To opowiedział mi Ojciec. Dawno, jak jeszcze żył. Byłem
głupi, bo słuchałem tego opowiadania wnikając w jego obrazy, smaki, zapachy, a
nigdy nie zapytałem go o dokładne, geograficzne dane tego przysiółka. Gdzieś na
Syberii... Działo się to w czterdziestych latach, kiedy ojciec tułał się po
świecie. Los rzucił go do Związku Radzieckiego. Działania wojenne jeszcze nie
wniknęły w jego głąb. Tato znalazł się w sytuacji, w której dano mu do wyboru -
albo sąd wojenny, albo wstąpi do Czerwonej Armii, „walczyć ze wspólnym, Poliak,
wrogom”. Wstąpił. W czasie służby został poważnie ranny. Nawet nie w żadnej
bitwie. Ot saper. Budowali jakiś most i przygniotło mu bark. Szpital, potem
rekonwalescencja. Wysłany został daleko, na odpoczynek.
czwartek, 23 sierpnia 2012
Fiodor
poniedziałek, 20 sierpnia 2012
Charlottka z decybelami.
Jako najprawdziwsza dinka (rodzaj żeński od dinozaura) pojechałam
z moim Siwym na Koncert Dinozaurów Rock’a do Doliny Charlotty. Jedni mają swoją
Dolinę Krzemową, inni Dolinę Charlotty. To już uznana scena spotkań muzyczno-teatralnych
nad morzem, choć z samej doliny nad morze jest kawałek, ale Ustka, Słupsk, to
wszak miasta nadmorskiego wypoczynku, a hotel i amfiteatr to atrakcja wakacyjna
nie do pogardzenia. Tak czy siak, w sezonie dzieje się tu i teatralnie, i
muzycznie. Dolina się rozrasta i rozwija. Przybywa miejsc siedzących, są
wielkie ekrany, ładnie też są zagospodarowane zakątki kulinarne z karkówką
żurkiem, kiełbasą i piwem, i tylko patrzeć przyjemnych toalet, chociaż na
tymczasowy rządek czystych Toi-Toi narzekać nie sposób.
Co roku spotykają się tu latem dinozaury i to nie tylko na
scenie ale przede wszystkim na widowni. Tym razem z okazji urodzin Siwego,
zafundowaliśmy sobie i dzieciakom koncert Budki Suflera i Uriah Heep – legendy lat
70. Supprotem był zespół Złe Psy. OK, czy ja co mówię?
Budka wystąpiła jako pierwsza. Zachowała swą szlachetność i
wie, że na TAKI koncert przychodzi niegdysiejsza młodzież, która chce posłuchać
niegdysiejszej muzyki. I chłopaki dali nam swoje kawałki progresywnego rocka,
bez współczesnych komercyjnych kawałków typu „Bo do tanga trzeba dwojga”, czy „Bal
wszystkich świętych” (Dobre kawałki, ale nie na ten koncert). Nie było też
słynnej „Jolki”, za to dostaliśmy dobre, mocne songi, kawałki z doskonałymi
tekstami i potężnym, choć dla niektórych trudnym głosem Krzysztofa Cugowskiego.
On sam od dawna zachowuje na scenie znakomity umiar w ekspresji. Głos tak, szał
– nie. Nie sposób wspomnieć o młodym narybku Budki Suflera, bo starzy „wyjadacze”
to przecież legenda i trzon, ale od jakiegoś czasu gra z nimi dość młody
gitarzysta Łukasz Pilch. Ale za to jak gra! Nie mam zamiaru opisywać gry na gitarze,
bo to jakby opisywać smak albo zapach. Trzeba na niego po prostu nastawić ucho!
Iść na koncert.
Uriah Heep poczęstowali nas swoim dość nowym łomotem, znaczy
repertuarem, stanowczo zbyt głośnym i brzmiącym bardziej niestety jak
bombardowanie Drezna, niż ich stare, dobre przeboje. Mojego zachwytu nie
wzbudzili, a kilkanaście osób wraz z nami wyszło, chociaż już spod samochodu usłyszeliśmy
Gypsy Queen. Nie wróciliśmy. Trzymają się znakomicie, zresztą jak my wszyscy
młodzi z tamtych lat. I to właściwie wzięło mnie na tym koncercie najbardziej.
Ze wzruszeniem obserwowałam młodzież tam obecną! Zupełnie młodzi ludzie,
niektórzy nawet mają na głowie te same włosy, za które matka, ojciec i dyrektor
ganiali ich do fryzjera. Dzisiaj one siwe, związane w cienki kucyk, ale jak się
jest rockmanem to całą gębą! Inni wyłysieli, przytyli, albo mają zmarszczki jak
dziadkowie, no bo pewnie już nimi są! Dziewczyny to już całkiem inne! Poskracały
włosy, pofarbowały, straciły dawne figury, nie noszą już „miniówek” i
rozszerzanych jeansów, kolorowych drewniaczków, brylków „lenonek”. Noszą za to
optyczne okulary, mają menopauzę albo są już po ale… to stale my! Młodzi z lat siedemdziesiątych!
Dzisiaj, na tym koncercie to nawet młodsi niż zazwyczaj!
I tylko zdziwiło mnie to, że nie umiemy się przyznać publicznie,
że było… ZA GŁOŚNO. Są pewne progi hałasu, kiedy basy uderzają fizycznie w uszy
i w klatkę piersiową zbyt mocno, wyczuwalnie, i kiedy umysł chcący słuchać
rock’a ogania się jak od natrętnej muchy od myśli: „Kurcze, mogliby ściszyć, a
i tak by nieźle dawało”.
Wykonawcy stoją za wzmacniaczami – nie słyszą tego aż tak, a
my, odbiorcy czujemy fale uderzeń. Zresztą ów koncert był bardzo dobrze
słyszalny u znajomych na działce 5 km dalej! Przez pola i lasy! Wyszłam
zahukana, zbita dosłownie, basami, wzmacniaczami, które zamiast dać czadu,
stłukły mnie aż do fizycznego bólu. Po, licho?
Prywatna prośba do życia:
Poszłabym z Siwym na taki sam koncert jaki dał Dawid Gilmore
w Royal Festiwal Hall w Londynie (nagranie „In Concert”), na nostalgiczny
koncert Paula Mc Cartney’a, szalonej, znakomitej Tiny Tuner (wiem, wiem, już
nie występuje), może się uda?
A na razie przed nami, w listopadzie, cichszy znacznie
koncert Jaromira Nohavicy. Ale to już zupełnie inna bajka…
Młody narybek Budki Suflera – absolutnie rewelacyjny Łukasz
Pilch.
Fot. Michał Kondas, www.fotoekspresja.pl
niedziela, 5 sierpnia 2012
Dzisiaj lekko, czyli śniadaniowo.
O śniadaniach można nieskończenie i w różnych aspektach a ja
dzisiaj podróżniczo.
Dał Pan Bozia, a raczej wywojowaliśmy sobie, wolność
poruszania się i jeśli kto ma kasę – lata i zwiedza. Tako i ja latam!
Od dość dawna bywam sobie w różnych częściach świata i może
nie jest to szokująco wiele, ale jednak.
Od kilku lat nazywam się (może ciut na wyrost) eksploratorką
kulinarną i staram się jadać miejscowo. Nie kuszą mnie smażone skorpiony i
świeża krowia krew z mlekiem (Afryka), to może zbyt ekstremalne, ale miejscowe
potrawy charakteryzujące miejsce, w którym jestem.
Co ONI jedzą rano?
Taką eksplorację można zacząć od śniadania w hotelu, bo
jeśli nawet azjatyckie czy arabskie podają śniadanka europejskie, amerykańskie
(bacon and eggs & fries), to naturalnie jest tam też stół z daniami
miejscowymi.
Wiadomo, że we Włoszech, Francji (głównie) jada się słodkie
śniadania, co bywa miłe ale i męczące gdy rano brak nam lubego jajeczka,
kawałka sera czy wędlinki, ale z czasem można w to wejść przestawiając się
nieco i delektując kawą z mlekiem, croissantem i dżemem, owocami i jogurtem.
Wielka Brytania to… trudne dla nas (choć może Ślązacy, i inni ciężko pracujący
na co dzień niespecjalnie strzelą focha), bo zaczynają dzień fasolką w
pomidorowym sosie, kiełbaskami i jajkami na bekonie.
W Indiach wiadomo, że miejscowi od rana jadą na ryżu z
warzywnym curry, warzywach, plackach, ale przez wpływy brytyjskie podają też
okropne białe puszyste jak wata pieczywo, znakomite herbaty i dżemy. Jogurt
naturalny w Indiach, to pyszność wielka!
W Egipcie ciężko mi byłoby zaczynać dzień od pożywnej i
gęstej zupy z rozgotowanego bobu z łyżką masła czosnkowego, ale dla Egipcjan to
dobry start i sama zupa fajna, tyle, że dla mnie, nie na świt!
W Korei Południowej najczęściej w domach jada się oczywiście
ryż z kiszonką nazywającą się kim-chi. Najczęściej to kiszonka z kapusty
wyglądającej jak ta, nazywana u nas pekińską, ukiszona jest z imbirem
czosnkiem, białą rzepą, dymką i ostrą czerwoną pastą papryczaną. Pożar w gębie!
Jest pyszna ale… na śniadanie?! Jada się też rodzaj zupy porannej. To bardzo
rozgotowany ryż z drobno posiekanym małżem Abalone. Hmm, no nie, nie na poranne
danie. Może do obiadu bym…?
Wszystkie azjatyckie dzieciaki dostają dzisiaj od mam do
szkoły kanapeczki ryżowe (onigiri, albo kimbap) nadziewane mięsem z ryb,
warzywami owinięte wodorostem nori. Zdrowe przyznam i nawet lubiłam je, i
jadłam w pociągu na śniadanie.
Na Bali poranna sala śniadaniowa to kilka zakątków z
kuchniami świata i kuchnią miejscową. Zawsze lubiłam zakątki japońskie z ryżem
oczywiście, łagodnym rosołkiem dashi (z ryby i wodorostów), albo innym, np.
drobiowym, z (leżącymi na miseczce) cienkimi wiórkami twardego jak drewno
suszonego tuńczyka bonito, albo kłaczkami gotowanego kurczaka i szczypiorkiem.
Omijałam smażące się omlety i jajka, bo to znam! Zajadałam miejscowe przysmaki
– dziwnie i ciekawie zasolone mięso ryb, twarożki o niezwykłym smaku ostre i
inne niż nasze, słodycze i owoce, np owoce wężowe, owoce smocze, minibananki,
świeże liczi i ociekające sokiem mango, gujavę i melony. Innych nie znam z
nazw, ale kąsałam chciwie.
Owoc wężowy (salak) zrobił na mnie spore wrażenie, pod łatwo
zdejmowalną brązową jak u węża skórką, cząstki jak czosnek soczyste, słodkawe,
chrupiące i rześkie w smaku.
We Włoszech słodkie śniadania wspomagałam zamawianą u
kelnerki oliwą, maczałam w niej bagietkę i zabierałam z kosza (dekoracja?)
wielkiego pomidora.
W Finlandii mleko, sery i wędzone, solone ryby. Śledź na
śniadanie? Czemu nie?
W Holandii byłam w Amsterdamie, na Urodzinach Królowej –
narodowym święcie. Zjeżdża tu ze świata około 500 000 ludzi! Piją piwko za
zdrówko Królowej na potęgę!
W hotelu małe śniadanko dość bylejakie, więc dopychaliśmy
już na ulicy tymi ich kolosalnymi frytkami z rybą. Ku zdumieniu podającej
dziewczyny – BEZ MAJONEZU. No bez przesady!
Świtem następnego dnia urodzin Królowej (impreza trwa trzy
dni) zdumiały nas stojące kosze przed dopiero co otwierającymi knajpami
śniadaniowymi, w których w bryłkach lodu spoczywała we flakonach biała, zimna
wódka, a na tacy stał już rządek maluśkich kieliszków.
To KLINika!
Na koniec Moskwa, lat temu ze dwadzieścia. Hotel Rassija i
upał, śniadanie druzgocąco radzieckie choć już po pierestrojce – gorące
serdelki, albo kiełbasa albo kotlety mielone też gorące lub też mogą być…
tłuste ołatki z mąki, smażone na tłuszczu.
Jejka! Co jeść?!
Uratował nas Marian, lat wówczas sześćdziesiąt, który
poszedł do kelnera i zagadał. Na stół przyniesiono nam czarny (pyszny!) chleb
Borodinski w kromki krojony, potem w szklankach kwaśną śmietanę gęstą jak budyń
i … srebrne pojemniczki z lodem a na nich szklane miseczki z czarnym kawiorem.
Voila! Zamawialiśmy też czaj, ale oprócz niego wjechał na stół zmrożony szampan
i Marian spytał nas:
- To co? Może być?
Co kraj, to obyczaj. Zamierzam nadal studiować śniadanka i
inne kulinarna na świecie. Daj mi Panie Boziu zdrówko, a na podróże jakoś
zarobię.
Z lekka obawiam się śniadań w Mongolii…
Azjatyckie kanapeczki.
Kimbap, wyglądający jak japońskie maki.
Salak owoc wężowy.
Przepis
egipski na zupę z bobu.
Egipcjanka
wkłada garść suchego bobu do metalowej albo glinianej konwi i gdy zakończy w
łaźni wieczorne ablucje ona i jej koleżanki zostawiają owe konwie, baniaki z
bobem i wodą w palenisku, zagrzebane w węglach i popiele. Rano, koło piątej
przychodzą obmyć się i zabierają konwie do domu. Bób już jest „rozklejony” na
paprę, owszem są skórki i być może niektóre panie domu jeszcze przecierają to
szybko przez sito. Nie wiem czy robią to wszyscy, skórki są też pożywne i już
zmiękczone. Do tego na miseczkę dodaję się sporą łyżkę masła z czosnkiem i
garść szczypioru (gdy jest). Podaje się to z plackami pszennymi albo
kukurydzianymi.
czwartek, 19 lipca 2012
Anka, ja cię przepraszam!
Ja to już gdzieś
eksploatowałam, ale zrobię to raz jeszcze, bo w słusznej sprawie.
Byłam w sklepie i
zaczepiła mnie miła pani w średnim wieku, ankietera. Miałam czas, nie pędzę
takich osób, bo one też szukają rozwiązania problemu pod tytułem: praca.
Usiadłyśmy i po wypełnieniu ankiety o butach, pani Ania opowiedziała mi taką
historię:
Pobraliśmy się z mężem i
urodziła się nam Ula. Mąż jeździ na tirach, ja byłam w domu, z dzieckiem. Ula
to dziecko specjalnej troski, bo ma porażenie mózgowe. Niezbyt ostre ale
jednak.
Jakież było moje
szczęście, gdy się okazało, że niedaleko nas otworzono szkołę z oddziałami dla
chorych dzieci z zajęciami pozaszkolnymi, wzmacniającymi takie dziecko, pomagające
mu w nauce. Mogłam poszukać upragnionej pracy i znalazłam ją! Musiałam odbyć
szkolenia. Ostatnie – tygodniowe poza moim rodzinnym miastem.
Mąż wziął wolne, a ja
wszystko im przygotowałam jemu i Uli. Jedzenie w lodówce z oznaczonymi dniami
tygodnia, ubrania dla niego i dla niej.
Wyjechałam a oni radzili
sobie znakomicie!
Kiedy wróciłam mąż
poszedł do kuchni i wyszedł z kwiatami.
– Anka – powiedział
poważnie – ja cię przepraszam! Ja nie miałem pojęcia na czym polega praca
kobiety w domu! Anka, ile tego jest! I jeszcze przyszła poczta, coś trzeba było
odebrać, był pan z gazowni, ale to nic. A to zmywanie, pranie, porządki,
pilnowanie Uli żeby zjadła, umyła się odrobiła lekcje… kurcze! Anka! Przepraszam,
nie doceniałem cię.
– Mam kochanego męża, ale
sama doprowadziłam do tego, że on po prostu nie wiedział skąd się biorą czyste
koszule, jedzenie w kuchni, czystość w domu. Teraz bardzo mi pomaga, bo razem
pracujemy zawodowo! Ula też nam pomaga!
No właśnie.
Narzekamy na facetów, że
nie pomagają.
Czemu?
– po pierwsze, to MY
matki jesteśmy winne, że takich ich wychowujemy! Kompletnie bez poczucia
obowiązków. „Nie idź do sklepu, bo nie wiesz jak się kupuje, nie biegaj, bo się
spocisz, nie dotykaj pralki, bo zepsujesz, daj, ja to zrobię szybciej!”.
Najpierw pokazujemy,
jakie to my jesteśmy zaradne, gonimy go z kuchni, łazienki, pokoju, od dziecka,
a potem (po latach) wyrzekamy na potęgę, że nam nie pomaga! „Zostaw, nie
umiesz, daj mi to! Ach! Wy mężczyźni”!
Mężowi trzeba przedstawić
prosty rachunek (cytuję za Wysokimi Obcasami)
W obrębie gospodarstwa
domowego wykonywanych jest około 59 zawodów, przytłaczającą ich część wykonują
kobiety. „Kobiecą krzątaninę” można wycenić tak, jak wycenia się czas i efekty
pracy na wolnym rynku.
Przeciętne miesięczne
wynagrodzenie wynosi:
Kucharza ok. 550 zł.
Technologa żywności – ok.
1310 zł.
Kelnera – ok. 489 zł.
Sprzątaczki – ok. 527 zł.
Nauczyciela wychowania
początkowego – ok. 685 zł.
Praczki – ok. 581 zł.
Pielęgniarki – ok. 666
zł.
Opiekunki do dziecka –
ok. 461 zł etc.
(dane dotyczą Płocka, na
podstawie sprawozdania o zatrudnieniu i wynagrodzeniach GUS 1998).
A ile biorą panie w
Agencji? (dodatek mój).
Dlatego mądre żony
powinny dać szanse mężowi, który się zapomniał i uważa, że „żona nie pracuje” –
możliwość przekonania się, czy faktycznie?
Wyjedźmy na dwa tygodnie.
Niechaj dom, gotowanie, opieka nad dzieckiem będzie na jego głowie. (No, bo
przecież bycie w domu to nie jest praca – jak często uważają panowie).
I nie róbmy z tego
triumfalnej wojenki, ze zwycięskim „A widzisz!”
Tylko mądre szkolenie,
żeby nam razem było łatwiej, milej – prawda?
MK.
środa, 4 lipca 2012
Ratunku! Nie nadążam.
Facebook to takie
podwórko. Każdy tu ma mniej lub bardziej okazałe grono kolegów. I jak przez
otwarte okno słychać:
– Goooośka!
A dalej jakaś wieść,
obrazek, żart, zdjęcie. Każdy każdemu coś komunikuje.
Powoli mam tego dość. Powoli
dojrzewam do ponownej ucieczki, do zamknięcia okienka, bo nie daję rady.
Wpadłam i ja – jak my
wszyscy w ten towarzyski głuchy telefon. Coś łapię, zobaczę, powtarzam, wklejam
żeby pogadać, podzielić się, pochwalić, zatroskać, wzruszyć, zadrżeć z oburzenia,
zapłakać. Niby razem z Wami. Niby.
Żeby to wszystko było w
miarę prawdziwe – wzruszenie, łzy, śmiech, złość a nawet wkurw, trzeba się nad
tym pochylić – nad faktem, obrazem niosącym jakąś treść, postem z fajną myślą,
ciekawym linkiem. Kiedy się ma wielu znajomych – podwórko jest tłoczne, a każdy
coś ma do zakrzyknięcia, pokazania, koniecznie!
I ja już nie daję rady…
Natłok wielu myśli,
uczuć, tak skrajnych, że to już huśtawka ze zbyt wielkim wychyleniem. Nie
nadążam! Morska choroba mnie dotyka.
Ledwo odeszła w
przeszłość sprawa utopionego Michasia, pobitego Oskarka, przyszła Madzia, teraz
Szymek a przecież to tylko medialne, nagłośnione sprawy. Takich jest więcej.
Obok sprawy naszych
„pieszczochów” Wojewódzkiego i Figurskiego, a za tym sprawa naszego stosunku do
kobiet z za wschodniej granicy en masse. Też prostytucja, a raczej sutenerstwo,
handel kobietami jako wierzchołek góry lodowej i niemożność walki z nią. Krwawa
wojna w Syrii i… tak ścieka ekran krwią, łzami, spermą i znów łzami. To
wszystko przetykane zdjęciami kotów z serii PACZĘ, pięknymi obrazami, rzeźbami,
rzeczami, i Złotymi Myślami wklejanymi cholera wie, po, co?!
Wolę najzwyklejsze myśli
moich znajomych, bo myśli Paulo C, Umberto E. czy Kreci P. to mogę sobie
znaleźć w Necie. Obrazki z Kwejka, linki do Waszych ukochanych piosenek, które
średnio mnie interesują, (sama czasem wklejam, po jakie licho?! Zgłupiałam?!),
śmieszne rysunki, Ramona narkomanka, EURO 2012, boski Ronaldo w stringach i…
znów krew, pot, sperma i łzy.
Moja percepcja nie
nadąża! Czuję się jak nóż wbijany co i raz w co innego – w piach, w kisiel, w
skałę, w smołę, w olej extra vergine… Ostrze się tępi, ja sama nie mam siły na
kolejną reakcję. Trochę jak podłączony do prądu człowiek, najpierw się rzuca w
drgawkach, potem słabnie. „Niech ktoś zatrzyma wreszcie świat, ja wysiadam”.
Lada chwila zamknę okno i
okiennice. Świat i tak nadal będzie! Ja i tak pracuję, kocham, przeżywam, bo
wciąż mam uczucia, pomagam, biorę udział – na ILE MOGĘ!
„A planety szaleją,
szaleją, szaleją…”
środa, 20 czerwca 2012
Lalka
No, nie będzie to tekst o Lalce Bolesława Prusa.
Opowiem o lalce w moim życiu (przedmiocie kpin dzisiejszych feministek) i o tym, co ona mi dała.
Moja lalka jedna i druga i zapewne ta trzecia, to były zwykłe, plastikowe lale, jedna łysa, inne z włosami. Ta z włosami, nie bardzo przypominała bobo, ani dorosłą pannę, ani dziewczynkę. Była... lalką i już.
Najfajniejsza zabawa lalką to zabawa we dwie, albo trzy - w dom albo w przedszkole, w gotowanie dla lal albo po prostu spacer z nimi, w wózkach i zabawa w małe mamcie. To były biedne czasy i dlatego mama lalkę córce kupowała, ale już cała reszta była kwestią pomyślunku i nauki.
- Mamo, moja lalka nie ma się w co ubrać!
- Kochanie, to musisz się nauczyć szyć, uszyjesz jej różne rzeczy sama! Tu masz pudło z igłami i nićmi, nożyczki, a tu jest moja stara bluzka. Choć, pokażę ci, jak to się robi!
Taka wspólna z mamą zabawa - nauka szycia, była bardzo miła. Oczywiście potem poszła w ruch stara chustka apaszka mamy, a w uznaniu mojej cierpliwości i starań, mama sama uszyła mojej lali pościel.
Jesienią lala Aga marzła, wiec mama pokazała mi jak pracować szydełkiem i jak dziergać na drutach. Dostałam kłębek wełny taki jaki był w domu i własne szydełko. Druty były mamine. Aga zyskała sweter (trochę pokraczny, ale jednak!) i berecik. Nawet pomponik zrobiłam sama! Któregoś dnia, moja przyjaciółka przyniosła kawałek kapelusza od babci i szepnęła radośnie, że uszyjemy naszym lalkom papucie! Jakie to było proste! Przecież już umiałyśmy szyć, obrębiać! A forma była banalna! Postarałyśmy się o kawałki dermy i już pojawiła się druga para bucików. Za tym kurtka zapinana na guziki, efektem czego umiem przyszywać guziki na płasko, na nóżce i na stopce. Potem zrobiłam szal tacie! Pierwszy taki dorosły! Był okropny, nierówny, z kawałków wełenek, ale tacie się podobał.
Po kilkunastu latach zaczęłam sama sobie robić na drutach i szydełkiem swetry, których zazdrościły mi koleżanki, a one szyły nam szwedy (szerokie spodnie lata '70) z dewetyny, sztruksu. Miałam taką minispódniczkę w kolorze miodu, i sama sobie na niej ponaszywałam brązowe ludzkie stopy, była bardzo atrakcyjna!
Dół spodni haftowałam sobie w kwietną łąkę (czasy hippie), bo i haftować umiałam!
Moi koledzy z podwórka mieli podobnie. Wszelkie zabawki w tym pepesze, dzidy, łuki, kapsle, etc były dziełem ich rąk. Niejeden mój kumpello miała własną skrzynkę narzędziową zrobioną oczywiście na zajęciach technicznych w szkole, pod okiem pana.
Na tych zajęciach robiliśmy też pyzy i sałatki jarzynowe, zupę pomidorową i kisiel.
My, dziewczynki też umiałyśmy się posługiwać scyzorykiem rozpalać ognisko, łazić po drzewach. Ja w szkole byłam najlepsza z cięcia sklejki na krajzedze!
Moje dzieciństwo, dało mi mnóstwo umiejętności, samodzielności, wymyślania jak Mc Gywer, albo nasz Pan Słodowy.
Kiedy moje dzieci były małe, moja mama nauczyła je łazić po drabinie i po drzewach.
A dzisiaj.....Opowiem o lalce w moim życiu (przedmiocie kpin dzisiejszych feministek) i o tym, co ona mi dała.
Moja lalka jedna i druga i zapewne ta trzecia, to były zwykłe, plastikowe lale, jedna łysa, inne z włosami. Ta z włosami, nie bardzo przypominała bobo, ani dorosłą pannę, ani dziewczynkę. Była... lalką i już.
Najfajniejsza zabawa lalką to zabawa we dwie, albo trzy - w dom albo w przedszkole, w gotowanie dla lal albo po prostu spacer z nimi, w wózkach i zabawa w małe mamcie. To były biedne czasy i dlatego mama lalkę córce kupowała, ale już cała reszta była kwestią pomyślunku i nauki.
- Mamo, moja lalka nie ma się w co ubrać!
- Kochanie, to musisz się nauczyć szyć, uszyjesz jej różne rzeczy sama! Tu masz pudło z igłami i nićmi, nożyczki, a tu jest moja stara bluzka. Choć, pokażę ci, jak to się robi!
Taka wspólna z mamą zabawa - nauka szycia, była bardzo miła. Oczywiście potem poszła w ruch stara chustka apaszka mamy, a w uznaniu mojej cierpliwości i starań, mama sama uszyła mojej lali pościel.
Jesienią lala Aga marzła, wiec mama pokazała mi jak pracować szydełkiem i jak dziergać na drutach. Dostałam kłębek wełny taki jaki był w domu i własne szydełko. Druty były mamine. Aga zyskała sweter (trochę pokraczny, ale jednak!) i berecik. Nawet pomponik zrobiłam sama! Któregoś dnia, moja przyjaciółka przyniosła kawałek kapelusza od babci i szepnęła radośnie, że uszyjemy naszym lalkom papucie! Jakie to było proste! Przecież już umiałyśmy szyć, obrębiać! A forma była banalna! Postarałyśmy się o kawałki dermy i już pojawiła się druga para bucików. Za tym kurtka zapinana na guziki, efektem czego umiem przyszywać guziki na płasko, na nóżce i na stopce. Potem zrobiłam szal tacie! Pierwszy taki dorosły! Był okropny, nierówny, z kawałków wełenek, ale tacie się podobał.
Po kilkunastu latach zaczęłam sama sobie robić na drutach i szydełkiem swetry, których zazdrościły mi koleżanki, a one szyły nam szwedy (szerokie spodnie lata '70) z dewetyny, sztruksu. Miałam taką minispódniczkę w kolorze miodu, i sama sobie na niej ponaszywałam brązowe ludzkie stopy, była bardzo atrakcyjna!
Dół spodni haftowałam sobie w kwietną łąkę (czasy hippie), bo i haftować umiałam!
Moi koledzy z podwórka mieli podobnie. Wszelkie zabawki w tym pepesze, dzidy, łuki, kapsle, etc były dziełem ich rąk. Niejeden mój kumpello miała własną skrzynkę narzędziową zrobioną oczywiście na zajęciach technicznych w szkole, pod okiem pana.
Na tych zajęciach robiliśmy też pyzy i sałatki jarzynowe, zupę pomidorową i kisiel.
My, dziewczynki też umiałyśmy się posługiwać scyzorykiem rozpalać ognisko, łazić po drzewach. Ja w szkole byłam najlepsza z cięcia sklejki na krajzedze!
Moje dzieciństwo, dało mi mnóstwo umiejętności, samodzielności, wymyślania jak Mc Gywer, albo nasz Pan Słodowy.
Kiedy moje dzieci były małe, moja mama nauczyła je łazić po drabinie i po drzewach.
- Mamo kup mi!
wtorek, 5 czerwca 2012
Język, czyli ja znów o tym samym!
No nie, nie będę pisać o mięśniu albo znajomości języków świata.
O czym? O tym, co mnie
już wkurza, może kiedyś bawiło, ale dzisiaj czuję przesyt. Pisałam o tym,
wracam, znaczy, że dla mnie ważne.
Na fali feminizmu kobiety
zaczęły odbijać sobie lata podporządkowania i zaczęła się ogólnonarodowa, ba!,
ogólnoświatowa (Ameryka Północna i spora część Europy) jazda po facetach.
Mam 55 lat, też się w to
pobawiłam jako nastolatka i studentka, ale wtedy było to wpisane w tzw „końskie
zaloty”. Zaczynało się od ciągania za warkocz i głośnego „Proszę pani, a Marek
jest gupi!”, kończyło na obściskiwankach przy „Whiter shale of pale” na
prywatkach.
Dowcipy o blondynkach mam
już dawno za sobą zresztą jedyny, jaki mnie rozbawił to ten o tym, KTO wymyśla
dowcipy o blondynkach? Brunetki w dłuuuugie, samotne wieczory. J
Nastał czas głębszych
reform, emancypacja się dokonuje i już jakby działa, a kobiety zdobywają
kolejne szczyty w szczypaniu facetów!
Kilka pań znanych
powszechnie z postaw femistycznych (ja też się uważam za emancypantkę) głośno
postponuje mężczyzn, wykpiwając ich znikomą inteligencję, głupotę i
niedorozwój. Same mają fajnych i mądrych partnerów, mężów (menager wielkiej
firmy, profesor rzadkiej specjalności, kolejny profesor, etc.).
Inne wraz z mężem/partnerem
dorobiły się domu, samochodów i wakacji na Seszelach, ale z uporem nudnej
cioci kloci powtarzają niby śmieszny refrenik: „Facet rozwija się do piątego
roku życia, potem tylko zmienia gadżety!”.
Przekora we mnie każe
powiedzieć to samo, w wersji męskiej „Kobiety się rozwijają do czasu aż im
wyrosną cycki potem już tylko zmieniają kiecki, perfumy i malaksery” – miłe?
Fajne? Dowcipne?
Tak się zastanawiam słuchając
tych wszelkich docinków, KOGO sobie wybrałyście, drogie znane i mniej znane, że
po nich tak jeździcie? Palantów i debili? To WASZ świadomy i wolny wybór, a
skargi to sobie możecie pisać na Berdyczów. Ktoś Was zmuszał?!
Tak myślę – a gdyby ONI pisali
o swoich babkach, żonach, no, kobietach, że tępa i nie wie gdzie jest wlew
paliwa, myli diesla z benzyniakiem, nigdy nie sprawdza poziomu oleju i nie wie
co to karny, co to set i gem, za to obsługę pilota ma na 5+ bo ogląda wszelkie
durne seriale, nie rozumie działania mikrofalówki i nie wie co to flexa,
karpiówka i waserwaga. Nie widzi różnicy między ogniwem galwanicznym,
footoogniwem i konwerterterem, nie ma pojęcia „o co kaman” w pompie ciepła. Za
to wie jak zginęła Hanka Mostowiak, dlaczego Cichopek Katarzyna schudła i że
źle jej w zielonym.
Ale nie piszą o tym, nie
żartują tak zjadliwie i co chwila, są bardziej lojalni i Bozia nie dała im aż
tak rozdwojonego języka. No, tylko niektórym, ale ci nazywani są kabareciarzami
i satyrykami i zajmują się bardziej polityką niż kobietami.
J
PS Mój jest faaaaajny!
Mądry i inteligentny, dowcipny i pracowity, pomocny prawdziwie po partnersku.
Jest realny i normalny! Jak wielu, wielu naszych facetów. I to nie ujma o tym
powiedzieć, choć rozumiem, że to de mode, nie trendy i nie na czasie, ale ja
mam to w… tyle. Rozdwojony język zrósł się mi i… od razu lepiej!
Subskrybuj:
Posty (Atom)






