poniedziałek, 17 czerwca 2013

W bólach…



No, nie, nie o rwę kulszową mi chodzi ani ból zęba.
Odwołam się do kilku tematów pozornie ze sobą niepowiązanych, ale połączę je jedną klamrą słów profesora Hartmana. „nauka musi boleć”.
1 - Czytam oto mocny tekst, że jedna panna ugotowała się od środka, zażywając jakieś odchudzające (niedozwolone) tabletki, bo presja chudości pchnęła ją do tego.
No, cóż, głosy rozsądku widzą tu tylko ofiarę głupoty i lenistwa (choć wspomnieć też należy o cwanej podaży czarodziejskich leków na lenistwo). Panna mogłaby (ale jej się nie chce) zawziąć się i zmienić tryb życia, dietę i poprawić tym samym stan zdrowia i przy okazji urody.
Pominę wściekłym milczeniem presję debili od mody że „sukienka lepiej się układa na anorektycznej figurze w rozmiarze zero – czyli zero piersi, zero talii, zero pupy itp.). Presja jest tak silna że wiele kobiet z drżeniem serca dostrzega u siebie jakieś kobiece kształty i to powoduje już wielkie larum. Mądre ćwiczą, inaczej jedzą, sięgają po wiedzę z zakresu dietetyki. Głupie i leniwe chcą cudu – TABLETKI! I one, jak różdżka Harry’ego Pottera, mają sprawić ten cud.
Otóż nie. Odchudzanie – spalenie sadła musi boleć. Nie w sensie bólu fizycznego, ale musi to nieść za sobą wysiłek. Czasem bolesny i okazuje się że mniej bolesne jest zasuwanie na bieżni (aerobiku, joggingu siłowni), sapanie, zakwasy, męka jak cholera, wypacanie wiader potu, niż rezygnacja z fryt, smażeniny, coli i batoników. Wybór należy do nas!
2 – Larum! Czternasto – szesnastoletnie dzieci w Polsce często nie umieją czytać, a też czytać ze zrozumieniem. czytanie ich męczy, bazgrzą, nie potrafią się skupić i przysiąść nad nauką, lecą jak nartniki - po powierzchni oszukując samych siebie ściąganiem, odwalaniem wszystkiego byle jak, z wiecznym i infantylnym „a po, co mi to? Jest google”. Nauka musi boleć! I znów nie chodzi mi tu o ból główki, ani tyłka. Ból w przenośni – czyli cierpliwość i rzetelność której dzisiaj nikt już nie uczy. Wypracowanie efektu. Wywalono z programów nauczania kaligrafię jako coś jałowego. Szkoda, bo to wielka lekcja piękna, harmonii, cierpliwości właśnie. W Azji kaligraf zarabia spore pieniądze – bo jest mistrzem pięknej formy. „Po, co mi to skoro mam klawiaturę”? Bo to rozwija, drogie dziecko, twoje mięsnie paluszków, poprawia koncentrację i uczy, czym jest staranność. Szlus!
Nie ma już uczenia pamięciowego, bo „jałowe”, a potem licealiści płacą niezłe pieniądze za kursy mnemotechniki. W szkole jej nie ma!
WF? Nieeee, po licho dzieciak ma się męczyć? Śpiew czyli muzyka? Ktoś kiedyś z kretynów wymyślił, że to jałowe, w szkole lekcji muzyki już prawie nie ma. Wszelkie „dys….” Załatwiają sprawę – im więcej papierków mamusia wydrepcze u specjalistów tym lżejsze życie ma dziecko w szkole, bo już nic nie musi. Nauczyciele zamienili się w spycharko - ładowarki o mocnych silnikach i pchają bezwolne dzieciaki pozbawione wszelkiego wysiłku w imię „dys…”,  z klasy do klasy. Nie dziwne, że wielu młodych jest zmęczonych na samą myśl, że muszą dołożyć do jakiegoś egzaminu swój wysiłek. Może nauka we śnie? Może tabletki z matematyką, fizyką, chemią? Tabletki na WF i rysunki?
3 – Odwołam się też do… koncertu w Opolu.
I tu pasuje powiedzenie profesora Hartmana. Oto od lat mamy festiwale na poziomie banału, amatorszczyzny i zachwytu wykonawców samymi sobą. Zaśpiewałem zajebiście! Kubie się spodobało – jestem wielki! Przecież tak głośno krzyczę, nawet nie fałszuję! Sam (niestety) napisałem słowa! Czyli jestem super! Od lat na deskach festiwali i innych wylęgarni, króluje jedna, muzyczna sztanca. Słowa zazwyczaj butne że „już nie kocham cię”, (albo kocham, dla zmyłki) wykrzyczane przez skąpo ubrane panie paradujące po scenie z okrzykami „Heeeej! Dobrze się bawicie?”. Banalne, kiepskie muzycznie kawałki spływają jak woda w kiblu rok, za rokiem i żadna nam się na uszach ostatnio nie zatrzymała. Czemu?
Zacytuję wczorajsze słowa Włodzimierza Korcza: „Teraz się przeboje produkuje, a kiedyś się komponowało”. Żeby skomponować Prześliczną Wiolonczelistkę, czy mnóstwo innych dawnych przebojów które dzisiaj nuci prawie każdy ze średniego pokolenia, trzeba było rzetelnie nauczyć się muzyki, zostać kompozytorem. Żeby napisać dobry tekst – być erudytą i mieć opanowany język polski w sposób doskonały. (Choć i wpadki się zdarzały „ Dziś już nie wiem, żebyś kiedyś mnie całował” ). Dzisiaj każdy sobie sam pisze słowa i muzykę, bo wtedy nie musi się dzielić tantiemami z tekściarzem i kompozytorem. (tekściarz to POETA, tyle że piszący do muzyki). Stąd nie można liczyć na radosne olśnienia które towarzyszyły nam gdy po raz pierwszy usłyszeliśmy słynnego Kochasia który odszedł, Trzynastego, Sen o Warszawie, Madonny i Tomaszów, Eurydyki, Na całych Mazurach Ty, Piosenką o poranku, Cichosza i mnóstwo innych – nie sztampowych, wymyślonych skomponowanych i wykonanych rzetelnie. Wypracowanych! Wczorajszy sukces Opola – 50 daje dowód na to, jak bardzo stare (niby ramotowate, niby niemodne, etc) broni się wysokiej klasy profesjonalizmem, że do mikrofonu nie trzeba krzyczeć, nie potrzeba się rozbierać. Ostatnie lata to już era bikini, radosnej golizny na scenie, żeby epatować brzuchem, piersiami, kusymi majtkami zamiast głosem, interpretacją, talentem? (Natalia Kukulska w pięknej sukni zakrywającej ją całą zaśpiewała pięknie, z klasą.)
A nasi Starzy Mistrzowie śpiewający z dobrze ustawioną orkiestrą nie potrzebują odsłuchu i śpiewają mocno, pięknie, czysto. Wypracowali to.
„Opole Kocham Cię”, pokazało, jaka jest różnica miedzy prawdziwym profesjonalizmem, a festyniarstwem, między produkcją piosenek a ich komponowaniem, między pisaniem poezji „Tu cichosza tam cicho szaro brudno i zima nie ma Słowackiego i nie ma Tuwima”, a „Nigdy nie pomyślałam że mnie spotka miłość którą kochać chcę tego któremu zabroniona ja i on mi też.”
Że można śpiewać piano, że gwiazdorstwo kiedyś było okupione nauką, pracą, ćwiczeniami, doskonaleniem utworu. Nagrodą był Słowik, miejsce na liście przebojów,  a nade wszystko załogowanie się na stałe w naszych głowach.

Na koniec podaję linka do jednej z najpiękniejszych piosenek o miłości. Autor Adam Kreczmar poszedł po natchnienie do… Jana Czarnolasu. Wyszło niebanalnie, pięknie. Mało dzisiaj takich, a szkoda.

 

2 komentarze:

  1. Z dzisiejszymi "gwiazdkami" i ich produkcjami jest jak z tandetą w sklepie. Kolorowe byle co, jak tam, gdzie wszystko po 4 złote, na 4 minuty życia i zapamiętania. Polskie media komercyjne się temu przysłuzyły. Wszystko sformatowane do 4 minut banału, bylejakości i pozornej przebojowości. A potem wszystko brzmi jak z jednej maszyny do produkcji dziwnych dźwięków, a najdziwniejszym z nich okazuje się głosik na koncercie na żywo:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Pani Małgorzato, w pełni zgadzam się z pani zdaniem na temat współczesnych piosenek i ich wykonawców "gwiazdami" nazywanych przez nasze media (niestety). Moja córka jest osłuchana z utworami lat 60, 70 i 80, jednak, gdy usłyszała te utwory w Opolu, była zaskoczona i stwierdziła "czemu dzisiaj takich piosenek nie tworzą, one są świetne". Było mi niezmiernie miło, że 18-latka potrafiła, to docenić. Prawdziwy artysta śpiewa na żywo i to właśnie różni dawnych artystów od najczęściej śpiewających z playbeck obecnych naszych "gwiazd" (na szczęście nie wszystkich, ale o nich mało się mówi w mediach, oni reklamują się sami własną sztuką). Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń