sobota, 7 lutego 2015

Kastrowanie, czyli kim jest pesymista.

To suchar, ale mi tu pasuje:
pesymista to dobrze poinformowany optymista.

Muszę się Państwu objaśnić – jak to się kiedyś mawiało. Otóż wyraziłam swoje smętne zdanie o tym, czy państwo powinno dopłacać do biednych artystów po tym, jak się okazało, że pierwszy flecista filharmonii dorabia sobie na taksówce. Kiedyś, gdy byłam młodsza, pełna ideałów i wiary w dobrą stronę życia, powiedziałbym skwapliwie że oczywiście!
          Czemu więc już tego nie mówię?
Bo jestem wykastrowana z wiary w to, że kogokolwiek w rządzie w ogóle obchodzi kultura wyższa, jakaś tam filharmonia czy salony empik, które powinny być (bo kiedyś były) „świątynią książki” a nie rupieciarnią.

Roi się nielicznym NAM, że państwo powinno sprawować mecenat i w ten sposób „ukulturalniać” przestrzeń społeczną i nas - społeczeństwo.
Mniej i bardziej znajomi młodzi ludzie są z lekka wkurzeni i jednak pełni wiary w to, że MOŻNA (lepiej, mądrzej, sensowniej) ratować naszą kulturę.
Sądzą, że krytykując, domagając się i apelując, cokolwiek zyskają. Tym czasem mój nabyty realizm mówi mi, że te wszystkie emocjonalno-egzaltowane odwoływania się do rządu „że powinien, że jego rola…” etc., etc. to tylko wołanie kota na puszczy. Niestety.
(Slavoj ŽIŽEK: " Z drugiej strony, dobrze wiem, że rozwiązania XX wieku - socjalizm państwowy, socjaldemokratyczne państwo dobrobytu czy lokalna demokracja bezpośrednia - już nie działają.")

Od lat moje państwo to ring bokserski, brzydka nawalanka PO i PiS. W nielicznych antraktach zmęczony rząd próbuje jakoś porządzić. Armia urzędników zamiast ułatwić, utrudnia normalne życie ludzi, (bo urzędasy muszą się czymś wykazać), więc mnożą przepisy, zarządzenia i dokumenty powodujące, że np. ortopeda, zamiast składać kości, gros czasu poświęca na papiery, podobnie nauczyciele i reszta.
I w Polsce zamiast mieć jakieś nadwyżki budżetowe, bo przecież „krzywa rośnie” – ciągle kołdra za krótka…
Nadto też widzę i wiem, że frustracja, a za nią krytyka rzeczywistości nie idzie w parze z prostą wiedzą ekonomiczną, ze świadomością, że nie mamy państwa opiekuńczego i że wobec tego domaganie się żeby rząd DAŁ, jest z lekka mówiąc, naiwne.
Trza sobie zarobić...
Rząd da, jak komuś odbierze, bo własnej kasy (jak już to powtarzamy od dawna) nie posiada. Komu ma odebrać by rzucić na front ukulturalniania? Oto pytanie!
A komu da? Najsilniejszym, najgłośniejszym i najcwańszym. Takim, którzy żądania wytupią, wywrzeszczą, nie mając żadnych skrupułów.
Czy pisarze, filharmonicy, poeci i tancerze pójdą pod Sejm palić opony i drzeć się? No – nie… Nie pozwala im na to kultura i takt – czyli anachronizmy.
Wolałabym widywać naszych czołowych polityków w filharmoniach, na przedstawieniach Trelińskiego i Kudlicki, na premierze „Bogów, a nie tylko na licznych mszach "z okazji".

Ta świadomość sprawia, że czuję się kompletnie wykastrowana z optymizmu. Nadto też mam świadomość, że środowiska np. artystyczne są już tak podzielone, że się nie skrzykniemy, żeby stworzyć tzw. „ruch społeczny”. 
Jak podzielone? Ano zwyczajnie – pogardą. 
Piszący faceci gardzą piszącymi kobietami, nadal nawiązując w swoich erystycznych zapędach do „prozy dla kucharek” (że nie wspomnę „prozy menstruacyjnej”), pisarze obojga płci uważający się za „tych lepszych”, bo piszą „literaturę aspirującą” czy też „z wyższej półki” (?) pogardzają pisarzami parającymi się zwykłym obyczajem, czy romansami, a też pisarze (poeci) z prawej strony pogardzają tymi, którzy bardziej w centrum (oczywiście o polityce mówię) a i np. ci, którzy omijają empik szerokim łukiem, pogardzają tymi, którzy się w empikach sprzedają. Itp.
Dość żenujące, prawda, ale to realia właśnie, które sprawiły, że jestem smutną realistką, bo nie wierzę, że apele i żądania, by rząd zwrócił się TEŻ w stronę polskiej kultury, mają jakikolwiek sens. Pompuje się kolosalną kasę w durnowate programy rozrywkowe, a żadnego koncertu klasyki czy jazzu w TVP nie uświadczysz…
Dwa cytaty z prasy. Pan z Ministerstwa Kultury: Chciałbym jednak podkreślić, że nigdy w historii Polski nie było tak dużego budżetu na kulturę”.  No, brawo!
Komentator na forum:A złośliwi mówią, że panowie muzycy są zaskoczeni ogromnymi tłumami melomanów nałogowo oblegających każdego dnia kasy Filharmonii aby posłuchać muzyki”. I coś w tym jest! Dlatego, gdy tak patrzę na Wiedeń, Paryż, Londyn, Sydney i tamtejsze przybytki kultury, które ściągają tłumy, powiedziałam głośno, że sztuka, jak każde inne dobro, podlega prawom rynku. 
No, a u nas na rynku jakoś słabo idzie… Ale czy dotacje to zmienią?!
Edukacja, klasa średnia z wymaganiami i nawet niech będzie – snobizmami „na sztukę” są czynnikami, które powodują, że kultura „się opłaca”, czyli ludzie ją kupują. Chcą jej.
U nas, niestety wciąż znakomita większość pójdzie na mecz piłkarski Legii, a nie na koncert Morricone czy Argerich. Bo w mediach „mój premier piłkę kopie”, jego córka jest od life stylu, reszta polityków opluwa się z zapałem, a o czytaniu książek czy oklaskach dla Trelińskiego za debiut W MET nie słychać nic!

Dlatego pierwszy flecista Filharmonii Warszawskiej będzie musiał dorabiać jako taksówkarz, bo - jak powiedział Krzysztof Varga - (nasza słabość) to brak aspiracji kulturowych, a jedynie aspiracje rozrywkowe na najniższym poziomie. W Europie czytelnictwo rośnie wraz z bogaceniem się społeczeństwa. U nas społeczeństwo w ciągu ostatnich 20 lat się bogaciło. Ale im bardziej się bogaciło, tym bardziej spadało czytelnictwo. To pokazuje, że nasze aspiracje są zupełnie inne niż u reszty Europejczyków.”
Taka puenta… 

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza