poniedziałek, 14 października 2013

Alice Munro, czyli czemu mnie to cieszy.



Dla jednych zdumienie, dla innych zaskoczenie, jedni sa na tak inni na ostrożne, dyskusyjne nie, "no bo jak to tak?".
 Może to być dowód na to, że kapituła jest podobnego zdania co ja (przyczepiło się ... do okrętu), że może dość już dziwnych i politycznie uzasadnionych tytułów, że kraje azjatyckie są już dostrzeżone i nagrodzone, więc może pora na Kanadę? Od lat czeka w kolejce.
A może to sygnał, żeby wrócić do najzwyklejszej, klasycznej literatury? Alice Munro jest prozatorką jak wzór metra z Sevre. Staroświecki typ narracji, dobre, pełne opisy, nienachalne dialogi, jeśli jakieś dramaty i tragedie (jak to w życiu) to wplecione dyskretnie, i jakby w drugim planie, (a nie jak u nas - w pierwszym solo i saute), bo dramat i tragedia to nieodłączna część naszego życia i tak właśnie się w nim często objawiają, z boku a i tak są przez nas przeżywane. Niebanalne fabuły i niejednoznaczne, czasem dziwne, jakby przerwane w pół zakończenia. Żadnych eksperymentów, efektownych wolt  i kontrowersyjnej tematyki.
Może to właśnie doceniono? Zwyczajność, znakomity obraz społeczeństwa, miast i miasteczek, klimat życia, sposób myślenia, obyczaje. Widzę w Niej znakomitą, pogłębiona, ciekawszą i taką bardziej „dla dorosłych” spadkobierczynię Lucy Moud Monomery, a obrazki z życia Kanady na przestrzeni kilkudziesięciu lat są ciekawe i niesztampowe.
Nie ma tu słodu, i kiczu, modnego dzisiaj Glamour, „roztrzepanej trzydziestolatki w sieci przezabawnych peregrynacji miłosnych”, ani też ekstremy krzywej Gaussa – mrocznych tragedii spływających krwią niewinnych ofiar, martyrologii i politycznie uzasadnionego (no bo współczesna proza żeby się liczyła MUSI podobno poruszać jakieś społeczno – polityczne kwestie!) feminizmu. A bohaterki Alice Munro są bardzo różne – wyzwolone i nie, młode i stare, ładne i brzydkie nade wszystko są jakieś. I mężczyźni też, ani łamagi ani agenci 07.
Ktoś już z emfazą napisał, że ona jest mistrzynią krótkiej formy (zgoda), i że jednym zdaniem określa swoich bohaterów i już wszystko o nich wiemy! Nieprawda. Stosuje zwyczajny zabieg - opis bezpośredni i pośredni, i dzięki temu poznajemy bohaterów powoli, czasem zmieniając o nich zdanie. To przyznam, lubię!
Mnie ten Nobel nie dziwi. Ba! Cieszy! Jak dla mnie, to powrót do zwyczajności , bo jest wielu takich jak ja konsumentów sztuki, których eksperymenty już męczą. Nie da się dzień w dzień jechać na kuchni fusion czy molekularnej, cukierki i batoniki to też nie moja bajka. Czytelnik, widz, potrzebuje sycącego posiłku i czasami najzwyczajniejszy, domowy obiad smakuje wybornie!

niedziela, 13 października 2013

Chochoł, czyli rozmówki w Necie.

Używam czasem angielskiego zwrotu: straw – man argument, czyli „chocholi argument”. W tłumaczeniu niebezpośrednim, to zwyczajne nasze „wciskanie dziecka do brzucha” (taki idiom). Częste bardzo w komentarzach w Necie, czyli niedoczytanie tekstu prawidłowo, czytanie już z (zazwyczaj) negatywnym nastawieniem, żeby jak najprędzej walnąć swoje, które ma w zamiarze powalenie autora tekstu jednym kopem.
Bardzo częstym zabiegiem jest budowanie komentarza z nieistniejących w tekście tez, (straw – man agument odnoszenie się do własnych projekcji) albo tez wykoślawionych przez komentującego – tylko po, to żeby móc walnąć swój ostry i depczący autora komentarz. Do tego jeszcze ulubiona broń niektórych komentatorów – wycieczki ad personam, jakieś sugestie w stylu a „ty jesteś gruba, brzydka, i nie masz męża”. W zamiarze – cios w podbrzusze i powalenie na glebę.
Żałosnym i częstym zabiegiem jest też skakanie po skrajnościach. Dość typowe u nastolatków, żenujące u dorosłych a zdawałoby się myślących ludzi. Np. Na mój żal, że współczesne media zalewają nam dramatami, łzami i smutkiem, komentator (specjalista od wywalania wszystkiego w kosmos) pisze z jawną agresją: „no, to się przełącz na Disney Channel!” „Jedz watę cukrową” itp. Nie ma na to odpowiedzi, bo z rozemocjonowanymi agresorami nie ma dyskusji.
Także udawanie troski, czyli argumenty w stylu „a w Ameryce biją Murzynów”, „domagasz się piękna w literaturze, a Syryjczycy (Żydzi, Palestyńczycy, etc, etc) cierpią z powodu wojny” zwala z nóg jak nieświeże powietrze. To też jest rodzaj straw man argument czyli demagogia i walenie na oślep argumentami nie z tej bajki
Hejterstwo to nic innego jak pogłębiona o totalne chamstwo metoda opisana przez Schopenhauera:
– Wyprowadzić przeciwnika dyskusji z równowagi (przez bezczelne zachowanie względem niego), gdyż zdenerwowany nie będzie w stanie wszystkiego przemyśleć i dopilnować. Przykład: „ swoim minimóżdzkiem nie jesteś w stanie ogarnąć…”. Czy też zgrabne: „Pani twórczość nadaje się co najwyżej do zamkowej toalety, by umilać damom defekację.” – merytoryczne i eleganckie, doprawdy! Albo pod zdjęciem faktycznie pięknej aktorki: „Ta baba ma być ładna? Ma wykręcone giczoły i pryszcze i jeszcze włosy jak mietła, a sukienka – tylko do pasania krów!”. Znamy? Znaaaamy!
Czasami faktycznie autor uprasza o przeczytanie tekstu źródłowego raz jeszcze – gdy komentator ewidentnie błądzi, ale to też bywa tani chwyt niby grzecznych respondentów: „czytaj ze zrozumieniem!”. To bywa obraźliwie, zwłaszcza wtedy, gdy faktycznie trzymamy się tematu ale mamy inne zdanie. Ale bywa że nie… Wtedy owa porada ma swoje uzasadnienie, bo sami czasem na własne potrzeby tworzymy owego chochoła nieświadomie, dywagujemy odchodząc od tematu czując, że tu, na nowym gruncie będzie lepiej. (czyli dywersja – odskakiwane na zupełnie innych teren tematyczny i wprowadzanie nowego wątku, z którym poradzimy sobie lepiej).
Grzechem też jest kompletna niechęć do podpisania „protokołu rozbieżności” – gdy ma się różne zdania na jakiś temat. Zarzucanie autorowi tekstu, że nie powinien się wypowiadać, zwłaszcza gdy atakujący ma inne zdanie.
Typowy przykład to jakieś teksty o prezydencie miasta, o szóstoklasistach, o czymkolwiek, co akurat dzisiaj budzi fale kontrowersji. Nawet wśród bliskich znajomych, jak się ma inne zdanie – jest się narażonym na takie właśnie zabiegi w dyskusji, jak jechanie ad personam, demagogia, czy skakanie po ekstremach dla skontrowania rozmówcy za wszelką cenę o nie przyznania mu prawa do własnego zdania.
O, tak... A jak jeszcze komentatorzy nie znają prawdy (nie zadali sobie trudu i nie sprawdzili u źródeł) i szermują domysłami jako faktami to już się robi nieśmiesznie. Jak wtedy, gdy ludziska utożsamiają np. moją książkę z serialem i zarzucają mi jego płytkość i „mydełko”. Trzeba się było pofatygować i poczytać – z serialem wzięłam swego czasu rozwód i wycofałam nazwisko, skoro była to „radosna twórczość osób”(którym PR – u robić nie zamierzam). Cóż TVP – kolos i monopolista ma wielka siłę, a ja z wiatrakami walczyć nie umiałam, nie chciałam. W końcu film się wielu podobał, więc o, co drzeć szaty?
I tylko jedna osoba, znana i poważana, przeprosiła mnie za tę niezręczność – gdy skrytykowała serial i przypisała mi tę krytykę jako autorce… scenariusza. Można!
Kłania się Schopenhauer jako żywo!
W swojej pracy o erystyce, przytacza swoje znane pesymistyczne argumenty co do ludzkiej natury – ludzie są z natury źli, nieuczciwi, próżni i gadatliwi. 
Hmmm, smutne ale nie pozbawione prawdy!
Dużo się nauczyłam na Fb. Tak dużo, że śmiem twierdzić, iż w szkole na języku polskim powinna być jakaś część o prowadzeniu rozmów w sieci ze szczególnym uwzględnieniem zasad normalnej dyskusji. A termin: trollowanie, dywagacja (czyli odbieganie od tematu, nie mylić z dygresją, czyli celowym odskoczeniem od tematu żeby zilustrować sam temat) i stworzenie chochoła (straw man argument), i nade wszystko praca samego Schopenhauera (powiedzmy w liceum) – powinny być tematem klasówek.
Może byłoby sensowniej w sieci, mniej napaści, chamstwa a więcej dyskusji na temat?


poniedziałek, 7 października 2013

Nagrody za ciemne okulary



„Według Joanny Bator - pisał Przemysław Czapliński - współczesna Polska daje się opowiedzieć tylko jako horror”. Groza powieściowa jako odpowiedź na grozę, którą mamy na wyciągnięcie ręki? Trudno z tą wizją polemizować, nazbyt ona autorska, a kto wie, czy nie obsesyjna.

Ale to nie koniec złych wiadomości - pociechy czy nadziei na zbawienie świata praktycznie nie ma tu żadnej. Siły reprezentujące dobro i sprawiedliwość są przecież zbyt wątłe
.  - wyborcza.pl



Nagrody za ciemne okulary

Nie jestem zawodowym krytykiem, krytyczką (jak kto woli, mnie męskie słowo w odniesieniu do mnie – kobiety nie przeszkadza), pisze to żeby uprzedzić, iż zabieram głos jako zwykła czytelniczka, osoba półprywatna, bo całkiem prywatna to ja tu nie jestem. Wiem.
Głupio mi wypowiadać się na temat twórczości literackiej osób, z którymi jestem w jednej grupie zawodowej, ale nagrody literackie są jednak inne niż nagrody za nowatorskie rozwiązania techniczne czy wdrapanie się na szklany budynek. Są niewymierne bo o sympatiach czytelniczych decydują gusty, wykształcenie, poziom i rodzaj potrzeb wobec literatury.
Przeczytałam streszczenia – opisy książek nominowanych do nagrody Nike i włos mi się zjeżył. Nominuje się i nagradza zazwyczaj książki bardzo określonego koloru i od kilku lat to kolor… szaroczarny. Odnoszę wrażenie, że wystarczy usiąść i skroplić najciemniejsze emocje w treść reportażu, powieści, opowiadania w sposób poprawny gramatycznie, dodać ciut polotu, i już zyskać akceptację jurorów. Gwałcenie dzieci, kobiet, bicie i znęcanie się, grzebanie w najciemniejszych zakamarkach zboczeń i ludzkich dramatów ma moc poruszająca – i z tego żyją media. Obrzucają nas codziennie niemal, taka dawką tego ludzkiego szlamu, że ja np. mam już odruch totalnej niechęci gdy odpalam radio, telewizję. Prasa brukowa sięga dna od dawna. I stąd moje zdziwienie, że i jurorzy dali się wciągnąć w tę najprostszą metodę poruszenia publiczności. Rzucimy im jakieś ofiary, niewinne, bezbronne, biedne i skołatane dusze, jakiś ludzi nieporadnych życiowo choć wrażliwych może ale zadeptanych przez prostaków, popaprańców czyniących coś idiotycznego albo… nudnego, i już jest recepta na wiekopomne dzieło!
Od kilku lat nagrody są przyznawane niemal wyłącznie za rzeczy mroczne, smutne, depresyjne, za bohaterów ułomnych, zgnojonych tak, że nic tylko wyć. Po takich lekturach to właśnie nic tylko iść do pobliskiego GS–u, kupić sznur i obwiesić się skoro to życie jest takie zasrane! Oczywiście jako ktoś, kto zajmuje się pisaniem, wiem, że z „…żyli długo i szczęśliwie” nie uczyni się nominanta do nagrody, że powieść, opowiadanie, powinno wciągnąć, malować w jaźni barwne obrazy ale… obawiam się, że ktoś kto pisze o tym, że może być pięknie, dobrze, mądrze, serdecznie, ciepło, (oczywiście w życiowej przeplotce z dramatem dużym, małym, z tragedia czy choćby problemem) popełnia grzech współczesny, bo krytycy z mety napiszą, że to oderwane od życia, wysłodzone i zacukrzone. Biedni oni! Mam wrażenie jakby krytycy i jurorzy byli Dementorami (to z Harry’ego Pottera) ludźmi z ustawiczną depresją, biczownikami ożywającymi wyłącznie wtedy, gdy czują ból. Każdy promień słońca, dobra i piękna razi ich i drażni. Godzą się na piękny język, ale ów język może tylko opisywać zło, Wielkie Zło i wtedy jest super! Jak licealiści – bo wtedy, w latach młodzieńczych rodzi się prawdziwa fascynacja złem, Zaczytywałam się jako „nastka” (jak dziś pamiętam) Krzysztoniem, Dostojewskim i brałam udział w dyskusjach o tym jak ZŁY jest świat, mając ciepły domek, kochających rodziców i wieczorami marzyłam o romantycznej miłości.
Dzisiaj jestem dojrzałą chryzantemą (azjatyckie określenie dojrzałych kobiet, które jeszcze żyją pełnia życia) i wiem jak bardzo wielobarwne jest życie i jak wiele z jego barw zależy od nas samych. Dlatego nie fascynuje mnie już ZŁO samo w sobie, bardziej urzeka dobro, stale zachwyca piękno i dziwi fakt, że stało się (i dobro i piękno i harmonia) takie… demode! Żeby nie było – skrajności czyli telewizyjno-serialowa wata cukrowa, totalnie mdli. I wiem, że wiersze Gałczyńskiego, Asnyka, Tuwima, pełne piękna, zachłystu miłosnego i uroku – nie dostałyby dzisiaj ani jednego słowa poparcia! Muzyka Szopena, Czajkowskiego, Szostakowicza jest dzisiaj zepchnięta do rezerwatu amatorów klasyki, a w mediach króluje hałas, wrzask, ryk i żaden koncert nie obejdzie się bez miliona kilowatów. Nagłośnienie wygląda jak statek o wyporności tysięcy ton. Unplugged? Piosenki aktorskie? Dla garstki amatorów ze zdrowym słuchem, dla lubiących  intymnie, serdecznie, larghetto i con amore. Znów w tym roku dostaniemy porcję nagród dla tych ludzi którzy patrzą na świat w bardzo ciemnych okularach i znów krytycy będą zapłakiwać się, że to nasze okropne społeczeństwo nie chce czytać o kolejnych gwałtach, nieszczęściu, łzach szarości i beznadziei.
Nie, nie noszę różowych okularów. Wiem, dostatecznie dużo z ekranów TV i z gazet ścieka owych łez, spermy i krwi – za którą płacą naczelni, ale i wiem, i widzę, że nadal jest piękno, kolory, ciepło, radość i szczęście. Kopciuchy niemedialne.

sobota, 21 września 2013

Kocham Cię życie.

Nareszcie jest z nami. Dał się namówić i Siwy przywiózł go.
I jestem z nimi.
Tatko Siwego ma 90 lat. Odejście (nigdy nie mówi śmierć) żony załamała Go ale nie zabiła, On nadal żyje bo ma fantastycznie opiekujące się nim wnuki i córkę w swojej miejscowości. Siwy daleko, więc ze starszym widywali się sporadycznie. Nie było sprzyjających okoliczności, nieważne.
Teraz nareszcie są ze sobą niespiesznie, serdecznie, blisko.
Chodzą na spacery, robią razem zakupy, wspominają gadają, gadają…
Ja jestem potrzebna jako kucharka i „otoczka cieplna” i staram się być za kulisami. To jest ich bycie razem – moje występy niepotrzebne.
Z radością pitraszę, i gdzieś się tam pałętam, a oni wreszcie z pełną świadomością i zapasem czasu – rozmawiają.
Wczoraj na przykład, Siwy z Tatą rysowali i spisywali najdokładniej jak się da, drzewo genealogiczne. Jakie to ciekawe!
Tata opowiadał dużo – jaki ma jasny stan umysłu! Jakie wyraźne wspomnienia, jaka pamięć do dat, i do tego też poczucie humoru!
Opowiada o rodzinie – licznej i poplątanej. Słucham. Z lekka zazdrością, że ja jedynaczka, że w moim domu tylko dwójka dzieci, a ich – sześcioro, niżej ośmioro i jak to było w domu, kto komu pomagał, jak się rozkładały obowiązki, jaka była zabawa, koleje losu… Jakbym czytała i oglądała obrazki w sepii.
Tatko jest bardzo zdyscyplinowany – wnuczka młoda pani doktor nauczyła Go, że ciało i umysł, zwłaszcza stare, trzeba ćwiczyć, dlatego tatko spaceruje kilka razy dziennie, a tu podoba Mu się rześkość powietrza, cisza łąk i spokój lasów.
Umysł ćwiczy nawet sam – rozwiązuje z zapałem krzyżówki. Wzruszają mnie koślawe litery stawiane drżąca ręką. Czasem rzuca pytanie:
- Małgosiu, dziecko, Kubasińska to jak miała na imię?
- Mira, tato.
„Dziecko” – pięknie to brzmi. Ja, pięćdziesięcioletnia plus kobieta – babka, a tu „dziecko”. Nie mam już rodziców z żadnej strony a tu mój przyszywany teść mówi do mnie „dziecko”. Rzadko, bo jest też galantem i unika „dzieckowania” dorosłej kobiecie, ale zdarzyło się a mnie – radość! Galant w zachowaniu, uprzejmość ma we krwi. Codziennie zakłada krawat. Nawet do ciepłych koszul o domowym charakterze. Żadnych rozlazłych dresów!
- … a marka słodyczy, mam wszystkie litery oprócz pierwszej …azer.
- Fazer – odpowiadam wcale nie tak mądra, tylko szybko sprawdzająca w Necie.
Choć i Net tatkowi nie obcy, chętnie na skype rozmawia z wnukiem mieszkającym daleko. Układa wirtualne pasjanse…
Dla nas trzyma się życia. Dla nas, bo za żoną tęskni bardzo. „Zostawiła mnie tu nie wiem czemu” – mówi z wyrzutem.
I nie wiem – wierzy, czy nie wierzy, że się spotkają?
Wiara w takie spotkanie daje siłę. Wiem, Tato.


wtorek, 10 września 2013

Znajomy, nieznajomy? Kolega, niekolega ?

…no i tak sobie rozmawiamy, i ja mówię, że „mój kolega z sieci…”, a ona na to:
– Jaki kolega? Przecież się nie znacie!
– No, osobiście to nie, bo on mieszka w Seattle (Mszanie, Pusan, Cieszynie, Sydney, Milanówku – dowolne wstawić), ale się znamy!
– E, tam! No, coś ty! Takie znanie! pfff...
No, właśnie. Czy to jest znanie czy nie znanie, jeśli poznaliśmy się w sieci, i gadamy sobie od roku, dwóch dziesięciu, szczerze ględząc o wszystkim? Ja znam już jej/jego poglądy, rodzinę, lektury, zapatrywania etc jak własne, wymieniamy uwagi i rozmawiamy częściej i szczerzej, obszerniej niż z kolegami z „reala”, dla których mamy mało czasu w ciągu dnia (dojazd, kawa, nawet obiad, i odjazd, bo życie wzywa). Dla znajomych z sieci mamy czas specjalnie wyłuskany i niewymagający makijażu, a nawet założenia butów, odpalenia samochodu czy kupienia biletu na tramwaj czy pociąg.
Siedzę sobie wieczorem w domu, wykąpana i z maseczką na włosach, w szlafroku i klikam do znajomej w Moskwie, znajomego w Krakowie, czy córki w Sydney, synowej w Legionowie albo koleżanki po piórze z Mrągowa, znajomego poety z Lidzbarka. Czasu mam ile chcę, jest wieczór, pralka robi pranie, a mi się zebrało na opisanie mu/jej dzisiejszych przemyśleń z kolejki w sklepie (urzędzie, z jazdy samochodem – cokolwiek tam…) I sobie klikamy – leniwie, nieśpiesznie, szczerze. „Wklikujemy” dokumenty, zdjęcia, linki do piosenek, filmów, slideshow...
Taka korespondencja jest bogatsza, głębsza, a taka znajomość przez to też nabiera wielowymiarowości, wielu poziomów - od ploteczek, po duszne zwierzenia. I, czy ktoś taki, jest znajomym czy nieznajomym? Czy mogę nazwać go/ją koleżanką? Kolegą? Czy nie, bo nie ściskałam mu/jej ręki, nie objęłam nigdy, nie siedziałam blisko.
Czy to bezpośrednie spotkanie, uścisk ręki daje nam prawo nazwania kogoś znajomym? Kolega, to ktoś bliższy, to rozumiem, ale czy konieczna jest cielesność? Bezpośredniość? Poznanie mimiki, gestykulacji, bodylunguage? Czy dzisiaj „wirtual” może być tym jedynym łączem i sprawcą znajomości, koleżeństwa, przyjaźni i miłości? Wszak Ewelina Hańska i Honore, kochali się listownie, („real” tylko popsuł tę relację). Wszak Heloiza i Abelard poznali się w „realu”, a właśnie „wirtual” podtrzymał ich (nazwę to delikatnie) znajomość (przyjaźń, miłość?) zdecydowanie bardziej.
Czy tkwić w dawnych formach – znajomy, kolega to ktoś, kogo znam z „reala”?
Czy iść naprzód, i z lekka jednak przedefiniować pojęcie znajomy, kolega, i zgoda na wirtualne poznanie? W czym gorsze jest rozmawianie przez skyp’a od rozmawiania przy stoliku kawiarnianym? Czy koniecznie muszę uścisnąć, przytulić, siedzieć obok? W czym wielostronicowy mail ,który po kliknięciu w mig jawi się komuś za oceanem, albo w odległym mieście i odpowiedź na niego, jest gorsza od nocnej Polaków rozmowy?
No…? 


niedziela, 1 września 2013

O pożegnaniach.

Z racji wieku uczestniczyłam w wielu, dlatego zabieram głos. I proszę nie traktować tego tekstu jako agitki. Ot, taka refleksja!
Przychodzi taka chwila, w której dowiadujemy się, że ktoś bliski zmarł i trzeba go odprowadzić na ostateczny spoczynek.
Mój pierwszy pogrzeb opisałam w Fikołkach na trzepaku:
„Samego pogrzebu nie pamiętam. Stypę - tak! Urządził ją Feliks Feliksowicz (jak żartobliwie nazywaliśmy syna dziadka, młodszego brata taty). Ówcześnie był już żonaty z piękną i wesołą Krysią. Mieszkali gdzieś na Pradze, w bloku dość nowym, w małym mieszkanku. Pamiętam wielki stół, przy którym siedzieliśmy bardzo ciasno usadzeni. Felek Młodszy zrobił pyszne jedzenie.
Po zimnych zakąskach na stół wjechały pieczone kurczęta, powodując moją chwilową radość. Chwilową, bo po pokrojeniu były... różowo-krwiste w środku. Niedopieczone! Byłam rozczarowana nie tylko kurczętami, ale też atmosferą przy stole.
Jako dziecko myślałam, że stypa będzie polegała na żałosnym opła­kiwaniu zmarłego, że Helasek (czyli babcia) będzie zawodziła i opłakiwała głośno śmierć dziadka, a nabożne chwile wspólnej rozpaczy uduchowią odejście zmarłego, czyli mojego wielkiego, kochanego dziadka z nosem jak wielka trąba, za którą tarmosiłam Go, siedząc Mu na kolanach. Gdzie tam! Babcia zdjęła kapelutek z welonem, goście na dzień dobry wypili po lufce i po drugiej na rozgrzewkę, zaczęto się głośno przedstawiać, kto jest kto, i „proszę, może jajeczko”. Babci obeschły łzy i poprosiła o śledzika, więc ja, rezygnując z zawodzenia, poprosiłam o tatara i nagle przy stole zrobiło się jak przy normalnym obiedzie.”
Kilka lat później zmarła babcia Hela, ale tego nie zapamiętałam. Pewnie była i msza i pogrzeb, ale coś takiego się stało, że nie mam tego w pamięci.
Minęło wiele lat. Zaczęły się inne pożegnania.
Najpierw Jola, 27 lat! Czerniak. Pozostawiła córeczkę i oszalałą z bólu Mamę – moją ciocie Alinę, i wujka Zenka. Kaplica protestancka na Młynarskiej. Pastor wchodzi – ciocia ledwo przytomna z rozpaczy. On zaczyna i skupia uwagę – pięknie mówi o Joli , jej życiu, cierpieniu i zaśnięciu, które ukróciło jej męki. Ciocia uspokaja się, zaczyna słuchać, łzy obsychają nam wszystkim. Zbiorowa terapia? Zrozumieliśmy wiele, pastor nas przeprowadził mądrze przez tę śmierć młodziutkiej Joli. Było pięknie.
Pogrzeb taty. Wojskowy cywilny – na Powązkach. Wszystko takie wojskowe, ogarnięte, stuk, stuk wkraczają żołnierze tupiąc butami – rozbijając ciszę. Stają obok trumny na której leży wojskowa czapka ojca. Po przyjaciołach ojca – starych i siwych chłopakach, zaciągają wartę młodzi żołnierze z jednostki w Brzegu, której honorowym członkiem był tatko. Potem wszystko z wojskowymi honorami, harcerze, poduchy z odznaczeniami i wymarsz, nie noga za nogą, z pojękiwaniem, ale dziarsko – po żołniersku! Salwa nad grobem! Harcerze nie wytrzymują, biegną szukać w trawie łusek. Tata byłby wzruszony. Piękny to był pogrzeb! Godny, męski.
Później niestety seria pogrzebów katolickich. Lata wczesne ’90 i kolejne pogrzeby stryja, stryjenki, zatem już w dwutysięcznych latach mojego szwagra i szwagierki, i … ten sam niesmak. Z mszy szwagierki, nieledwie 50 letniej świetnej naszej Maryli, wychodzę w połowie z córką, oburzona (podobnie jak z poprzednich). Kurcze! To jest pochówek konkretnej osoby, a nie polityczny wiec! Agitka, msza, w której mowa o… (??) tych okropnych komuchach, rządzie, premierze, o tym kogo wybieramy i czego mamy się wstydzić (?!) i potem modły za Jezusa, papieża, biskupów i kardynałów, a w trumnie leży ktoś, kogo ksiądz w ogóle jakby pomija! Jakby ta osoba na katafalku była tu przypadkiem! Na końcu jakieś „módlmy się za…..” i wychodzimy najpierw oczywiście dając na tacę.
