To opowiedział mi Ojciec. Dawno, jak jeszcze żył. Byłem
głupi, bo słuchałem tego opowiadania wnikając w jego obrazy, smaki, zapachy, a
nigdy nie zapytałem go o dokładne, geograficzne dane tego przysiółka. Gdzieś na
Syberii... Działo się to w czterdziestych latach, kiedy ojciec tułał się po
świecie. Los rzucił go do Związku Radzieckiego. Działania wojenne jeszcze nie
wniknęły w jego głąb. Tato znalazł się w sytuacji, w której dano mu do wyboru -
albo sąd wojenny, albo wstąpi do Czerwonej Armii, „walczyć ze wspólnym, Poliak,
wrogom”. Wstąpił. W czasie służby został poważnie ranny. Nawet nie w żadnej
bitwie. Ot saper. Budowali jakiś most i przygniotło mu bark. Szpital, potem
rekonwalescencja. Wysłany został daleko, na odpoczynek.
czwartek, 23 sierpnia 2012
Fiodor
poniedziałek, 20 sierpnia 2012
Charlottka z decybelami.
Jako najprawdziwsza dinka (rodzaj żeński od dinozaura) pojechałam
z moim Siwym na Koncert Dinozaurów Rock’a do Doliny Charlotty. Jedni mają swoją
Dolinę Krzemową, inni Dolinę Charlotty. To już uznana scena spotkań muzyczno-teatralnych
nad morzem, choć z samej doliny nad morze jest kawałek, ale Ustka, Słupsk, to
wszak miasta nadmorskiego wypoczynku, a hotel i amfiteatr to atrakcja wakacyjna
nie do pogardzenia. Tak czy siak, w sezonie dzieje się tu i teatralnie, i
muzycznie. Dolina się rozrasta i rozwija. Przybywa miejsc siedzących, są
wielkie ekrany, ładnie też są zagospodarowane zakątki kulinarne z karkówką
żurkiem, kiełbasą i piwem, i tylko patrzeć przyjemnych toalet, chociaż na
tymczasowy rządek czystych Toi-Toi narzekać nie sposób.
Co roku spotykają się tu latem dinozaury i to nie tylko na
scenie ale przede wszystkim na widowni. Tym razem z okazji urodzin Siwego,
zafundowaliśmy sobie i dzieciakom koncert Budki Suflera i Uriah Heep – legendy lat
70. Supprotem był zespół Złe Psy. OK, czy ja co mówię?
Budka wystąpiła jako pierwsza. Zachowała swą szlachetność i
wie, że na TAKI koncert przychodzi niegdysiejsza młodzież, która chce posłuchać
niegdysiejszej muzyki. I chłopaki dali nam swoje kawałki progresywnego rocka,
bez współczesnych komercyjnych kawałków typu „Bo do tanga trzeba dwojga”, czy „Bal
wszystkich świętych” (Dobre kawałki, ale nie na ten koncert). Nie było też
słynnej „Jolki”, za to dostaliśmy dobre, mocne songi, kawałki z doskonałymi
tekstami i potężnym, choć dla niektórych trudnym głosem Krzysztofa Cugowskiego.
On sam od dawna zachowuje na scenie znakomity umiar w ekspresji. Głos tak, szał
– nie. Nie sposób wspomnieć o młodym narybku Budki Suflera, bo starzy „wyjadacze”
to przecież legenda i trzon, ale od jakiegoś czasu gra z nimi dość młody
gitarzysta Łukasz Pilch. Ale za to jak gra! Nie mam zamiaru opisywać gry na gitarze,
bo to jakby opisywać smak albo zapach. Trzeba na niego po prostu nastawić ucho!
Iść na koncert.
Uriah Heep poczęstowali nas swoim dość nowym łomotem, znaczy
repertuarem, stanowczo zbyt głośnym i brzmiącym bardziej niestety jak
bombardowanie Drezna, niż ich stare, dobre przeboje. Mojego zachwytu nie
wzbudzili, a kilkanaście osób wraz z nami wyszło, chociaż już spod samochodu usłyszeliśmy
Gypsy Queen. Nie wróciliśmy. Trzymają się znakomicie, zresztą jak my wszyscy
młodzi z tamtych lat. I to właściwie wzięło mnie na tym koncercie najbardziej.
Ze wzruszeniem obserwowałam młodzież tam obecną! Zupełnie młodzi ludzie,
niektórzy nawet mają na głowie te same włosy, za które matka, ojciec i dyrektor
ganiali ich do fryzjera. Dzisiaj one siwe, związane w cienki kucyk, ale jak się
jest rockmanem to całą gębą! Inni wyłysieli, przytyli, albo mają zmarszczki jak
dziadkowie, no bo pewnie już nimi są! Dziewczyny to już całkiem inne! Poskracały
włosy, pofarbowały, straciły dawne figury, nie noszą już „miniówek” i
rozszerzanych jeansów, kolorowych drewniaczków, brylków „lenonek”. Noszą za to
optyczne okulary, mają menopauzę albo są już po ale… to stale my! Młodzi z lat siedemdziesiątych!
Dzisiaj, na tym koncercie to nawet młodsi niż zazwyczaj!
I tylko zdziwiło mnie to, że nie umiemy się przyznać publicznie,
że było… ZA GŁOŚNO. Są pewne progi hałasu, kiedy basy uderzają fizycznie w uszy
i w klatkę piersiową zbyt mocno, wyczuwalnie, i kiedy umysł chcący słuchać
rock’a ogania się jak od natrętnej muchy od myśli: „Kurcze, mogliby ściszyć, a
i tak by nieźle dawało”.
Wykonawcy stoją za wzmacniaczami – nie słyszą tego aż tak, a
my, odbiorcy czujemy fale uderzeń. Zresztą ów koncert był bardzo dobrze
słyszalny u znajomych na działce 5 km dalej! Przez pola i lasy! Wyszłam
zahukana, zbita dosłownie, basami, wzmacniaczami, które zamiast dać czadu,
stłukły mnie aż do fizycznego bólu. Po, licho?
Prywatna prośba do życia:
Poszłabym z Siwym na taki sam koncert jaki dał Dawid Gilmore
w Royal Festiwal Hall w Londynie (nagranie „In Concert”), na nostalgiczny
koncert Paula Mc Cartney’a, szalonej, znakomitej Tiny Tuner (wiem, wiem, już
nie występuje), może się uda?
A na razie przed nami, w listopadzie, cichszy znacznie
koncert Jaromira Nohavicy. Ale to już zupełnie inna bajka…
Młody narybek Budki Suflera – absolutnie rewelacyjny Łukasz
Pilch.
Fot. Michał Kondas, www.fotoekspresja.pl
niedziela, 5 sierpnia 2012
Dzisiaj lekko, czyli śniadaniowo.
O śniadaniach można nieskończenie i w różnych aspektach a ja
dzisiaj podróżniczo.
Dał Pan Bozia, a raczej wywojowaliśmy sobie, wolność
poruszania się i jeśli kto ma kasę – lata i zwiedza. Tako i ja latam!
Od dość dawna bywam sobie w różnych częściach świata i może
nie jest to szokująco wiele, ale jednak.
Od kilku lat nazywam się (może ciut na wyrost) eksploratorką
kulinarną i staram się jadać miejscowo. Nie kuszą mnie smażone skorpiony i
świeża krowia krew z mlekiem (Afryka), to może zbyt ekstremalne, ale miejscowe
potrawy charakteryzujące miejsce, w którym jestem.
Co ONI jedzą rano?
Taką eksplorację można zacząć od śniadania w hotelu, bo
jeśli nawet azjatyckie czy arabskie podają śniadanka europejskie, amerykańskie
(bacon and eggs & fries), to naturalnie jest tam też stół z daniami
miejscowymi.
Wiadomo, że we Włoszech, Francji (głównie) jada się słodkie
śniadania, co bywa miłe ale i męczące gdy rano brak nam lubego jajeczka,
kawałka sera czy wędlinki, ale z czasem można w to wejść przestawiając się
nieco i delektując kawą z mlekiem, croissantem i dżemem, owocami i jogurtem.
Wielka Brytania to… trudne dla nas (choć może Ślązacy, i inni ciężko pracujący
na co dzień niespecjalnie strzelą focha), bo zaczynają dzień fasolką w
pomidorowym sosie, kiełbaskami i jajkami na bekonie.
W Indiach wiadomo, że miejscowi od rana jadą na ryżu z
warzywnym curry, warzywach, plackach, ale przez wpływy brytyjskie podają też
okropne białe puszyste jak wata pieczywo, znakomite herbaty i dżemy. Jogurt
naturalny w Indiach, to pyszność wielka!
W Egipcie ciężko mi byłoby zaczynać dzień od pożywnej i
gęstej zupy z rozgotowanego bobu z łyżką masła czosnkowego, ale dla Egipcjan to
dobry start i sama zupa fajna, tyle, że dla mnie, nie na świt!
W Korei Południowej najczęściej w domach jada się oczywiście
ryż z kiszonką nazywającą się kim-chi. Najczęściej to kiszonka z kapusty
wyglądającej jak ta, nazywana u nas pekińską, ukiszona jest z imbirem
czosnkiem, białą rzepą, dymką i ostrą czerwoną pastą papryczaną. Pożar w gębie!
Jest pyszna ale… na śniadanie?! Jada się też rodzaj zupy porannej. To bardzo
rozgotowany ryż z drobno posiekanym małżem Abalone. Hmm, no nie, nie na poranne
danie. Może do obiadu bym…?
Wszystkie azjatyckie dzieciaki dostają dzisiaj od mam do
szkoły kanapeczki ryżowe (onigiri, albo kimbap) nadziewane mięsem z ryb,
warzywami owinięte wodorostem nori. Zdrowe przyznam i nawet lubiłam je, i
jadłam w pociągu na śniadanie.
Na Bali poranna sala śniadaniowa to kilka zakątków z
kuchniami świata i kuchnią miejscową. Zawsze lubiłam zakątki japońskie z ryżem
oczywiście, łagodnym rosołkiem dashi (z ryby i wodorostów), albo innym, np.
drobiowym, z (leżącymi na miseczce) cienkimi wiórkami twardego jak drewno
suszonego tuńczyka bonito, albo kłaczkami gotowanego kurczaka i szczypiorkiem.
Omijałam smażące się omlety i jajka, bo to znam! Zajadałam miejscowe przysmaki
– dziwnie i ciekawie zasolone mięso ryb, twarożki o niezwykłym smaku ostre i
inne niż nasze, słodycze i owoce, np owoce wężowe, owoce smocze, minibananki,
świeże liczi i ociekające sokiem mango, gujavę i melony. Innych nie znam z
nazw, ale kąsałam chciwie.
Owoc wężowy (salak) zrobił na mnie spore wrażenie, pod łatwo
zdejmowalną brązową jak u węża skórką, cząstki jak czosnek soczyste, słodkawe,
chrupiące i rześkie w smaku.
We Włoszech słodkie śniadania wspomagałam zamawianą u
kelnerki oliwą, maczałam w niej bagietkę i zabierałam z kosza (dekoracja?)
wielkiego pomidora.
W Finlandii mleko, sery i wędzone, solone ryby. Śledź na
śniadanie? Czemu nie?
W Holandii byłam w Amsterdamie, na Urodzinach Królowej –
narodowym święcie. Zjeżdża tu ze świata około 500 000 ludzi! Piją piwko za
zdrówko Królowej na potęgę!
W hotelu małe śniadanko dość bylejakie, więc dopychaliśmy
już na ulicy tymi ich kolosalnymi frytkami z rybą. Ku zdumieniu podającej
dziewczyny – BEZ MAJONEZU. No bez przesady!
Świtem następnego dnia urodzin Królowej (impreza trwa trzy
dni) zdumiały nas stojące kosze przed dopiero co otwierającymi knajpami
śniadaniowymi, w których w bryłkach lodu spoczywała we flakonach biała, zimna
wódka, a na tacy stał już rządek maluśkich kieliszków.
To KLINika!
Na koniec Moskwa, lat temu ze dwadzieścia. Hotel Rassija i
upał, śniadanie druzgocąco radzieckie choć już po pierestrojce – gorące
serdelki, albo kiełbasa albo kotlety mielone też gorące lub też mogą być…
tłuste ołatki z mąki, smażone na tłuszczu.
Jejka! Co jeść?!
Uratował nas Marian, lat wówczas sześćdziesiąt, który
poszedł do kelnera i zagadał. Na stół przyniesiono nam czarny (pyszny!) chleb
Borodinski w kromki krojony, potem w szklankach kwaśną śmietanę gęstą jak budyń
i … srebrne pojemniczki z lodem a na nich szklane miseczki z czarnym kawiorem.
Voila! Zamawialiśmy też czaj, ale oprócz niego wjechał na stół zmrożony szampan
i Marian spytał nas:
- To co? Może być?
Co kraj, to obyczaj. Zamierzam nadal studiować śniadanka i
inne kulinarna na świecie. Daj mi Panie Boziu zdrówko, a na podróże jakoś
zarobię.
Z lekka obawiam się śniadań w Mongolii…
Azjatyckie kanapeczki.
Kimbap, wyglądający jak japońskie maki.
Salak owoc wężowy.
Przepis
egipski na zupę z bobu.
Egipcjanka
wkłada garść suchego bobu do metalowej albo glinianej konwi i gdy zakończy w
łaźni wieczorne ablucje ona i jej koleżanki zostawiają owe konwie, baniaki z
bobem i wodą w palenisku, zagrzebane w węglach i popiele. Rano, koło piątej
przychodzą obmyć się i zabierają konwie do domu. Bób już jest „rozklejony” na
paprę, owszem są skórki i być może niektóre panie domu jeszcze przecierają to
szybko przez sito. Nie wiem czy robią to wszyscy, skórki są też pożywne i już
zmiękczone. Do tego na miseczkę dodaję się sporą łyżkę masła z czosnkiem i
garść szczypioru (gdy jest). Podaje się to z plackami pszennymi albo
kukurydzianymi.
Subskrybuj:
Posty (Atom)