wtorek, 11 czerwca 2013

Dancing żyje i ma się nieźle.

Warszawa.
Mili znajomi zaprosili nas na imieniny Wieśka. Lubimy go, więc pojechaliśmy, tym chętniej, że rzadko bywamy w mieście, zwłaszcza na imprezach knajpianych. Wiesiu (okolice 60) ułatwia życie Ani – żonie, żeby nie stała przy garach, nie sprzątała i w ogóle żeby czuła się gościem, więc zaprosił wszystkich bliskich znajomych do starej, warszawskiej restauracji Pod Retmanem.
Tu się czas zatrzymał. We wszystkich aspektach – kelnerzy, menu, wystrój i cała reszta. I dobrze, bo my – siwiejące głowy czujemy się tu jak w czasach młodości.
Okazało się że wiele obecnych tu par, czasem z imponującym, małżeńskim stażem, bywa tu nader często! Tu się świętuje święta różne – rocznice, urodziny, imieniny, sylwestry etc i to tak chętnie i często, że podobno taksówkarze warszawscy już ich znają i pytają „to, co? Pod Retmana dzisiaj?”.
I wcale drogo to nie wychodzi, towarzystwo średnio zamożne. Raz na jakiś czas stać ich na taki wieczór. Nie napiszę nic o jedzeniu, alkoholach i muzyce (na żywo). Spodobał mi się nastrój i towarzystwo. Lubią się, znają od dawna, wspominają kto z kim ile lat. Tańczą parami, nie dyskotekowe łamańce, ale po staroświecku – tango, walczyki, fokstroty. I my dajemy radę! Potem ja i On urwaliśmy się na spacer po Starówce. Dawno mnie tu nie było, a On był tu ostatni raz w 90 latach! Nie jest warszawiakiem.
Ciepły wieczór. Na Krakowskim masa ludzi! Spacerują, gadają, ktoś gra, ktoś śpiewa, inni puszczają w powietrze luminescencyjne zabaweczki rodem z Avataru. Wszystko byłoby takie fajne gdyby nie jakiś polityczny wiec pod Kolumną Zygmunta i głośne, z megafonów płynące: „…bo tam ZABITO nam prezydenta, i my jako naród nic z tym nie robimy!!!”. Czyli w podtekście – wypowiedzmy wojnę Rosji. Jasne!
Jakie to głupie i jakie beznadziejne miejsce do tych pohukiwań stale jednak dzielących nas jako Polaków! Zmiatamy stąd aby dalej.
Dochodzimy do Rynku. Trochę zmian widzę, ale sama Starówka stoi cierpliwie, ta sama już tyle lat! I gdyby nie nasz, warszawski upór i nienawistna w innych rejonach Polski akcja „Cały naród buduje swoją stolicę” (niestety wielu miastom polskim odebrano zapasy cegły i rozbierano na ten cel domy), Starówki by nie było… Dzisiejsi właściciele kamienic mają powód do tego, żeby dziękować ówczesnym władzom i determinacji przyjezdnych (nikt ich nie nazywał słoikami) i rodowitych warszawiaków, że Starówka stoi odbudowana z pietyzmem.
Restauracji w bród! Z lewa słychać tapera, z prawej czuć frytki, ludzie siedzą, jedzą, piją i rozmawiają. Jest fajnie. Idziemy trochę tropami Małżeństwa z Rozsądku. O, tu stał Olbrychski i Stępowski i sprzedawali obrazy, a tam na Kamiennych Schodkach, Andrzej marzył o rozbiciu Złej Bandy zagrażającej Joasi J.
Na Kanonii cicho, nie ma knajp i jest urokliwie. Taki nasz malusi, warszawski zakątek, a’la Złota Uliczka w Pradze. No oczywiście inny, nie ze Średniowiecza rodem, ale jak tam, wszystko tu małe.
I znów plac królewski z Zamkiem.
„Ostateczną decyzję o odbudowie stołecznego Zamku Królewskiego podjęło 19 stycznia 1971 roku Biuro Polityczne KC PZPR pod przewodnictwem nowego I sekretarza Edwarda Gierka. 26 stycznia zainaugurowano działalność Obywatelskiego Komitetu Odbudowy Zamku Królewskiego w Warszawie pod kierownictwem szefa stołecznego PZPR Józefa Kępy, ale wiceprzewodniczącym został zasłużony muzealnik prof. Stanisław Lorentz. Wykonanie robót zlecono Pracowni Konserwacji Zabytków, generalnym projektantem mianowano - prof. Bogusławskiego, a uprawnienia do zatwierdzania projektów otrzymała Komisja Architektoniczno-Konserwatorska prof. Zachwatowicza.(…) Pierwszym dyrektorem placówki został w 1980 prof. Aleksander Gieysztor. W tym samym roku Stare Miasto z Zamkiem Królewskim wpisano na Światową Listę Dziedzictwa UNESCO.”

Nie chce być inaczej! Ani Marsjanie ani krasnalki – Zamek odbudowaliśmy my, Polacy w czasach tzw. komuny i cieszmy się, że jest!
Zmykamy pod kościół św. Anny i idziemy w dół, do Mariensztatu. Koło barierki młody człowiek sika na trawnik, bardzo przeprasza wzdychając z wyraźną ulgą, i ja go rozgrzeszam, bo w Warszawie knajp po kokardę, pić piwo można wszędzie (niby zakaz jest a jednak wszędzie siedzą ludziska i piją nie tylko piwo. I natura jednak musi co przyjęte – oddać!) a publicznych kibelków jak na lekarstwo. Mimo wszystko w powietrzu czujemy zapach czarnego bzu. Kwitnie wokół. Ciekawe, powojenny? A ten kasztanowiec też? Chyba tak… po wojnie było tu totalne rumowisko z gruzów. „Kamień na kamieniu” – jak sobie Adolf życzył.
Na Mariensztacie są knajpki z ogródkami, a nad Wisłą, u stóp Starówki koło kolorowych fontann mnóstwo ludzi. Wisła odgrodzona tajemniczym parkanem. Co to będzie?
Przyjemny wieczór. Z lekka staroświecki, ale i my niemłodzi.
Warszawa nas nie zmęczyła. Jeszcze jutro ona, ale potem wracamy w całkiem inny, odległy krajobraz – do ciszy.


2 komentarze: