poniedziałek, 23 maja 2016

Wyście sobie, a my sobie. Każdy sobie rzepkę skrobie

(cytaty w tekście z Wesela St. Wyspiańskiego)

Ja o podziałach.
Wszystko jest w „Weselu”.
Nie byliśmy i nie jesteśmy spójnym narodem choćbyśmy nie wiem jak zaklinali rzeczywistość i pisali dumnie i wersalikami, że jesteśmy jednością. Nie jesteśmy.
Polacy zawsze byli mocno rozbici, różnice zawsze widoczne.
Wesele:
Radczyni:
Cóż ta, gosposiu, na roli?
Czyście sobie już posiali?
Klimina:
Tym ta casem sie nie siwo.

I dzisiaj podobnie.
Co robią Warszawiacy po marszu KOD? Idą do knajpek na piwo, niektórzy na obiad do food truck’a inni do miejskich, wygodnych domów – też prawda.
Gospodyni wiejska, z którą rozmawiam, w ogóle nie rozumie po co ten marsz. Czemu taki szum wokół tego, no … trybunału. Nie, nie wie co to jest i po co. Tłumaczę. Wzrusza ramionami „A co ja z tego mam?” I nigdy nie zrozumie. Miastowi mogą se mieć fanaberie i jeździć na jakieś food truck’i (gospodyni nie wie co to jest, gdy tłumaczę mówi, że ona też smacznie grilla robi i taniej). Ona mieszka 70 km od stolicy zaledwie. Ma ogromne problemy – brak pracy, zdrowie, komunia chłopców. Skąd na to brać?
Mąż pracuje niedaleko, u chama i prostaka na tartaku.
Tam nie ma nawet pomieszczenia, w którym mogliby sobie herbaty nastawić. Nie mają WC.
- Jak to? Nie mają WC?!
- No. Szczają i srają gdzieś za zakładem, w krzakach.
Nadto cham – właściciel, traktuje ich gorzej od bydła. Bydło ma socjal i własny żłób.
Nie, mąż nie odejdzie! Zarabia 1650 zeta i milczy, bo próbowali ale krzykaczy facet pozwalniał. Wielu w okolicy przyjdzie, żeby milcząco harować za 1650 zł. Czyli za 366 euro.
Napisałam im pismo do NIK-u, powiedziałam jak zadziałać, żeby nie wyszło, że to od nich. Bali się. On się wystraszył i zakazał jej wysyłania tego pisma. Jest jak jest.
Ona pracy nie może znaleźć. Jeśli nawet by poszła na sprzedawczynię w sklepie 14 km od miejsca zamieszkania to jak dojedzie (dwa autobusy dziennie) i kto zostanie z chłopcami (6 i 8) Żłobek? Przedszkole? Pomarzyć. A starszego kto rano wyprawi? Kto nakarmi po szkole? Teściowa nie chce.
Komunia święta ją czeka.
Koszty wielkie - ubranka, buty, przyjęcie dla rodziny (w domu, bo bieda).
- Jeszcze musimy zapłacić kościołowi po 700 zł.
- ZA CO?! – nie dowierzam
Milczy chwilę a potem mówi:
- Za "koszty oprawy". Po 700 od rodziny. Ubranie kościoła, wideofilmowanie, światło ksiądz będzie palił i sama posługa.
- Posługa? A ksiądz was nie zwolnił boście biedne, przecież to sakrament! Powinien być bezpłatny. Na światło zbiera sobie z tacy!
Smutny śmiech pełen politowania.
- To się nie zgódźcie! Nie przystąpcie.
- Ja bym może się i nie zgodziła, ale wie pani, WIEŚ by nam żyć nie dała, wyklęli by nas i dzieci naznaczyli, byłoby gorzej jak w piekle.
Jej się też PiS nie podoba, ale pięćset weźmie, bo to dla niej jak manna z nieba. Miastowych nie rozumie, znaczy rozumie z urodzenia mają lepiej, ale nie wierzy, że i ona kiedyś się czegoś fajnego dorobi. JAK?
Chciałby mieszkać w bloku, mieć czysto i zarabiać tyle, żeby móc czasem zjeść „w lokalu”, do kina iść… Tymczasem musi nakarmić dzieci, drób i bydło – dwa byczki hodowane na sprzedaż – to na ten kościół i komunię będzie.

CZEPIEC
Pon się boją we wsi ruchu
Pon nos obśmiwajom w duchu. –
A jak my, to my się rwiemy
ino do jakiej bijacki.
Z takich, jak my, był Głowacki
A, jak myślę, ze panowie
duza by juz mogli mieć
ino oni nie chcom chcieć!

Tak naprawdę statystyczny mieszczuszek, pracownik korpo wykształcony i żonglujący pojęciami z dziedziny informatyki, mediów, nowoczesnych technologii nie ma dzisiaj zielonego pojęcia o życiu i problemach polskiej wsi. Polaków takich niby samych, jak on.
Nadal aktualny jest Wyspiański.
Nadal miastowi, kształceni na dobrych uczelniach i pracujący, żeby mieć na mieszkanie, samochód i wczasy nie dogadają się z bohaterami filmu „Czekając na sobotę” (jest na youtubie). ZERO możliwości. Bohaterowie owego strasznego dokumentu nie głosują. W OGÓLE. Jak i kiedyś każda władza ich pomija. Jak wówczas, gdy siłą włączała ziemie ich ojców do Spółdzielni Rolniczych i powiedziała, że teraz wszystko jest wspólne. Skoro tak mówiła, to sobie brali co potrzeba, nawet gdy brygadzista trochę groził, że nie wolno. Ale i on podbierał.
A i potem, gdy się władzy odwidziało i rozwiązała PGRy i spółdzielnie zostawiając ludzi samych sobie. Mówiąc że „muszą wziąć sprawy w swoje ręce”.
Kilka filmów oglądałam o tym wzięciu… Najgłośniejszy to „Arizona” Ewy Borzęckiej, ale pamiętam też taki o dzieciach z byłego PGR dziczejących w odległym od wszelkiej cywilizacji w popegeerowskim osiedlu. I chłopczyka, który lubi iść „na szosę” popatrzeć na tiry, które jeżdżą skądś i dokądś. Na pewno do lepszego świata…

Znajomy brutalnie: „TO pokolenie musi wymrzeć. To dzicz! Niczego nie umieją, nie rozumieją i nie dają się edukować”.
Ich łatwo złapać na 500 zł i nauczyć powtarzać, że ktoś im coś kradnie, że jacyś wykształceni ludzie zabierają im sprzed nosa to, co im się należy i tylko nikt nie powie, że to kłamstwo. Że trzeba się uczyć, starać, myśleć już w inny sposób niż… się weźmie z PGRu, bo wszystko wspólne to i moje. Ktoś rzucił i oni w to wierzą, że każdy który „ma” to nakradł. No bo jak ma mieć? Oni też umieją harować i nic nie mają, to jak można mieć z samej pracy i aż tyle? Co dziwniejsze tę śpiewkę powtarzają też dość inteligentni i wykształceni ludzie…

Miastowym się chce pomaszerować i pokrzyczeć, ale więcej niewiele. „Pacyfistą jestem”.
Za to prości chłopcy, którym narodowcy nakręcili w głowie, kibole i zwykła znudzona młódź miast i wsi aż się rwie, żeby pobić policjantów albo kogokolwiek. Bo im się chce chcieć. Pierwsi do awantur i ustawek. Wszak patriotami są! Tatuaż z falangą mają.

