piątek, 25 stycznia 2013

Co komu do tego z kim śpię?



Jak nie ma o czym pisać, to zawsze jest temat dyżurny – geje i lesbijki.
Zazwyczaj ludzie zachowują się tak, jakby to była najnowsza mutacja świńskiej grypy, a to przecież fakt liczący sobie wiele, wiele lat i obserwowalny w naturze, jak najbardziej.
Z czego wynika to straszliwe larum, ta krucjata przeciwko gejom? Bo to jest krucjata przeciwko gejom, lesbijkom się odpuszcza.
Dzieje się tak, z powodu estetyki i tylko – cała reszta hałasu jest nadymana, tworzona w myśl zasady „straw man argument”, o którym pisałam.
Twarzy seksualności ludzkiej jest wiele i tak jak nie korzystam i nie korzystałam z „wolnego seksu” (w komunach hippisowskich czy prywatkach z orgietkami) tak i wiele osób o orientacji homoseksualnych nie korzysta z tajemniczych dark roomów. Są na świecie narkotyki i nie wszyscy ich używamy! Znani byli wielcy moralizatorzy, którzy w końcu spadali z piedestału, bo okazywało się, że po cichu korzystali z usług prostytutek.
Wracam do zwyczajnego uczucia, zwyczajnych ludzi ze skłonnością do tej samej płci. Bardzo często są to najnormalniejsze związki o charakterze związku ścisłego z wiernością, serdecznością i miłością w rolach głównych. Tak, z seksem też i tu dochodzimy do meritum.
Tych, którzy wściekają się i opluwają osoby homoseksualne zabija wyobraźnia, której się właściwie niepotrzebnie poddają. Tu wtrącę tekst, jaki wygłosiła moja znajoma, osoba stara i nader prosto formułujaca swoje opinie:
- Powiedz, Małgosiu jak to jest z tymi wiesz, homoseksualistami? Żeby tak… w kiszkę? Okropne!
- No a lesbijki? Nic o nich nie mówisz.
- Eeee tam, kobiety to się tam… pogłaszczą, pocałują. To nic takiego!
To jest samo sedno! Tym grzmiącym (zazwyczaj facetom) tyłek się kuli boleśnie na myśl o takim męskim seksie, (choć bywa że lubią z partnerką od tyłu…) więc grzmią z obrzydzenia i uważają to za coś STRASZNEGO!
Za tym też rozlewa się cała kałuża, ocean nienawiści do gejów! O lesbijkach ciszej, właściwie kompletnie nic.
Mnie zdumiewa fakt, że ci moralizatorzy w ogóle nie myślą o tym, co jest istotą każdego związku – O MIŁOŚCI. Często mocnej, głębokiej i ciepłej, wspierającej, twórczej, troskliwej. Wieloletniej (jak Tove Janson i jej partnerka do śmierci Tuulikki Pietilä i wielu innych ludzi) Kochają się, szanują wspierają, i to chyba jest istotą związku, to jest sto razy ważniejsze niż dyskredytowanie i skarlanie pojęcia o miłości homoseksualnej wyłącznie do… kiszki. To określa prymitywizm w osądzaniu i małość ludzi grzmiących i sekujących osoby kochające tak samo jak osoby homoseksualne. Przecież wiemy, że wśród heteroseksualnych związków są związki złe, niszczące i pomiatające partnerem. O nich pouczacze i moralizatorzy milczą, a czasem wręcz twierdza, że tak już musi być i to nie jest ich sprawa!
Mam nadzieję, że związki partnerskie (nie tylko homoseksualne) wreszcie zyskają konstytucyjne prawo do dziedziczenia, wspólnego rozliczania się, odwiedzin w szpitalu i bycia traktowanym z szacunkiem jako partner-partnerka pacjenta.
A co do adopcji… To w rodzinach heteroseksualnych dochodzi do zabójstw, molestowania, deprawacji i zaniedbań. Nawet w rodzinach zastępczych! Nie ma żadnych badań mówiących o tym, jak rodzina dwóch mam, albo dwóch tatków źle wpływa na dziecko. Chyba wolałabym taki dom pełen miłości niż dom dziecka z samotnością, brakiem miłości a czasem z deprawacją i gwałtami. To trudny temat i oddzielny. Jeśli w rodzinie jest miłość, wsparcie, czułość i szczęście – to nie powinno nikogo obchodzić jak rodzice realizują się seksualnie. Kropka.

http://tableau.cool-arts.com/Tableaux-anciens-de-maitre/Courbet-Gustave/Les-Dormeuses::5197.html

Piekny obraz - Śpiące (Les Dormeuses) , obraz olejny pędzla Gustave Courbet, rok 1866

Postscriptum


Partnerskie są również związki heteroseksualne!
Pary partnerskie pracują i płacą podatki, nie są jałowe! A bywa, że i małżeństwa hetero nie mają dzieci.
Jestem z moim partnerem w związku partnerskim. Nie prosimy o dofinansowanie, ale o godność, żeby móc się wspólnie rozliczać z fiskusem, żeby dziedziczyć po partnerze gdy umrze, żeby móc się informować w szpitalu o jego, czy moim stanie zdrowia. Nie z łaski jakiegoś urzędnika a jako pełnoprawni członkowie społeczeństwa. To nie jest wyłącznie katolickie społeczeństwo. Mieszkają tu różni ludzie. Są małżeństwa bezdzietne i osoby samotne - jakoś nie są nazywane „jałowymi”. A to właśnie do związków heteroseksualnych z patologiami - rodzice nie pracują, piją, biją, są na zasiłku a dzieci oddają do domów dziecka - państwo dopłaca! To tak na marginesie!
I jeśli w ustawach nie chodzi o to, kto z kim śpi to dlaczego ten właśnie argument sprawił, że posłanka Pawłowicz się aż tak rozhisteryzowała? Dlaczego aspekt seksualny, „estetyczny” jest głosem na NIE?


Znalezione w Necie::
1. Nie chodzi tylko o rozwiązania dla osób homoseksualnych. Związki partnerskie dotyczą również par heteroseksualnych
2. Żaden z projektów nie przewidywał prawa do adopcji dzieci dla par homoseksualnych, czego obawiały się środowiska prawicowe.
3. Projekty miały nadać ludziom żyjącym w związkach partnerskich absolutnie podstawowe prawa, np. do uzyskiwania informacji o stanie zdrowia partnera, czy dziedziczenia majątku, którego partnerzy wspólnie się dorobili.
4. Głosowanie nie dotyczyło przyjęcia ustawy, a jedynie skierowania jej do dalszych prac parlamentarnych i dyskusji w komisjach.
Jak dla mnie to skandal, to wykluczanie ludzi, którzy nikomu nic złego nie robią, poza margines społeczny, otwarty dla rzesz niegowdziwców, przestępców, obiboków, ojców nie płacących alimenty, a też znęcających się nad rodziną, pijaków, złodziei różnej maści niszczących cudze mienie. Oni są pod ochroną społeczną, bo są hetero i ślubowali w kościele. Co za hipokryzja!

czwartek, 24 stycznia 2013

Kukiełka z wosku i plotek, czyli argumentacja.



To jakby dalszy ciąg poprzedniego wpisu
Anglojęzyczni nazywają to „straw man argument” u nas określenie chocholi argument nie brzmi na tyle dobrze żeby się przyjąć. Ja to nazywam argument kukiełki. Często bardzo używany w erystyce.
To działa tak – bierze się na kieł postać, której nie lubimy. To nic, że się jej nie zna, że się nigdy z nią nie rozmawiało, nie ma się pojęcia kim jest. To może być ktoś znany albo osoba omawiana w poście czy w rozmowie.
Taką osobę zaczyna się lepić na swoje kopyto jak kukiełkę z wosku, żeby nadać jej kształty swoich wymysłów, swoich (wyssanych z palca albo z plotki) opinii, cech, które sami takiej osobie fundujemy, z własnych wyobrażeń.
Dokleja się jej krzywą twarz wąsy i szereg takich cech, których nie posiada, ale nadaje się jej, bo tak ją widzimy. Potem taką kukiełkę nakłuwa się osikowymi wykałaczkami, sekuje, wyklina i obśmiewa.
To bardzo już typowe w czytanych w necie (na FB) komentarzach albo własnych opiniach wieszanych na wallu, lub głoszonych publicznie, prywatnie.
Przeczytaliśmy coś gdzieś i myk już jest opinia! Że ta to skończona alkoholiczka i lafirynda, a ta, to badziewiara zapewne(!) w życiu nie trzymała patelni w łapach a wydaje książkę kucharską. Przeczytałam ostatnio, że w ogóle ci co piszą teraz książki kucharskie (fakt, sporo tego jest!), to w ogóle nie gotują ino po knajpach się żywią. Uśmiałam się, bo tak myślała o „bogatych” nasza dozorczyni jeszcze w PRL, prosta kobieta uważająca, że „jak bogaty to tylko po restauracjach źre.”. Że ten to skończony pajac, a tamten to kłamie w żywe oczy.
Tacy krytykanci wszystko wiedzą, sami są niepokalani, najmądrzejsi i kryształowi, nadto pouczają, perorują i dyktują, co i jak powinno wg nich być! Znają wszystkie tajemnice, od tajemnic alkowy po najnowsze fakty z życia – gotowi przysiąc, że prawdziwe! Oni nie czytają plotkarskich pism! Skąd wiedzą? Oj, tam! Wiedzą i już! Muszą sobie tych ludzi, których życie i sprawy tak łatwo komentują oblepić własnymi frustracjami, żółcią wklejoną w ten wosk i nakłuwać złym słowem, pomówieniem i plotką do żywego!
Z lekka dociśnięci do muru „Znasz go/ją?! Wiesz, na 100% że to prawda?!” – wiją się:
- …mówili w telewizji
- pokazywali w Super Expressie (inne do wyboru)
- było na pudelku, burdelku sraczku, kozaczku.
I argument ostateczny: wszyscy to mówią!
Poziom magla, prymitywu i żenady, ale to już wchodzi w krew! Truizmem jest mówić, że to chyba poprawia tym wszystkowiedzącym plotkarzom samopoczucie. Opluli znaną osobę, albo znajomego, który im podpadł, i czują się tacy dumni, odważni! A to najzwyklejsze plotkowanie, rzucanie oszczerstw i kłamanie na własne potrzeby. Ale, gdy zaczyna nas dotyczyć, wtedy larum, i awantura o potwarz obrazę uczuć etc.
Nie podoba mi się ten proceder traktowany coraz częściej jako część konwersacji, komentarza. Zamiast ad rem, uderzamy ad personam i już zaczyna się lepienie kukiełki na nasze potrzeby, żeby tylko udowodnić sobie i innym, że ja mam rację, żeby tylko zdyskredytować kogoś, o kim tak naprawdę nic nie wiemy! Ubieramy we własne domysły, jak kukiełkę w wosk, bo to jest wygodne. Tworzymy jakąś postać o koniecznie krzywym pysku, i walimy w nią z całych sił. Za to, że sławna, że zadowolona z siebie, za to, że się bezczelnie(!) uśmiecha, że zdobyła coś, że o niej głośno.
Z czasem te igły wchodzą w serca takich frustratów, pouczaczy i wszystkowiedzącychlepiej i oto jest jak w wierszu Jonasza Kofty okazuje się, że wyrośli tu nam starzy (i młodzi), wkurwieni, zgorzkniali i mających wszystkim, wszystko za złe.

niedziela, 20 stycznia 2013

Nie wiesz



Zastanawia mnie jak łatwo ulegamy maglowi, czyli ferujemy wyroki wobec ludzi, o których tak naprawdę nic nie wiemy.
Czytamy jakieś skąpe notatki i już oceniamy i to zazwyczaj bardzo ostro, zdecydowanie, jakbyśmy byli członkami Sądu Ostatecznego.
Żeby oceniać kogoś, jego związek, albo postępek, zachowanie, przypadki – trzeba znać jak najwięcej z okoliczności, tzw. background, ale nie z pierwszych stron tabloidów, a osobiście. Wtedy można z pewną ostrożnością wydawać osąd, ocenę. Choć wiele filozofów, mędrców ostrzega – Nie oceniaj! Sam też nie chcesz być oceniany.
Koleżanka po piórze Ania Fryczkowska zdobyła się na heroizm i udzieliła wywiadu o swojej tragedii, żeby śmierć jej syna choć po części komuś otworzyła oczy. Naświetliła zjawisko z pozycji nieżyjącego Stasia. Wiele innych osób też szczerze udziela wywiadów o swoich problemach, chorobach, pomyłkach, żeby stanowiło to jakiś powód do myślenia, zadumy, pytań, było rodzajem znaku drogowego dla nas: Uwaga ty też możesz!
Normalny człowiek pochyla głowę, czyta, myśli, zazwyczaj współczuje albo poprzestaje na zrozumieniu.
Komentatorzy internetowi w swej wielkiej niestety masie zachowują się butnie, rzucają odruchowo paskudne komentarze, oceniają, szydzą, wymądrzają się, udzielają światłych rad i cieszą się zapewne, że są tacy mądrzy! Nieomylni, uczciwi i przewidujący. Jakieś bóstwa czy jak?
Co gorsze obserwuję to u osób które jako tako znam, też popadli w tę manierę. Coś gdzieś przeczytali, usłyszeli i już wiedzą dokładnie co i jak, kto jest głupi jak but, kto popełnia straszliwe błędy, gdzie jest prawda, jak powinni postępować etc.
Zazwyczaj nie mamy bladego pojęcia, jaka jest prawda! Komu pismo, tabloid, szanująca się gazeta przyprawia wąsy, krzywy pysk, dorabia życiorys. Zdarzało mi się poznać wiele spraw, które początkowo czarne albo białe okazywały się tak bardzo wielowymiarowe, że żadna miałka i szybka ocena nie pasowała. Tak bywa zazwyczaj, ale mało komu chce się wejść w szczegóły, dowiedzieć się jaki jest rewers, drugi głos, podłoże, czasem tajemnica.
Kiedy znamy sprawę tylko jednej strony, nie znamy cieni, owego backgroundu. (to angielskie słowo ale dobrze oddające sens pojęcia: chodzi o tło, zaplecze, coś czego nie widać, okoliczności oboczne etc.), nasze oceny bywają zbyt powierzchowne, krzywdzące, szkalujące, niszczące. Czasem czytam podpisy komentatorów i czuję się jak na publicznym kamienowaniu.
Czesław Niemen: „…często jest, że ktoś słowem złym zabija tak, jak nożem”.
Warto o tym pamiętać oceniając zbyt pochopnie i zdecydowanie kogoś, o kim wiemy tylko tyle, ile nam rzucono w informacji. Czasami ostro przyprawionej domysłami albo wrednymi sugestiami.
Sami rozsądzajmy czy wszystko o sprawie wiemy? Wszystko? Jeżeli nie, nie osądzajmy. 

niedziela, 13 stycznia 2013

Dom szczęśliwej… czyli wishfull thinking.



To nie jest wyłącznie kwestia kasy, ale… jest.
Mam dzisiaj na myśli Domy Opieki Społecznej, których już sama nazwa powoduje u każdego z nas minę jakby nas bolały zęby przednie.
To nie jest fajny temat! Dlaczego? Ano wina jest w czterech punktach.
Po pierwsze od zawsze u nas (nie mieliśmy starożytności, w której starzy mędrcy byliby szanowani) stary oznaczało nieprzydatny, zbędny. (Jeśli szanowano starego króla czy szlachcica to tylko bogatego i to bardziej szanowano urząd niż samego człowieka). Gdzieś tam zbliżyliśmy się do starców, gdy pojawili się nam mistrzowie słowa, aktorstwa, ale nie na długo. Znów mamy czas, gdy młodzi szczają na pomniki – bluzgają na siwe głowy – a to na Szymborską, a to na Bartoszewskiego dodając sobie splendoru – jaki to jestem odważniak! Jak dla mnie tylko odważnik i nic więcej. A już starzy ludzie na ulicy, w tramwajach, – z drogi! Szokujące jak wiele było ataków młodych ludzi na hasło „ustąp miejsca starszemu”. Zapomniały głupie dzieciny, że ci starzy kiedyś podcierali im tyłki i łożyli na utrzymanie?
Po drugie starość jest nieestetyczna. I już nawet nie o samą ładność chodzi, ale o wieloletnie zaniedbania, które, niestety fundujemy sami sobie, olewamy problemy z prostatą i pęcherzem, więc bywa, że starzy ludzie… śmierdzą (gdy nie dbają wystarczająco o higienę), nie czyszczą protez i śmierdzi im z ust, nie dbają o fryzurę, ubranie. Bywa tak niestety. Zmarszczki i kłapiąca szczęka, ogólne zasmucenie sprawia, że człowiek stary odsuwa się od społeczeństwa ale podświadomie chcąc być w nim nadal zachowuje się jak odsunięty przez grupę …przedszkolak – tupie, przezywa i wścieka się, złości a w podtekście jest: zainteresujcie się mną!!!
Po trzecie – PIENIĄDZE. Niestety placówki opiekuńcze potrzebują pieniędzy. Trzeba zapłacić kucharkom, sprzątaczkom, pielęgniarkom, stworzyć starszym osobom, które są zmuszone (to dlaczego są zmuszone to osobny byłby felieton) do korzystania z takiej formy bytowania jakąś namiastkę domu. Więc i architektura takiej placówki powinna być dostosowana, przyjazna. Dla starszych par wspólny pokój z minikuchnią, dla obłożnie chorych pokój szpitalny, ale niekoniecznie biały z szarym linoleum.
Po czwarte i to jest ogromnie ważne – mentalność, morale opiekunów. Czyli uczciwość, serdeczność, zrozumienie, fachowość. Ja by stworzyła specjalne technika, czy licea o kierunku geriatria. Wielkim i nierozwiązalnym problemem w takich dzisiejszych domach opieki jest sprawa… ubrań. Zazwyczaj nikt sobie nie zawraca głowy tym, że oto są ubrania pani Lodzi. Wszystkie ciuchy są prane ogólnie i starych podopiecznych ubiera się w to, co jest czyste, ale niekoniecznie ich własne. To upokarza. Wieloosobowe pokoje bez choćby parawanu, czyli żadnej intymności i pokrzykiwanie, pospieszanie pensjonariuszy, bo obsłudze się spieszy. Nawet nie mówię o niecnych praktykach, bo to naganne i złe, ale i zwyczajne domy opieki nie umieją sobie wypracować humanitarnego stosunku do podopiecznych.
Daleko nam do amerykańskich domów opieki (nawet tych na średnim poziomie), w których osoby oddające swoją pensję, są obsługiwane godnie. Nie jesteśmy jeszcze na to gotowi? Za mało w nas człowieczeństwa?
No i służby dalsze, czyli sanepid, który owszem wymaga, ale czasem potrafi tak się doczepić do spraw nieistotnych, że właściciel zamyka placówkę z powodu braku jakiegoś duperelnego odkażacza w kuchni, czy czwartego zlewu.
Społeczeństwo się nam starzeje. Potrzeba będzie takich domów, bo niestety nie każda rodzina chce i radzi sobie ze starym człowiekiem. I dlatego akcja Jurka Owsiaka – kropla w morzu, jest warta naszych pieniędzy, bo nie wiemy jak to będzie z naszą starością.

rysunek A. Rost wg Van Gogha.
 



PS Oczywiście są świetnie prowadzone domy opieki, są świetne wnuczęta i troskliwe dzieci, jednak kiedy piszę ten tekst mam w oczach te wszystkie odcienie szarości i smutku jakie są jeszcze niestety zawarte w słowie: Dom Opieki. Niestety nie jest to dom, a czasem opieka w nim nieczuła, a problemów przybywa wraz ze starymi ludźmi dla których często brakuje serc i pieniędzy.
M.


sobota, 12 stycznia 2013

Tanio i kolorowo… czyli podaż i popyt



Miejscowy targ.
Poza zalewem chińskiego badziewka mam tu produkty z „domu i zagrody”. Trochę jabłek, (kupione wcześniej w Broniszach, bynajmniej nie z własnego sadu, bo sadów nikt tu, w okolicy nie ma), podobnie marchew i selery.
Kolejka jest do stoiska z łososiem, makrelą i pangą – rybą jak styropian, kompletnie pustą odżywczo. Ale jest bieluśka i taka ładna, oskórowana i wyfiletowana. Łatwa w obsłudze!
A gdzie jazie, szczupaki, czy zwykłe karasie w mokrych pokrzywach albo łopianie, w koszu z wikliny?
Wyrobów i przetworów własnych mało, czasem jakieś wędliny ukradkiem wędzone i sprzedawane bez zezwolenia sanepidu. Kto by przechodził taką drogę przez mękę? I tak by nie zezwolili. Szkoda gadać.
Zresztą gospodynie nie robią w domu już właściwie żadnych przetworów – wszystko mają z marketu, bo słoik słodkiej, zżelowanej wody z napisem „dżem” jest… tani. Rzadko kto z kupujących rozumie, że wyjątkowo tania szynka – dzisiaj tylko 2.99 za 100 gram, to zwykła cena 29.90 za kilogram. A wszelkie ceny poniżej, to już wyrób szynkopodobny z zapachów i proszków, masy tłuszczowej z dodatkiem wszelkich konserwantów. Fuj! W ogródkach wiejskich, bywają jeszcze jabłonie czy wiśnie sadzone ręką dziadków, dzisiaj zapuszczone, zaniedbane, ale nikt owoców nie zbiera, zwłaszcza jabłek. Jesienią gniją w trawie. Wnusio zje kiwi i bananka.
Rzemiosło nam umarło – próżno szukać struganych drewnianych łyżek – są za to z bambusa czy egzotycznego drewna robione w Wietnamie.Glinianych mis, garnków, też nie ma, mamy za to pięknie pakowane cienkie, chińskie filiżanki kiedyś rarytas królów, dzisiaj zalały już świat. Zamiast wiklinowych koszy, wiklinowych pojemników zabawek etc. (wikliny ci u na w bród) wszechobecny rakotwórczy plastik. Zamiast uprzęży ze skór, lejc, obróżek dla psów pasków do spodni – nic, bo komu potrzebne lejce i uprząż? A paski z plastiku obok, razem z resztą chińskiego towaru – miliardy zabawek dla dzieci z czegoś, czego nikt nie sprawdził, czy aby nieszkodliwe, okulary, które można kupić bez konsultacji z okulistą, dziwnie śmierdzące chemią puchate kapcie bajecznie tanie, ale nie wiem ile zawierają trujących substancji zabijających powoli, powodujących raka, alergie, bezpłodność i Bóg wie co jeszcze. Ale są tanie! Do tego kolorowe, więc ludzie chętnie kupują, bo drewno, wiklina, glina już takie kolorowe nie są.
Co mogę na koniec? Tylko tyle, że najbardziej mi żal:
Kolorowych jarmarków, blaszanych zegarków
Pierzastych kogucików, baloników na druciku
Motyli drewnianych, koników bujanych
Cukrowej waty i z piernika chaty

I naszych własnych rzemieślniczych wyrobów z polskiej gliny, drewna lipowego, skóry, wikliny, lnu, sitowia też mi żal. Ale to nigdy nie będzie tak tanie jak plastik z chińskiej sztancy, takie różowe i błyszczące.
Mam wrażenie, że Chiny traktują nas jak kiedyś europejscy żeglarze – naiwnych Afrykańczyków, rzucając nam lusterka i paciorki.
Dlatego lubię ten odradzający się powoli ruch nas, gospodyń domowych i naszych mężów, chwalących się własnoręcznie hodowanym zakwasem na chleb, sposobami wypiekania tego chleba. Lubię opowieści o przetworach, o zbudowanej w ogrodzie wędzarni, własnoręcznie zrobionej bajecznej nalewce, wiśniowym winie, a nawet bimberku z żyta i buraków.
Nie dajmy się!
Domowe, miejscowe, to zdrowe, łatwe, przyjemne i jaka satysfakcja! Lubię żegnać moich bliskich, kiedy wracają do siebie z moimi przetworami z lata.
Chleba tylko im nie daję. Synowa sama piecze.



 Targowisko gminne, fot. Maja Stasinowska, canna.pl/tuszyn/

niedziela, 6 stycznia 2013

Czarne



To się stało wczoraj. Siwy rozpakował stary gramofon. Taki jeszcze z poprzedniej epoki, a już stulecia z pewnością. Nie na korbę! Elektryczny, ale ta łapka, i okrągłe miejsce na czarną, winylową płytę zalatuje myszami! Jaki grat! A kiedyś człowiek się puszył, że sobie kupił nowy zastępując stareńkie pudełko z czasów króla Ćwieczka, no, z czasów wczesnej Karin Stanek – na pewno.
Wyjął też ze starej reklamówki płyty. Uchowały się!
- Zobacz, ta nie ma okładki, chyba się zniszczyła, czy co… Tę sam zrobiłem! No, zobacz! – nuka mnie żebym popatrzyła.
- Też mi coś! Mój tatko gromadzący muzykę klasyczną też miał ten problem i też z brystolu i taśmy klejącej robił okładki! A ze dwie, to skleił takim beżowym plastrem z apteki! I flamastrem na górze podpisał co tam jest za skarb. Okładki nowsze były mniej psujące się bo z lakierowanej tektury, porządnie klejone na zakład kopertowy. W takiej jest John Mayall, chyba jedyna uchowana z muzyka z lat młodzieńczych Siwego, bo już weszły taśmy! Reszta płyt jest po starej cioci. Siwy nastawia jedną i mowę mi odejmuje! Słyszę piękne rosyjskie romanse śpiewane łagodnie, szkolonym głosem, bez fałszu i zadyszki. Bajka! Nani Bregvadze gruzińska madonna piosenki pięknej śpiewa „Калиткy, czyli po naszemu „Furteczkę”. Co za spokój i czułość, co za głos.

Cały wieczór upłynął nam w dźwiękach starych piosenek z czarnych krążków. Nie da się tego opisać, to trzeba przeżyć. Kominek rozświetlał pokój, za oknem chłód i zima, przed nami aromatyczna herbata i domowa nalewka, i nostalgiczna wędrówka przez różne epoki i style naszego życia – znalazła się włoska, Milva, ruda piękność o silnym głosie. Jej „Little boy”, czyli mniej znany tytuł „Piccolo ragazzo” to mój czas podstawówki, śpiewałyśmy to dyndając na trzepaku. Rosyjską „Jarzębinę”, „W cichym sadzie” i inne – w szkolnym chórze. Co tu jeszcze mamy? Humperdincka i Mayalla posłuchamy kiedy indziej! Tak, zapominamy. Przytłacza nas nowe, a przecież w nowych próżno szukać tego, co w piosenkach sprzed lat – cudownej harmonii dźwięków, staranności wykonania, oddania nastroju pachącego sadu, zmierzchu i serca rwącego się kochać. Albo grać na nosie chłopakowi co serce złamał, odpływającemu marynarzowi… Milva i Dalida! Śpiewajcie, bo kiedy was słucham znów mam dziewięć, dwanaście, czternaście lat i to, co czuję teraz jest wielką siłą nostalgii
Wymieniać można jak z rękawa tych wykonawców którzy naznaczyli moje muzyczne gusta, Wasze gusta. Lista byłaby długa! I nie mają znaczenia granice, język, polityka. Piękno nie zna granic. Górnolotne? A, co mi tam – przecież to prawda. „Dzisiaj tak nikt nie śpiewa”? Eeee, też nieprawda. Jest piękna Gruzinka, Katie Melua, jest wspaniały głos Adele, są młodzi, czuli odbiorcy dzisiaj nastoletni i tak to się kręci w kółko, jak czarna płyta.