No, nie… Nie podoba mi się. Nie.
Pogrzeb mojej mamy – ateistki. Dom pogrzebowy. Mistrz ceremonii mówi o mamie niezbyt długi, ale ładny tekst o tym, kim była. Potem ja, jako córka mówię o Niej, kim była dla mnie i dla moich dzieci. Na ekranie slide show (elektronika!) zdjęć mojej Mamy – od wczesnego dzieciństwa, po sędziwą staruszkę. Piękny! Takie resume…
Przy grobie głos zabierają Jej uczennice. Serce rośnie! Takie zasiała ziarno! Jej uczennice, stare i siwe mówią o Niej pięknie, wzruszająco!
Wczoraj pogrzeb mojej teściowej - Mamy.
Na katolickim Bródnie, cmentarzu, który nie przewiduje świeckości. Trudno – poradzimy sobie. Mama, absolutna ateistka od powojnia, zdeklarowana tak bardzo, że jeszcze miesiąc temu zastrzegała, żeby jej w kościele nie trzymać za nic w świeci! Żeby żadnej celebry, obcych mistrzów ceremonii, żeby wyłącznie rodzinnie! Synu – pamiętaj!
I tak było.
Piękny dzień, ciepło i słonecznie.
Jak już się uzbieraliśmy wszyscy wokół trumny, zabrał głos Jej syn, najczulszy opiekun ostatnich lat. Pięknie opowiedział, dlaczego taka forma pożegnania, kim była Mama dla niego, jakieś dwie, trzy anegdoty, świetliste wspomnienia i na koniec mu się głos podłamał. Zatem stanął wnuczek (33) i w lekkiej formie powiedział, że właściwie cieszy się, iż właśnie tak słonecznie i intymnie, we własnym gronie żegnamy babcię, a nie konwencjonalnie napompowani czarną rozpaczą w jakimś bezdusznym pomieszczeniu, bo jednak lekka i serdeczna oprawa złożona wyłącznie z nas – rodziny i przyjaciół bardzo do niej pasuje. Zatem pociągnął wątek osobisty i ciepło powiedział, kim dla niego była babcia, dlaczego tak bardzo ją kochał i co zapamiętał szczególnie. (znów jakieś miłe anegdoty). Potem poszłam ja i przemówiłam w swoim i drugiej (już nieżyjącej niestety synowej), jak wspominam Mamę jako teściową (a właściwie świekrę), czemu tak łatwo było mówić do niej "Mamo", że jak widać, biorąc lekki rozwód z mężem, nie przyszło mi do głowy rozwodzić się z Nią, i o tym że jednak wielkim jej szczęściem było to że wszyscy bardzo Ją kochaliśmy, choć czasem może brakowało jej bliższego kontaktu z nami (ostatnie lata była prawie ślepa i głucha). Bo kochaliśmy ją prawdziwie i serdecznie i Ona tu czuła. Potem wystąpił Wiesiek S. jakby w imieniu mieszkańców domu w którym mieszkała od wojny - ich Małej Ojczyzny. O swojej mamie – dozorczyni i długoletniej przyjaźni obu pań, o tym jaką była wspaniałą i dobrą sąsiadką, i jak widziano ich – moich teściów jako wspaniałą i dobrą rodzinę.
Z nami żegnała ją opiekunka ostatnich jej kilku lat – Grażynka, osoba niby obca a jednak i ona kochała babcię mocno, bo mówiła do niej – Mamo.
- Pani Grażynko, a czemu tak?
- Bo nawet moja mama nie była tak dobra dla mnie, jak pani Janka.
Porozmawialiśmy i już. Potem została pochowana.
Wszyscy byliśmy w dobrym i pogodnym nastroju, bo pożegnaliśmy ją w miłości i spokoju, rodzinnie i godnie, prawdziwie serdecznie. Zmarła mając 91 lat – zmęczona życiem i dysfunkcja organizmu, ale kochana jak mało kto.
I ten cywilny pogrzeb spełnił swoją rolę – pożegnania pięknej i dobrej osoby w sposób szczególnie tkliwy i serdeczny.
Chciałabym żeby mój syn i córka też mnie tak pożegnali. Koniecznie!
Obiecali że pochowają mnie w asyście piosenki Jaromira Nogawicy (to też wola mojego syna, żeby i Jego pochować z tą pieśnią): http://www.youtube.com/watch?v=M4aZeAC_moo