niedziela, 5 kwietnia 2020

Na ten smętny czas.

Refleksja po tekście Łukasza Łuczaja. Link na końcu.

Śmierć?

A nie, nie wyparłam, a wręcz odwrotnie.
Myślę o niej od jakiegoś czasu, od kilku lat bardzo konkretnie, oswajam, jak tylko się da oswoić bez histerii. Obłaskawiam, niemal dotykam myślami jaźnią, emocjami. Na wiele sposobów. Da się. Tylko powoli.
U wielu z nas to obawa przed utratą wizji i fonii świata, urwie się nam dalszy ciąg, jakby nam ktoś odłączył Net...
A fizycznie nie ma się czego bać. To przyjdzie jak sen. Byle bez poprzedzającego upodlenia bólem czy dramatem niesamodzielności.
Najgorzej jest, nie ze swoją śmiercią ale mojego ukochanka, Człowieka który jest mi ogromnie bliski. Bez Niego życie starci barwy, tak bardzo, że nie wiem czy sobie poradzę (gdyby On pierwszy). Poradzę... pewnie tylko po co?
Mimo krótkiego naszego "MY" (zaledwie 14 lat) spletliśmy się ciasno. Lubimy się, a to równie ważne jak "kochamy". Czasem nawet ważniejsze.
Od jakiegoś czasu śmierć staje się mocniej widoczna jako majaczący i coraz wyraźniejszy napis przed nami: META, STOP, KONIEC, The END czy jak tam sobie ją obłaskawimy.
Kiedyś, za młodu oczywiście, byliśmy świadomi jej nadejścia ale dość teoretycznie, dopóki nie zabrała kogoś bliskiego np starych rodziców. (Wypadki i śmierci nagłe to inna inszość)
Teraz my jesteśmy na ich miejscu, "następni w kolejce" i tę myśl warto oswajać.
O tyle jednak jest ona do oswojenia, gdy zbliżający się kres sygnalizuje ciało, gdy słabniemy, marnieje organizm, umysł gaśnie...
Mój wuj 96 powiedział do mojego byłego męża kilka miesięcy przed śmiercią :
- Wiesz, Maciek, umarłbym już.
- Ależ wuju...
- Daj spokój, daj spokój. Nudno mi. Wszyscy poumierali, sam jestem, i świata już nie rozumiem i nawet się nie staram, stał mi się kompletnie obcy, obojętny. Nudno mi tu. Umarłbym.
Nazywam to "stanem gotowości".
Nie mamy go jeszcze, stąd bunt. Mamy zaledwie 64 i 70, właściwie pełnię jeszcze sił intelektualnych i cielesnych (zwłaszcza Pan Inżynier) na 3/4 gwizdka! On wiadomka - spawa, zbija, konstruuje, toczy, obrabia, ogarnia wszelkie "męskie" prace. Nadto jest świetnym kompanem i moim Siwym. Ja mniej już zrywna, ale zasadziłam 5 drzewek wiśniowych! Nie skończyłam książki, no i mamy plany!
I co, tak hop siup, zejść na zarazę?!
Jakoś nie...
Co do pochówków, Łukasz ma rację TOTALNĄ.
Ja rozumiem względy epidemiologiczne że ciało do ziemi w ogródku nie bardzo. OK. Ale w proszku? Jak już nas krematorium wprowadzi w stan instant?! Do tekturowej urny, nasiona do środka i do ziemi! Czemu NIE?
NIE - bo niestety cmentarze i pochówek to kolosalny dochód księży.
Serio, serio. Nie popuszczą.
Wolałabym w moim wiśniowym sadziku.
I chyba trzeba będzie zachachmęcić tak, żeby jednak zrobić to po swojemu, a na smętarzu tylko poudawać.
No... Postanowione - jeszcze nie.


http://lukaszluczaj.pl/koronawirus-z-perspektywy-smierci/?fbclid=IwAR1eQTDzAHN13-cv1wEhwcfHd8wDgMWIO7lXjUJEUFAwB9x_ucaw98pqm60

2 komentarze:

  1. Mimo tematyki z przyjemnoscia przeczytalam ten tekst. Mam nadzieje, ze jeszcze nie, ze Panstwo macie jeszcze inne zajecia, postanowienia i obowiazki- ten stan gotowosci odsunmy na kiedys ;)
    Pozdrawiam serdecznie i zdrowia zycze!!

    OdpowiedzUsuń
  2. Myślę, że nie ma zbytnio sensu przejmować się faktem, że kiedyś umrzemy. Wszystko ma swój początek i koniec. Nie musi być przecież tak, że coś będzie trwało w nieskończoność. Skończy się i zostawi jakiś ślad. Akurat, jeśli chodzi o nasze życie, to pozostawimy naszych bliskich i czasem wspomnienia z nami związane zostaną z nimi

    OdpowiedzUsuń