździła, awansu nie dała...
W innych krajach (Korea Pn) bunt oznacza już śmierć!
I taka uwaga na marginesie – po jakie licho robić manifestację rządowi który ma sejmową większość?!
Musi być jakaś podatność na ten rodzaj manipulacji, gdy kobieta/mężczyzna odda pół pensji albo spadek po zamożnej cioci facetowi, który „gra na jej/jego falach” znacznie bardziej niż rodzina. A gdy nie ma rodziny, to radiu, które prowadzi nawiedzony i cwany Padre zastępujący jej/jemu CAŁY ŚWIAT.
Czym spowodowane jest, aż tak głębokie zauroczenie?
To nieprzystępność i bardzo sprytna manipulacja Idola - rozdzielanie kar i nagród. Nagrodą jest życzliwa uwaga dla wielbiciela, odpowiednio dozowana, minimalna, taka granicząca z niezauważaniem. Od skupionej uwagi (gdy coś, co zrobił wyznawca, ma dla Idola znaczenie) aż do wspaniałej nagrody, jaką jest życzliwa pochwała, a nawet komplement. Wówczas wielbiciel/ka czuje się wyróżniona, szczęśliwa. „Dostrzegł mnie, pochwalił!”.
Karą jest brak uwagi, pomijanie wzrokiem, milczenie, niezauważanie. Aż do prychnięcia. Na więcej nasz batiuszka sobie nie pozwala. Dwór i tak wie, że to jest szczyt niezadowolenia. No, bywało i bywa, że idol jest głośnym histerykiem, jak Hitler czy kolejny Kim i potrafi podnieść głos, ale są też cisi Idole. Bardzo cisi.
Mężczyźni podobnie chyba (nie jestem mężczyzną i wielbicielką kogoś tej samej płci, stąd to „chyba”) reagują na łaskę lub niełaskę Wodza.
Myślą sobie wieczorem w łazience: „Kurcze, a o mnie dzisiaj ani słowa! Muszę się bardziej starać”. Zadziwiają mnie ludzie, którzy odsunięci przez Wodza chorują na niedopieszczenie, albo nagle sami postanawiają się usamodzielnić i po niepowodzeniach w zewnętrznym świecie… wracają w szatce pokutnej, bo bez Niego nie czują sensu życia. Taki rodzaj czopka. Nie rozwinę tematu.

Nigdy nie umiałam pojąć stanu umysłu wykształconego, w miarę inteligentnego człowieka, który ślepo się podporządkowuje takim carom - batiuszkom. Tłumy idące za Hitlerem, Leninem, Stalinem, Kim'em, Putinem etc., to jest prawdziwe zagrożenie, a nie jeden chory facet.
Są i tacy, którzy opuścili dwór i nawet sensownie mówią, z lekki wstydem, że kiedyś się dali… Oni ciekawią mnie najbardziej, ale dziennikarze jakoś ich słabo eksploatują. Szkoda.

Wracając do pytania: prawdziwy lęk wywołują we mnie ludzie ślepo oddani Wodzowi, którzy rozpełzając się po urzędach i uzbrojeni w moce prawne (!) MOGĄ (muszą) WSZYSTKO. Chcą natychmiast udowodnić swoje oddanie i przydatność. Jak choćby świeży szef policji, który mimo zdjęć z drona nie widzi tłumu, tylko „garstkę demonstrantów” i nie odróżnia wzrokiem pięćdziesięciu tysięcy od piętnastu. Kłopot z oceną, ze wzrokiem, technikami oceny, czy mechanizm przypodobania się Wodzowi?
Napawa lękiem to, że ślepo idą wyznawcy, czyli… Kiepscy, którzy nie wiedzą czym jest Trybunał Konstytucyjny, Prawo, Konstytucja, wolność, demokracja etc, a chcą tylko pięćset "skapki z nieba". Też nie kumają, że to się nie generuje znikąd. A może wiedzą i cieszą się, że się wyszarpnie "tym bogatym". Za nimi biegną wykształceni, wydawać by się mogło sensowni ludzie skandując dokładnie to, co spijają z ust Idola. Jakieś idiotyzmy o tym, że są Polacy gorszego sortu, że ludzie myślący samodzielnie i inaczej są komuchami i złodziejami. Niepojęte.
Dali się nakłuć tą nienawistną szczepionką, tym marzeniem, że wreszcie będzie mógł on, brat męczennik (!) zemścić się za własny błąd, jakim było wypychanie brata i 94 innych osób (które ma gdzieś) na wylot do Katynia.
(MOŻE gdzieś jednak są zachowane rozmowy Braci z telefonu satelitarnego?)
Idol nie zna się na gospodarce i ekonomii, ale doskonale wie jak manipulować ludźmi, żeby wreszcie osiągnąć upragniony cel - ZEMSTĘ... To jest chyba jedyna myśl, jaka powoduje, że rano wstaje i oddycha.
Nie obawiam się takich ludzi, jako jednostek. Obawiam się tłumu ślepo wiernych wyznawców, którzy już są przeciw nam, swoim Rodakom, sąsiadom i znajomym i w imieniu Wodza plują nam w twarz udając, że wygrała większość, że oni naprawdę walczą o jakieś iluzoryczne lepsze jutro (?) tyle, że oparte na zemście, cenzurze, inwigilacji, indoktrynacji, lekceważeniu najwyższych dotąd instancji, bo Wódz tego żąda.
A jaką to wojnę przeciw ‘komuchom i złodziejom” wypowiada Wódz, który sam się otacza byłymi aparatczykami? I czy dzisiaj, gdy świat, Polska, stoi wobec nowych, trudnych wyzwań, to jest jedyny pomysł na rządzenie – rozliczanie i karanie ludzi za coś, co miało miejsce 30 lat temu?!
A rozdawnictwo po 500 PLN, żeby zdobyć poparcie… Kiepskich?
Czy faktycznie 5 700 000 wyborców PiS to są wyznawcy i czciciele samego Wodza, czy … pięćsiuset złotych?
Sondy uliczne mówią, że nieświadomy Kiepski nie wie, czym jest Trybunał, niezawisłość sądów, Konstytucja, chce obniżenia wieku emerytalnego nie kojarząc tego z potworną biedą, bo też na pytanie czy godzi się na zbiednienie emerytury o 35 % mówi, że TAK! To może świadczyć wyłącznie o pomroczności wyznawców, bo nie o logicznym ich myśleniu i jakiejś, choćby naskórkowej, wiedzy o ekonomii.
Takich ludzi się obawiam – ciemnogrodu i aparatczyków, lizusów, bezmyślnych żołnierzy, którzy nie bacząc na nasze wspólne, z trudem wywalczone idee wolnościowe przyjdą rano i załomoczą, bo… Wódz tak zechciał.