niedziela, 15 kwietnia 2012

Nawrót choroby


To choroba przewlekła, ale nie ciężka. Jeśli ktoś na nią zapadł, to nie ma na nią właściwie żadnej szczepionki, aspiryny – NIC!
To choroba, na którą się zapada z wyboru, zgodnie z chińskim przysłowiem:
Chcesz być szczęśliwy przez chwilę to się upij!
Chcesz być szczęśliwy przez kilka lat – to się ożeń.
Chcesz być szczęśliwy całe życie – zostań ogrodnikiem.

Nabyłam kiedyś tego wirusa, gdy nagle zupełnie dopadała mnie wielka chęć posiadania własnego kawałka ziemi, ale niekoniecznie wielkości chusteczki do nosa koło tarasu. Coś z większym oddechem, za miastem a tak naprawdę …to na kompletnej wsi. Marzenia są po, to żeby je realizować i miałam oto swój kawałek. Potem inny, znacznie większy i wiem to na pewno, że wiosenny wirus zawsze powraca.
Widzę to u moich koleżanek, znajomych. To coroczny świerzb dłoni – dorwać się wreszcie do łopaty, grabi! Założyć kaloszki albo ogrodowe drewniaki czy trampki i hop w grządki! Powywalać stare suchości, chaberdzie, pięknie ukopać, zagrabić, wciągać w płuca zapach wilgotnej ziemi i czekać niecierpliwie na siew na sadzenie, a są i tacy, co wcześniej już sieją pod osłonami, pikują… sami sobie przygotowują materiał, żeby po „ogrodnikach” i zimnej Zośce wskoczyć, wpłynąć do ogrodu jak na otwarte morze – całym sobą i już bez strachu nasadzać, siać, nasadzać, siać! Potem, (jak sądzą niezarażeni laicy), co to za frukt?! Co za frajda? Wieczne pielenie, podlewanie… Iiiiitam!
No, właśnie na tym polega ten wirus, że to jest jak karmienie i doglądanie własnego dziecka. Obserwacja jak rośnie, zakwita, czasem owocuje. To wiedza i ta nieopisana ogrodnicza przyjemność sprawiają, że jesienią Joanna F. moja znajoma, zapalona… ba!, powiem, zwariowana (i Ona się nie obrazi) ogrodniczka zaczyna następny etap tej choroby – przetwarzanie. Bo bywa też i stan ciężki tego schorzenia, – czyli smażenie, kiszenie, zalewanie zalewami swoich plonów.
Jej przyjaciele mają zaszczyt zostać obdarowanymi Jej przetworami, z owoców i jarzyn z Jej ogrodu. Powidła śliwkowe klasyczne, żurawina do mięs, lekkie dżemy i konfitury, ogórki na różne sposoby (jak u dr Niegłowicza ze Skiroławek – pamiętacie?), a ja wymyśliłam kiszone selery naciowe i nauczyłam się od Lucyny Ćwierciakiewiczowej robić konfiturę z zielonych, niedojrzałych pomidorów.  Coraz więcej jest nasion roślin rzadkich, coraz większa odwaga w hodowaniu u nas karczochów, kardu, nachi, okry, fasolnika chińskiego i dziwacznych sałat.
Ach! Witajcie Kochani, zarażeni tym boskim wirusem! Zaczynamy coroczną naszą chorobę szczęśliwą – OGRÓD!





 zdjęcia pochodzą ze strony: www.teczowyogrod.net.pl

poniedziałek, 19 marca 2012

Wiosna



Zamawiam wiosnę!
Rokrocznie z uporem mamuta myślę sobie, że przecież przyjdzie, że jeszcze nigdy nie zawiodła, że idiotyzmem jest twierdzić, że trzeba jej pomóc (topiąc Marzankę) bo przecież zawsze nadchodzi!
A jednak, zupełnie irracjonalnie, co roku odczuwam, (i dokładnie to wiem, że nie tylko ja), jakiś rodzaj lęku.
To byłoby zrozumiałe u Maminka, który obudził się z zimowego snu i nie dowierzał Too -Tiki, że słońce wróci, bo tam, w krajach północy zima to też noc polarna, a on zawsze ją przesypiał. U nas na szczęście nie ma nocy po całości i mamy je, znaczy słonko, cały czas, choć bywa tak schowane pod gęstą powłoką chmur, jakby się zakopało w pierzynach i nie chciało mu się wcale wstać.
Bywają jednak piękne zimowe dni, skąpane w promieniach słońca zapraszające śnieżną bielą i błękitem nieba na spacery, narty, sanki czy choćby rzucanie patyka psu.
Jednak jak pięknie i zimowo by nie było, w okolicach marca odczuwam mrowienie w dłoniach. Nazywam to Ogrodniczy Świr i wiem, że od mrowienia się zaczyna.
Potem są zaczepki. Mój wzrok zaczepia wszystko, co jest związane z ogrodem - w centrum handlowym, do którego poszłam po blezer i kalosze, skręcam do sklepu z działem ogrodniczym i staję przed dopiero co wyłożonymi cebulami, nasionami, kłączami jak zaczarowana. Nie jestem w stanie się opanować i sięgam po kłącza host, po szachownicę ( tej nie mam, o! Jaka ładna!), myślę czy wziąć czerwone kalle czy żółte, bo białych nie ma, a białe są najpiękniejsze. Masa nasion (pietruszka papryka, pomidory, pasternak te są na „P” a jeszcze szczypiorek, i inne?) i już lądują w koszyku. Poleżą! Ale będą pod ręką jak tylko przyjdzie TEN DZIEŃ.
Na zewnątrz jak w garncu, zwodnicze ciepełko, roztopy i śnieżne, spóźnione zadymki zaplatają się jak chałka i jeszcze absolutnie nie pora na ogród, a ja już się kręcę, szukam miejsca na ustawienie doniczek z kiełkującymi nasionami. Niechaj wschodzą!
Planuję, myślę i właściwie nic innego mnie nie interesuje!
Cała czekam, a to czekanie uprzyjemniam sobie oglądając filmy z Geoeffem Hamiltonem, uroczym panem (wiek średni) od ogródków. Zupełnie naturalnie i lekko opowiada i pokazuje jak urządza swój mały ogród, i wszystko bez obowiązującego GLAMOUR! Ma stare wiaderko, i buty i brudne buty bo sam skopuje ziemię, i zużytą konewkę. Za to jest przesympatyczny i …bardzo mi było przykro, gdy zbyt młodo zmarł.
Oglądam też Jamie’go Oliwera pokazującego co z własnego ogródka można upiec, grillować i aż mi ślinka cieknie na widok warzyw z rusztu z czosnkiem i oliwą a to wszystko na świeżym powietrzu.
Czekam cierpliwie, ale tymi filmami wywołuję, przywołuję, zamawiam wiosnę.
Do mnie przyjdzie pierwszymi kwiatkami, które wsadziłam do ziemi jesienią – krokusami a potem narcyzami, żonkilami, tulipanami, irysami, czosnkiem ozdobnym, szafirkami, i delikatną szachownicą kostkową (Fritilaria meleagric L.).
I mimo wszystko – zdziwię się, a potem ogromnie ucieszę! 



Geoff Hamilton

środa, 14 marca 2012

O WuCetach, sraczykach kibelkach, toaletach – czyli o tym, czego nie ma!


Gdy udzielam wywiadów dotyczących moich wyjazdów i pobytów w Korei Południowej nikt nie chce się pochylić nad tematem, który dla mnie jest wielki i ważny, a świadczy dobitnie o tym, że to tam jest cywilizacja dla ludzi, a u nas hmmm… znacznie mniejsza.
O czym to ja? A o fizjologii, Kochani moi!
Cokolwiek by się nie działo, kimkolwiek byśmy nie byli, z pewnością jesteśmy organizmami żywymi (kłania się lekcja biologii z LO) które charakteryzują się takimi oto cechami:
- Oddychają
- Odżywiają się.
- Wydalają
- Rozmnażają się
- Są zbudowane z komórek
- Poruszają się
- Reagują na bodźce
- Rosną
I nic tego nie zmieni, to paradygmat.
A skoro tak, skoro jako organizmy żywe poruszamy się po świecie, stwarzamy sobie ku temu znakomite warunki. Coraz nowocześniejsze maszyny transportujące, sieć hoteli, pensjonatów, i wielką sieć „karmidełek” czyli restauracji, barów, „punktów gastronomicznych”, jak to się mówi językiem oficjalno – turystycznym. Większość krajów na świecie uważa turystykę, a więc nasze pragnienie ciągłych zmian lokacyjnych za przemysł, który przynosi wielkie dochody. I jedynie Korea Południowa, która paradoksalnie nie jest krajem o najwyższym wskaźniku odpowiedzialności stworzyła mi jako turystce pełen komfort! Tu zadbano o wszystkie cechy organizmu żywego, który się przemieszcza. Mam na myśli też tę cechę, o której włodarze miast i terenów turystycznie atrakcyjnych często nie chcą myśleć, mówić, zauważać, bo jest … kłopotliwie wstydliwa. Mam na myśli wydalanie, czyli przeciwny biegun odżywiania.
Dla mnie nie wstydliwa, bo normalna, ale cóż, nasza pruderia jest wielka i… głupia.
Kora Południowa jak długa i szeroka wyposażana jest (to proces ciągły) w wielką ilość toalet publicznych. Są wszędzie! W wielkich i małych miastach, miasteczkach i w górach i dolinach, koło świątyń i nad morzem, dosłownie co kilkaset metrów stoi sobie budyneczek dla naszych potrzeb. Azja jak każdy turysta to potwierdzi, to jedna wielka jadłodajnia typu Quot libet. Od wyjątkowo wykwintnych restauracji, jakie widziałam w Singapurze, Hongkongu, do ulicznych straganów chętnie obleganych przez wszystkich -najbiedniejszych i bardzo bogatych. Równość!
MUSZĄ więc być i toalety! To jest związane z ową naturalną naszą cechą organizmu żywego, a jednak w Europie pod tym względem komfortu nie ma. Każdy potrzebujący (KAŻDY bywa w tej potrzebie, co jakiś czas) szuka toalety. Tym bardziej w naszych czasach, gdy wciąż słyszymy – PIJ WODĘ! Dobrze, rozumiem, ale … Jak ją wydalać? Gdzie?
W kawiarniach wypada coś zamówić żeby skorzystać, lub prosić o pozwolenie, co jest krępujące. Mac Donaldy świadome, że się do nich szło „za potrzebą” też wprowadziły zamykanie WC, aparaty wrzutowe lub „klucz jest w kasie”(to przykre i upokarzające – prawda?). Niektóre stacje benzynowe bywają bezpłatne, ale w centrum miasta ich nie ma! Zwiedzamy Paryż, Rzym, Warszawę czy inne miejsce w Europie i zaciskamy zęby, szukamy po kieszeniach euro, żeby móc wydalić produkty przemiany materii, bo to nasz najnormalniejszy odruch – jak oddychanie.
Ogłaszam więc, że najbardziej cywilizowanym krajem na świecie pod tym względem jest Korea Pd, w której TE SPRAWY załatwia się właściwie wszędzie w dobrych i higienicznych warunkach, bezpłatnie – co podkreślam! I dodam jeszcze, że w coraz lepszych warunkach – to są przedziały dla matek z malutkim dzieckiem (miejsce do przewijania) z małym dzieckiem – obok „dorosłego” jest mały kibelek dla dziecka, są kabiny dla pań w potrzebie ze specjalną deską, dzięki której można się umyć i odświeżyć, oczywiście bieżąca woda i mydło, czasem (przy autostradach) aparaty z chusteczkami, podpaskami tamponami pieluchami. Nie wszędzie, ale już coraz częściej. Papier bywa czasem wyczerpany, ale nie powodu kradzieży, a zużycia. Zazwyczaj jest dobra wentylacja i dla oszczędności żarówek, sporo szkła w dachu, matowe okna. Bywa też muzyka w tle. Bardzo mi się to podoba, bo to właśnie sprawia, że jako turystka czuje się doprawdy komfortowo. Pobocza szos, dróg, lasy i zagajniki nie są urozmaicone „papierzakami” i gównianymi minami piechotnymi. Jest czysto, a ludzie zadowoleni.
Jak mówiło się kiedyś: mała rzecz, a cieszy!





poniedziałek, 5 marca 2012

żałoba

 
Nie wiem kto jest autorem, ale to powinno gdzieś zawisnąć. Może u mnie?!

"Witajcie!

Na wstępie chciałbym wyrazić mój prawdziwy smutek i współczucie dla wszystkich poszkodowanych w katastrofie kolejowej minionego weekendu. Mam pełną świadomość, że bliscy osób, które uczestniczyły w tym wypadku potrzebują w tej chwili wsparcia we wszelakich formach. To była z pewnością kolejna niepotrzebna tragedia.

Chciałbym jednak poruszyć teraz kwestię, która być może zostać odebrana przez niektórych jako oburzająca - tego mam również pełną świadomość. A mianowicie...

Ogólnopolska żałoba narodowa narzucona przez Pana Prezydenta RP.

Skutkiem ogłoszenie żałoby narodowej (kolejnej w przeciągu ostatnich kilku lat) jest odwołanie w dniach 5-6 marca wszelkich imprez masowych - spektakli, koncertów, imprez sportowych itd. (w wielu przypadkach przygotowywanych od wielu miesięcy).
Tym samym jednym odgórnym dekretem na 2 dni straciło pracę (a tym samym poniosło znaczące straty finansowe) wiele tysięcy osób związanych z organizacją imprez artystycznych (aktorzy, wokaliści, muzycy, producenci, dyrektorzy teatrów).

Z powodu (prawdopodobnie) błędu jednego człowieka, wiele tysięcy osób straciło znacząco część swoich miesięcznych dochodów - w wielu przypadkach spowodowało to straty, które będą odrabiane przez nich przez wiele następnych tygodni.
Niektórych imprez artystycznych nie da się tak po prostu przełożyć, a poza tym pozostają jeszcze koszty takiego przełożenia, które są ponoszone przez osoby, które nie miały żadnego związku z zaistniałą sytuacją (nie spowodowały tego wypadku, nie podjęły też decyzji o wprowadzeniu żałoby narodowej).

Artyści zakontraktowani na te terminy stracili swoje honoraria - nie wiadomo, czy będą mogli uczestniczyć w niej w innym terminie i czy w ogóle uda się ustalić nowe terminy danej imprezy artystycznej.
Producenci spektakli i dyrektorzy teatrów zapłacą bezzwrotnie za:
- koszty zwrotów biletów
- ponowną akcję reklamową
- ponowną pracę logistyczną wszystkich działów administracji
- koszty eksploatacji zamkniętych sal (wynajem + świadczenia)
i wiele innych kosztów.

Państwo nie dokona żadnej refundacji powyższych poniesionych strat w sytuacji, w której wymusiło na artystach dni wolne od pracy i tym samym zarabiania pieniędzy.
Zaznaczam, że jest to praktycznie jedyny zawód, który doznaje tak poważnych strat finansowych podczas żałoby narodowej. Niektóre zawody doznają bowiem w tym czasie prawdziwej euforii: wszelcy ratownicy medyczni, służby porządkowe, reporterzy, dziennikarze, producenci zniczy, handlarze flag, kwiaciarze itd.

Politycy podbudują sobie w tym czasie pozycje swoich zapomnianych partii politycznych, wysuwając kolejne tezy "czyja to była wina", opuszczą flagi na budynkach państwowych, uczczą pamięć "minutą ciszy", a na koniec miesiąca pobiorą swoje pełne miesięczne pensje.

A może mogliby oddać swoje wynagrodzenia za te 2 dni żałoby na fundusz poszkodowanych w katastrofie?

Ja jako producent płacę sumiennie od 1 stycznia 2011 podatek VAT 23% od organizacji imprez, jako aktor stracę niedługo 50% kosztów uzyskania od moich umów o dzieło, jako żałobnik co roku pracuję po parę tygodni na odrobienie moich strat finansowych, poniesionych z tytułu wprowadzenia kolejnej żałoby narodowej.

Dlaczego mam za to płacić?!!!

Żałoba narodowa - niech będzie, ale w takim razie niech Państwo płaci za sytuację, którą wymusza na niewinnych artystach.

Pozostaje chyba tylko dziękować, że nie jest wprowadzana rokroczna tygodniowa żałoba po akcji "Znicz" (kiedy ginie ok. 100 osób na drogach podczas jednego weekendu) lub miesięczna w styczniu (kiedy po podsumowaniu roku okazuję się, że na polskich drogach zginęło ok. 4000 osób).

Na koniec, żeby uprzedzić ruch urzędników, którzy nie czują żadnego skrępowania, aby zadzwonić do artysty i poprosić go o charytatywny udział w imprezie "ku czci"... żeby powiedział jakiś ładny wiersz... albo przeczytał list w zastępstwie polityka, który nie będzie w stanie go wydukać... albo zaśpiewał jakieś epitafium, bo będzie pięknie... Bo to przecież taki zawód niemalże duchowy - informuję, że mam koszmary po nocach z powodu rachunków, które będę musiał zapłacić nie wiadomo za co, nie jestem w stanie występować, boli mnie gardło, położę się do szpitala, może uda się jakieś odszkodowanie dostać.

z poważaniem
i szacunkiem dla wszystkich

Artysta w Żałobie

P.S. Ciekaw jestem, czy jeśli na początku czerwca jakiś bus ze szkolną wycieczką wpadnie do rowu na dziurawej autostradzie to Pan Prezydent ogłosi żałobę narodową i odwoła mecz otwarcia EURO 2012.
Jako artysta patriota deklaruję, że w takiej sytuacji, aby ratować honor kraju skomponuję i wykonam nieodpłatnie na stadionie oratorium pod roboczym tytułem Świecie nasz, to Polska właśnie."

niedziela, 26 lutego 2012

Kimchi


W Korei, kiedy się ustawiamy do zdjęcia, fotograf gdy już jest gotowy woła do nas: kimchiiii! I my musimy odpowiedzieć: kimchiiii! Po, to żebyśmy byli na fotce uśmiechnięci. Koreańczycy uwielbiają kimchi, bo to jest z nimi od zawsze.
Co to jest? Kiszonka!
Śniadanie koreańskie to miseczka ryżu i kimchi, zazwyczaj z kapusty. Piekielnie ostre, kwaskowe i czosnkowe. Czerwone od pasty papryczanej.
My też umiemy kisić kapustę ale my kisimy kapuchę łagodnie. Sól, troszkę marchewki, jabłko czasem kminek. Kisimy poza tym ogórki, grzyby i buraki.
W Korei kisi się wszystko! To wielowiekowa tradycja przechowywania żywności. Nie umiano tam magazynować jedzenia w lodzie (zimy są ale z tym lodem kiepsko, nie zawsze jest), więc wymyślono owo kiszenie. Okazuje się bowiem, że zakisić można wszystko: warzywa owoce, zioła. Także białko (co niestety nam Europejczykom nie smakuje), ale widziałam zakiszone ryby, kraby, ikrę, jajka.

Najbardziej znane jest kimchi z kapusty, niesłusznie zwanej pekińską. To jak najbardziej koreańska kapusta podłużna i wielka. Zbierana późnym latem i jesienią choć potrafi pozostać na polu do połowy zimy. Właśnie pod koniec lata na początku jesieni odbywa się wszędzie w miasteczkach i w klasztorach wielkie kiszenie. Każdy może przyjść i uiściwszy jakąś (niewielką opłatę za materiał) stanąć w fartuchu i rękawicach do wielkiego, długiego stołu na którym są miski z masą do kiszenia i donoszone są główki kapusty. Można sobie nakisić ile się chce i tylko zadbać o pojemnik, w którym zabiera się to do domu.
Ale i tak to mało, bo przeciętny Koreańczyk zjada tego mnóstwo. Albo kupuje to albo ktoś w domu stale kisi. Kiedyś to się przechowywało w wielkich, glinianych beczkach przed domem w ogródku, w patio, czy podwórku. Dzisiaj w koreańskich mieszkaniach są teraz specjalne lodówki do przechowywania kimchi! Zazwyczaj stoją w logii.

Jak się to robi?
Najpierw kapusta jest rozpołowiona i zasolona – liść po liściu morską solą. Więdnie tak sobie kilka godzin i nasiąka solą. Potem trzeba tę sól spłukać pod bieżącą wodą. Sporządza się masę do kiszenia. Gotuje się gęsty krochmal z mąki ryżowej z cukrem. Dodaje się odrobinkę soli, sproszkowaną ostrą paprykę, pastę z ostrej papryki, ciut pasty sojowej, sos ostrygowy i sojowy, i surowe warzywa pocięte w słupek: zieloną dymkę, białą rzodkiew, marchew, imbir, mnóstwo siekanego czosnku i… trochę posiekanych ostryg albo kalmara. To nadaje kiszonce specyficznego smaku.
Smaruje się tą pastą każdy liść „na gęsto”, właściwie się te liście przekłada tą pastą. Połówki kapusty już nasmarowanej zawija się to w „kukiełkę” i układa ciasno w pojemnikach. Pojemniki się odstawia w chłód.
Zdaniem Koreańczyków to jest jadalne już następnego dnia ale oczywiście nie jest jeszcze ukiszone. Przechowuje się to w temperaturze plus 2-4 stopnie.
Zjadają to w szybkim tempie bo to nie tylko surówka. To też dodatek do wielu potraw duszonych, smażonych.
Podobnie kisi się wszystko!
Robi się też water kimchi, czyli warzywa podawane w lekko słonej i kwaśnej zalewie. To jakby kompot zamiast surówki, w którym pływają chrupiące warzywa.
Robię w domu i lubię, a w Necie pokazuje to znakomicie Koreanka, Pani Maangchi. W Polsce gotowe kimchi bywa w sklepach z kuchniami świata. Strrrrrraśnie ostre, czasem tak ostre że płukałam.
Ogórki też tak kiszą, nacinają w czworo i pakują tę glajchę z warzywkami i na kilka dni do kiszenia. Ale można i nazajutrz :-)
Serdecznie polecam!


 
kimchi


water kimchi

niedziela, 19 lutego 2012

Instrukcja obsługi dziecka.


Dzieci są od zawsze, dzieciństwo – od niedawna. (zasłyszane ale fajne!)
Kiedyś dziecko musiało jakoś dać sobie radę z życiem, z chorobami. Zazwyczaj w warstwach niższych było drobnym utrapieniem, bo trzeba je długo ubierać i żywić, a pomocy w polu – żadnej. Wiadomo było jednak, że kiedyś dorośnie i wtedy – do roboty!
W pałacach i dworach dziecko było owszem, rodzone, ale zajmowały się nim niańki, karmiły mamki a potem to już guwernantka, guwerner. Do rodziców mówiły jak do obcych z dyganiem: „proszę ojca, proszę mamy”. Wieczorem zanim oddaliły się do pokoi dziecinnych dostawały rytualnego buziaka w czółko od zajętych rodziców. Żadnych pieszczot, bo to „psuło dzieci”. Baty – tak i to sprawiane przez pedla albo woźnego, służącego, guwernera, albo kogoś tam ze służby.
Wyrastała armia neurasteników.
Lepiej się miały te wiejskie bachorki karmione maminym, ciepłym cycem, żyjące w jednej izbie z rodzeństwem rodzicami, babkami. Ktoś ponosił, ktoś pokołysał, pobawił się, dotulił.
Kiedy czytałam książkę o tym jak były urządzone domy w minionych epokach, był tam też rozdział o tych częściach domu dla dzieci – a autorka pozwoliła sobie na małe wtrącenie o tym, jakie było tych dzieci chowanie. Niewesołe. Mycie w zimnej wodzie, niańki i guwernantki nie zawsze miłe i kochające, a zazwyczaj kostyczne, nieporadne zalęknione gniewem jaśniepaństwa, gdy dziecko źle dygnie lub zapomni słówka po francusku.
Kojarzy mi się to ze współczesnością, gdy psychologowie przytaczają i takie sprawy:
„Pamiętam 11latka, który zadzwonił z ekskluzywnej dzielnicy Sztokholmu i płacząc, powiedział, że ojciec wyjechał na tydzień na golfa, mama na narty i że zostawili mu jedzenie w lodówce i kazali zająć się dziewięcioletnim i siedmioletnim rodzeństwem. Był przerażony i błagał, żeby ktoś przyjechał.”

Gdy wynaleziono wreszcie DZIECIŃSTWO (w Polsce wielkie zasługi miał tu Janusz Korczak) zaczęło się dostrzegać potrzeby dziecka jako CZŁOWIEKA.
Minęło od Jego (Janusza Korczaka) i wielu innych prac, nauk, wiele lat, a wciąż bywamy nieumiejętni w traktowaniu dzieci.
Wam wrażenie, że winna za to jest pycha ludzka. O ile kupując nową pralkę czy telefon uczymy się obsługi, czytamy instrukcje, o tyle uważamy, że z ciążą – wiedza o wychowaniu malucha sama przyjdzie. Nieprawda!

Na świecie istnieje wielki rozziew w traktowaniu dzieci. Na północy – Norwegia, Szwecja, Finlandia zinstytucjonalizowała dzieciństwo może zbyt radykalnie? W biednej Azji dzieci są w dramatycznej sytuacji – zwłaszcza dziewczynki. My, w centrum Europy wcale nie mamy powodów do samozadowolenia, bo wciąż w wielu przypadkach, nie umiemy uczyć się traktowania dziecka jak człowieka. Czemu?
Powodów wiele, a jeden z nich zapamiętałam doskonale: Program w TVP z tzw trudną młodzieżą (dzieci bite, źle traktowane – „ogarnięte” mądrze przez Jerzego Fedorowicza). W studiu księża. Rozmowa o przemocy wobec dzieci i pytanie do księży: dlaczego pośród dziesięciorga przykazań nie ma żadnego (!) o szacunku dla dziecka?! Są dwa o cudzołóstwie, ale zabrakło „Czcij dziecko swoje” albo „Kochaj dziecko swoje jak siebie samego”.
Księża wili się, ale odpowiedzi nie udzielili…
Inne powody to brak wiedzy, własne problemy emocjonalne, ubóstwo duchowe, poczucie bezkarności, zła wola i zwyczajny brak miłości instynktownej, o której znakomicie pisze Vitus Drosher w swoich publikacjach. Ssaki po urodzeniu małych wylizują swoje potomstwo, obwąchują i to jest ten chemiczny proces, który sprawia, że „cząsteczki zapachowe” ze skóry dziecka dostają się do nozdrzy i krwioobiegu samicy a z krwią do mózgu. Tam na poziomie szyszynki, podwzgórza powstaje proces tworzenia się hormonu „opiekuńczego” samicy. To nieromantyczne wyjaśnienie miłości samiczej do dziecka.
Ludzie mają oprócz tego umiejętność myślenia abstrakcyjnego, czyli mogą wspomagać procesy biochemiczne. U ludzi oboje rodziców są Rodzicami na równi i dzisiaj widzę wielu wspaniałych ojców
Dlatego wymyślono, na przekór dotychczasowym sposobom rodzenia dzieci, system rooming-in. Dotychczas jeszcze dwadzieścia lat temu – dziecko po porodzie było zabierane do sali noworodków, żeby położnica mogła odetchnąć, czyli zabierano jej możliwość biochemiczego działania organizmu! Niemowle było oderwane od ciała matki, w którym tkwiło 9 miesięcy (był to JEDYNY znany mu świat ciepły, cichy, oswojony) do całkiem innego – jasnego, głośnego, pozbawionego bezpiecznego zapachu matki, a jeszcze współtowarzysze niedoli wydają wkoło dźwięki świadczące o podobnym zrozpaczeniu! I tylko 5 razy na dobę ktoś niesie ich do karmienia. Na pół godziny z mamą. Straszne! (sama tak rodziłam…)

Wiele matek tak czy inaczej pokochało swoje dzieci, ale i wiele podążając za modami na „zimny wychów” etc sprawiała, że dziecko rozwijało się bez pieszczot dotyku, miłości. Później samo stawało się zimnym rodzicem, nie umiało kochać. Chwała dzisiejszym ojcom zaangażowanym, którzy od niemowlęctwa tulą, kąpią, usypiają – uczą się jak wychowywać maleństwa!
Sam rozsądek, kaftaniki, i najlepsze odżywki nie wystarczają. We współczesnym świecie Europy Środkowej, w którym jesteśmy totalnie skołowane różnymi teoriami a nade wszystko zawstydzone kobiecymi cechami, atrybutami (bo są „płciowe” a nie „genderowe”) obserwuję wręcz fizyczny protest młodych „wyzwolonych” mam, jakby przeciw naturalnej tkliwości i czułości należnej matce. Młode pokolenie odważnych, zwycięskich kobiet wstydzi się, nie znosi wręcz tego, co dotąd było normalne – „rozmiękczenia” macierzyńskiego, tego kołysania, ciepełka, kaczuszkowania i misiowania. A też tkwi w tym totalne niezrozumienie faktu, że maluchom potrzeba tkliwości – DOTYKU, lulania, mruczanek, uśmiechu, do prawidłowego rozwoju!
Odrzucanie nauki o wychowaniu dziecka (polegającym na mądrym traktowaniu ciała i ducha małego dziecka) na rzecz „ja wiem lepiej” skutkuje w późniejszym wieku zdziwieniem, że „moje dziecko jest… niegrzeczne, krnąbrne, neurasteniczne. (dowolne wpisać).
Oczywiście w zalewie poradniczym warto poszukać osób mądrych, wielkich autorytetów (jeśli aż tak jesteśmy zdystansowani do innych – współczesnych)– ot choćby Janusza Korczaka, którego teorie są do dzisiaj podstawą wiedzy o dziecku i dzieciństwie.
Tak czy inaczej „przepieszczenie” niczym dziecku nie grozi! Niedopieszczenie zazwyczaj skutkuje problemami. Błędy wychowawcze poczynione we wczesnym dzieciństwie to bomby z opóźnionym zapłonem które dorosłym już dzieciom często rujnują życie.
Warto poczytać skąd się biorą problemy emocjonalno – psychologiczne (takie jak BPD, DchA, DDA), i masa innych. Bardzo często źródłem ich jest paskudne dzieciństwo. Nie tylko bicie, maltretowanie molestowanie, ale i chłód emocjonalny, prawdziwie lub pozorne odrzucenie, brak miłości, akceptacji i szacunku.
Zawsze mnie dziwi – dlaczego w szkołach nie ma zajęć o tym?
Skąd u wielu rodziców taka pycha, że wszystko sami wiedza lepiej?

postscriptum:
Żeby nie było - ZNAM MNÓSTWO cudownych, młodych mam i tatuśków!

 fot z obrazeczkiniki.bloog.pl

wtorek, 14 lutego 2012

Prośba mojego kumpla dla jego bratanka


Mateusz ma autyzm. Często porównywany jest ten "stan" do zamknięcia osoby w szklanej bańce, niby widzi i słyszy się wszystko wokół siebie, ale jest bariera i nie może nic do nas dotrzeć. 
Mateusz ma prawie 9 lat, od 3 roku życia uczestniczy w różnego typu rehabilitacji: pedagogicznej, psychologicznej, integracji sensorycznej, logopedycznej itd. Wówczas nie reagował nawet na swoje imię. Trzy lata temu po raz pierwszy wyjechaliśmy na trzytygodniowy turnus rehabilitacyjny, jego efekt był zaskakujący chyba dla wszystkich, otóż po powrocie z niego Mateusz zaczął mówić - zrozumiałymi dla wszystkich słowami. Teraz Mateusz chodzi do pierwszej klasy, ładnie czyta, potrafi pisać i liczyć, ale ciągle ma problemy ze rozumieniem.
Obecnie rehabilitacja Mateusza skupia się na tym, żeby właściwie odbierał określone sytuacje i prawidłowo reagował, czyli normalnie funkcjonował w swoim środowisku.
Nawet nie da się porównać Mateusza dziś z Mateuszkiem sprzed pięciu lat. Wtedy walczyłam o pierwsze słowo "mama", a teraz o to, żeby nie odróżniał się od rówieśników. 
Autyzmu nie da się wyleczyć, zatem rehabilitacja Mateusza była, jest i będzie niezbędna. 

Przeczytałam kiedyś ogromne ilości publikacji o autyzmie, trafiłam na jednym z portali na wypowiedź dorosłego już mężczyzny, który miał autyzm. Pisał on o tym, jak widzi świat, utkwiło mi w pamięci jedno zdanie w stylu: to tak jakby założyli Ci za mały o dwa rozmiary, drapiący kombinezon, włożyli na ręce rękawice narciarskie i kazali nawlec igłę.

Kochani, proszę o przekazanie 1% podatku dla Mateuszka
Jak to zrobić?

W zeznaniu rocznym PIT należy wpisać KRS: 0000037904

oraz cel szczegółowy: 7462 Paradowski Mateusz

Dziękuję, Mariola