wtorek, 9 grudnia 2014

Dyskalkulia i Latrodectus.

Pisałam, że nigdy nie byłam dobra z matmy? 
To z powodu matematyki właśnie piszę ten tekst.
Kilka dni temu koleżanka zadała mi z pozoru niewinne pytanie
– To… ile ty masz lat?
Zacięłam się przy odpowiedzi, jak przy tablicy.
- Masz w telefonie kalkulator, to policz! - i podałam jej rok urodzenia. Ona postukawszy w telefon podała mi zupełnie nieprawdopodobną, abstrakcyjną liczbę.
- Policz raz jeszcze, coś pochrzaniłaś – poprosiłam wesoło.
Nie chciało być inaczej. Bo ja – matematyczny osioł – nie liczę tego co roku.
Nie liczę uważając, że mam… ile mam, jakoś po pięćdziesiątce jestem i już. A tu… pięćdziesiąt i owszem, ale i osiem dalej!
Żadne czterdzieste, czy czterdzieste piąte urodziny nie były dla mnie traumą, a już tym bardziej trzydzieste. Byłam piękna, młoda i wysoka, świat u stóp! A przynajmniej tak się czułam.
Ta piątka i ósemka za chwilę zamieni się w sześćdziesiątkę.
I nagle przyszedł skądś lepki i smutny lęk.
Chyba każdy z nas ma go pod dywanem, w szafie, albo na pawlaczu własnej jaźni. Lęk o to jak się zestarzeję.
Moi równie starzy jak ja znajomi dzielą się na trzy grupy – jedni (to większość) mówią, że co ma być to będzie i trup (lęk) wędruje z powrotem do szafy. Inni, jak ja, zamyślają się a jeszcze inni działają zdecydowanie, żeby tę niedołężną i złą starość oddalić na jak największy dystans, a jakby co – przyjąć będąc w pełni sprawnym ruchowo i intelektualnie. „Najwyżej umrę na śmierć nagle, między zupą a drugim daniem, ze starości się rozsypię ale w pełni władz!”
To wielkie marzenie każdego z nas.
śJest taka modlitwa „  (…)
Prosimy Cię, Panie abyś nas zachował od nagłej i niespodziewanej śmierci.” Nigdy jej nie zrozumiem. Ja właśnie tak bym chciała! Nagle i niespodziewanie, bo…

Mój lęk i (Wasz też), wynika z wyobraźni i świadomości tego, jak brzydka i smutna bywa starość. Wiem, że zapewne przyjdzie taki czas, że nagle zostanę sama, bo zazwyczaj tak bywa, że mamy starszych od nas mężów a oni utyrani życiem któregoś dnia umierają i nie ma żadnego mechanizmu poza samobójstwem, żeby móc odfrunąć razem, a wiele kochających się starych par tak właśnie by chciało. Zostanę więc wdową w głębokiej rozpaczy. Godziny wloką się jak tygodnie, zegar cyka, nie ma komu zrobić obiadu, z kim zamienić kilku słów, przypomnieć o ciepłym szaliku czy słonice dla sikorek, nie ma do kogo tulić się w nocy, gdy się przecknę i czarna noc przyniesie czarne, ciężkie myśli, bo organizm już nie umie produkować endorfin – linia produkcyjna już dawno zacięła się i jest nie do naprawienia.
Smutek jest już stałym uczuciem chwilowo odganianym na widok zabieganych dzieci wpadających z wizytą kontrolną, czy żyjących w swoim świecie wnuków. Później znów lęk i smutek towarzyszą stale jak koty i tylko nie łaszą się i nie mruczą uspokajając. Raczej niepokoją.
Dotychczasowy dom jest za obszerny, rzeczy stanowczo zbyt wiele ale jakże je wyrzucać, skoro to same wspomnienia? „O, to Jego sweter, jeszcze nim pachnie”.
W końcu dzieci nas przekonają do domu opieki, który jawi się nam jak najgorsze zło. „Mamo, tam będziesz miała znakomita opiekę!” – przekonują, a my modlimy się w duchu o tę nagłą i niespodziewaną śmierć, byle tylko na starość nie zmieniać otoczenia na „świetną opiekę”, bo dobrze nam TYLKO w naszym ulubionych fotelu, z naszym ulubionym zapachem domu, nawet jeśli w nim czuć kamforę, urynę i zapach ziemi z doniczek, w których jakieś kwiatki przetrwały. Podlewanie kwiatków i wyrzucanie śmieci są jedynym niemal ćwiczeniem fizycznym jakie nam zostało.
Najgorszą rzeczą jest przewlekła choroba, niedołęstwo, które straszy do obłędu – „byle nie to, byle nie to!” – modlimy się w duchu nawet gdy jesteśmy ateistami.
Ukochany ogród zarasta, bo nie mamy siły na jakąkolwiek aktywność, domu też już nie dajemy rady obsłużyć, bo zepsuta spłuczka czy nowy pilot od telewizora, naszego z czasem jedynego towarzysza – sprawia kłopot, gdy naciśniemy nie ten guziczek i program uciekł gdzieś, a syn nie ma czasu przyjechać. Zresztą jak przyjedzie, to znów powie zniecierpliwiony: ”Oj, mamo, to takie proste! TO jest od tunera a tu, patrz przywołujesz kanały, ten jest od HDMI….”
Po jakiemu to? Dziwimy się nie rozumiejąc ani słowa. „Jaka ona głupiutka już” – myśli syn.
Mama mi mówiła, że człowiek starzeje się od nóg. Zaczynają się problemy z kucaniem – coraz mniej lubimy kucać, potem stawy robią się sztywnawe, nawet gimnastyka nie pomaga, jak kiedyś. Pęcherz nawet reperowany – puszcza, z resztą też niewesoło. Kolejna sekcja pada, zacina się. Wątroba, trzustka, jelita. Lekarze udają, że coś na to poradzą ale wiedzą, że na starość leku nie ma. Dlatego jedni z nas biorą leki garściami myśląc, że to uratuje ich zepsute mechanizmy, a inni mają to gdzieś, czekając już tylko na odfrunięcie.
Często w nocy właśnie przychodzą takie myśli – „Umarłabym już. Nie rozumiem tego świata i nie chcę rozumieć” ale zaraz pojawia się taki żal, że ten może nienajlepszy ze spektakli będzie trwał dalej już… beze mnie?
I bywa, że to bardzo boli. Te myśli nie dają spać wdowom i wdowcom bo jednak, gdy obok jest ta ukochana osoba, jest jakoś lżej. Od lat znany zapach i ramię otulające nawet w półśnie, to antidotum na strachy. Jesteś lekiem na całe zło. Tak!
Dlatego będę jeszcze długo pielęgnować w sobie… dyskalkulię.
Chcę zapomnieć, że lata płyną, że tak naprawdę jeszcze trochę trzeba wycisnąć z tego życia, bo później lęk o ukochaną osobę i przyszłą samotność będzie coraz dotkliwszy.
Gdy nagle zostanę sama, przyleci (mam nadzieję) moja córka z Australii i w pudełeczku przywiezie mi coś w rodzaju biedronki (Latrodectus hasselti) z dłuższymi nieco nóżkami, których nie zauważę. Tak to sobie wymyśliłam, bo za nic na świecie nie chcę żyć bez Niego.
Po jakie licho wegetować bez miłości czekając na śmierć?
PS ...że smutny tekst?
Ano, bywają takie zamyślenia, przecież i Wy o tym myślicie, prawda?

10 komentarzy:

  1. Można by powiedzieć, że ja mam bardziej optymistycznie - moja druga cyferka to jeden.
    Nic jednak nie jest za piękne, bo moja pierwsza cyferka to sześć.
    Nad umykającym czasem zaczęłam się zastanawiać, już po ukończeniu trzydziestki, że teraz to tylko do czterdziestki będzie super a dalej, to już nie warto się nawet zastanawiać. Powiem tu, że tak było z każdą mijającą dekadą, jednak gdy wyskoczyła magiczna szósteczka, wtedy świat zaczął boleć. Bolał w kręgosłupie, bolał w nogach, głowie i pozostałych częściach.
    Wzięłam się więc w garść i zaczęłam naprawiać. Udaje się, ale jest tego zbyt dużo i na raz nie chca tego robić. Może uważają, że szkoda na mnie czasu, że to i tak końcówka. Ale nie poddam się, będę się uśmiechać, modnie ubierać - w tym wieku już wszystko wolno.
    Czy tak bardzo będzie żal umierać? - tłumaczę sobie, że wcześniej czy później wszystkich wytrują zatrutą żywnością. Nawet gdy sami będziemy chcieli sobie coś własnego zasiać, nie będzie możliwości zdrowego żywienia - zmodyfikują wszystkie nasiona. Tak więc, czego tu żałować? - nie wrócą te zdrowe lata, ani dla młodych ani dla nas staruszków.
    Pozdrawiam Małgosiu.

    OdpowiedzUsuń
  2. A ja tam bym chciała być niepełnosprawna - powiedziałam kiedyś dawno temu na warsztatach terapeutycznych.
    - Jak to? - Przestraszyła się prowadząca.
    - Tak to. Czy ktoś widział całkiem sprawną osiemdziesięcio czy dziewięćdziesięciolatkę. Na razie jestem (63 na karku) na etapie kucania, ale od dawna dostosowuję warunki mieszkaniowo bytowe do etapu kiedy problemem będzie podnoszenie stóp - polikwidowałam podczas remontu wszelkie progi, schylanie się - kazałam przenieść kontakty prądowe na taką wysokość, żeby nie trzeba było ich szukać ani kucać przy podłączaniu, sięganie wysoko - szafki kuchenne przewiesiłam na odpowiedniej dla mnie wysokości z zapasem, śpieszę się z układaniem chodniczka wzdłuż ścieżki w moim ogrodzie bo za rok będę starsza i będę mieć mniej siły na takie prace ii tak dalej i tak dalej. Ale gdyby się tak złożyło, że nie dane mi będzie wykorzystać tych ulepszeń, chociaż nic na to nie wskazuje, to tak sobie czasem myślę - żal by było, ale jako niepoprawna optymistka, biorąc z życia wszystko co mogę najlepszego w moich warunkach, nie zapominając o świecie Bożym i najbliższych - pożyłam sobie.

    OdpowiedzUsuń
  3. No się pocieszyłam. Mam młodszego od siebie męża. To on będzie wdowcem, a nie ja wdową. Zauważyłam, że lubię ostatnio słuchać wypowiedzi typu: Jak jedno z nas umrze, to wyprowadzę się do mniejszego mieszkania. Pozdrawiam, Ewa.
    /naplusie.blog.pl/

    OdpowiedzUsuń
  4. Droga Pani Małgorzato i Komentujące/Czytające Panie! Parę miesięcy temu przekroczyłam TEN próg. Już nie 50+, teraz już 60...
    W dniu urodzin napisałam maila do szkolnej przyjaciółki w Kanadzie: "Mam 60 lat i ani trochę nie czuję się stara!"
    I tak właśnie jest.
    Miałam wielkie szczęście spotkać w swoim życiu parę wspaniałych, bardzo, a nawet bardzo bardzo dojrzałych kobiet, które w czasach wczesnej mej młodości pokazały mi, ze starość, to nie "rok produkcji", a stan umysłu. Moja wspaniała Bunia, która odeszła w 91 roku życia! Mawiała, ze w życiu była "idealistką". Rozumiała przez to umiłowanie spraw, którym się poświęcała. Wpadała w nie "po uszy", oddając im siebie bez reszty. Mam to po Niej! :D Do końca mnóstwo i namiętnie czytywała, znakomicie zorientowana w polityce (a był to czas, gdy szło Nowe i to Nowe ją fascynowało), szlifująca swój francuski i angielski, grająca na ukochanym pianinie. Mieszkala do końca sama. Blisko nas, ale sama. Tak chciała. Nigdy nie zagasł w Jej oczach ten dziewczyński blask zainteresowania światem, ludźmi...
    Dobrze po siedemdziesiątce miała poważnego adoratora (tego słowa używała), ale stanowczo odrzuciła jego oświadczyny, każąc uszanować Jej wolę i powstrzymać się od rad i komentarzy. Chyba obie należymy do kobiet, które raz w życiu potrafiły kochać NAPRAWDĘ. Reszta...popłuczyny...darujmy to sobie!
    W 1920 roku walczyła na Litwie jako łączniczka. Potem była pod Kijowem. Słynny odwrót-ucieczka... Jej patriotyzm był najczystszej wody. I miał bardzo gorzki smak... Tylko mi o tym opowiedziała. Odznaczona Krzyżem Niepodległości z Mieczami.
    Była moją przyjaciółką i mentorką. Nigdy nie poddała się! Nawet w szpitalu, na krótko przed śmiercią, dumnie stawiała Kostusze czoła!
    A moja Mama, synowa Buni? Ma aktualnie...nie, nie zdradzę, bo zabiłaby mnie! Nie cierpi, gdy ktoś jej "wypomina" wiek.
    Mieszka sama. Ja, jedyna Jej córka, osiadłam przed ćwierćwieczem w Austrii. Nie musiałaby. Miała propozycje wspólnego zamieszkania, ale je odrzuciła. Wdowieństwo po siedemdziesiątce nie złamało Mamy, nie wtrąciło w przepastne obszary minionych dni (Rodzice przeżyli z sobą 51 lat), biadolenia, nadmiernej religijności. Spogląda do przodu. Jest ciekawa życia. Kocha przyrodę, długie, samotne spacery. Rokrocznie jeździ nad Bałtyk i gania wzdłuż brzegu kilometrami... Uparcie domaga się, bym wprowadziła ją w tajniki komputera. I planuje przeprowadzkę do miasta, w którym zdawała maturę, w którym nadal żyją jeszcze szkolne koleżanki... Podziwiam Mamę! Ani ociupinę stara! Śmierć? "Przyjdzie, czy będę o niej myślała, czy nie. To jedyny pewnik w tym zyciu." Śmieje się.
    A ja? Rozwiedziona nieładnie i niemądrze. Mieszkam sama i uwielbiam to! Mam sporo przyjaciół, mnóstwo planów. Maluję, zaczęłam wystawiać swoje prace, zaangażowałam się w psiolubną działalność, walczę z Wszechmocną Zielonością na moich 1,24 ha pod lasem (w czym dzielnie pomaga mi Mama).
    W dniu urodzin napisałam koleżance szkolnej z Kanady: " Jedyne, co mi nieco obraz przyszłości zaciemnia, to świadomość, ze nie zdążę zrealizować tego wszystkiego, co mam do zrobienia..."
    Jest w moim życiu facet. Ale, jak już wyżej wspomniałam, ja z tych, które tylko raz potrafią kochać NAPRAWDĘ.
    Mam psa, schroniskowicza. Zadbałam w miarę możliwości o jego przyszłość, gdyby mnie nagle zabrakło... Bo z taką możliiwością należy się liczyć, jasne.
    Ale rozdzierać szaty, zatruwać sobie dni rozmyślaniem o Nieuchronnym? Po co? Przyjdzie i tak.
    Jestem wnuczką swojej Buni, córką swojej Mamy. Nie dam się! :D
    Pozdrawiam i zachęcam Was do walki O SIEBIE!
    Joanna

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. oj jak miło się czytało. Siła kobiet bywa zaraźliwa na szczęście
      pozdrawiam
      Małgosia

      Usuń
  5. Człowiek ma tyle lat, ile jego dusza. To ona się starzeje... I komentarze powyżej doskonale to potwierdzają. Może nie powinnam w ogóle zabierać głosu, bom przecież 46-letnia dzierlatka, ale moje 60+ koleżanki jeżdżą po ... 200 km rowerem dziennie i mają się świetnie. Czyli i dla mnie jest nadzieja.

    OdpowiedzUsuń
  6. Nie chodzi o 200km, o samopoczucie na codzień, kursy tańca czy nauke japońskiego, a o realne zużycie tej wspaniałej aparatury jaką jest ciało. Świadomość zbliżania się go granicy, smutek, że poszczególne sekcje wysiadają, że Jego (Jej) już nie ma, o puste miejsce na kanapie, w łóżku, przy stole. Bezbrzezna tęsknota.
    O, to, że śiwat jest coraz bardziej niezrozumiały, obcy, trudny.
    Świetnie jest do pewnego momentu, później "świetnie!" jest dla przyjaciół, a nocą, gdy wszyskti koty czarne, bywa smutno. Tak po prostu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale samotność nie zależy od wieku. Wdową, wdowcem zostaje się nie tylko na starość... czasami nigdy się tej drugiej połowy nie znajduje.
      Będę się zatem upierać, że nie wiek fizyczny jest najważniejszy ,ale właśnie ów wiek duszy. Znam wielu młodych o bardzo starej duszy...

      Usuń
    2. Ja wiem, o czym Pani. Ale też wiem od wielu starych ludzi znakomicie sobie radzących na codzień, o nocnych smutkach, o lękach, o żalu na ciało które zawodzi o utajnionych cieniach i cierpieniu duszy o której mało komu się przyznają.
      I właśnie o tym napisałam.

      Usuń