wtorek, 2 lipca 2013

O tempora! – wołanie na puszczy pewnej najnormalniejszej na świecie młodej damy (!)

Godzina zero – wszyscy ubrani, uczesani, umyci i pełni animuszu (lekko tuszującego braki w światowym i rzadko trenowanym savoir vivrze) kroczymy ku drzwiom. Chwila na didaskalia: bankiet organizuje producent flagowego polskiego produktu eksportowego, na którego opakowaniu dumnie błyszczy orzeł biały i wizerunek pyzatego acz dumnego reprezentanta szlachty, ba – monarchii! Polskiej, żeby nie było. Klimat sam się narzuca? Otóż nie. Ku mojemu zdumieniu odkryłam, że moda na „industrial” wciąż radośnie panoszy się na salonach a najlepsze miejsce na bankiet w stylu wieczorowym to wielka hala z czerwonej cegły, koniecznie z elementami orurowania, blachy i innego typu surowego wykończenia. No dobra… Pracuje się w eventach więc się wie, że z lokalami odpowiedniego rozmiaru bywa ciężko. Niech będzie.

Stoimy zatem grzecznie w kolejce do Hali, albowiem na bramce ochroniarz i 2 hostessy skrupulatnie weryfikują nowoprzybyłych. Hmm…
Różne mamy pojęcia weryfikacji. Panie spinają nam nadgarstki plastikowymi bransoletami jak na koncercie Heineken Opener (bardzo eleganckie, bardzo )
Pan ochroniarz sprawdza obecność bransoletek u osób kursujących w tę i we w tę.  Obok nas co i rusz pojawia się przedstawicielstwo aktualnych celebrytów, tych znanych z Sukcesu i tych z Pudelka. Przedstawicielstwo przeróżne, na niektórych aż miło popatrzeć. Elegans z nutą ekstrawagancji no ale od tego są. Nagle pojawia się ten wiesz, co o nim gadałyśmy ostatnio. Ma na sobie bojówki, polo, czapkę z daszkiem i arafatkę. No ładnie, pomyślałam, ktośtu nie doczytał zaproszenia, ale będzie dym. Patrzę – przyznaję że z ironicznym uśmieszkiem na ochroniarza i ironiczny uśmieszek zastyga mi na wargach. Ochroniarz kłania się w pas bojówkom i szybciutko zapina na włochatym nadgarstku, nie skażonym spinkami czy choćby mankietem, VIPowską bransoletkę! No nie. Powariowali. Aż taki ten w bojówkach ważny? Jeeezu. No dobra.

Weszliśmy na salę. Szybki rzut oka wokół. Bojówek jeszcze kilkanaście par, mnogo t-shirtów, cała masa dżinsów. Smokingu żadnego. Co się do cholery dzieje? Nikt nie doczytał zaproszenia do końca? Nikt nie zauważył prośby o strój wieczorowy? Nie, ok, bądźmy sprawiedliwi – część zauważyła i było pięknie. Ale odsetek tych, którym daleko było do smokingu był tak duży, że żaden statystyk nie nazwie tego „w granicach błędu”. Nie będę już opisywać zachowania co poniektórych podczas wystąpienia sponsora, postaram się pominąć milczeniem nieudolne próby niektórych by pokazać jak bardzo nie rusza ich gwiazda Hollywood, i że oni wcale nie po to tu przyszli. Ale tych cholernych ciuchów przemilczeć nie mogę. Wróciłam do domu nabuzowana i zła. Po paru godzinach mnie olśniło. Znasz efekt owieczek wypuszczonych na pastwisko? Albo jak stoisz na przejściu dla pieszych, jest czerwone światło ale nagle jedna osoba się wyłamuje i przechodzi, a za nią kolejni no bo niby nie wolno ale skoro on przeszedł i nic się nie stało... NIKT NAS NIE PILNUJE! Cholerne bezstresowe wychowanie w wersji biznesowo-bankietowej! NIKT nie zwraca nam uwagi, nie poucza, nie przypomina o zobowiązaniach. Nikt nie wyciąga konsekwencji, nie dba o zasady i rygor. Nikt, nic. NIC!  I to zatacza coraz szersze niestety kręgi…

Weź na przykład takie wręczenie nagród branżowych. Tu jest luz – wystroić się nikt nie każe, nie obrączkują plastikiem. Wystarczy przyjść i się rozkoszować sukcesami swoimi i bliźnich. A gdzie tam. Dla moich kolegów i to za dużo restrykcji. Wręczenie nagród trwa jakąś godzinkę. Na scenę wchodzą poszczególni laureaci, ściskają dłoń wręczającym, kłaniają się, czasem ktoś coś powie. Publika siedzi i klaszcze. No… nie zawsze klaszcze bo dla niektórych to za duży wydatek energetyczny więc nie klaszczą wcale. Może to zawiść branżowa? Konkurencji klaskać nie będę? Hmm no chyba nie skoro własnym kolegom z biura klaskać też nie raczą. Mnie babcia nauczyła że jak ktoś się kłania a na scenie stoi to ty klaszczesz. To się nazywa „dowód uznania” lub „minimum szacunku” – wedle uznania. Całkiem to łatwe i niezbyt męczące – ot, trzy ruchy zbieżne zwróconych ku sobie dłoni. „Baśka przesadzasz” słyszę od koleżanki. No dobra, przesadzam. Posiedźmy więc na rozdaniu dalej, zobaczymy co się stanie. Wręczanie trwa już jakieś – o mamo! – 20 minut. W tym czasie jak widać około 50 osobom gwałtownie zachciało się siusiu, pić albo palić. Dość, że wyszli i nie powrócili. No to hajda! Pionierzy przetarli szlaki i nic się nie stało, znaczy można dać dyla nie? O, można! Patrzę i oczom nie wierzę jak sekunda po sekundzie z sali wysypują się kolejne osoby. Do zakończenia tej jakże długiej i męczącej ceremonii wytrzymało jakieś 30% może 40% Sali. Na litość Boską, jak oni wytrzymywali na dwugodzinnych wykładach z Historii Myśli Politycznej  na Uniwerku? No ale fakt – na uniwerku nie dają darmowej wódki i gratisów od sponsora za to można uzyskać brak zaliczenia. A tu – znów – NIE MA KONSEKWENCJI.

Przytoczyłabym tu jeszcze przykład eleganckiego koncertu charytatywnego. Również tu z trudem utrzymano uwagę słuchaczy, którzy jeszcze przed bisami poczęli nalot na szatnię „zanim się zrobi kolejka” przez co drobna i uprzejma organizatorka przemawiała do rzeki wychodzących pleców, zamiast miło zrelaksowanych usłyszaną muzyką filantropów. Szkoda papieru…
Wstyd mi za moich kolegów! Wstydzę się znajomych z branży, spoza niej, wstydzę się starszych ode mnie którzy udają moich rówieśników przysposabiając sobie ich najgorsze cechy. Żenują mnie „gwiazdy biznesu” dla których kładzenie nóg na tym samym stole na którym ktoś inny je właśnie lunch jest normą. Szlag mnie trafia że jestem utożsamiana z osobami które z braku powodów do buntu buntują się przeciwko czemukolwiek, a najczęściej kulturze osobistej. ZGŁASZAM SPRZECIW. Ja chcę do starszaków – chcę mówić „dzień dobry”, chcę otwierania drzwi przed osobą, którą szanujesz, chcę uważnego słuchania drugiego człowieka i odpowiedniej reakcji na to co ta osoba mówi lub robi. Chcę zasad! Chcę norm! Kultury, klasy! Chcę konsekwencji!
Może gdyby usłużny ochroniarz nie wpuścił Gwiazdora słowami „przykro mi, jest Pan ubrany niestosownie”, gdyby obsługa „wręczenia” zamknęła drzwi i wypuszczała osoby do toalet wyłącznie pojedynczo, może gdyby organizatorka koncertu odważyła się na słowa „Proszę Państwa proszę nie wychodzić – koncert się jeszcze nie skończył”. MOŻE udałoby się przywrócić jakiś ład i porządek. Może przypomnielibyśmy sobie, że nie wszystkie zasady są po to żeby je łamać – niektóre czynią życie ładniejszym, sprawniejszym, milszym, bardziej harmonijnym… Wystarczy chcieć.
Po co my się właściwie się buntujemy? Dla zasady? Bo jak ktoś przeszedł na czerwonym świetle to my też przejdziemy? Czy tylko ja uważam że ten masowy nonkonformizm jest strasznie konformistyczny?
Tak moja droga – było pokolenie buntu lat 80, było pokolenie gwiazdorzenia przełomu 90 i 2000 – zgłaszam się na starostę pokolenia pokory lat 2010+. No, dobra nie tak biblijnie – powiedzmy pokolenia kultury. Jacyś chętni?

No i teraz wisienka na torcie rodzicielko – cholerny paradoks mojej generacji! Idę na bankiet „RSVP – wieczorowo”, zaproszona z grona wybrańców by zasiąść w towarzystwie znanych i cenionych – i wchodzę na ten bankiet w trampkach i tank-topie witana uprzejmie przez usłużnego bramkarza bo jestem TĄ Panią X albo Z TEJ firmy X. Idę do klubu, gdzie płacę gotówką i to niemałą za to, że zapewnią mi rozrywkę, gdzie wydam jeszcze więcej gotówki na drinki i toaletę, przychodzę ubrana „luźno i wygodnie” bo tu wolno i chcę się wmieszać w tłum takich jak ja maluczkich – a wielce niemiły „Selekcjoner” (czemu na usta ciśnie
mi się „wykidajło”?) odmawia mi wstępu bo… mam białe sznurowadła…

Barbara Grabowska

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza