sobota, 22 sierpnia 2015

Jakie, cholera jasna, WY?!

(a propos społecznej burzy spowodowanej okładką Faktu)


Ja już pisałam na podobny temat ale teraz dopiszę na zasadzie kropli, która draży skałę.
Lubiany przez mnie Maciej Stuhr napisał na Fb tekst ubrany z mety w mema, tekst – powiem – obraźliwy w stosunku do niewinnych ludzi:
„(…)Wy, Drodzy Państwo to kupujecie. I niestety to Wy musicie się tą winą za takie kurestwo nieco podzielić”.
SŁUCHAM?
Panie Maćku, sądziłam, że jako elita, artysta a więc człowiek wrażliwy i wykształcony wie Pan, co to jest uogólnianie. Bywa nie tylko obraźliwe ale i szkodliwe, bo obraża. Tak jak wszystkie inne uogólnienia:
- mężczyźni to dzieci (albo wymiennie – świnie),
- kobiety to mentalne blondynki,
- kobiety to… (mocne, więc dalej nie cytuję),
- Polacy za granicą kradną. Rosjanie to .... Niemcy to ....
A też stworzony w białych rękawiczkach plakat Amnesty International pokazujący eleganckiego pana w błękitnej koszuli zamiatającego w kuchni jakieś krwawe ślady z napisem, że „to nie prawda, że mężczyźni nie robią nic w domu”. 
Wredne, bo skierowane do podświadomości, iż WSZYSCY mężczyźni biją żony.

To takie łatwe pisać „….bo naród”, „…bo ludzie to zawsze”, „….bo my, Polacy to już tacy jesteśmy że …”.
OK., pisują tak egzaltowani i niewykształceni ludzie, ale ktoś, kto pomyśli choć trochę, ucieka od takich ogólników. I ja kiedyś pomyślałam i staram się jak mogę nie oskarżać ludzi en masse.
Zdarzy mi się, owszem, bo czasem to mało szkodliwe:
„Lubimy ładą pogodę”, „Polacy są amatorami piwa”, „Naród mamy ogólnie podenerwowany i rozczarowany obecną sytuacją”, ale wymierzać palec w ludzi, którzy brzydzą się Faktem, w życiu tego szmatławca nie trzymali w rękach, a tylko o nim dyskutują i wmawiać im (nam) jak jaki ksiądz „Wy jesteście winni tego kurestwa” – to jest kurestwem dopiero!
(Pan wybaczy mocne słowo, ale tylko Pana cytuję)

Ta szmata ma 311977 sprzedaży! 311977 + ci, którzy pożyczają do sąsiadki to jest grupa docelowa do której pan Feluś kieruje swoje rzygi, a oni to prostaki spijające je z tej gazetki.
Czyli 0,82 % ludzi w Polsce to pańscy „Wy”.

„Mnie dziwi, że Wy, Drodzy Państwo to kupujecie. I niestety to Wy, KUPUJĄCY musicie się tą winą za takie kurestwo nieco podzielić”


- jest różnica? Serdeczności - eM.


piątek, 21 sierpnia 2015

Stare rodzicielstwo – czyli bywam cyniczna


Szum jest i sprawa jest, więc poczytałam i zabiorę głos, bo sama jestem kobietą i mamą. Na dodatek starą.
Podstarzała (no, jejka, nie ma co się unosić!) Podstarzała –nie młódka – pani aktorka obudziła się nagle samotna i zdesperowana, bo zobaczyła na własne oczy, co się będzie działo, gdy będzie tak stara jak jej matka i na dodatek niedołężna. Musi mieć opiekuna! Przytulankę – pocieszajkę.
Obawiam się, że to niestety przeważyło na szali decyzji pani aktorki – galopująca samotność.
I cała rzecz idzie nie o to, że urodziła, korzystając z całej tej machiny invitrowej, ale o powody powziętej decyzji i brak kalkulacji, bo – niestety – dziecko dzisiaj, to TEŻ kalkulacja: czy mam mieszkanie i pieniądze żeby je odchować. To się nazywa: odpowiedzialność.
Na dziecko trzeba choć trochę pieniędzy. Nie głodową pensyjkę. Może być pomoc rodziny i przydałby się fajny tatuś. Najlepiej pracujący.
Inaczej jest, gdy młoda gąska „wpadnie”, gdy jest mama, babcia, ciocie (bywa że i ojciec dziecka sumienie ma i odpowiedzialny jest) i przyszłość przed nią, przed nimi. Bardzo młoda gąska ma dwa wyjścia – wychować, albo oddać do adopcji. Ale gdy stara pani decyduje się na dziecko z in vitro, to ja bym wypytała dokładnie o motyw postępowania. CZEMU akurat TERAZ? Co sprawiło, że nagle taka decyzja? W Polsce robi się in vitro od 25 lat (jeśli pani jest „obrzydliwa” na metody tradycyjne).
Pani nie mając zaplecza – ani rodziny, ani pieniędzy – a na głowie starą, schorowaną matkę decyduje się na kupienie sobie dzidziusia. Nie myśląc o tym, że po sześćdziesiątce dopadają nas znienacka różne choroby. Tak, oczywiście, za młodu to też możliwe, ale na starość dopadają nas częściej. Tak już jest. Pani to powinna wiedzieć, bo ma chorą mamę i (powinna mieć) wiedzę o naturze ludzkiego organizmu). Oczywiście życzmy sobie wszyscy zdrowia, ale życzenia bywają zawodne.
Dygresja taka – łatwiej (i taniej) byłoby wziąć pieska ze schroniska, choć to też odpowiedzialność. No, ale piesek się nami raczej nie zaopiekuje…
Pisze się też w komentarzach o późnym ojcostwie, z jakimś wyrzutem, którego nie rozumiem. Ono od wieków nie przeszkadzało, bo staremu ojcu towarzyszy zazwyczaj młoda żona, rodzina i wszystko jest w porządku.Co więcej, nigdy nie słyszałam, żeby stary, samotny facet szukał sobie dawczyni jajeczka, dał swoje nasienie, zapłodnił i tak (albo inaczej) kupił sobie w ten sposób przytulankę na stare lata. Panowie raczej (jeśli już) wolą kupowane na godziny – starsze niż bobo – przytulanki (taki żart okolicznościowy) a jak rzeczywiście samotność im doskwiera, a mają „po kokardę” estrogenów – pies ze schroniska załatwi sprawę, bo to wierny i miły przyjaciel merdający ogonem i nie zrzędzący.
Nie ma wśród nas, wątpiących w bajkę pani aktorki o cudownym poczęciu, hejtu. Hejt to nienawiść, a nienawiści nigdzie nie czytam. Sama jej nie mam. Ot, z lekka jestem cyniczna.
We mnie jest niezgoda na taki egoizm i troska o te dzieci, a nie o dobre samopoczucie pani. I jest pytanie o sensowność takiej decyzji, w której nie widać troski o dzietność kraju, a wyłącznie egoistyczną decyzję osoby, która na dodatek obarcza mnie, Ciebie, nas, odpowiedzialnością za swoją zachciankę rozkładając rączki i mówiąc publicznie: „Nie mam za co wychować, pani Kopacz! Pani mi da!”.
I jeszcze drobiazg taki – pani się zarzeka, że dziecko jest z cudu, a nie z próbówki, a jednocześnie całkowicie ochrania, skreśla ojca. Że to niby „zamknięta sprawa”, więc – w domyśle – to my mamy być tym zbiorowym ojcem, fundując pani kasę na dzieci. To mi nie odpowiada. Nie pasuje do bajeczki o „dobru dzieci”.
Nie bez przyczyny (natura mądra jest) nasze, kobiece jajeczkowanie kończy się koło 40 – 50. Późne (nie przeczę, że bardzo szczęśliwe) matki narzekają, zwłaszcza, gdy samotne, na to, że zwyczajnie brak im sił, że fizycznie już im ciężej, (niż gdy były młode).
TAK, matka musi mieć siły i środki żeby być dobrą matką. W domu nie musi być bogato, ale i nie głodno, a z powodu braku sił dziecko nie może być zaniedbane.
To takie trudne do zrozumienia?
Tak trudno pojąć, że dziecko nie może być zachcianką, zabawką, a jest wielką odpowiedzialnością? Że LUBI mieć mamę i tatę? Że młodzi i silni rodzice mają z dzieckiem lepszą więź? Natura, do której dzisiaj tak lubimy się odwoływać tak to zmajstrowała i tak jest dobrze. Nic na siłę. Zwłaszcza za nieswoje pieniądze.

poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Ludzie liiiisty piszą, zwykłe, poooolecone...

Miałam zmilczeć, ale rozbawiają mnie listy.
Nie, nie wyborcze, nie te zwykłe. Mamy teraz czas nadlistów. To są specjalne listy otwarte! Tak się porozumiewają teraz ludzie z władzą.

Moja mama swego czasu, gdy miałam ciche dni z byłym mężem i taszczyłam po pokojach wór pretensji do niego, a gadać już nie chciałam, bo się to w sprzeczkę przeradzało, doradziła mi napisanie… listu.
- Napisz! On ci nie przerwie, ty wylejesz swoje żale bez przerywania i podniesionego ciśnienia! To będzie jak w tym żydowskim szmoncesie: Liberman przyszedł do rabina po radę, co ma zrobić? Ma dług do Kincmana, a pieniędzy nie ma! Rabin doradził, żeby napisać list: Szanowny panie Kincman. Ja mam do pana dług osiemset złotych! Otóż oświadczam to Panu, że ja go nie oddam!  - I to załatwi sprawę? – pyta Liberman. – No, nie do końca, ale teraz to już jest jego problem! – odpowiedział rabin.

Dokładnie tak jest z listami, w których zawarta jest pretensja. Piszący napisał, wysłał i już! Reszta – jak sądzi – to już nie jest jego sprawą. Adresat niech się martwi!

Czytam ja ze zdumieniem wysyp tych nadlistów do prezydenta Andrzeja Dudy. 
Przeczytałam też list prezydenta Andrzeja Dudy do… Gazety Wyborczej. 
Tak! Do tej Wyborczej, którą wyznawcy PiS byli uprzejmi wielokrotnie obrzygać najgorszymi słowami, powiem kwieciście – szambowóz z nieczystościami codziennie był lany! Od najdelikatniejszych lewaków przez rodowody żydowskie do słów powszechnie uznawanych za ohydne. A po drodze jaki wykwit nienawiści! Wiele się dzieci mogły nauczyć, żeby potem móc się popisać po śmierci kolegi. Starsi dali przykład. 
I oto do tej Gazety pan Prezydent raczył napisać piękny list o tym i owym. Jak już ktoś wspomniał – idiotyczne to o tyle, że to taki pomysł a’la sfrustrowana żona po kłótni – „zamiast z Tobą gadać, to ci napiszę słów parę i szlus, ty się z tym zmierz!” 
I napisał. Okrągłych słów, a jakże, i ładnych – owszem. Ale to mizeria wobec problemów, jakie mamy ze sobą, panie prezydencie – myślę głośno. 
Znów dygresja – był taki dowcip. Skłócone małżeństwo zamilkło na dobre. Piszą do siebie karteczki. Żona czyta karteczkę od męża „Obudź mnie jutro o piątej. Mam pociąg do Lublina”. Rano mąż budzi się o ósmej. Żony nie ma, ale jest karteczka: „Wstawaj, już piąta!”.

Coś takiego jest, że te liściki krążą między skłóconymi osobnikami tej samej rodziny…
(Jesteśmy skłóceni to prawda.)
Taka pisanina to unik, bo zamiast usiąść i pogadać z dziennikarzami, którzy w naszym imieniu zadadzą kilka trudnych pytań – pan prezydent macha liścik, karteczkę, zamiast porozmawiać.
Choć może faktycznie – byłoby o czym gadać za rok, gdy już będzie wór pytań, a nie kilka. O, to byłaby debata!
A teraz liścik, wykręcik. Palnął pan piłkę na nasze boisko i szlus. Nie chce pan z nami, rodakami innego wyznania, gadać, prawda? Ten list to takie ładniejsze „odwalcie się”.
A inni? No, cóż też napisali spuszczając swoje emocje.

Prezydencki sekretarz Gazetę przyniósł, zrelacjonował, może nawet przeczytał jeden czy drugi list otwarty czy zamknięty i streścił panu prezydentowi:
- Takie tam… pretensje i wie pan. Przynieść kawę?
A Gazetę z listami – do kosza.

Co nam zostanie z tej korespondencji? Nic. Oprócz jednego: będziemy, jak mówił nam Mistrz Wojciech, robić swoje. ROBIĆ SWOJE. 

wtorek, 4 sierpnia 2015

Zagadka.

My, Polacy, zazwyczaj doskonale umieliśmy ramię w ramię przeciw Wrogowi.
Nawet z dużo mniejszą siłą, niezbyt nowoczesnym orężem, ale duchem wielcy stawaliśmy w szranki jak jeden mąż.
To zbitek wyrażeń znanych nam od zawsze. Bohaterscy MY!
Jako naród zniewolony byliśmy niemal monolitem, jeśli nie liczyć małych odszczepieńców, kolaborantów i oportunistów, ale to zawsze był jakiś margines, marginesik, bo znakomita większość - ramię w ramię zniszczyć wroga!

Dzisiaj w Polsce nie ma wroga. Znaczy - okupanta, najeźdźcy, zniewoliciela, nie ma jak stanąć przeciw komuś, kto nam zagraża.
A jednak mam wrażenie - ba!, nawet pewność - że to ja jestem czyimś wrogiem, że ktoś zwiera szyki przeciwko… mnie. Nam.

Czy Polak bez Wroga czuje się niepewny, gorszy? Czy życie bez wrogów jest uboższe, nudne? Czy Polak potrzebuje poczucia zagrożenia, żeby mu raźniej płynęła krew? Widzę, wiem, że tak. KTOŚ emocjonalnie chory wszczął schizofreniczny podział Polaków na MY i ONI. Ta choroba natychmiast znalazła znakomitą pożywkę i rozlała się szeroko. Nagle w wolnej Polsce, bezwojennej i żyjącej w pokoju od 70 lat (inni mówią od 30 i to też w pewien sposób trafne, bo choć podczas rządów PZPR pokój był, to nie byliśmy suwerenni i to wkurzało) pojawia się obłąkańczy człowiek a za nim zausznicy i zgrabnie wyodrębniają z naszego Narodu – Wrogów!
Od dawna, od Smoleńska, mam wrażenie jakiegoś totalnego Matrixu.
Ci, którzy z różnych powodów uwierzyli w zamach są super, a inni – niewierzący – są zdrajcami i wszystkim, co najgorsze.
Dygresja. Tuż po tym wypadku przemówiłam się (ładne określenie na niezgodę) z kolegą na ten temat. Twierdziłam, że ten krzyż spod Pałacu Prezydenckiego podzielił Polaków jak nożem. Wściekł się na mnie, że wieszczę ohydę.
Po pół roku napisał, że miałam rację.
Gorzka to racja. I stale mnie zdumiewa to, że gdy w czasach realnego socjalizmu umieliśmy wspólnie żyć w tej naszej Polsce – przy jednym stole siedzieli wierzący i niewierzący, partyjni i bezpartyjni, zagorzali zwolennicy owego socjalizmu, jako nowego ładu i jego przeciwnicy. Jedli obiad, pili wódeczkę, trochę sobie pogadali, ale nadal byli znajomymi, rodziną.
Dzisiaj Polak pisze do Polki zaniepokojonej owym podziałem i piszącej o swojej niezgodzie na tę Polskę, którą chce nam zafundować chory z chęci zemsty człowiek, takie słowa: „I słusznie się boisz. Już jesteś na liście. Zobaczymy się w październiku.
CO TO JEST?!
Jak mogliśmy wszyscy do tego dopuścić, żeby aż tak ustawiono nas przeciw sobie?
Jak możemy godzić się na to, że jeden człowiek z tej samej ojczyzny wygraża drugiemu i to całkiem poważnie? Że jeden Polak obrzuca drugiego kamieniami, wymachuje kijem do bejsbola tylko dlatego, że tamten/tamta ma inne poglądy religijne czy polityczne?! I że za tym wszystkim stoją purpuraci chętnie zaangażowani do tej wojenki polsko-polskiej.
Jak to jest, że tysiące ludzi stanęło po „Jedynie Słusznej Stronie” przeciw swoim sąsiadom, braciom, przeciw innym Polakom?
Wiem, to się zdarzało już wcześniej – różnych szaleńców zna historia, którzy krzykiem i obiecankami, populizmem i specyficznym językiem, podobającym się tłumom sprawiali, że szli za nimi otumanieni ludzie.
Prof. Wojciech Burszta: Co rok silnie manifestuje się to podczas Marszu Niepodległości, gdzie jego entuzjaści mogą grupowo potwierdzać się we własnym światopoglądzie, a jednocześnie pokazać całemu światu, że 11 listopada nie jest dla wszystkich, ale tylko dla tych, którzy myślą tak jak oni. I że istnieje fundamentalny podział "my - oni", a z owego "my" wykluczeni są wszyscy, którzy w tym marszu nie idą.”
Sadziłam, że tyle lat po wojnie, coraz lepiej wykształceni będziemy umieli to zrozumieć i nie damy się, że będziemy lepszym, mądrzejszym narodem. Ale myliłam się. Kibole lżą i wygrażają sobie pięściami, choć przecież oglądają ten sam spektakl! Podczas ustawek gotowi zabijać. Polak - Polaka!
Narodowcy wygrażają pięścią wszystkim, którzy nie są z nimi głosząc brunatne hasła i udając wielce zaangażowanych katolików. Czciciele wiary w Zamach a tym samym w spiskową teorię Jarosława Kaczyńskiego w towarzystwie inaczej myślących czują się nieswojo. Podkreślają swoją odrębność. Nie ma mowy o jakimkolwiek dogadaniu się. PiS nie mówi o reszcie Polaków inaczej jak „Wy…”.

Nagle staliśmy się wrogami naszych rodaków, bo myślimy racjonalnie, bo mamy wiedzę i wykształcenie, bo nie dajemy sobą manipulować widząc więcej i szerzej, bo oddzielamy gusła od nauki, bo chcemy nowoczesnego, rozwijającego się kraju, nie w oparciu o świętą księgę i pouczenia purpuratów, a o naukę i osiągnięcia humanistów. Dajemy się dzielić, skłócać poglądami, ideologią, wiarą, polityką, bo jesteśmy… słabi? Bo nie umiemy być równie zajadli? Hamuje nas kultura, wychowanie w pokoju i szacunku dla innych poglądów. Może to źle? Może dzisiaj klasa, kultura, spokój w dyskusji i grzeczność to cechy niepożądane, bo z góry skazują nas na przegraną?


Czytam, czytam, oglądam i myślę – jak to się stało, że daliśmy się tak podzielić? 

sobota, 1 sierpnia 2015

Popularyzacja to nie to samo, co popkulturyzacja, czyli dziękuję Sylwii Chutnik.

Sylwia Chutnik nie zgadza się na popkulturyzcję Powstania, a przynajmniej na wiele odmian tego zjawiska, z którym i ja mam problem.

Zastanawia mnie, dlaczego unikamy popularyzacji w jej zasadniczej, dotychczasowej formie?  
To jest minuta ciszy pierwszego sierpnia o siedemnastej, zatrzymanie się – gdziekolwiek jesteśmy, a nade wszystko, niezależnie od osądów nad sensem Powstania – wzruszenie, głęboki szacunek dla poległych dzieciaków. Dla kwiatu młodzieży warszawskiej i dzieci – maluchów, które też zaangażowały się w pomoc Powstańcom. To właśnie Oni mogliby stanowić intelektualny trzon powojennej Warszawy! Niestety…

Nie rozumiem sensu robienia powstańczych gadżetów – plastikowych hełmów i opasek, sztucznej powstańczej broni – to jednak jest różnica, czy mówimy dziecku o Gwiezdnych Wojnach, Harrym Potterze, czy o Powstaniu Warszawskim, jedynym takim zrywie, tak wciąż żywym, krwawym, trudnym, smutnym, dramatycznym i przez udział w nim ludzi tak młodych pięknych – szczególnie tragicznym. O pradziadkach, konkretnych osobach, które przeżywszy dają świadectwo prawdzie.  
Po co nadawać temu wydarzeniu charakter komiksowo plastikowy?
Bo wstyd dzisiaj płakać ze wzruszenia? Bo ściśnięte gardło opowiadających krępuje? Bo oglądając zdjęcia tej młodzieży zastanawiamy się „Czy ja dałbym radę….?” A odpowiedź jest szczerze, niezbyt wzniosła?
Czy z tych samych powodów, dla których niektóre mamy nie prowadzą dziecka na pogrzeb babci, „bo się dzieciak spłacze i zasmuci, nie zrozumie”?
Mamusiu, dziecko MA być smutne! Może się spłakać, bo to jest taki właśnie moment, że potrzebne są smutek, łzy i żal. Zrozumie, jeśli zostanie mu to wyjaśnione w mądry i spokojny sposób. Moja synowa przygotowuje swoją córeczkę na nieznane jej dotąd zdarzenia. Od tego ma się rodziców. Dziecku potrzeba nie tylko szczenięcej beztroski, ale i trzeba je nauczyć zatrzymania się, refleksji, a w tym też żałoby. Kiedyś to dziecko, oduczone smutku i wzruszeń nie będzie umiało „wyżałobić” się po naszej śmierci.
Czemu oszczędzać tej wiedzy i tego specjalnego nastroju smutku, zadumy powagi z dnia 1 sierpnia dzieciom i młodzieży wciskając im w zamian trywialna postać Powstania w postaci zabawek i gadżetów?
Bo co? Nie dźwigną?

Pamiętam dwa dni po japońskim tsunami i wspaniałą audycję on-line – most telewizyjny Paryż, Londyn, Tokio. Młodzież na ulicach Paryża i Londynu do kamer mówiła bardzo wzruszające rzeczy – okazała miłość i wparcie, a młodzi w Tokio odbierali najpiękniej jak mogli owe dowody ludzkiej solidarności – głębokim ukłonem i najzwyklejszymi łzami Nikt nie trywializował dramatu. Na ulicach, koło kamer, leżały kredki i arkusze brystolu i przechodnie rysowali na nich jakieś swoje graficzne formy współczucia i serdeczności. Łez nikt się nie wstydził – po obu stronach.
Ludzkich dramatów nie można trywializować. I o ile można oswoić śmierć na wesoło podczas Halloween, bo jest to śmierć w sensie ogólnym, Stara z Kosą, którą trzeba oswoić próbując uznać fakt jej nieuchronności, o tyle z tak strasznych wydarzeń jak Powstanie Warszawskie, obozy śmierci i podobnie straszne rzeczy, które czyni człowiek człowiekowi – popkultury się robić nie powinno.

Jestem za wesołym i pięknym czczeniem różnych rocznic, bo nauczyliśmy się, niestety czcić wszystko na kolanach i zawodząc smętnie. Dzień Niepodległości to przecież frajda i radość, więc festyny i zabawa jest na miejscu. Dodałabym uliczne dancingi, co byłoby normalne, bo to dzień radości (a nie rzucania trelinkami w policyjne samochody). Lubię wesoło obchodzone rocznice i święta. To jednak nie znaczy, że z każdego zrobimy festyn!
Zaraz po wesołym Halloween mamy dzień Zaduszny pełen refleksji i wspomnień. Po pierwszym sierpnia, gdy powinniśmy świętować refleksyjnie, ciepło, serdecznie pochylając się nad każdą tablicą pamięci w Warszawie, przyjdzie sierpniowa Matka Boska Zielna – też okazja do radosnych pląsów i Dożynki pradawne święto plonów – także okazja do zabawy i radości z kramami, jedzeniem i piwem.
Wspólne głośnie śpiewanie piosenek powstańczych jest doskonałym pomysłem, towarzyszące temu kramy z kiełbaskami i grillami – czemu nie, ale bez trywializowania, proszę. To niepotrzebne. Sylwia Chutnik ma rację. Wyważmy to nie wstydząc się wzniosłości, wzruszenia, to dobre uczucia!
Azrael też pisał podobnie: ” Patrząc na coroczne obchody rocznicy wybuchu Powstania widzę, że przybierają one formę pop-Powstania. Szokująca była dla mnie wypowiedź dyrektora Muzeum Powstania Warszawskiego sprzed kilku lat, Jana Ołdakowskiego, że rocznica jest dobrą okazją do wspólnego, rodzinnego – uwaga! – radosnego przeżywania rocznicy…
Przeżywanie rocznicy to wspominanie powstańców, ludność cywilna i jej ofiara są coraz bardziej usuwane na bok. Same obchody powoli zaczynają przypominać piknik – na razie jeszcze bez grilla; inscenizacje, śpiewy, zabawy na barykadach.”

Profesor Maria Janion: Dotarcie do młodzieży i dzieci odbywa się właśnie za sprawą zamazania granicy między zabawą a traumatycznym doświadczeniem historycznym. Zdziecinnienie kombatantów i zmilitaryzowanie dzieci to powszechne zjawisko, zdecydowanie nieprzynoszące nam chluby. Zwłaszcza w XXI wieku. Muszę przyznać, że jestem tym dosyć załamana. 

Cały tekst: http://wyborcza.pl/1,97737,6977769,Maria_Janion_o_poczatku_wojny__Kleska_jest_kleska.html#ixzz3hjRG1DNg


Dla nas, wychowanych na głębokich refleksjach, uczuciach szacunku i tkliwej, wzniosłej pamięci to nie do akceptacji mimo, jak napisałam osobistych osądów samego faktu.
Idąc tym tropem zrobimy popkulturyzację Getta? Obozów? Po co?


Sylwia Chutnik: (http://warszawa.wyborcza.pl/warszawa/1,54420,18462011,powstanie-warszawskie-pamiec-jest-niesprawiedliwa-wywiad-z.html)

sobota, 25 lipca 2015

Jak Gazeta Wyborcza dyskryminuje mnie ekonomicznie.

Gazeta Wyborcza wprowadziła możliwość czytania siebie w postaci e-.
Czyli mogę WYKUPIĆ dostęp do treści GW publikowanych w Internecie.
Gdzie dyskryminacja?
W komentowaniu.

Jeżeli w gospodarstwie domowym jest dwoje użytkowników internetowego wydania GW, siedzą biurko w biurko a nawet korzystają z tego samego komputera (a jeszcze, powiedzmy, są w domu dorosłe dzieci czy seniorzy), to przecież absurdem logicznym byłoby wykupowanie wielokrotne e-wydań.
Kupowałam jedno papierowe wydanie i czytała cała rodzina. Kupuję jedną książkę i czyta ją cała rodzina, jeśli chce.
Niestety, apetyt GW jest wielki a lekceważenie czytelników wydania cyfrowego porównywalne z nonszalancją na najniższym poziomie, bo o ile dwa komputery mogą czytać e-wydanie, to już TYLKO jedna osoba (ta, która opłaciła abonament) może komentować, czyli nawiązywać dialog z innymi czytelnikami. NIKT więcej.
To jest jaskrawa dyskryminacja ekonomiczna pozostałych osób czytających w domu e-wydanie. Nie bredźmy, że zaraz to się rozrośnie do wielkiej gromady, bo zazwyczaj są to dwie osoby – mąż i żona. Ta osoba, która opłaciła – MA prawo komentowania, osoba towarzysząca – już nie.
Napisałam do redakcji, do działu pomocy, ale odpisano mi uprzejmie bardzo, że mam się… Znaczy „nie ma innej możliwości”.
Na pewno nie ma?
Zanim Gazeta zaczęła „modernizację”, w poprzednim systemie, logowaliśmy się do dostępu do treści przez jeden adres email zarejestrowany w systemie PIANO a do komentowania na portalu Gazety logowaliśmy się nickami z gazeta.pl – każde swoim. Było prosto i jednoznacznie: dostęp i możliwość komentowania były rozdzielone: wykup dostępu nie był konieczny do pisania komentarzy.
Ale teraz już tak nie jest. Apetyt się zwiększył i jeśli chcę komentować muszę wykupić i ja dostęp!  Sugestia – chcesz komentować – płać!

WREDNE i monopolistyczne.
Tak się traci klientów. Bo nie zamierzam ci, Gazeto, płacić podwójnie. Nigdy nie kupowałam papierowej gazety dla siebie i męża – osobno.
A teraz? Jeśli kiedyś kupię Gazetę Wyborczą, to tylko po to, żeby zawinąć w nią śledzie albo napalić w kominku. Szkoda, Gazeto, że tak tracisz czytelników.

PS. Żeby było jeszcze trudniej, system logowania jest idiotyczny: skrypt http zamiast NAJPIERW sprawdzić w cookies, czyli czy komputer ma dostęp do treści, próbuje od razu załadować stronę, potem dopiero sprawdza cookies. W rezultacie częściowo załadowana strona (i już czytana!) znika na długie kilkadziesiąt sekund i ładuje się ponownie.
To samo się dzieje przy przejściu do różnych działów czy lokalnych wydań GW. Ładowanie strony – przerwa (strona znika) – ponowne ładowanie.
A czytelnik czeka, czeka, czeka…

Od razu wyjaśniam: interwencje nie pomagają: „przekażemy sugestie specjalistom”.