- Chińczyki trzymają się mocno?

Widać w telewizji kraje, które eksplodują rozwojem. Czemu gdzie indziej to możliwe a u nas nie? Powraca to pytanie podczas podróży i czytania, obserwowania skoku cywilizacyjnego takich krajów jak Chiny czy Korea, Wietnam czy Kambodża. Bohaterka reportażu Martyny Wojciechowskiej, Wietnamka z niewielkiej osady na łodziach wie, że tylko praca i wiedza da jej lepsze życie. Jej i rodzinie. Młoda powoli rozwija swoją małą hodowlę ryb na sprzedaż. Uczy się jak hodować i haruje z rodziną. Na razie nie ma willi z basenem, ale ma na jedzenie i nowe jeansy z cyrkoniami, oprócz innych 16 par (!). I konto w banku.
Wypracowała sobie to.
Podobnie wdowa koreańska, która po śmierci męża, nie mając pracy a w koło masę warsztatów samochodowych założyła jadłodajnię „pod chmurką” z jedną jedyną potrawą – kurczakiem w rosole. Po dwóch latach miała już jaki taki lokal i zaplecze kuchenne. Nadal podaje to samo, ale poprawę życia odczuwa. Buduje przydrożną restaurację. Dała radę, choć w Korei nikt nie dostaje z budżetu pieniędzy „na dzieci”.

Inaczej żyją mieszczanie w Korei, Chinach czy w Polsce, a inaczej mieszkańcy wsi na głębokiej prowincji. Jak bardzo byśmy nie zaklinali rzeczywistości – podział na tych ze wsi i z miasteczek, i tych „wielkomiejskich” jest faktem. Wyczuwalnym także w Polsce. (A dzisiaj jeszcze doszedł nowy podział – MY miastowi i… słoiki. Nie cierpię tego pogardliwego „słoiki” wredne to).
Polskie miasta maszerują w słusznym gniewie, w obronie demokracji, informatycy pracują nad nowym logo, dwubarwnym motylkiem nawiązującym do efektu motyla, i tylko jak wielu z nas wie co to jest? (Kto wie, o czym mówią równania Lorenza, co to jest teoria chaosu?) Czy moja sąsiadka wie, co to jest demokracja i co ma jej dać? Czy ona tej wiedzy potrzebuje czy bardziej 500 złotych?
Rząd się nie zajmuje takimi szczegółami jak teoria chaosu i piękne logo na marsz, a nawet jest z dala. Wmówił wielu ludziom, że byli okradani i robieni w bambuko – bo łatwo jest zwalić wszystko na jakiegoś złodzieja. A i ludziom uwierzyć łatwo i wołać: „złodzieje”! Żeby zakrzyczeć mrowienie sumienia, że się samemu nie umie zapracować na lepsze życie, albo samemu kradnie.
Czapka z piór
„Pani jak to je, że one (miastowe) mają i na mieszkanie w bloku i na samochód i na wczasy zagraniczne, a ja haruje w gospodarstwie i nic ni mam?! Muszom kraść!”
I nikt takiemu /takiej nie wyjaśni, że WYKSZTAŁCENIE, wiedza, innowacyjność, wydajność, technologie i inteligencja naprawdę popłacają!
Że on swoim konikiem z pługiem niewiele zarobi, a ten który spiął kilka pługów razem i zamiast konia wstawił maszynę, zaorze znacznie więcej i szybciej. A jak najmie ludzi i dokupi pola… W wielu, nawet młodych głowach ktoś taki, to jednak krwiopijca i złodziej!
Kułak! Złodziej.

Rząd wyciągnął rękę z pięcioma stówami do tych, którzy od lat dziwują się tym, którzy mają czas na marsze, wczasy w Chorwacji, mają na drogi rower z koszyczkiem, kupują „ekologiczne” mydełko za 15 PLN z kwiatkiem w środku, buty za 2000 złotych i nijak nie rozumieją, jak można takiego rządu – co daje – nie lubić?

A demokracja, wolność, marsze? Chocholi taniec?

Miałeś chamie, Złoty Róg… 

środa, 11 maja 2016

Cham polski, czyli CBDU



W Wysokich obcasach list pani o panach w Polsce
http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,66725,9543247,Polki_wierza__ze_sa_glupie.html

I niby nic odkrywczego, że (niektóre) Polki kobiety to zalęknione kurki, a (niektórzy) Polacy mężczyźni to chamy i bezczelni „uciszacze” swoich żon. Coś w tym jest oczywiście, bo wiele kobiet żali się cicho albo głośno, ale ja nie o tym.
Z reguły nie lubię gdy takie teksty są uogólnieniami. Pani, może nieświadomie pisze „My – Polki”, „Polscy mężczyźni” jakby się wypowiadała o wszystkich, a przecież to nieprawda.
Od jakiegoś czasu walczę z uogólnieniami i stereotypami podawanymi nam jako papkę uogólnioną, także u siebie, bo generalnie to mamy taką skłonność my – piszący. Postanowiłam uczyć się od lepszych i doprawdy staram się nie pisać: „Polki są podległe”, „Kobiety są uciśnione”, „Polacy mężczyźni to prostaki i chamy”, „Polacy noszą skarpety do sandałów”, bo „My kobiety”, bo „Wy mężczyźni”,etc… Takie uogólnienia są obraźliwe dla tych Polaków i Polek, którzy nie mieszczą się w stereotypie czy uogólnieniu.
Napisałam o tym skrótowo, jak to bywa na Fb, u koleżanki w dyskusji. Szczególnie wkurzyło to pana, niby znawcy tematu, który to jeszcze podbijał i opisywał jak to on walczy z tym zjawiskiem podległości i chamstwa Polaków facetów.
Nie polemizuję ze zjawiskiem samej podległości. Skrytykowałam stereotypizowanie, uogólnienie.
Co otrzymałam w odpowiedzi? Nienajwyższych lotów poszturchiwanie, a potem już z pana wyszło to, o czym pisała autorka tekstu o chamskich mężach.

Pani pisze o mężu: "W dyskusji to on chce zabierać glos, choć wiem o wiele więcej na poruszany temat, mam siedzieć cicho. Jak baba na wsi. (...) jest bardzo wykształconym człowiekiem kultury. I co z tego, prywatnie, na takim samym poziomie zrozumienia świata jak menel spod budki z piwem"
Marcin Bielak ów polemista do mnie, z buta: "Brak rzeczowych argumentów i zaczynasz jakieś chamskie podjazdówki? Heh... Normalka... Dziewczyno, dorośnij do wieku! A jak nie masz nic konstruktywnego do powiedzenia, zamilcz, bo robisz z siebie pośmiewisko. Nic więcej".
Uuuuuups! No to pan, sobie samemu strzelił samobója.
Zachował się DOKŁADNIE jak opisany cham, z tekstu.
A podobno "zajmuje się sprawami poniżania kobiet w Polsce" - serio?
Jeszcze, pan pisze do mnie „waćpanna” (?!) czy wręcz: „piszesz głupoty, zamiast się wypowiadać poczytaj se trochę”,etc.

Zadziwiające, jak bardzo pan dyskutant nie zrozumiał że lżąc mnie publicznie sam siebie stawia na równi z tymi, których sam ... potępia.
Zrobił dokładnie to, z czym niby sam walczy pisząc o tym jak to niby organizował jakieś akcje propagujące walkę z uciśnioną Matką Polką uzurpując sobie (SOBIE!) wielką wiedzę o tym problemie. |
Kopiąc mnie ostentacyjnie sam stał się stereotypowym Polakiem – chamem publicznie poniżającym swoją rozmówczynię.
Nie wie? Nie czuje? Nie rozumie?! Nie skumał tego o czym piszę. Mógł doprecyzować, rozmawiać. Ale nie. Skopał!
To było aż śmieszne.

Często walczę z wycieczkami ad personam. Wolę, i to jest zdrowsze w rozmowie, argumenty ad rem.
Ale nawet gdybym prezentowała odmienne zdanie, inny punkt widzenia, drastyczny inny punkt widzenia, to mam do tego konstytucyjne prawo proszę pana! I czy jest to powód do publicznego obrażania mnie, wytykania mi wieku i braku wykształcenia, bo interlokutorem jest... facet ?
Nie miałam tego problemu z właścicielką profilu, na którym nadal trwa rozmowa o tym zjawisku opisanym w tekście pierwotnym, i żadna z nas nie ucisza niegrzecznymi słowami innej dyskutantki. Jest normalnie. Autorka listu w GW: „Polacy są bardzo prymitywnymi męskimi szowinistami, nawet ci „światli” podświadomie nimi są. Gdyby mieli tę świadomość, może by się zawstydzili (ci inteligentniejsi) i coś próbowali zmienić – to oni mają władzę w swych rękach.”

Dodam złośliwie po akcji pana Bielaka: CBDU (Co Było Do Udowodnienia)
NIEKTÓRZY (nie wszyscy oczywiście) są nadal chamami, mimo głoszonych
oficjalnie poglądów.

poniedziałek, 9 maja 2016

Odrażający, brudni, źli....


Tomaszowi Motylińskiemi dedykuje i dziękuję. 

Przed Lidlem łazi chłopak. Na oko 16 - 17 latek. Bezzębny i śmierdzący, ale miły. Pyta ludzi czy może pomóc rozpakować wózek do bagażnika w zamian za pieniążek w wózku.
W sklepie robię zakupy. Staję w kolejce do kasy. Przede mną miły pan lat na oko 35+. Ma pełen wózek. Za mną staje pani w ciąży, z mężem. Mają w dłoniach jakieś drobiazgi, więc miły pan puszcza ich przed sobą.
Ja:
- Jakie to miłe. Dodaję uśmiech.
Pan się uśmiecha i kryguje:
- Ach doprawdy. To normalne!
- ...miłe. Rzadko spotykane.
- No, niech będzie coś miłego na koniec tygodnia, prawda? + uśmiech.
Wychodzę ze sklepu, a pan się jeszcze ślimaczy szukając pudeł.
Młodzian bez przednich zębów pyta nieśmiało czy może mi pomóc, ale ja mam w wózku żeton.
- Trudno - uśmiecha się i odchodzi.
- Może kupić ci coś do jedzenia? - pytam przechodząc obok niego.
Ożywiony mówi:
- Gdyby pani mogła....
Idę do samochodu. Wrzucam zakupy, wracam do sklepu. Nie biorę go ze sobą, tego chłopca. Kupowałam podobne wiktuały koledze, który chlał, aż się zachlał na śmierć. Wiem czego potrzebuje młody, poza tym co sobie uzbiera i nie wchodzę w to, NA CO ZBIERA. Bo nie wiem. Domysły odrzucam. Bywają złudne. Może na kompot? Może na piwo? Może na życie? NIE WIEM!
Biorę mu 4 gotowe hamuburgery, dwie wędzone ćwiartki kuraka, litr soku pomidorowego i litr pomarańczowego, dwa kilo jabłek, pastę do zębów, szczoteczkę i mydło grejpfrutowe, a przy kasie multiwitaminę rozpuszczalną. 49 PLN.
Wychodzę i widzę jak młody pyta owego miłego pana o możliwość odprowadzenia jego wózka. Miły pan macha ręką jakby się odganiał od muchy. Body lunguage mówi “Idź mi stąd! Idź!” Przykry widok. Można podziękować bez tego pogardliwego machania, chłopak nie jest namolny. Można odmówić bez poniżania. Grzecznie odchodzi. Idzie prosto na mnie i twarz mu się rozjaśnia. Nie wierzył, że mu kupię.
Podałam mu torbę z jedzeniem
- Ojejka (fajne to “ojejka”) to dla mnie? Dziękuję pani! Szeroki, bezzębny uśmiech.
Dodaję też folię z tymi dwoma kilogramami polskich jabłek
- ...i to też? Jejka!
- Trzymaj się, chłopaku!
Miły pan już nie wydaje mi się taki miły. Znaczy, jest miły wybiórczo. Jego decyzja.
Bezzębne chłopię będzie miało co zjeść. I już.
Czemu ja o tym publicznie, narażając się, gdy rok temu Tomasz Motyliński, na falę może nie hejtu, ale focha? Bo to właśnie on i cała ta sprawa zaświtała mi w głowie, gdy wyszłam z Lidla z zakupami i ponownie zobaczyłam tego chłopaka. Zrobiłam mu zakupy bo mogłam, bo miałam czas i pieniądze. I szlus!
Zrezygnowałam z ulubionej Metaxy (50 pln w Lidlu) na rzecz czterech hambuksów, kuraka i soków. Kosztowało mnie to 12 minut z mojego życia. I MAM TO W D****IE, że ktoś mi powie, iż napisałam o tym z taniej ochoty lansu. Jakiego lansu?! Napisałam to, bo BYĆ MOŻE ktoś jak ja za Tomaszem Motylińskim pójdzie i kupi komuś jedzenie. To takie proste. Tomasz Motyliński też napisał o tym, żeby ktoś (ja) zrobił to, co on zrobił, zamiast popchnąć wózek “niechaj se wyjmie te dwa złote” (choć to też jest jakaś tam forma pomocy). Jemu, temu bezdomnemu, zarówno owe dwa złote razy ilość wózków, jak i jedzenie jest potrzebne NAWET, gdy jest narkomanem.
Bo już nim jest. Jeśli jest. Bo jest głodny.
A mogłam jeszcze (i właściwie powinnam i głupio, że na to nie wpadłam) pogadać z nim, gdyby chciał. Miałam czas... Może coś by mi nakłamał? A może powiedział prawdę? Półprawdy? A może nic? Nie zagadnęłam go, bo nie chciałam uchodzić za wścibską, ale może fajnie byłoby okazać mu zainteresowanie choć na chwilę? Czemu stracił zęby? Co jest nie tak z jego życiem? Nie snuję domysłów, bo zapędzają w dziwne rejony stereotypów, uprzedzeń i właściwie to nie chcemy wiedzieć... Wiedza zmusiłaby do jakiegokolwiek zaangażowania się. A to trudne. Raz, że sam ten człowiek może nie chcieć pomocy dwa, że trzeba byłoby masę działań, żeby pomóc sensownie. Praca, lokum i jakiś rodzaj psychoterapii. To oznacza odpowiedzialność i wysiłek zakończony z rzadka pełnym powodzeniem szczególnie, gdy w grę MOŻE wchodzą narkotyki? Może alkohol? Może.
Już raz przez dziesięć lat kumplowałam się z alkoholikiem pomagając najpierw niemądrze, potem z pełną wiedzą o tym jak pomagać, widząc, że moje/nasze przyjaciół wysiłki idą na marne, bo on kochał tę naftę, te stany odlotu. Miły był. Kompletnie pozbawiony alkoholowej agresji. Po prostu szedł spać w lepszy świat. Na trzeźwo życie go bolało. A ten młody? Pije? Ćpa? A może nie? I myślę że to “może nie” - niepokoi nas tak, że wolimy nie wchodzić w to, kim ten młodziak jest i czemu jest taki brudny i śmierdzi, jak stracił zęby, dom i godność.
...o, szlag! Mogłam mu jeszcze kupić płyn do prania. Zapomniałam.

czwartek, 14 kwietnia 2016

M i J ...

Znam wiele osób, wielu ludzi, jak to w życiu bywa, gdy się ma sześćdziesiąt lat.
I wspaniałe są te chwile, gdy ludzie zaskakują. No, nie wszyscy, ale są tacy!
Mówi się „nie oceniaj”, choć nie jest to możliwe, bo zawsze jakiś tam choćby cień oceny pojawia się na największym nawet marginesie.
Nauczyliśmy się oceniać wszystko i wszystkich przez własny pryzmat, co jest właściwie dla tych, którzy tak czują się bezpiecznie – mają swój katalog, swój zapis tego, co dobre, mądre, sensowne, bezpieczne, znane (sobie) a co nie, i to dość łatwa i lekka kwalifikacja tego, co spotykamy w świecie.
Wiem, że ludzie działają w sposób czasem daleki od moich wzorców. Ale powoli się uczę tego, żeby ich świat, ich wybory, decyzje postrzegać oddzielnie od moich własnych klisz, widzieć i rozumieć ich immanentność, odmienność bez ustawicznego porównywania, osądzania.

Wczoraj uzmysłowiłam sobie, że znam dwie świetne, doprawdy świetne i bardzo interesujące kobiety - M i J.
(Znam więcej ludzi niezwykłych, ale dzisiaj opiszę te konkretne dwie)

M – była „miastowym zwierzęciem”, nadto „korporacyjnym żołnierzem”, choć stale ją coś uwierało, morasiło (lubię neologizmy!), szeptało, że to nie jest jej ścieżka. M powoli dojrzała do tego, co chce robić – chce sobie podróżować po świecie i żyć z pracy rąk zarabiając na proste jedzenie i dalsze podróże. Nie gromadzić dóbr. Gromadzić przeżycia.
Co robi i gdzie mieszka? Mieszka u prostych ludzi, zarabia pracując najczęściej jako kelnerka czy podobnie i ogląda, poznaje świat, obyczaje, ludzi.
Mówi, że ma torbę własnych rzeczy i niczego więcej jej nie potrzeba. Jej (nie pytam o stan cywilny) mężowi/narzeczonemu też, bo podróżują tak i żyją razem. Miała mieszkanie i RZECZY. Mieszkanie wynajęła, rzeczy sprzedała – wszystko, co tylko się dało.
„Da się” – mówi. Rzeczy wiążą, otaczają, pewnie są potrzebne w życiu osiadłym - maszynka do mięsa, prostownica do włosów, półka na kosmetyki, pralka, szafa, zasłonki czy garsonki, szpilki i telewizor.
„Nie mam tego i jest mi wspaniale” – mówi szczerze.
Zwiedziła już mnóstwo miejsc i jest stale w drodze, jak nomada. Dzisiaj pisała do mnie z wioski w Tajlandii, gdzie mieszka u biednej rodziny, pracuje a popołudniu żyje z nimi biednym ale jak twierdzi, dobrym życiem. Opisała jak zjada jabłko budyniowe J Zabawia piątkę maluchów i wysyła nam bajeczne zdjęcia.

J. z wielkim trudem pokonując własne ograniczenia zdobyła wyższe wykształcenie i z pomocą przyjaciółki mamy znalazła się w Stanach Zjednoczonych. Znalazła pracę zgodną z zainteresowaniami i wykształceniem – pracuje ze zwierzętami, naturą. Ale teraz… właśnie dochodzi do siebie w szpitalu, bo ... oddała nerkę profesorowi, którego uważa za człowieka wielce wartościowego. Walściwie to ich kilkoro zgłosiło się jako dawcy dla niego. Wybrano ją. Oboje sa po zabiegu i czuja się świetnie.
Szokujące dla przeciętnego człowieka.
Oddać coś tak dalece własnego? No, jeszcze dawstwo krwi jest akceptowalne, szpiku, ale… nerkę?!

Nie oceniam przez własny pryzmat ani M ani J. Wówczas oceniałabym tak naprawdę siebie. Nauczyłam się oceniać, a właściwie oglądać, akceptować czyjeś postępowanie, decyzje, jako osobny kosmos, bez oceny przez własny pryzmat, choć naturalne jest, że moje odczucia są uwarunkowane tym jak zostałam wychowana, co czytałam, jakich ludzi spotykałam i jaką się stałam na te moje dojrzałe lata.
Wczoraj zatrzymałam moją uwagę na tych dwóch odważnych i ciekawych kobietach. Myślę o nich intensywnie, ciepło i z szacunkiem. Obie są zadziwiające.
W obu przypadkach, każdej z nich potrzebna była odwaga w podjęciu decyzji. Każda z nich zrobiła to, co uznała za ważne, sensowne i satysfakcjonujące, wbrew a może nawet kompletnie nie licząc się z oczekiwaniami rodziny. A z tego co wiem, obie mają mądrych bliskich, którzy podobnie jak ja – nie oceniają, szanują suwerenne decyzje tych jakże odmiennych od wielu innych kobiet.
To wielce inspirujące znać takie osoby, cieszyć się, że mogę z nimi rozmawiać, dowiadywać się jakie są, co sprawiło, że takie są i śledzić ich ciekawe odmienne od mojego życie.
Zmiany, zwłaszcza drastyczne wymagają odwagi, ale jak mówi M tylko na początku, tylko pierwszy raz trzeba się wybić z utartej, znanej trajektorii, a potem się już jest w nowej.

Wybór zależy tylko od nas.

poniedziałek, 7 marca 2016

I chciałabym i boję się.

Tak sobie wczoraj porozmawiałam z miłą panią redaktor o tym, jak to jest z samotnością. Że generalnie nie mamy łatwo, my ludzie 50 plus, kobiety i mężczyźni, gdy rozsypie się życie w stadle, gdy z powodów różnych stajemy się nagle singlami.
Część z nas z ulgą wchodzi w to samotne życie, a przynajmniej prężnie udaje, że jest świetnie, a część najzwyczajniej cierpi mniej lub bardziej i z czasem pojawia się pragnienie znalezienia kogoś bliskiego.
Nie pierwszy raz spotykam się z zarzutem, że tym moim bohaterkom tak łatwo to przychodzi: - Przecież kobieta po pięćdziesiątce dzisiaj nie ma szans!
Jak przed wiekami w Polsce panuje przeświadczenie, że pani po pięćdziesiątce to staruszka nad grobem. To do pewnego stopnia prawda, bo większość pań, wybaczcie, ale same zapędzają się w kozi róg. Mężczyźni podobnie. Panie z powodu polskiego „nie wypada”, i „oj, ale co ludzie powiedzą”, a panowie zazwyczaj z powodu zbyt wybujałych apetytów na cud i brak ….lustra.
Owe nazbyt rozdęte wymagania też dotyczą pań. Jak wszyscy, to wszyscy
Kiedyś bardzo mocno i z dziennikarskim zacięciem pobyłam sobie na portalu randkowym, korespondując też z kilkoma osobami – kobietami, mężczyznami. To spora dawka wiedzy o pragnieniach, które zazwyczaj są wygórowane. Właściwie takie powinny być, bo przecież chcemy znaleźć kogoś wartościowego, fajnego (co za pojemne słówko doprawdy!). Jak to pięknie napisał Tomasz Jastrun, bo i on obserwował pragnienia znanych Mu kobiet do zapełnienia samotności (przytoczę z pamięci, bo cytatu nie znajduję): „Najpierw to ma być przysłowiowy rycerz bez skazy na białym rumaku. Później stopniowo te wygórowane cechy sprowadzane są do realnego poziomu, aż wreszcie pojawia się to najważniejsze marzenie - …żeby był.”
Niestety nie każdy ma w sobie tę mądrość, żeby wiedzieć, iż „towar z second handu” nigdy nie będzie idealny.
Panowie z odzysku, obciążeni poprzednim życiem rodzinnym, mający już swoje nawyki i ustalone poglądy chcą koniecznie młodej, zgrabnej, lekko może tylko zaokrąglonej, uroczej domatorki, która umie i chce ugotować rosół.
Panie chcą uroczego dżentelmena, który uwolniony już z poprzednich więzów czy to rozwodem czy wdowieństwem nie ma żadnych „ogonów”, czyli dzieci i wnuków i jest dokładnie taki jak w ich… marzeniach.
I jeśli nie zrobimy korekty, to zapewniam, że z takim nastawieniem nie ma co polować, szukać, czekać. Ideałów NIE MA!

Wrócę do moich bohaterek literackich, które w jakiś sposób są pewnym moim alter ego.
Ja piszę z obserwacji życia. Pominę fakt, że kobiety 50+ są na rynku pracy niewidzialne, bo ten tekst nie o tym. Ale niestety w codziennym życiu też tak bywa, tylko że tu same sobie zakładają tę pelerynę, w której są niedostrzegalne. Ta peleryna to cały zespół przyczyn, od religijnych i obyczajowych „NIE WYPADA” do wyidealizowania kandydata tak, że nikt nie spełni takich oczekiwań.
Wymienię: nie wypada „wyjść do ludzi”, nie wypada pierwszej zagadać, pośmiać się (cóż to za afrodyzjak i wabik taki pełny i lekki śmiech!) pożartować, potańczyć, pospacerować.
Nie wypada i już! Wypada siedzieć w domu i mieć za złe.
Pani wyraziła się o Mariannie z „Lilki” z niedowierzaniem:
- Taka, jak pani pisze, niezbyt atrakcyjna Marianna, a po rozstaniu z mężem mężczyźni lgną do niej chmarami?!
„Chmarami”? Całych dwóch jej się przytrafiło. Trener i niezbyt udany Marcin. Też mi „chmara”! Niemniej ona, uwolniona z więzów małżeńskich i pompowana odwagą przez starego przyjaciela Włodzia i Lilkę po prostu dała sobie szansę. Odważyła się na przygodę na siłowni. I co? Świat nie runął w posadach.
Oczywiście można było stworzyć wokół siebie aurę kompletnej niedostępności i wówczas Jaro – Ofelia nawet by na nią nie spojrzał okiem chętnego faceta.

Trochę podróżowałam i wiem, że w innych krajach kobiety 50+ są zauważalne, kolorowe, wesołe i pewne siebie. Nawet jeśli na rynku pracy mają równie niewesoło, wesołe i odważne, nieskrępowane są w życiu. Chyba w myśl zasady „lepiej żałować za grzechy, niż żałować że się nie grzeszyło”. Wchodzą w romanse, tworzą sobie nowe związki, nie obawiają się mieć przygód miłosnych, kochanków, bo czemu nie? Mają chęć, to widać, to się nazywa kobiecość i odwaga.
Niestety w Polsce wiele pań ma tak silne hamulce, że każdy widzi oczyma duszy pas cnoty i żelazną zbroję, choć pod nią, w głębi siedzi samotna i spragniona czułości kobieta. I na nic żale dopóki tej zbroi nie zrzucą i nie oddadzą na złom.
Panowie którzy nie umieją sobie znaleźć partnerki mają przynajmniej odwagę skorzystania z usług profesjonalistki, która za opłatą zrobi wszystko jak jest w zamówieniu. Polka cierpi w milczeniu i nawet wibratora sobie nie kupi, bo nie wypada.
Wracając do moich bohaterek książkowych, to zarówno ja, jak i kilka moich znajomych miałyśmy „swoje za uszami”, gdy samotność nas dopadła. Jedna z moich uroczych znajomych atrakcyjna pani 60+ nie dość że bizneswoman, wysportowana jak górska kozica, to i apetyt na seks spory i realizacja owego – odważna. Bo jej wypada! Ona ma ochotę, więc jakoś to sobie organizuje, ma chętnych na miły romans, podróż, przygodę. Bo i mądrzy mężczyźni wiedzą, że gdy sami już nie mają powabu młodzieńca spuszczają z tonu i drobne zmarszczki, fałdki a zwłaszcza „kalendarz” im nie przeszkadzają, byle był „feeling”, czyli urok, wdzięk i wspólna chęć bez obciążnika: „ależ to nie wypada”.

Mój ulubiony tekst „Przez zamknięte okno motyle nie wlatują” jest nadal aktualny.
Trzeba nie tylko marzyć, chcieć, pragnąć, ale też zrzucić z siebie balast „nie wypada” i „ja, to JUŻ nie”, „na pewno nikt mnie nie zechce”.  
Widziałam tyle świetnych popięćdziesiątek, szczupłych i nie, po liftingu i bez, ale radosnych i kolorowych, wiedzących czego chcą od życia. A ich romansowi mężczyźni lub nowi partnerzy? Mają nadwagę albo nie, zakola, albo łysiny, siwe włosy, plamki na skórze, zmarszczki, przeżycia i ustalone poglądy, nawyki. I z pewnością kawał ciekawego życia za sobą – ile interesujących tematów do poruszenia, aby tylko była chęć wzajemnego słuchania!
Czasem dojrzałe panie sarkają że nie są zainteresowanie nowym związkiem bo „po jaką cholerę mi facet?! Żeby mu prać gacie?”
Hmmm. Jeśli miłość i wspólne bycie na dobre i złe pani sprowadza do „prania gaci”, to biedna ona. Po pierwsze owe gacie dzisiaj pierze pralka, nadto muszą być wyprane tak samo jak nasze własne, a po drugie: gdy się kocha to nawet wieszanie tych gaci na sznurku cieszy J

Mój obecny mąż, którego spotkałam (ku zdumieniu niektórych pań) w Internecie, to dzisiaj mój najlepszy przyjaciel. Jest bardzo interesującym i mądrym mężczyzną. Nade wszystko polubiłam Jego wady, bo jak każdy je ma, ale reszta to bonus! On też musiał polubić moje wady, przyzwyczajenia i inność. Np. jestem bałaganiarą, roztrzepańcem, a on to jakoś świetnie to ogarnia. Żeby być razem trzeba było z obu stron pewnych starań i złamania obaw, i odwagi. Uznania faktu, że jesteśmy różnie ukształtowani, mamy swoje przyzwyczajenia, większe, mniejsze ułomności, i jeśli się to przyjmie z wyrozumieniem, uśmiechem i tolerancją można pięknie żyć razem, bo cała reszta, która nas uwiodła – intelekt, humor, czułość, seks i zwyczajna codzienność jest poza dyskusją. Jest frajdą. W naszym przypadku opłacało się. Starzejemy się razem zgodnie i pogodnie.

niedziela, 14 lutego 2016

500+ czyli salceson.

Sam system 500+ jest z mojego punktu widzenia, wyłącznie dramatycznym aktem wyborczym czyli kiełbasą, a nawet salcesonem.
Żyję już jakiś czas na świecie i wiem, że rozdawnictwo pieniędzy podatników jeszcze nikomu się nie przysłużyło wyjąwszy rozdających, którzy liczą na chwilowy aplauz ludzi kompletnie nieświadomych skąd się owe pieniądze biorą.
Mamy pod tym względem społeczeństwo (en masse) głupie, bo szkoła skąpi wiedzy na ten temat. Ważniejsza jest religia.
Pani premier bardzo zgrabnie obiecała ludziom socjal, czyli po 500 zł na drugie (co za idiotyzm) dziecko nie tłumacząc, że weźmie je bez pytania od nas wszystkich – także tych, którym owo pięćset da. Te pieniądze wyjmie z naszych wspólnych kieszeni.
Raz jeszcze przypomnę słowa Margaret Thatcher:
„Nigdy nie zapominajmy o tej fundamentalnej prawdzie: Państwo nie ma żadnego innego źródła pieniędzy niż te, które zarabiają obywatele. Błędne jest myślenie, że ktoś za to (w tym przypadku - za obietnice wyborcze) zapłaci – tym „kimś” jesteście wy. Nie ma czegoś takiego jak publiczne pieniądze: są tylko pieniądze podatników.”
Nie ma z tym dyskusji.

U nas władza nie tylko chce zabrać „komu innemu”, ale będzie zabierała beneficjentom owego 500, w postaci wyższych cen produktów i usług, kredytów, podatków jawnych i ukrytych. Nie miejcie złudzeń, że ktoś za to zapłaci – zapłaci każdy polski podatnik.
Władza zapomina, że mądra walka z biedą polega na oferowaniu wędki, a nie ryby. A już z pewnością „ryba” nie wpływa na dzietność!
Odebrać można tylko komuś, kto coś ma. Wprawdzie pewien prezes twierdzi, że jak ma, to „skądś” ma, sugerując nielegalność tego „ma”. Ale w realnym życiu absolutna większość tych, co dziś „mają” uczciwie i w zgodzie z prawem na swój majątek zapracowała. Uczyli się i pracowali, często ryzykując wszystkim tworzyli firmy a w nich miejsca pracy dla innych, inwestowali, gromadzili oszczędności. Teraz nagle rząd próbuje bawić się w Janosika i dobierać się do ich majątku, w imieniu ubogiego ludu. Sprytne.
Janosikowanie nikomu jeszcze nie poprawiło dobrostanu, bo to jest nie tylko rabunek tych, co mają, ale też „ryba” zamiast wędki. A wędka?
Ba. Wędka wymagałaby powiedzenia ludziom uczciwie: „Musimy mieć czas na wybudowanie takiego systemu wsparcia rodziny, jakiego nie mamy i nie wiemy jak go zbudować. Poczekajcie”. Ale to nie byłoby wabikiem dla elektoratu, więc by dojść do władzy dzisiejsi rządzący uwiedli tych (i nie tylko tych) najuboższych, którym dramatycznie zależy wyłącznie na rybie. Teraz my, podatnicy, będziemy dawać rybę. Doprowadzi to często w tych warstwach najniższych i niewykształconych do wtórnego bezrobocia. Po jakie licho pracować, skoro zrobię żonie kolejnego dzieciaka i rząd mi DA?
A w ilu rodzinach owo 500 pójdzie na papierosy i wódkę?
Prawdziwe wsparcie dla rodzin, zwłaszcza kobiet (macierzyństwo jest nam, kobietom biologicznie przypisane), to stworzenie klimatu bezpieczeństwa pracy i miejsca do życia.
Tanie kredyty mieszkaniowe (mieszkania dla młodych to podstawa, od lat obiecywana przez kolejne rządy) lub mieszkania komunalne na wynajem, płynne godziny pracy, płatny urlop macierzyński, prawo powrotu do pracy na dotychczasowe stanowisko, urlopy ojcowskie, sieć żłobków i przedszkoli, mini żłobki w zakładzie pracy, etc, etc.
Trzeba popatrzeć, jak to jest w innych krajach, wysilić się, a nie ofiarowywać niektórym po pięćset złotych z mojej i Twojej kieszeni.
Posunięciem zgoła fatalnym i niemoralnym jest jawne przeciwstawienie sobie ludzi bogatych i biednych, ponieważ nie określono górnych limitów dla dawstwa słynnej pięćsetki. Mówi się za to, że „ci bogaci to nie powinni brać z przyzwoitości”. To samo w sobie jest już działaniem niemoralnym i wrednym, bo trzeba tak wymyślić ustawę, żeby było JASNE komu się należy, a komu nie. Teraz dając każdej rodzinie, nawet znakomicie sytuowanej, na drugie dziecko przeciwstawia się jednych przeciw drugim, mówiąc: „bogaci nie powinni brać, bo to kwestia uczciwości społecznej”. I już mamy sąsiedzki konflikt.

Bardzo niepokoi mnie też, w odniesieniu do tego skąd rząd weźmie pieniądze na swoją obiecankę, tekst pojawiający się często w ustach prezesa o tym, że „Polacy mają wielką ilość pieniędzy na kontach”.
To jest bardziej, niż niepokojące. To brzmi złowrogo.
Reasumując: program 500+ nie podniesie dzietności, bo w kraju, w którym już mało kto z myślących czuje się w pełni bezpiecznie, w którym zamiast programów gospodarczych, rozwojowych, wspierających, przeprowadza się demontaż państwa, odechciewa się mieć dzieci.
Uczyłam biologii, to się do niej odniosę.
Wiadomo, że samice rozmnażają się tam, gdzie mają możliwość założenia wygodnego gniazda, gdzie jest w miarę bezpiecznie i jest pokarm.
Te same dzikie samice zamknięte w klatkach nie mnożą się. Ptaki w klatkach często zjadają jajka, bo nie mają poczucia swobody. Dzikie ssaki zamknięte w niewoli, nawet jak się rozmnożą, często zjadają miot. Czy dlatego, że są bestiami? Nie. Czują dyskomfort i widzą brak możliwości. Poczucie wolności i świadomość, że zdobędą jedzenie dla siebie i miotu to absolutna podstawa rozrodu u zwirząt. Chyba że są to z dawna zniewolone zwierzęta hodowlane, ale to inna bajka. 

Proponowałabym trudniejsze, mniej spektakularne ale bardziej skuteczne metody wsparcia dzietności, wypróbowane w świecie, a nie salceson wyborczy. 
Widząc jednak arogancję wałdzy i jawne lekceważenie opozycji i NAS myślących inaczej nie mam złudzeń.
To najdroższy salceson świata. Poseł Rafał Wójcikowski wyliczył, że przy tym systemie jedno dzicko opłacane do pełnoletności będzie kosztowało 800 000 zł.
Jakim cudem jako osoba dorosła odda do budżetu minimum tyle samo?

I przy tym horendalnym koszcie liczymy na dzietność rzędu 1,5 (mamy 1,3 a potrzeba nam conajmniej 2,5 - 3).
Nie ma szans....

A tu zdanie młodych "
A jeśli by tak... zamiast dawać pieniądze, przestać je zabierać?

Zacząć od pomocy młodym ludziom, żeby mogli zacząć wspólne życie we własnym mieszkaniu. By program pomocy mieszkaniowej nie był zarezerwowany tylko dla osób posiadających status pracownika. A nawet jeśli tak, to zachęcić pracodawców do podpisywania umów. Jak? To proste – chociażby ograniczyć daniny na rzecz Państwa. 

Stawka vat też nie sprzyja młodym rodzicom. Pieluchy, słoiczki, mleko, ubranka – to wszystko kosztuje. Rachunek jest oczywisty: niższe podatki = niższe ceny = więcej kupujących = większe wpływy do budżetu państwa. I to wcale nie jest myślenie na poziomie przedszkola. Choć rzeczywiście niejeden przedszkolak mógłby zaproponować taki schemat. 

Mama pracująca, zarabiająca i odprowadzająca podatki? Super, pod warunkiem, że ma co zrobić z dzieckiem. Jeśli dla jej pociechy nie ma miejsca w przedszkolu ani w żłobku, a prywatna placówka kosztuje dokładnie tyle, ile zarabia, to proszę nam wyjaśnić, dlaczego zamiast poświęcić czas własnemu dziecku ma harować za darmo? To może chociaż dofinansowanie na zatrudnienie niani? A może przedszkola za darmo? Tak jak w innych krajach...

Zresztą, pewnie puszczając dziecko do żłobka ono zacznie chorować. A leki nie są tanie. Dlaczego żadnego z nich nie można kupić z ulgą?Przecież wiadomo, że żaden rodzic nie będzie rezygnował z zakupu leku, którego dziecko potrzebuje. To czasem równowartość połowy jego pensji...

Pytań jest wiele, wątpliwości jest wiele. Rozwiązania, póki co, nie widzimy żadnego. Ale i tak chciałybyśmy jeszcze raz podziękować. W imieniu wielu rodziców powiedzieć, że bardzo nam miło, że dostaniemy 500 zł na dziecko. Ale jeszcze przemyślimy, czy chcemy z niego skorzystać. 

Bo niestety, dla wielu z nas macierzyństwo to chłodna kalkulacja. I przykro nam, ale nie zawsze między tym, co tracimy, co oddajemy i wydajemy, a tymi 500 złotymi, które potencjalnie mamy szansę otrzymać, możemy postawić znak równości. 

Na koniec tylko dodamy, że części z nas jest przykro... Jesteśmy mamami jedynaków. Często samotnymi. Szkoda, że nasze dzieci są traktowane inaczej, niż te drugie, których pewnie nigdy nie będziemy miały. Proszę uwierzyć - to pierwsze, to starsze, ma takie same potrzeby, jak to kolejne."

wtorek, 5 stycznia 2016

Kiedyś trawa była zieleńsza, czyli marudzenie starej baby.

A jednak wydaje mi się, że pamięć mi nie szwankuje. Czasem płata figla, ale przecież tyle pamiętam! Tyle mam w oczach, uszach, jakby to było wczoraj.
To przez tę pamięć tak podmarudzamy – my doroślaki: „Oooo, kiedyś to …”.
Moja córka mi kiedyś sarknęła:
- Jak zaczniesz ględzić, że kiedyś trawa była zieleńsza to znaczy, że pierniczejesz.
No, to zaczęłam, Kochana moja!
Cóż poradzić, choćby niedawne koncerty noworoczne.  Jakoś, mimo wysiłków, nie umiem nie słyszeć, że co niektóre Gwiazdy fałszują, że ich cały artyzm, to wydzieranie się w myśl zasady – im głośniej ryknę tym więcej będzie oklasków. Taka dygresja - znakomicie się to sprawdza w Voice of Poland, czy też Voice of Gdziekolwiek. Wychodzi na scenę ktoś i mruczy do mikrofonu. Jury śpi. Potem bierze wdech i jak nie huknie jakimś fortissimo! Wtedy jury wali w guzik i odwraca się, jakby wyrwane ze snu. A przecież to tylko fortissimo!
Dzisiaj nie sposób nie zauważyć, że nasze młode kadry sceniczne aspirujące do gwiazdorzenia znają już tylko ten myk – wydrzeć się, a w międzyczasie pokrzykiwać „hejka! dobrze się bawicie?”, „rączki w górę!!!”.
Jakoś zapominają (nie wiedzą?), że istnieje też piano, legato… Koncert to najpierw gigantyczne nagłośnienie, mega (wszystko dzisiaj jest MEGA) stroboskopowe oświetlenie, czyli light show, a cała reszta, czyli utwór i wykonanie najmniej ważne. Aby tylko wykonawca był zjawiskowo przebrany, rzucał się po scenie od lewej do prawej, a czasem poskakał.
Razi mnie słowo WYKON, ale powiem tak – dla takiego czegoś, co widuję ostatnio i ten „wykon” pasuje, jako słowny nowotwór. Wszystko jeszcze dałoby się jakoś wytłumaczyć potrzebami wielkiego widowiska, ale najgorsze w tym wszystkim jest olewanie najprostszych i – wydawać by się mogło – żelaznych zasad dobrej muzyki: dykcji, poczucia harmonii, umiejętność oddychania i trzymania tonów. Czyli niefałszowanie. Ale gdzie tam…
Dzisiaj manierą niemal wszystkich panów „gwiazd” polskiej muzyki jest pojękiwanie i to przez zaciśnięte wargi. Jakby żucie tego, co wycieka z gardła w postaci słów. Dziwaczne akcentowanie fraz i fatalna dykcja. Może i dobrze, bo słowa w piosenkach są od lat nudne i przewidywalne. Denne.
Panie wypadają lepiej przynajmniej w dykcji i ruchu, ale też uwielbiają fortissimo. I tylko.
Ruch sceniczny solistów i zespołów u nas prawie nie istnieje. To w K-POP’ie (koreański pop) nie przeszłoby. Koreańscy wykonawcy wylewają wiadra potu na salkach ćwiczebnych, i przynajmniej ruszają się na scenie synchronicznie i nowocześnie – świetnie. Taka dywagacja.
OK., mój admin mnie stale strofuje, że marudzę.
No, to dla Niego specjalnie pean ale wcale nie o muzyce polskiej:

PEAN dla WARSA.
Pamiętam (PAMIĘTAM!) czasy, gdy WARS to było dość trudne miejsce w pociągu. To był wagon, w którym podłoga kleiła się do podeszew, zawsze jakoś tak… brudna nawet po przetarciu ścierą. Stoliki wyłącznie wysokie bez stołków barowych, i pan Władek za barem w wymęczonym mundurze PKP, który ZAWSZE wyglądał tak, jakby pan właśnie wyszedł z kanałów. W kotle utrzymywał „temperaturę ciała” nieśmiertelny bigos, w drugim pływała niechętnie kiełbasa zwyczajna. W wielkim czajniku wrzał wrzątek na herbatę w szklankach i kawę „po turecku”(?) czyli tzw. inteligenckie błoto – łyżka kawy i war. Pan Władek kroił chleb w grube sznytki (poznańskie), czyli kromki i wydawał piwo żywiec w szklanych butelkach. Przy stolikach na mocnym szpagacie dyndały otwieracze. Kobiety mogły poprosić o szklankę do tego piwa.
Jak ma się do tego dzisiejszy WARS?

Obecny WARS to wagon jasny, czysty i przestronny.
Siedzenia i stoliki zróżnicowane, ładnie ubrana obsługa – zazwyczaj (nie spotkałam innej) uśmiechnięta i miła. A menu…
Gdy jadę rano bardzo lubię tzw. szwedzkie śniadanie – świeżutko usmażona na masełku jajecznica ułożona na talerzu z płatkami wędzonego łososia obok. Jest i koperek świeży i pyszne cappuccino. Herbaty jakie tylko – zielona, czarna, owocowe.
Jedną z sałatek – polecam (nie wiem czy jeszcze jest, bo menu bywa zmieniane co jakiś czas) kalifornijską. Na chrupiących liściach sałat leżą krążki czerwonej cebuli, plasterki wędzonego kurczaka, cząstki mandarynki i do tego pan za barem leje ze słoiczka świeży, wyjęty z lodówki, winegret z ciuteczką cynamonu! Bajka!
A schabowego – też uprzejmy pan albo pani wyjmuje z lodówki, przykrywa folią i klepie na naszym zdumionych oczach. Panieruje najnormalniej, jak babcia Zenia, w jajku i bułce (żadne tam gotowce!), po czym smaży na (sadząc po smaku) mieszance oleju ze smalcem (!). Taki świeżutki i chrupiący, z ziemniaczkami z koperkiem (!) ląduje na przyjemnie jednorazowym talerzu przede mną. Co jeszcze? Oj, można wybierać spośród potraw śniadaniowych, kanapek, przekąsek, sałatek, zup oraz dań głównych – z tymże schabowym na czele!
Napoje wszelkie – poza winem i wódkami. Piwa i cydr. Mile podane w szkle. Przecieram oczy. Jest pięknie. Tak, nie tak tanio, jak w barach mlecznych, ale cóż poradzić – i tak taniej niż na lotniskach, na których nawet woda kosztuje tyle, co cały obiad na mieście…
No, czyli zachwyt! Znaczy jeszcze się aż tak bardzo nie zestarzałam, nie rozmarudziłam… 
Pean miał być? I jest!

PS ALE wracając do koncertów - Steczkowska, Rodowicz, chłopaki z Pectus – jak zawsze świetni! Jak stary, dobry, polski pyszny schabowy!
Reszta do szkół muzycznych, choć przyznam, że Margaret tańczy na scenie coraz odważniej i fajniej, a Ewa Farna ma power, jak dobre, polskie piwo. Reszta Najnowszych Gwiazd (mimo mojego wielkiego wysiłku, żeby zrozumieć czym dzisiaj jest Polska Muzyka Rozrywkowa) to taki… bigos z kotła w temperaturze ludzkiego ciała. Nie wspomnę o Boney M, bo to już był smuuuuuuuut i żenada. Lepiej było zaprosić niezwykle wciąż sprawną i śliczną Helenę Vondrackową, albo Jirzego Korna z jego (byłą?) grupą4TET.