piątek, 9 maja 2014

We wtorek kaczka jeszcze żyła…

Przypomniało mi się opowiadanko Roberta Lamoureux pod tym tytułem.

Mam z naszymi kaczkami podobnie:
Rok temu zadomowiła się w pobliskich szuwarach kaczka. Wiem, że
zasiadła na jajkach, więc jej nie przeszkadzaliśmy.
Była płochliwa, zdarzało się jej wzlecieć dokądś, bo się przestraszyła
dźwięku czy kogoś, kto blisko przechodził. Taka była.
Mijały dni.
Kiedyś strasznie lało, tak strasznie, że widziałam jak się podniósł
poziom wody w tym jeziorku bajorku przy którym ją nienachlanie
(przysięgam!) obserwowałam.
Widząc potop poszłam do niej – kaczka sfrunęła na łąkę obok, a
gniazdo… miałam rację, całe w wodzie! Uklękłam, wyjęłam z wody jajka,
przyniosłam ściętą, suchą trawę spod kopczyka, uformowałam nowe
gniazdo, poukładałam te jej jajka i przysłoniłam gałęzią. Nie miałam
nadziei na to, że siądzie, ale… siadła! Skakałam z radości. Siwy się
śmiał – „Kanapki jej zanieś i gorącej herbaty”.
Deszcz przestał padać, a ona siedziała dzielnie. Było już tuż, tuż do
wylęgu gdy zajrzałam, a tam o, zgrozo!  Gniazdo puste! Ktoś zabrał
jajka, kaczka odfrunęła zapewne z pękniętym sercem – pomyślałam
romantycznie.
Jakiś pies? Jakaś inna zwierzyna? Żal kaczuchy, złość na drapieżnika –
no, żesz kurcze! To my tu wojujemy z powodzią, ratujemy jajka, ona
siedzi jak słup soli - nieruchomo, jak jakaś bohaterka, a jakieś
pazerne zwierzę bierze jajka jak swoje?! Kilka znaleźliśmy zakopanych
opodal w piasku, na grządce… Ki diabeł?! Głodny diabeł!

W tym roku kaczka zadomowiła się w cudownie sprytnym miejscu – bardzo
ukryte gniazdo przygotowałam jej w szuwarach, ze słomy, nakryte
gałęziami świerku. Cudne! I kaczka to sobie zagospodarowała i siadła,
owszem, na jajkach! Miała takie sprytne wyjście na jezioro, korytarz z
traw, maciupką, zakamuflowaną zatoczkę przed tym korytarzem, świetne!
Czasem ją obserwowałam, wieczorami albo świtem - szła coś zjeść.
Bywało, że jej zostawiałam rozmokły chleb w tej zatoczce. Zjadała!
Siwy się śmiał i pytał, czemu nie zupę albo klopsiki i czemu nie
położyłam jej tam parasolki i pampersów dla kacząt.
Wczoraj poszłam zobaczyć, bo już byłaby pora wylęgu - co się dzieje? A
tam… puste gniazdo ze skorupami (więc się chyba wylęgły?), dwa jajka
zimne – zmarzły, bo były na dnie, więc ciągneło im od spodu chyba… ale
przecież tyle tam słomy było! – biadoliłam. Nawet kartki nie
zostawiła: „Wylęgło się 6. Odchodzę, dzięksy za chleb. Pozdrawiam. K”.

Najpewniej jednak ktoś jej zeżarł miot. Smutne, ale taki jest świat
natury, drapieżniki mordują krwawo inne zwierzęta, bo są głodne i
muszą nakarmić swoje dzieci. C’est la vie.

*

Często spotykam rozczulające teksty o zwierzaczkach, a to o
szczęśliwych kurach, a to zdjęcia rozkosznych barabaszków kotka i
pieska na kanapie. No śliiiicznie, doprawdy, niu – niu, ale naturze to
nie występuje. W naturze zwierzęta są niemiłosierne, skupione na
sobie, bezwzględne dla napastnika, konkurenta czy osobnika słabszego.
Ewenementem jest w stadzie zatroszczenie się o osierocone małe,
zazwyczaj sierotę któremu drapieżnik zeżarł matkę odtrąca się i ono
ginie z głodu albo zjedzone przez kogoś. Konkurenta przegania się,
żeby siać wyłącznie swoje geny, a zapładnia tyle samic ile się da.
Samce mają kilka samic w stadzie!
Żaden mąż nie dba o żonę bo i związków mało – zazwyczaj u łabędzi czy
słoni, pingwinów… U innych pan po zapłodnieniu leci szukać innej żeby
ją zapłodnić, o samicę nie dba w ogóle, w wychowaniu potomstwa nie
uczestniczy, no u drapieżników młode przechodzą szkołę życia żeby
nauczyć się mordować czyli zdobywać jedzenie.
Osobniki chore i zdeformowane zagryza się lub całkowicie odtrąca – nie
ma miejsca na humanitaryzm, dzięki temu zresztą gatunki trwają latami,
tysiącami lat! Gdyby dawałyby wśród siebie miejsce dla chorych i
słabych członków stada – nie przetrwałyby. Takie są prawa natury!
Węże dość długo połykają upolowane zwierze, nie zawsze je zabijając
jadem, (dusiciele jadu nie posiadają) najczęściej kłami wpychają sobie
żywą żabę, kapibarę czy innego zwierza do jamy brzusznej. Zwierzak
jeszcze żyje w świadomości! Okrutne? Nnnooooo…
Wypieszczona moja jamniczka instynktownie rzuciła się w trawę, by tam
zagryźć ślicznego, małego zajączka. Zagryza żaby, szczeka na konie.
Jest wszak drapieżnikiem! Koty polują na słowiki, bo drapieżnikami są!
A już małpy bonobo, sieją zgorszenie bo cały czas się cieszą seksem.
Każdy każdemu „robi dobrze”, co chwila ktoś kogoś bzyka albo robi loda
czy szybką minetkę – ot tak, dla radości obopólnej. Bez ślubu!!!

***

Świat zwierzęcych instynktów i zachowań jest jednak różny od naszych,
a romantyczne uniesienia prowadzą nas często w uczuciowe „maliny”.
Antropomorfizujemy zwierzęta, bo tak nam wygodnie, fajnie jest myśleć,
że myślą jak my, ale tak nie jest. Czują radość (szczególnie to widać
u udomowionych np. psów), smutek, ale inaczej pojmują świat i żyją po
swojemu, egocentrycznie, brutalnie, z lękiem wpisanym na stałe w
instynkt.
Ludzie są jednak zupełnie inni od zwierząt biorąc z nich tylko to, co
chcą zobaczyć w romantycznych porywach antropomorfizacji. Lepsi? To
wielkie, filozoficzne pytanie.
Prawa natury są nieubłagane – silny zjada słabszego, w wyziębionych
jajkach zamierają ptasie płody, np. szczury czy papużki zagryzają
swoje młode gdy czują niebezpieczeństwo lub gdy pokarmu za mało,
(zwłaszcza w klatkach). Głodny jastrząb zjada kaczęta bo… jest głodny,
albo ma głodne dzieci w gnieździe, i tylko nie wiem czemu modliszka
zżera faceta po dobrym seksie.

Poantropomorfizuję sobie… może seks kiepski? ;-)

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza