sobota, 7 grudnia 2013

Garbatka czyli z serca.



Stawiam wielki kosz na stole i wyjmuję dary, każdy opłakuję dobrymi łzami głębokiego wzruszenia. 
Ludzie, przecież ja Was nie znam, jestem Wam obca, skąd tyle prostej miłości w tym koszu?

Byłam w Garbatce – Letnisku, tak się nazywa wieś w Puszczy Kozienickiej, w której dane mi było dawno temu, jeszcze jak miałam metr wzrostu i płowy warkoczyk, spędzić wakacje. To wieś szczególna, po pierwsze i od zawsze – ludzie, po drugie klimat, po stercie architektura. Ludzie – od zawsze inteligencja, jeśli nie przez tytuły, to po prostu przez wychowanie, literaturę czytaną i życie towarzyskie, jakie się tam od dawna toczyło, szczególnie latem, gdy zjeżdżali znajomi, rodzina z Warszawy, Radomia, Puław, Krakowa, Sandomierza. Od przedwojnia ogródki zapełniały się letnikami, furkotały jasne sukienki panien i dam, pobłyskiwały jasne koszule panów, słomiane kapelusze, może getry? Pod owocowymi drzewami w sadach albo pod sosnami i świerkami stawały stoliki, fotele i rozmawiano, śmiano się, dyskutowano, dzieci grały w serso albo biegały za piłką. Jadano w ogrodzie podwieczorek, może i nastawiano patefon? W wielu domach stały pianina, śpiewano pieśni i tak snuło się lato za latem…
Wojna i okupacja zraniły Garbatkę potężnie. Nie zrównano jej z ziemią, piękne drewniane domy zostały – eksterminowano ludność. W jednym transporcie do Oświęcimia znalazła się prawie cała wieś.
Po wojnie Garbatka żyła nadal swoim - cichym zimą i głośnym latem - życiem wsi letniskowej, bo powietrze tu jest balsamiczne: piaski, wielkie drzewa sosnowe i świerkowe, żywica i cisza. Mnóstwo tu krasek – to piękne niebieskopióre ptaszki migające między głęboką zielenią.
Mieszkał tu w pięknej, starej willi Zofjówka (pisownia z tamtych czasów) rodzinny stryj – Henryk Sagatowski z żoną. Pojechałam do nich z ciocią jako ośmiolatka na wakacje.
Po wielu latach starałam się opisać to, co mnie tak szczególnie urzekło podczas tego pobytu. W Fikołkach na Trzepaku jest opis urodzin Jacka Sagatowskiego, opis zapachu domu, wnętrza, zwyczajów i nastroju – tak jak to zapamiętałam. Mieszkańcy Garbatki, kochający swoją Małą Ojczyznę, byli tak uprzejmi, że na ów opis zwrócili uwagę i obdarzyli mnie swoją sympatią. Napisała do mnie Pani Maria Dziedzicka i Jej córka Elżbieta. Osoby, które z wielkim zaangażowaniem i umiejętnością archiwisty, dokumentalisty i najzwyczajniej człowieka ciekawego swej historii, prowadzą tu Towarzystwo Przyjaciół Garbatki.
Zostałam zaproszona.
Spotkanie odbyło się w Szkole Drzewnej. Niby mówi się Zespół Szkół Ponadgimnazjalnych, ale nikt tak sobie języka nie łamie. Mówi się, jak tuż po wojnie: - Szkoła Drzewna. Po spotkaniu chłopcy w mundurach leśników odegrali sygnał na trąbkach i na scenę wszedł ubrany na czerwono… Mikołaj z brodą i miotłą - rózgą z pięknych róż i zapytał, czy byłam w tym roku grzeczna.
Patrząc na bloga – nie. Zadarłam z "wielkimi", mniejszymi i całkiem malutkimi specami od literatury, oberwało mi się za czelność posiadania własnego zdania i ... ech, no niegrzeczna byłami już!
Ale widać Mikołajek miał inne zdanie, bo dostałam wielki kosz świąteczny. Ogromny! Nie dźwignęłam go sama. Mikołaj miał oczy i głos Pana Dyrektora Mirosława Dziedzickiego, który przed spotkaniem zdążył nam opowiedzieć mnóstwo ciekawych rzeczy o samej szkole ale i o ptakach, okolicy i o tym, że… czeka na nas wiosną, bo wtedy panowie pójdą zapolować na ptaszki. Tu, podobno, jest raj dla podglądaczy i fotografów przyrody!
Obecni właściciele Zofjówki (losy sprawiły, że zmieniała właścicieli) zaprosili nas, żeby pokazać jak ją odnawiają i jak dzisiaj wygląda.
Później u Pani Marii i Elżbiety świetny wieczór z opowiadaniem o tych, którzy z Garbatką byli związani sercem, duchem i ciałem. Nade wszystko profesor Kołakowski, ale i wiele innych osób o znanych nazwiskach Jurek Baran świetny tenor, Irena Głogowska reżyser i aktorka Polskiego Radia, Andrzej Jagodziński jazzman  i wielu innych miejscowych i przyjezdnych o których barwnie opowiadają obie panie Dziedzickie.   

* * *
Potworny wiatr (o wdzięcznym imieniu Ksawery), przywiał nas z powrotem do domu. Zmęczeni nie zaglądaliśmy już do podarków i dopiero dziś rano zajrzałam do kosza. 
O, ludzie! Jakie bogactwo! 
Są nalewki – miodowa, pigwowa i malinowa. Są ogórki kiszone (cudownie, ja w tym roku nie zrobiłam!), dżemy i powidła, miody – jasny i ciemny, grzybki suszone i w occie, chleb na zakwasie, kiełbasa z domowej wędzarni, kaczka w stanie surowym, do upieczenia, śliwki nałęczowskie, piękna gruba decha z kawałków dębiny do bicia kotletów (to uczniowie szkoły), bieżnik pięknie świątecznie haftowany przez Panią Janinę Talar z osobistą dedykacją. Na każdym darze jest osobista dedykacja! A też dwa komplety reprintów zdjęć z przedwojennej Garbatki, kronika, film, choinka z mchu, owa miotła - rózga z róż, oczywiści jako bukiet.
Każdy prezent głęboko wzrusza i cieszy, bo to zupełnie tak, jakbym wróciła od ukochanej cioci, stryja… Siwy podał mi chusteczkę, bo mam oko na „mokrym miejscu” i popłakałam sobie dobrymi łzami wzruszenia.

KOCHANI!
Najmilsi, nieznani mi osobiście ludzie z wielkim sercem. Dziękuję. Za spotkanie, za życiowego lajka – mówiąc współczesnym językiem, czyli za polubienie, za najprostsze dary, dzięki którym poczułam się tak, jakbym wracała od najmilszej rodziny. To bardzo wiele za tak niewiele – za kilka linijek tekstu o pięknej, pachnącej lasem wsi, za wspomnienie z dziciństwa, za zapach i nastrój. 
Garbatczanie – jesteście Kochani!
Wdzięczna i wzruszona Autorka.


7 komentarzy:

  1. Widać, że to dary prosto z serca. Podziwiam ten haftowany obrusik, lubię takie rękodzieło:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Jaki to piekny dar, dar od serca, niesztampowy... Piękny - jak i piękne jest Pani wspomnienie o Garbatce w książce :-) Pozdrawiam Panią serdecznie i świątecznie :-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Z tymi kraskami to się Pani zagalopowała:) W okolicy już od kilku lat nie stwierdzono kraski, a i w calej Polsce to gatunek bardzo rzadki i na skraju wyginięcia - niestety:) Pozdrawiam z Garbatki:)

    OdpowiedzUsuń
  4. Jak się okazuje "Fikółki ..." są ważne dla wielu ludzi, " wcześniej urodzonych", bo mogą tam znaleźć coś dla siebie! Zawartość kosza imponująca!!!

    OdpowiedzUsuń
  5. Jestem zdania, że to Pani wyzwala takie piękne odruchy w ludziach. Każdy chciałby pewnie podarować coś drobnego osobie, która wymyśliła Małgosię, Konrada, Marysię, Janusza, Kasię... Która stworzyła miejsce, w którym pewnie każdy chciałby się znaleźć - rozlewisko z przyległościami. No ale nie każdy ma taką szansę. Więc chociaż proszę przyjąć ode mnie życzenia wesołych, szczęśliwych, pełnych radości i ciepła Świąt Bożego Narodzenia. :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Pani Małgosiu dlaczego pozwoliła pani zepsuć tak piękną książkę , film jest zupełnie inny ...rozczarował mnie! ja chce takiego pięknego filmu jak piękna i cudowna jest pani książka! CZEKAM NA DALSZE LOSY LUDZI ZNAD ROZLEWISKA!

    OdpowiedzUsuń